Szpitale na pewno dało się lubić jeśli tylko odnajduje się w nich ukojenie. Bardzo cię boli, więc to, że trafiasz do szpitala nie jest takie straszne. Pomogą ci. Zniosą ten ból, który cię trawił. Laurent nie lubił szpitali, ale nie była to antypatia na poziomie, na której nie mógłby tego znieść. Kiedy coś się działo głównie jechał do Basiliusa, albo wysyłał mu sowę z prośbą, żeby przyszedł do niego. Kiedy działo się coś mniej poważnego szedł do Florence i prosił o pomoc. Tak, dokładnie w tej kolejności, bo nie chciał tej kobiety martwić, chociaż wiedział też, że zawsze może na nią liczyć. Cokolwiek by się nie działo.
Kiedy już ci pomogli to zazwyczaj lubili trzymać w łóżkach. Siedź tutaj i zdrowiej, dopóki na pewno nie będziesz zdrowy. Dopóki na pewno nic ci nie będzie groziło. Czasami nie było najmniejszej potrzeby, żeby tutaj tkwić, kiedy urazy nie miały wielkich powikłań albo nie były rodzaju magicznego. Dlatego Laurent chciał iść po prostu jak najszybciej do domu i zapomnieć o tym wszystkim. O tym rejsie, o innych rannych z tego rejsu tutaj, o kolejnym fiasko jego życia, tak bezsensownym, że nawet nie miał na to dobrego komentarza. Nie był zły, nie był smutny, nie był przerażony. Po prostu bycie jeszcze nigdy nie wydawało się tak upiorne i jednocześnie tak proste.
Załatwił już formalności z samego rana. Z pomocą, owszem, ale załatwione zostały. Wypis, zalecenia, przykazania, zakazy... cały spis tego, co robić, czego nie robić, żeby być ostrożnym, żeby się oszczędzać, a uważać na zrastającą się ranę. Już chyba mógłby z pamięci zacząć dyktować niektóre hasła, jakie padały przy takich sytuacjach. Poszedł jeszcze do Williama, żeby sprawdzić, czy dobrze się czuje, ale on właściwie tak samo - wychodził dzisiejszego dnia bez większego uszczerbku na zdrowiu. William. Człowiek naprawdę miły, sympatyczny, dobry - tak uważał Laurent. I on tego człowieka gotów był zostawić. Jego i pewnie wielu innych, którzy może gdzieś dobijali się we wnętrzu statku a potem? Potem utonęli. Oto była Śmierć - niekiedy przyjmowała naprawdę atrakcyjny wyraz twarzy. Laurent dość smętnie się do niego uśmiechnął, kiedy się żegnali. Na końcu zapukał do pokoju Philipa, a kiedy usłyszał zaproszenie to wszedł do środka.
Chciałby wyglądać teraz lepiej, godniej, mieć na sobie odpowiednio wyprasowaną koszulę i spodnie w kant, albo coś pięknego i misternie uszytego, co utwierdzałoby go w przekonaniu, że przecież nie może być już doskonalszy. Chciałby mieć lepszy nastrój i uśmiech na swoich wargach. Tego wszystkiego nie było. Elementów, które dodawałyby mu pewność siebie i jednocześnie wdrażały w nastrój, tworzyły sympatyczną atmosferę. Może Philip na to nie zasłużył, a może on sam nie zasłużył w pierwszym miejscu. Zazwyczaj wszystko tkane takimi nićmi spotykało się gdzieś pośrodku. Tam, gdzie tworzony był supeł.
- Dzień dobry, Philipie. Wychodzę ze szpitala. Jak się czujesz? - Zamknął za sobą drzwi i zrobił jeden wolny krok w stronę okna. Wyglądał przez moment na zewnątrz, zanim zwrócił twarz na Notta.