07.01.2023, 18:29 ✶
Hogwart opustoszał.
Dormitorium szóstego roku Gryfonek, w którym zwykle rano panował harmider i chaos, kiedy dziewczęta szukały części garderoby, walczyły o lustro albo kłóciły się o kocią sierść na łóżku, świątecznego poranka było nienaturalnie wręcz ciche. (Cudownie ciche, jak pomyślała Mackenzie, dla której dzielenie sypialni z pięcioma innymi dziewczynami było wieloletnią torturą.) W Pokoju Wspólnym nikt w nic nie grał, nie krzyczał, a najlepsze fotele przy kominku były wolne. Wędrując przez korytarze, Mackenzie napotkała tylko duchy oraz kotkę woźnego, a jej kroki zdawały się wręcz odbijać echem po opustoszałych przestrzeniach.
Ranek spędziła w pustym i miło cichym Pokoju Wspólnym, na najwygodniejszym fotelu, popołudnie z łyżwami na jeziorze – nie dało się w tej temperaturze latać na miotle, ale to nie oznaczało, że mogła odpuścić aktywność fizyczną, forma by jeszcze jej spadła, a na szóstym roku miała już nieodwołalne postanowienie, co do swojej kariery – tylko ona i puste błonia. A wreszcie, po południu, z łyżwami w ręku, skierowała się na świąteczny obiad, gdzie przy stole prawdopodobnie zbiorą się obecnie wszyscy lokatorzy zamku… czyli pewnie ona, dyrektor oraz gajowy.
To wszystko było… może trochę smutne, ale właściwie też miłe. I chociaż wszyscy (a raczej ci, którzy o to spytali) zdawali się jej współczuć, że zostaje w Hogwarcie na święta, teraz spędzanie tutaj Yule zdawało się doskonałym wręcz pomysłem, a jakikolwiek żal wobec matki, jaki mogła żywić (choć było go bardzo niewiele) odpływał w niebycie. Przez chwilę rozmyślała nawet, że szkoda, że to potrwa tylko tydzień i że mogłaby bardziej polubić szkołę, gdyby tak już zostało – z brakiem uczniów – dopóki nie uświadomiła sobie, że to oznaczałoby także brak drużyn qudditcha i co za tym idzie meczów.
Dobrze, jednak nie była na to chętna.
Mackenzie przeszła drogę od do Wielkiej Sali. Wciąż w płaszczu, opatulona czerwono – złotym szalikiem Gryffindoru, z włosami potarganymi przez wiatr i nosem zaczerwienionym od mrozu. Zatrzymała się przy wejściu do Wielkiej Sali, dostrzegając ogromną, żywą choinkę, obwieszoną bombkami – czerwonymi, zielonymi, żółtymi i niebieskimi. Na samym jej szczycie znajdowały się cztery ogromne bombki z herbami poszczególnych Domów. Choinka wypełniała najbliższą okolicę zapachem jedliny, a gdzieś z Wielkiej Sali dobiegał dźwięk kolędy. Mackenzie przypatrywała się drzewku przez chwilę z zamyśleniu. A potem sięgnęła po różdżkę i wycelowała w jedną z żółtych bombek, zawieszonych na dolnych gałązkach, szepcąc zaklęcie transmutacyjne, aż z tej wydobyły się skrzydła i stała się czymś na podobieństwo nieco większego, złotego znicza.
Tak, wystrój w jej oczach od razu stał się ciekawszy.
Dormitorium szóstego roku Gryfonek, w którym zwykle rano panował harmider i chaos, kiedy dziewczęta szukały części garderoby, walczyły o lustro albo kłóciły się o kocią sierść na łóżku, świątecznego poranka było nienaturalnie wręcz ciche. (Cudownie ciche, jak pomyślała Mackenzie, dla której dzielenie sypialni z pięcioma innymi dziewczynami było wieloletnią torturą.) W Pokoju Wspólnym nikt w nic nie grał, nie krzyczał, a najlepsze fotele przy kominku były wolne. Wędrując przez korytarze, Mackenzie napotkała tylko duchy oraz kotkę woźnego, a jej kroki zdawały się wręcz odbijać echem po opustoszałych przestrzeniach.
Ranek spędziła w pustym i miło cichym Pokoju Wspólnym, na najwygodniejszym fotelu, popołudnie z łyżwami na jeziorze – nie dało się w tej temperaturze latać na miotle, ale to nie oznaczało, że mogła odpuścić aktywność fizyczną, forma by jeszcze jej spadła, a na szóstym roku miała już nieodwołalne postanowienie, co do swojej kariery – tylko ona i puste błonia. A wreszcie, po południu, z łyżwami w ręku, skierowała się na świąteczny obiad, gdzie przy stole prawdopodobnie zbiorą się obecnie wszyscy lokatorzy zamku… czyli pewnie ona, dyrektor oraz gajowy.
To wszystko było… może trochę smutne, ale właściwie też miłe. I chociaż wszyscy (a raczej ci, którzy o to spytali) zdawali się jej współczuć, że zostaje w Hogwarcie na święta, teraz spędzanie tutaj Yule zdawało się doskonałym wręcz pomysłem, a jakikolwiek żal wobec matki, jaki mogła żywić (choć było go bardzo niewiele) odpływał w niebycie. Przez chwilę rozmyślała nawet, że szkoda, że to potrwa tylko tydzień i że mogłaby bardziej polubić szkołę, gdyby tak już zostało – z brakiem uczniów – dopóki nie uświadomiła sobie, że to oznaczałoby także brak drużyn qudditcha i co za tym idzie meczów.
Dobrze, jednak nie była na to chętna.
Mackenzie przeszła drogę od do Wielkiej Sali. Wciąż w płaszczu, opatulona czerwono – złotym szalikiem Gryffindoru, z włosami potarganymi przez wiatr i nosem zaczerwienionym od mrozu. Zatrzymała się przy wejściu do Wielkiej Sali, dostrzegając ogromną, żywą choinkę, obwieszoną bombkami – czerwonymi, zielonymi, żółtymi i niebieskimi. Na samym jej szczycie znajdowały się cztery ogromne bombki z herbami poszczególnych Domów. Choinka wypełniała najbliższą okolicę zapachem jedliny, a gdzieś z Wielkiej Sali dobiegał dźwięk kolędy. Mackenzie przypatrywała się drzewku przez chwilę z zamyśleniu. A potem sięgnęła po różdżkę i wycelowała w jedną z żółtych bombek, zawieszonych na dolnych gałązkach, szepcąc zaklęcie transmutacyjne, aż z tej wydobyły się skrzydła i stała się czymś na podobieństwo nieco większego, złotego znicza.
Tak, wystrój w jej oczach od razu stał się ciekawszy.