Kończył się pierwszy semestr. Rozszerzone zajęcia z Zaklęć i Uroków obfitowały w ćwiczenia przed zdawaniem na ocenę. Giovanni, jako jeden z lepszych uczniów, starał się dobrze wykorzystać ten czas, by po lekcjach skupić się na innych przedmiotach. Niestety stres był jego największym wrogiem. Wciąż miał drobne starcia z jednym z zaklęć, aż w końcu tak się zamachnął, że różdżka wybuchła mu w twarz. Nie doznał żadnych fizycznych obrażeń, magiczny przyrząd również był cały i zdrów. Sam Giovanni zbladł jednak, a serce przyspieszyło mu potężnie. Nauczyciel widząc to zlitował się nad uczniem. Zajęcia kończyły się i tak za pięć minut, mógł go zwolnić, by chłopak doszedł do siebie.
— Panie Urquart, proszę wziąć kolegę do siebie i odpocząć przed obiadem.
Giovani wyszedł wraz z Philipem. Dudniło mu w uszach i obawiał się najgorszego.
Bo tak się składa, że skłamałam i stres nie był największym wrogiem Urquarta. Był nim on sam. A odkrył to dopiero kilka lat temu. Do tej pory nauczył się, że duże emocje — w tym nadmierny stres — może zamknąć go w czeluści własnego umysłu, a na jego miejsce posłać niezwykle nieprzewidywalny byt.
Tak też stało się teraz. Chociaż przez chwilę szedł z kolegą spokojnym tempem w stronę Wielkiej Sali, Gio nagle zatrzymał się i oparł dłonie na kolanach.
Gdy się wyprostował, był już innym człowiekiem.
— Hej, to jest łazienka dziewczyn, co nie? — spytał wskazując na pobliskie drzwi. Wszelkie objawy rozchwiania emocjonalnego zniknęły w ułamku sekundy. Z szarlatańskim uśmiechem, Urquart uchylił drzwi i zajrzał do środka.
— Chyba nikogo nie ma. Chodź szybko, nim zacznie się przerwa i ktoś tu przyjdzie.
Urquart wskoczył do łazienki i najpierw rozejrzał się. Ładniej tu niż w męskiej. Wskoczył do jednej z kabin i taktycznie przykucnął na desce.