Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Życie to przygody lub pustka
DREWNIANE MOLO
Udałeś się na drewniane molo daleko od miasta. Odpoczynek od tłumu omal nie skończył się tragedią, ponieważ przepiękna istota mieszkająca w słonej wodzie oczarowała cię swoim śpiewem i wskoczyłeś za nią do wody. Kilka pocałunków później zorientowałeś się, że wciąga cię coraz niżej. Na szczęście nie było dla ciebie za późno - udało ci się uwolnić.
Podobno miała odpocząć.
Brenna postanowiła więc posłuchać porady młodego Rookwooda, ale połączyć odpoczynek z czymś bardziej pożytecznym i spędzić popołudnie nad wodą, co przecież kwalifikowało się jako odpoczynek, a przy tym rozejrzeć się, czy brzeg, który Charlie wskazał jako miejsce napadu na Theodora, jest w istocie bezpieczny. Zaciągnęła tutaj też brata, kusząc go wizjami „wody, spaceru w miłych okolicznościach przyrody, słońca, bo popatrz, dziś nawet wyjrzało zza chmur!” oraz tym, że „może złapiemy wielką, krwiożerczą rybę i będziemy mieli pyszną kolację!”. Tak naprawdę nie spodziewała się, że coś znajdą – poza tym zgłosiła już sprawę do właściwego departamentu – ale chciała się popytać, czy nie było kłopotów. Ot dla spokoju sumienia.
Początkowo trzymała się brata. Wszak Charlie mówił, że była to syrena, Brenna więc naiwnie zakładała, że ona sama jest bezpieczna, a jeżeli ktoś miałby zostać zaciągnięty do wody, to raczej Erik. Podpytywała tu i ówdzie, czy nikt ostatnio tutaj nie utonął, twierdząc, że pisze raport na temat bezpieczeństwa na angielskich plażach. Przy okazji faktycznie pospacerowali, a nawet posiedzieli chwilę na piasku, przez jakieś pięć minut robiąc absolutnie nic – co jak na standardy Brenny oznaczało bardzo długi odpoczynek. W końcu jednak, gdy ludzi w okolicy ubywało, bo robiło się coraz później, tuż przed tym, jak i oni mieli się zebrać z powrotem, odesłała brata do pobliskiej butki z lodami, twierdząc dramatycznie, że jeżeli nie dostanie zaraz lodów, koniecznie minimum trzech gałek, i to najlepiej z bitą śmietaną, to jak nic – umrze.
Problem w tym, że w tych trzech minutach, gdy się rozdzielili, okazało się, że Brenna się myliła.
Syrena miała towarzysza.
Gdy jej uszu dobiegł śpiew, w ostatnim przebłysku rozsądku pomyślała, że powinna była uczyć się oklumencji. A potem…
…a potem, otumaniona, ruszyła w stronę drewnianego molo. Za śpiewem: pozbawionym angielskich słów, a jednak doskonale dla niej zrozumiałym, przepełnionym magią. Za pieśnią, która zawierała w sobie to wszystko, o czym Brenna zwykle nie myślała – bo jako nastolatka i młoda dziewczyna wiedziała, że przecież ginie przy takich eleganckich pięknościach jak Cynthia czy Victoria albo tak pełnych uroku jak Mavelle albo Dani, a potem, jako kobieta, nie poświęcała temu uwagi, pełna przekonania, że nie pora na to, gdy płoną mroczne znaki, a ona i tak zaraz zginie. I teraz każdy drobny okruch emocji czy uczuć, gdzieś odrzuconych, stłamszonych, ciągnął ją do przodu, pochwyconą w magię fałszywej melodii, mącącej w głowie, odbierającej rozum. Przeszła po drewnianych deskach i chwilę później rozległ się plusk, a nad jej głową zamknęła się tafla wody.