//WALIA, OKOLICE SNOWDONI
Koń galopował przed siebie w najlepsze. Kompletnie się mnie nie słuchał, zapewne mając mnie zawieść w jedno konkretne miejsce, gdyż za mną coraz bardziej zanikał złowieszczy śmiech Thorana. Głupi żart. Zostawiał mnie samego sobie i nie byłem pewny, co dokładnie chciał ugrać, gdzie mnie dostarczyć póki koń nie zatrzymał się na kompletnym wypizdowie, a ja ani drgnąłem, kiedy próbowałem z niego zsiąść. Zbliżał się świt, czułem to całym sobą, a to oznaczało jedno - Thoran postanowił się mnie pozbyć.
Na początku próbowałem rzucić zaklęcie, ale byłem tak zmęczony i przerażony wizją świtu, że ta upadła na ziemię tuż pode mną. Do zapięcia siodła również nie mogłem dosięgnąć własnymi rękoma. Obrócenie siodła na koniu ze mną nie wchodziło w grę, a rozerwanie drogich pasów było palcami niemożliwe. Próbowałem dłubać, przeklinając rodziców, że nie oszczędzali na stajni. W końcu się poddałem, bo jaśniało. Doskonale znałem te momenty, ale za swojego życia. Pierwsze promienie słońca miały paść na moją twarz i rozświetlić ją po raz ostatni.
Zacząłem się zastanawiać, czyj to był pomysł? Czy aby na pewno Thorana, czy może jednak Ojca? Pozorowali wypadek czy samobójstwo? Jaką wersję sprzedadzą pismakom? Że zmarłem podczas polowania? Zaginąłem? W końcu zapewne zamienię się w marny popiół. Nikt mnie nie namierzy. Jedynie gnijące zwłoki wycieńczonego konia, którego kolejnej nocy porozrywają wilki.
A powinienem być bardziej podejrzliwy... Właściwie to byłem. Nie wiem, czemu zgodziłem się na tę wycieczkę. Thoran od zawsze za mną nie przepadał. Może zrobiłem to ze względu na Geraldine, ale... to wydawało mi się absurdalne. Nie krytykowałem jej relacji z własnym bliźniakiem, ale sam nie zamierzałem mu przez jej miłość wchodzić w tyłek. Więc... Jakieś czary? Może od samego początku nie miałem szans? Może od samego początku było wiadome, że to zrobi? Niezależenie od tego, co bym zrobił, w końcu wsiadłbym na konia i pogalopował z nim w mrok nocy. Miła przejażdżka jednak przemieniła się w koszmar, który przypłacę życiem.
Drżałem ze strachu. Nie chciałem znowu umierać. Wtedy czułem niemoc, teraz znowu to do mnie wracało. Niczym bumerang. Może to było moje przeznaczenie? Może już tamtej nocy nie powinienem był przetrwać, obudzić się po tym czasie, może martwy, ale jednak... żywy? Tylko że teraz już się nie obudzę. Nie miałem co liczyć na szczęście, na fart od losu. Byłem tu sam i czułem ból na całym swoim ciele. Zaraz zapewne będzie on prawdziwy. Prawdziwy i piękny... Jakby nie patrzeć, pragnąłem ponownie poczuć ciepło słońca na swojej skórze. Będę miał ku temu okazję. Ten ostatni raz.
Podniosłem się, wyprostowałem. Aktualnie trwałem przytulony do szyi konia, jakbym miał ostatnie nadzieje, że jego postać ochroni mnie przed promieniami, ale nie było ku temu nawet cienia szans. Wyprostowałem się i spojrzałem na tę jaśniejącą łunę w oddali. Nie chciałem tego, a jednak to się działo. Świt nadchodził coraz szybszymi krokami. Nic nie mogłem na to poradzić.
Objąłem się rękoma, próbując dodać sobie otuchy i wpatrywałem się w ten jeden punkt na horyzoncie. Koń był chyba na to nastawiony, odpowiednio magicznie przygotowany, bym nie stracił z oczu tego pięknego spektaklu, wyreżyserowanego przez samego Thorana.
Wstrzymałem oddech. Wokół beztrosko ćwierkały ptaki, budziły się ze snu, a ja czekałem na definitywny koniec.