17.12.2022, 02:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.06.2024, 09:03 przez Mirabella Plunkett.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Florence Bulstrode - osiągnięcie Badacz Tajemnic
Tamtego wieczoru pogoda doskonale odpowiadała swojej kalendarzowej dacie. Na dworze było zimno, a w bladym świetle latarni widać było sypiący się z nieba drobniutki śnieg. Jego malutkie, gwieździste płatki spadały na pogrążony w nocy Londyn. Osadzały się na poczerniałych gałęziach drzew i krzakach, na zaparkowanych na parkingach samochodach, na trawnikach, chodnikach, jezdni. Pobłyskiwały zdradliwie, jakby czekając na śpieszących się do domu pieszych, by ci ślizgali się na ukrytym pod nimi lodzie. Leżący na uboczu park tonął w nocnej ciszy. Ogołocone z liści drzewa nie chroniły przed narastającym mrozem. Nie potrafiły nawet dać odrobiny prywatności siedzącemu na jednej z ławek mężczyźnie.
A jednak w parku panował względny spokój. W jakiś sposób chronił przed dźwiękami przejeżdżających ulicą samochodów, przed przekleństwami pieszych i odgłosami dobiegającymi z pobliskiego pubu. Chronił nawet przed miejskim smrodem, tym nieprzyjemnym zapachem spalin pomieszanych z potem, perfumami, niemytymi zębami, szybkim jedzeniem i alkoholem. To nie tak, że w parku było przez to ciepło i przytulnie, ale przytłumione dźwięki, w połączeniu z zapachem mroźnego, już prawie grudniowego powietrza sprawiały, że miejsce to wydawało się w jakiś złudny sposób bardziej intymne.
To Patrick był tym mężczyzną siedzącym na ławce w parku. Mimo zimna i padającego śniegu, nie miał na sobie kurtki. Zmarznięte dłonie wsunął w rękawy wełnianego swetra. Oparł się łokciami o kolana i ukrył twarz w dłoniach. Obok ławki, w papierowej torbie stała ukryta butelka whisky, przynajmniej w połowie wypita.
Nie poruszał się, choć z pewnością nie zasnął. Przymknął oczy, próbując opanować pulsujący ból głowy. Nie był pewien czy bolało go przez wypity alkohol, niedawno stoczoną bójkę w barze czy też ból głowy był skutkiem wszystkich myśli, które pojawiły się w jego głowie na wiadomość o śmierci Clare.
Zadrżał z zimna, choć wydawało mu się, że chłód, który poczuł, nie do końca sięgał tylko zimowego, listopadowego wieczoru i tego, że siedział głupio w mugolskim parku. Podobnie było z otępieniem, które czuł, a które, mimo iż spowalniało jego ruchy, nie było w stanie spowolnić szalejącej w głowie gonitwy myśli. Raz był wściekły na zmarłą, tak bardzo rozgniewany, że chciałby złapać ją za ramiona i potrząsnąć; raz przygniatały go wyrzuty sumienia; raz chciał wyjaśnić wszystko – tylko nie wiedział komu i właściwie co miałby wyjaśniać, raz pragnął tylko zapomnieć.
Sam przesłał Florence wiadomość, by zjawiła się w pubie. Wiadomość dość krótką, napisaną niechlujnie i zawierającą się w zdaniach: Pomóż mi. To tak cholernie boli. Patrick. Całe szczęście, że miał wtedy jeszcze tyle przytomności umysłu, by podać czarownicy adres. Mniej szczęśliwie, że dosłownie kilka minut później zdołał wdać się w bójkę i wylądować w pobliskim parku. W dodatku bez kurtki.
A jednak w parku panował względny spokój. W jakiś sposób chronił przed dźwiękami przejeżdżających ulicą samochodów, przed przekleństwami pieszych i odgłosami dobiegającymi z pobliskiego pubu. Chronił nawet przed miejskim smrodem, tym nieprzyjemnym zapachem spalin pomieszanych z potem, perfumami, niemytymi zębami, szybkim jedzeniem i alkoholem. To nie tak, że w parku było przez to ciepło i przytulnie, ale przytłumione dźwięki, w połączeniu z zapachem mroźnego, już prawie grudniowego powietrza sprawiały, że miejsce to wydawało się w jakiś złudny sposób bardziej intymne.
To Patrick był tym mężczyzną siedzącym na ławce w parku. Mimo zimna i padającego śniegu, nie miał na sobie kurtki. Zmarznięte dłonie wsunął w rękawy wełnianego swetra. Oparł się łokciami o kolana i ukrył twarz w dłoniach. Obok ławki, w papierowej torbie stała ukryta butelka whisky, przynajmniej w połowie wypita.
Nie poruszał się, choć z pewnością nie zasnął. Przymknął oczy, próbując opanować pulsujący ból głowy. Nie był pewien czy bolało go przez wypity alkohol, niedawno stoczoną bójkę w barze czy też ból głowy był skutkiem wszystkich myśli, które pojawiły się w jego głowie na wiadomość o śmierci Clare.
Zadrżał z zimna, choć wydawało mu się, że chłód, który poczuł, nie do końca sięgał tylko zimowego, listopadowego wieczoru i tego, że siedział głupio w mugolskim parku. Podobnie było z otępieniem, które czuł, a które, mimo iż spowalniało jego ruchy, nie było w stanie spowolnić szalejącej w głowie gonitwy myśli. Raz był wściekły na zmarłą, tak bardzo rozgniewany, że chciałby złapać ją za ramiona i potrząsnąć; raz przygniatały go wyrzuty sumienia; raz chciał wyjaśnić wszystko – tylko nie wiedział komu i właściwie co miałby wyjaśniać, raz pragnął tylko zapomnieć.
Sam przesłał Florence wiadomość, by zjawiła się w pubie. Wiadomość dość krótką, napisaną niechlujnie i zawierającą się w zdaniach: Pomóż mi. To tak cholernie boli. Patrick. Całe szczęście, że miał wtedy jeszcze tyle przytomności umysłu, by podać czarownicy adres. Mniej szczęśliwie, że dosłownie kilka minut później zdołał wdać się w bójkę i wylądować w pobliskim parku. W dodatku bez kurtki.