4 sierpnia 1967, Akademia Munga
Płomienie sierpniowego słońca paliły tego dnia niczym smoczy ogień, więc kiedy Lorraine weszła do chłodnej, obszernej sali wykładowej, zwykle używanej przez neofitów Akademii Munga podczas konferencji naukowych, szczerze odetchnęła z ulgą. Całą drogę na miejsce bezpłatnego szkolenia z eliksirowarstwa przebyła pieszo, nie chcąc wydawać ciężko zarobionych pieniędzy na krótką, acz wysoce emetogenną przejażdżkę Błędnym Rycerzem: miała dużo ważnych wydatków w tym miesiącu, nie chciała też ruszać rezerwy przeznaczonej na poradę ulubionego wróżbity w jej następne urodziny... Przeklinała w duchu, że nie miała odwagi teleportować się po bezsennej nocy: drżały jej ręce, w głowie nieprzyjemnie kołatało, i nie potrafiła się skupić wystarczająco, by mieć pewność, że się nie rozszczepi. Choć kurs na teleportację ukończyła jeszcze za czasów nauki w Hogwarcie - a więc licencję miała od kilku dobrych lat - nigdy nie pozbyła się tej lekkiej paranoi, zdegustowana nader drastycznymi wyobrażeniami swojego rozszczepionego w czasie i przestrzeni ciała. Głowa na szczycie Mount Blanc, dłoń na murze berlińskim, najmniejszy palec u stopy w izbie lordów w mugolskim parlamencie... Kiedyś wyczytała, że w Afryce urządzano takie polowania na albinosów oraz wile, a z ich rozczłonkowanych ciał wykonywano magiczne amulety!!! A Lorraine na pewno nie chciała skończyć jako czyjś breloczek!!
Lorraine Malfoy była damą - do tego wysoko urodzoną!! - dlatego trwała w niezachwianym przeświadczeniu, że jedynym środkiem transportu, który zapewniłby jej należyty komfort, i który oddałby prestiż odpowiadający nazwisku Malfoy byłaby... lektyka. Zwiewna lektyka, misternie zdobiona, wyłożona stosami wytwornych poduszek, noszona przez gromadkę niewolniczo posłusznych skrzatów domowych, najlepiej wyposażona w czary antywypadkowe i testowana magicznie na różne warunki pogodowe.
Niestety, Lorraine była tylko niewiele bogatsza od skrzatów domowych (bo obecnie za większość tajnych zleceń pobierała opłatę pod tytułem "pewnego dnia, poproszę cię o przysługę..."), a już śmiało mogła się z nimi równać poziomem masochizmu, ponieważ cały dzisiejszy dzień latała po mieście w sukience równie czarnej co jej serce. I chociaż Malfoy roztaczała wokół siebie vibe slutty dementora, nie było to spowodowane tym, że chciała komuś wyssać duszę pocałunkiem (posłużyłaby się w tym celu legilimencją, bo nie była panną lekkich obyczajów); nie chciała też kreować samospełniającej się przepowiedni o wakacjach w Azkabanie, choć miała trochę grzeszków na sumieniu... Lorraine po prostu była w żałobie.
W przyszłym tygodniu wypadała pierwsza rocznica śmierci jej przybranej matki, i choć minął już niemal rok, dopiero teraz Malfoy zaczynała odzyskiwać równowagę psychiczną. Nie sądziła, że udałoby się jej osiągnąć tego stanu bez pomocy mężczyzny, na którego teraz czekała, bezceremonialnie rzucając swoją rozklekotaną czarną torebkę wygrzebaną ze śmietnika kuzynki i naprawioną czarami na siedzenie obok, zajmując miejsce dla Laurence'a Lestrange'a.
Poznali się na podobnym kursie. Lorraine była szczerze pod wrażeniem wiedzy i dociekliwości Lestrange'a, kiedy czarodziej zainicjował dyskusję na temat nowego potencjalnego wykorzystania smoczej krwi w eliksirze regenerującym. Kojarzyła go - podobnie jak większość magów czystej krwi, jej matka była zresztą jakąś dalszą znajomą żony Lestrange'a - nie miała więc oporów, żeby nawiązać z Laurence'm rozmowę na temat ich wspólnej pasji, która przedłużyła się potem na wspólną posiadówę w parku, a ostatecznie na wymianę listowną. Lorraine nie nawykła zanadto zbliżać się do ludzi, preferując lekki dystans w kontaktach międzyludzkich, jednak po śmierci matki czuła się bardzo zagubiona. W jakimś przypływie porywczej szczerości otworzyła się bardziej przez Laurencem, którego do tej pory traktowała bardziej jako mentora i autorytet w dziedzinie eliksirów niż... Jako kogoś, kto odpisałby smutnej nastolatce na nieco histeryczny list w niezmiennie krzepiącym, sympatycznym tonie. Jako przyjaciela.
Współczucie Lestrange'a tylko wzmogło szacunek, jaki czuła do niego Lorraine. Pomogło jej to po trosze zrozumieć jego bezinteresowność w niesieniu pomocy chorym i poświęcenie, z jakim oddawał się swojej pracy.
- Panie Lestrange - zawołała cicho, kiedy ten wszedł do sali, nie mogąc powstrzymać tego nieco figlarnego błysku w oku, bo chociaż poznali się już na tyle, żeby porzucić formalności, nie mogła sobie czasem odmówić nazwania go w twarz od czasu do czasu per "mistrzem" albo "mentorem", co w sumie nie było dalekie od prawdy, a było miłym, prywatnym żartem. - Już myślałam, że będę musiała tu zemdleć, bo inaczej ministerstwo nie wypuści bez powodu swojego najlepszego magomedyka z biura. - zażartowała, zabierając swoją torebkę, żeby Laurence mógł usiąść na zajętym miejscu. - Cieszę się, że jesteś!! Wykład jeszcze nie rozpoczął, ale słyszałam, że ktoś mówił, że w sali obok przygotowano propozycje eksperymentalnych eliksirów leczniczych i w każdej chwili można je obejrzeć.