Rozliczono - Florence Bulstrode - osiągnięcie Badacz Tajemnic
Czuł się lepiej. Naprawdę czuł się o wiele lepiej po tych dwóch tygodniach jakie minęły od "małego wypadku" w New Forest. Przebywanie tam nie było problemem dopóki nie zapadała noc. Przebywanie w rodzinnym domu było jednak jeszcze większym kłopotem. Edward bardzo sprytnie wysłał swoją żonę do Turcji, ale można było sobie wyobrazić, jaka była zachwycona, kiedy wróciła i znowu mieli ze sobą wspaniałe spotkanie. Blondyn nie chciał się z nią kłócić i nie miał na to siły - po prostu wrócił do siebie. Edward stawał na rzęsach, dwoił się i troił, skacząc wokół tematu, podczas gdy syn spoglądał na niego ze znużeniem i chciałabym napisać, że popijając herbatkę, ale prawda była taka, że głowa rodu Prewett jak nikt inny potrafiła wywierać presję. I on nigdy nie prosił, a jakiekolwiek formy sprzeciwu były nieprzyjemne. Chyba nawet gdyby nie wróciła Aydaya to nie wytrzymałby tam zbyt długo, nie czuł się na siłach, żeby dźwigać wesoły uśmiech i dobrze się bawić w towarzystwie ojca, a tym bardziej nie miał nerwów (były zbyt poszarpane), żeby stać prosto, kiedy ten czynił swoje czary słowem. Więc tak - z całą pewnością czuł się lepiej. Choć brzmiało to na absolutnie niewykonalne i absurdalne. Było jednak kilka czynników łagodzących sytuację, bo z tego nacisku Edwarda wyszła chociaż jedna dobra rzecz - wymuszona opowieść o tych okropieństwach do jakiegoś stopnia go oczyściła. Tak jak pomogło to, że dźwigany przez tyle lat sekret został podzielony z chociaż jedną osobą. Ale przede wszystkim doświadczył czegoś tak romantycznego i tak uskrzydlającego, że nawet pomimo tego wszystkiego mógłby chodzić ze stokrotką w dłoniach i obrywać jej płatki.
Nie pojawił się bezpośrednio w kominku tym razem, ponieważ i tak był w okolicy. Więc w południe zawitał na Aleję horyzontalną i zapukał do drzwi Bulstrodów ciekaw, czy zastanie tam Florence, a może ją i jej braci? To było w zasadzie bardzo miłe - spotkać się z całą ich trójką. Nie pamiętał, pomijając święta, kiedy ostatni raz mieli takie spotkanie. Nie było jednak żadnym zawodem, kiedy otworzyła Florence i okazało się, że nikogo innego nie ma.
- Dzień dobry. - Przywitał się, obejmując ją dłuższą chwilę. - Czy to tylko moje wrażenie, czy wyglądasz naprawdę kwitnąco? - Zapytał, oceniając Florence. Zazwyczaj w czasach szkolnych, tego typu słowa zapowiadały jakieś bardzo duże krętactwa i manipulacje, jakie Laurent sobie obmyślił i próbował urobić Florence dokładnie tak samo, jak urabiał innych. Nie to, żeby teraz zaniechał tych praktyk. On je po prostu opanował do perfekcji i stały się niezwykle subtelne. Tym razem jednak nie przyszedł z niczym konkretnym. Tym razem po prostu... chciał z nią spędzić czas. - Jesteś bardzo zajęta czy może masz mi ochotę potowarzyszyć na kubek gorącej czekolady czy... innej herbaty? - Wyciągnął rękę dokładnie tak, jak wyciąga się ją do każdej damy. Laurent miał bardzo dużo admiracji dla Florence i traktował ją niemal jak swoją matkę mimo tego, że nie dzieliło ich wcale tak dużo lat różnicy. Nie było w jego ruchach ani spojrzeniu niczego niepoprawnego. Wręcz przeciwnie - czyste ciepło i szczera miłość, jaką chował dla tej kobiety, migotała w jego morskich oczach jak słońce na falach.