Secrets of London
[5 maja 1971] Pierwsze ataki Śmierciożerców | Stanley & Ezechiel - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [5 maja 1971] Pierwsze ataki Śmierciożerców | Stanley & Ezechiel (/showthread.php?tid=1397)

Strony: 1 2


[5 maja 1971] Pierwsze ataki Śmierciożerców | Stanley & Ezechiel - Stanley Andrew Borgin - 15.05.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Stanley Borgin - osiągnięcie Badacz tajemnic I

Obrzeża Londynu - domostwo państwa Smith, 5 maja 1971 roku
Pierwsze ataki Śmierciożerców - Stanley & Ezechiel



Nadszedł długo wyczekiwany przez Vulturisa czas - poplecznicy Czarnego Pana zaczęli brać sprawę w swoję ręce w celu oczyszczenia magicznego świata z niepotrzebnych istot, które tylko marnowały tlen na tym świecie. Jako jedna z osób, która opowiedziała się po jedynej słusznej stronie, Borgin wybrał sobie rodzinę, która miała dzisiejszego wieczoru przypłacić najwyższą cenę za swoje pochodzenie. A to wszystko było możliwe tylko i wyłącznie dzięki hojnemu podarunkowi, który zostawił im pewien doktorek.

Z przeczytanych akt wychodziło, że najstarszy syn państwa Smith, miał obchodzić dzisiaj swoje osiemnaste urodziny. Należało więc ich odwiedzić i złożyć najserdeczniejsze życzenia z okazji tak wielkiego święta. W końcu nie każdy może obchodzić swoje ostatnie urodziny w towarzystwie swoich najbliższych, a Paul właśnie dostąpił takiej możliwości.

Za w czasu poinformował Johna - dziwnego, lecz całkiem skutecznego medyka, którego Stanley mógł określić aktualnie jako współpracownika czy nawet towarzysza. Ich pierwsza, wspólna robota zakończyła się sukcesem, a on obiecał Ezechielowi, że to dopiero początek. Vulturis jako osoba słowna zaprosił, a raczej wymusił stawienie się Johna pod wskazanym adresem dzisiejszego wieczora - w głębi wierzył jednak, że drugi mężczyzna pojawiłby się tutaj nawet bez tej lekkiej groźby. W końcu we dwójkę byli jak najbardziej oddani tej sprawie.

Przywdział czarny płaszcz i swoją maskę, a następnie aportował się niedaleko docelowego miejsca. Powolnym krokiem pod osłoną cieni drzew, udał się do ustalonego punktu, gdzie miał się spotkać z Johnem. Miejscówka w której oczekiwał na kompana była wręcz idealna - pozwalała na obserwację furtki od domostwa państwa Smithów.

- Witaj. Dobrze, że jesteś. Przez moment obawiałem się już, że stchórzyłeś ale jak widzę to się nie stało - przywitał się ze swoim doktorkiem, który właśnie znalazł się na miejscu - W liście mogłem Ci nie przekazać pewnej wiadomości, bo może... Zapomniałem? - przechylił głowę w prawo jakby się nad czymś zastanawiał. Może zapomniał, chociaż raczej celowo o tym nie pisał. Jeszcze Austriak by się tym przejął i na prawdę kupił jakiś prezent - Dzisiaj są urodziny jednego z tych mugolaków, więc trzeba złożyć życzenia i przekazać prezent... Jako, że nie mamy prezentu... Będziemy musieli coś im wyczarować - zaśmiał się na swój żart, wyjmując różdżkę spod płaszcza aby jej się uważnie przyjrzeć. Nie musiał wspominać Ezechielowi, że jedynym prezentem jaki Vulturis chciał przekazać solenizantowi był cruciatus - Plan jest prosty czyli tak jak zawsze. Podejdziesz i zapukasz do drzwi. Nasz jubilat zapewne podejdzie otworzyć drzwi jako, że impreza trwa w najlepsze jak widzisz... - wskazał dłonią jedyne pomieszczenie w domostwie w którym paliło się światło oraz dochodziła całkiem głośna muzyka - A ja wtedy wynagrodzę mu jego ostatnie urodziny i zajmiemy się dalszą robotą - dodał, chowając różdżkę za pasem by chwilę później przetrzeć ręce z radości - Wszystko jasne? - zapytał. Borgin wolał się upewnić, że jego kompan zrozumiał ich plan na tę bombową imprezę.




