Nikolai trochę zaczynał się niecierpliwić. Ale tak tylko trochę. Niedługo miał minąć już miesiąc, od kiedy mieszkał ze w Anglii ze stryjem, a wciąż nie dostał wezwania po odbiór karty pobytu. Czyżby był jakiś problem z przetłumaczeniem dokumentów? Ale w takim wypadku powiadomiliby go wcześniej, prawda? Vladimir śmiał się z niego za każdym razem, kiedy wypatrywał sowy z listem i denerwował się, kiedy była to jakaś "mniej istotna" korespondencja (nawet, jeżeli istotna była).
W końcu sowa się pojawiła, trzymając w dziobie białą, zapieczętowaną kopertę z jego nazwiskiem. Nareszcie.
Do Londynu pojechał już następnego dnia, rano, żeby do Ministerstwa dotrzeć o w miarę "ludzkiej" porze. Godzinę w pociągu przespał, a pozostałe dwie spędził na gapieniu się przez okno i czytaniu książki, którą polecił mi stryj. O wiele szybciej byłoby się po prostu przed wejściem do Ministerstwa deportować, zamiast tracić godziny z dnia na podróż, ale Vladimir uprzedził go, że część teren była zabezpieczona przed deportacją, więc pomysł stracił sens.
Teraz musiał już tylko znaleźć zniszczoną budkę telefoniczną. Niby proste zadanie, ale prawie wszystko dookoła zaczęło go rozpraszać i kiedy w końcu znalazł tę budkę, przez jakieś dwie minuty nie mógł przypomnieć sobie numeru, który miał wybrać na tarczy telefonu.
W końcu jednak, ze srebrną przepustką w dłoni, zjechał windą pod ziemię, do Atrium Ministerstwa.
-Woah - rozejrzał się, poderwał głowę.
W Rosji nie miał wielu okazji do odwiedzania Ministerstwa, a gdy już musiał się tam udać, nie miał możliwości "zwiedzania", bo wizyty zawsze były szybkie, "Nie rozglądaj się" i "Trzymaj się matki". Nie potrafił więc określić, czy brytyjskie Ministerstwo było większe czy mniejsze od rosyjskiego, ale robiło wrażenie. Gdyby tylko nie było tylu ludzi...
Dobra, Petrov, nie pora na to, upomniał się w myślach, wsunął dłonie do kieszeni płaszcza i poszedł w stronę wind.
Chwila, na które piętro miał pojechać?