RE: [5 maja 1971] Pierwsze ataki Śmierciożerców | Stanley & Ezechiel - Ezechiel von Jundegingen - 15.05.2023

Nie wiedział, czy to dobrze, czy źle, że wciąż siedział w pamięci Śmierciożerców. Wszelkie konflikty moralne podduszały go tak długo, że powoli wyblakły, tak jak wszelkie inne emocje. Pozostał tylko wieczny niepokój urozmaicony okazjonalnym strachem, że komuś nie spodobają się jego usługi, bądź odkryty zostanie jego prawdziwy status krwi. Na szczęście nikt z popleczników Voldemorta nie miał kontaktu z austriackimi czarodziejami, którzy mogliby poinformować o braku takiej rodziny jak von Jundegingen.

Vulturis postanowił pociągnąć za smycz ponownie i Ezechiel znalazł się w wyznaczonym miejscu o wyznaczonym czasie. Ubrany był jak zwykle w niewyróżniającą się czarodziejską szatę w ciemnych barwach. Od tyłu można by go pomylić z każdym. Starając się skupić na oddechu, podszedł do Śmierciożercy.

— Dzień dobry.

Zapomniał? Oby nie chodziło o coś, co Ezechiel miał przynieść i w ogóle domyślić się, że ma to zrobić. Ale nie. Urodziny. Tylko jaki prezent miał na myśli? Ma skonstruować bombę w pluszaku? Zatruty tort? Zamknąć Vulturisa w dużym, kolorowym pudełku i postawić na środku salonu? A może powinni się przebrać za klaunów i sugerować, że są prezentem-niespodzianką od sąsiadów? Nie, Ez nie pomyślał od razu o Cruciatusie. Podejrzewał Śmierciożercę o trochę więcej kreatywności.

Ezechiel pomyślał, że otworzenie drzwi nie będzie najtrudniejsze, a dostanie się do środka tak, by wszyscy nie pouciekali. Nie odezwał się jednak. Nie mu planować te zasadzki, poza tym plan Vulturisa dawał szansę niektórym na ucieczkę. Szczególnie, jeśli ten zacznie spełniać swoje sadystyczne zachcianki zamiast skutecznie zlikwidować jedną ofiarę po drugiej.

Kiwnął głową. Niczym uliczny magik wyczarował sobie prowizoryczne pudełko przewiązane czerwoną wstążką, a z różdżki wystrzelił pęk baloników. Stanął przed drzwiami ofiary i zapukał do drzwi. Musiał ponowić swoje pukanie, bo nie było go słychać. Wtedy też dostrzegł dzwonek. Zadzwonił. Ale to wciąż na nic. Mógł się odwrócić w stronę Śmierciożercy i wzruszyć ramionami na znak, że nikt nie chce otworzyć. Ale wtedy Avada przeleciałaby mu obok ucha. Zadzwonił więc raz jeszcze. Otworzyła mu kobieta i zderzyła się z jego zmęczonymi oczami. Ezechiel starał się wyskrobać uśmiech.

— Dzień dobry! Przepraszam, że przeszkadzam w świętowaniu, chciałem tylko złożyć życzenia...

Krótko i na temat. Nawet nie musiał wiedzieć, kto te urodziny ma. Kobieta patrzyła na niego podejrzanie, ale w końcu poszła poszukać jubilata.




RE: [5 maja 1971] Pierwsze ataki Śmierciożerców | Stanley & Ezechiel - Stanley Andrew Borgin - 16.05.2023

Powiedzieć, że mimo wszystko ucieszył się na widok Johna, to jak nie powiedzieć nic. We dwójkę w końcu mieli za moment przyczynić się do nieuniknionego sukcesu Czarnego Pana w niedalekiej przyszłości. Jak mieli się w takim przypadku nie cieszyć?

Ezechiel był idealną osobą do tej roboty. Nawet na szybko zorganizował sobie prezent dla solenizanta mimo tego, że nie musiał, ponieważ główny podarek - niespodzianka - był już gotowy i oczekiwał na odbiór. Kiedy Austriak ruszył w kierunku drzwi, a moment później do nich zapukał, Vulturis ustawił się kilka kroków za nim, pozostając w pełnej gotowości na pojawienie się Paula.

Zza pleców swojego towarzysza zobaczył kobietę, która otworzyła mu drzwi i chyba była zdziwiona obecnością nadprogramowego gościa. Biedaczka niestety nie miała jeszcze pojęcia, że to są ostatnie chwile w jej nędznym życiu. Stanley złapał pewniej swoją różdżkę pod płaszczem, a pani Smith zniknęła w środku domostwa, szukając swojego syna.

Na szczęście nie musieli zbyt długo czekać. Po kilku, może kilkunastu sekundach w progu pojawił się nikt inny jak jubilat - młody chłopak, blondyn, który dopiero zaczynał swoje życia, jednak przyszło mu je dzisiaj zakończyć. Borgin nie czekał na żaden znak od Johna ani tym bardziej na przekazanie prezentu - nie mieli na to czasu. Zrobił szybko krok w prawą stronę aby upewnić się, że przypadkiem nie trafi swojego medyka, a następnie dobył swojej różdżki spod płaszcza - CRUCIO! - wycedził spod maski, wykonując sprawny ruch ręką i wycelowując w Paula. Czar trafił go prosto w klatkę piersiową, powodując u niego grymas bólu, a po chwili młodzieniec znalazł się na podłodze w konwulsjach. To musiało go bardzo boleć.

Stanley ruszył w kierunku drzwi.  Mijając Ezechiela, poklepał go po plecach, za dobrze wykonaną robotę i bez słowa przekroczył próg nad ciałem Paula, który przeżywał istne katusze, a następnie skierował swój wzrok na jego rodzicielkę. Kobieta odwróciła się na pięcie, nie wiedząc co się dokładnie dzieje ale ostatni impuls świadomości rozkazał jej się ratować. Ruszyła ile sił w nogach na górne piętro, licząc, że tam będzie bezpieczna - Złap ją i przyprowadź na dół - zalecił Austriaków, a sam odwrócił się w lewą stronę, kierując swoje kolejne kroki do salonu - miejsca gdzie jeszcze moment temu odbywało się przyjęcie urodzinowe, a teraz znajdowali się niczego nie świadomi goście. Vulturis był bardzo hojny w swoich gestach. Miał prezent dla jubilata, miał też prezent dla reszty zebranych. Ci jednak musieli jeszcze chwilę, jeden moment zaczekać nim otrzymają swoje podarki.




RE: [5 maja 1971] Pierwsze ataki Śmierciożerców | Stanley & Ezechiel - Ezechiel von Jundegingen - 17.05.2023

Paul zdziwił się widząc Ezechiela. Nie spodziewał się nieznajomych gości. Ezechiel zdziwił się widząc Paula. Nie spodziewał się, że tak łatwo będzie go wywabić. Ale nie mieli nawet czasu na dziwne niezręczności. Chłopak zaczął zwijać się w konwulsjach. Von Jundegingen chciał po prostu stanąć z boku ze spuszczoną głową, ale przydzielono mu inne zadanie.

Wszedł więc do środka i zamknął za sobą drzwi. Nieprzyjemnie by było, gdyby krzyki Paula zwabiły kogoś z ulicy. Muzyka odbijająca się od ścian, skutecznie je zagłuszała. Ezechiel pospiesznie wszedł na piętro, po czym zwolnił.

Życie kobiety było w jego rękach i mógł to jakoś dobrze zaplanować. Usłyszał, że zamknęła się w łazience. Alohomora załatwi sprawę. Gdy otworzył drzwi, jakieś zaklęcie prawie uderzyło go w twarz, ale zdążył zrobić unik. On na szczęście miał przestrzeń na ruch. Kobieta w malutkiej łazience niespecjalnie. Rzucił zaklęcie, by spętać ją świetlistym sznurem, a następnie podszedł bliżej.

Westchnął ciężko. Wyjął z wewnętrznej kieszeni dwie fiolki. Zręcznym ruchem złapał kobietę za kark i przyłożył naczynie do ust zmuszając do wypicia. Był to Eliksir Słodkiego Snu. Zadziałał szybko. Złapał kobietę swoim silnym ramieniem, gdy jej ciało zaczęło osuwać się bezwiednie na podłogę.

Runda druga — Eliksir Zapomnienia. Ezechiel nie był pewien jak silna była jego moc. Kobieta mogła zapomnieć wydarzenia minionego tygodnia lub nawet połowę swojego życia. Mogła utracić pamięć o mężu, synu... O ile oczywiście przeżyje ten atak. Szansa na to była nikła, a przynajmniej tak oceniał to Ezechiel biorąc pod uwagę barbarzyństwo towarzyszącego mu Śmierciożercy.

Schował fiolki i podniósł kobietę. Zdecydowanie nie wyglądał jak ktoś, kto byłby w stanie dokonać takiego wyczynu, ale wbrew pozorom nie był chuderlakiem.

Jeszcze kilka miesięcy temu otarłby łzę schodząc po schodach, przez to, że życie swoje stawiał nad niewinnymi, ale wszystkie łzy już dawno wyschły tak jak i jego serce. Pozostał tylko tępy ból. Schodził ostrożnie na dół starając się nie myśleć o tym, co zastanie.




RE: [5 maja 1971] Pierwsze ataki Śmierciożerców | Stanley & Ezechiel - Stanley Andrew Borgin - 21.05.2023

Oddelegował Johna do ich uciekinierki, a sam zajął się głównym wydarzeniem. Paul już się zwijał ze szczęścia... Chociaż może bardziej była to kwestia bólu, niż zadowolenia z otrzymanego prezentu. To jednak nie obchodziło w ogóle Vulturisa.

Powolnym krokiem skierował się do salonu, gdzie przy stole siedziała cała grupa zdezorientowanych gości, którzy na widok mężczyzny w masce i czarnej szacie, przerazili się co nie miara. Można było rzecz, że zostali sparaliżowani strachem - nie wiedzieli czy powinni pójść w ślady tamtej kobiety i uciec czy jednak liczyć na odrobinę szczęścia, może wyrozumienia ze strony tego Śmierciożercy. Nie mogli na to jednak liczyć, ponieważ nie wolno było zostawić za sobą żadnych świadków. A już na pewno nie teraz. Nie wśród ludzi, którzy nie mogą nikomu przekazać ich żądań.

Rozszerzył szeroko ręce na widok takiego walnego zgromadzenia gdy stanął w progu. Pod jego maską pojawił się lekki uśmiech, którego jednak nie mieli możliwości zauważyć. Nie czekając na żaden lament czy prośbę o zostawienie ich w spokoju, wycelował swoją różdżkę w stolik, a następnie, czym prędzej, wyczarował potężne ciśnienie, które rozsadziło ten mebel, odrzucając wszystkich zebranych wokół niego na boki pomieszczenia. Część z nich na pewno została ranna, część mogła już nie żyć. Nie zmieniało to faktu, że rozsadzenie było na tyle głośne, że Ezechiel byłby w stanie je usłyszeć nawet w ogródku.

- Nawet nie próbujcie uciekać bo i tak Wam nic to nie da - powiedział rozglądając się po całej sali, widząc rozwaloną porcelanę po całym pomieszczeniu. Przypominało to widok, który następował po wybuchu bomby. Dojrzał jak pewien ranny mężczyzna za wszelką cenę próbuje dosięgnąć swojej różdżki, starając się za pewne obronić rodzinę - O, nie, nie, nie. Nic takiego nie będzie miało miejsca - zaśmiał się na ten widok. Co ten biedak w ogóle myślał? Że Vulturis pozwoli mu od tak się zranić albo zrobić coś więcej, niż po prostu leżenie? - John. Mamy tutaj pewnego pana, który jest nad wyraz zainteresowany krzywdzeniem innych. Może zechciałbyś mu coś podać na rozluźnienie? - krzyknął do swojego towarzysza, licząc w głębi duszy, że ten go usłyszy i tym samym przyjdzie do salonu wraz z ich uciekinierką, którą następnie będą mogli ukarać za jej niesubordynację. Nie czekając jednak na żadne słowa od Austriaka, ruszył w kierunku tego faceta, a następnie kopnął jego różdżkę pod którąś z szafek. Nie na mojej warcie takie numery Pokiwał tylko przecząco głową, a następnie zaczął rozmyślać co takiego mógłby z nimi jeszcze zrobić zanim pozbawi ich życia.




RE: [5 maja 1971] Pierwsze ataki Śmierciożerców | Stanley & Ezechiel - Ezechiel von Jundegingen - 21.05.2023

Ezechiel był na dole i poprzebierał nogami w miejscu bojąc się wejść do salonu. Odgłos wybuchu nie zwiastował niczego dobrego. Nie, żeby spodziewał się po Śmierciożercy salwy Avad. Czym w ogóle było życie Silversteina, że błysk zielonego światła stanowiło jego marzenie.

Niestety jego obecność została zarejestrowana. Ostrożnie wsunął się do salonu. W oczy rzucił mu się jakiś nastolatek z potężną drzazgą wbijającą się do czaszki przez oko. Cudownie. Przepięknie. A mało koszmarów Eza nękało każdą noc. Jak chętnie rzuciłby to wszystko w cholerę i wrócił do domu. Ale szukaliby go. A gdyby znaleźli wśród mugoli, cała jego rodzina skończyłaby z taką drzazgą.

Czarodziej na poważnie wziął zadanie Śmierciożercy, ale nawet nie zdążył się zastanowić, gdy ten ruszył w jego kierunku. Kopnął tylko różdżkę. Na razie.

Odłożył kobietę na ziemię starając się nie robić tego zbyt delikatnie. Nie ruszała się i ogólnie nie dawała oznak życia. Najchętniej oznajmiłby, że ją sprzątnął, ale wiedział, że tylko dostarczał ofiary, nie miał ich likwidować.

Ezechiel zbliżył się do leżącego czarodzieja. Na rozluźnienie najlepszy był sen, ale z pewnością nie tego oczekiwał Vulturis. Czas więc na eliksir znieczulający. Straszne, jak dużą wprawę nabrał w zmuszaniu ludzi do picia z jego malutkich fioleczek. Wstał i schował buteleczkę.

— Za trzy sekundy całe jego ciało będzie sparaliżowane i nie będzie mógł nim ruszać.

Nie wspomniał, że tym samym nie poczuje bólu. Śmierciożerca zapewne tego nie chciał, ale Ez nie miał lepszej alternatywy. Mógł podać mężczyźnie wódkę, ale na to samo by wyszło.




RE: [5 maja 1971] Pierwsze ataki Śmierciożerców | Stanley & Ezechiel - Stanley Andrew Borgin - 21.05.2023

Schował na moment swoją różdżkę pod płaszcz, a następnie przetarł ręce z zadowolenia - Jest i on. Wirtuoz dzisiejszego wieczora - przedstawił wszystkim zebranym Johna, który zniósł kobietę na dół. Przyglądał się w skupieniu kiedy Ezechiel poił odważnego mężczyzną, jednym ze swoich wywarów - Bardzo dobrze, wtedy zaczniemy resztę przedstawienia - odparł ze szczęściem w głosie. Vulturis zdawał sobie sprawę, że cała reszta gości pozostawała teraz tylko i wyłącznie na jego łasce. Nikt inny nie starał się bronić, ani tym bardziej podnosić na nich rękę.

Odczekał około minuty, wpatrując się w mężczyznę, który z każdą sekundą tracił kontrolę nad własnymi rękoma - te po prostu stawały się bezwładne i jedyny ruch jaki mu pozostał to ruch gałek ocznych - Przyprowadź nam solenizanta John, skoro wszyscy już się tutaj zebraliśmy. A ja przypilnuję aby nasze towarzystwo się zbytnio nie nudziło - polecił swojemu kompanowi, a następnie ponownie wyjął swoją różdżkę i odwrócił się w kierunku kobiety, która została przed chwilą przyniesiona - Jest i nasza ofiara. Proszę bardzo. Warto było tak uciekać słodzinko? - zapytał jej, chociaż nie oczekiwał odpowiedzi, ponieważ była ona po prostu nieprzytomna. Nawet jakby chciała to nie byłaby w stanie mu odpowiedzieć na zadane pytanie.

- Crucio - rzucił spokojnym głosem, kierując cel swojego ataku na ich uciekinierkę. Po raz kolejny stał wryty jak słup, przyglądając się jak kobieta zaczyna się telepać z bólu. Stanleyowi sprawiało to jakieś nieodparte wrażenie satysfakcji, pewnie nawet władzy w tym momencie. Cieszył go fakt, że reszta zebranych musi się przyglądać sztuce, którą dla nich zaplanowano na dzisiejszy wieczór.

Borgin i tak oczekiwał na solenizanta. W głębi duszy wierzył, że ten jeszcze jakoś się trzyma i tym samym żyje - taki obrót spraw pozwalał im się jeszcze nad nim poznęcać albo podać jakiś wynalazek Johna. Wszak i tak na każdego z zebranych tutaj osób przyjdzie czas na dokonanie żywotu. I to się stanie w przeciągu najbliższej godziny, o ile nie kilku czy kilkanastu minut.




RE: [5 maja 1971] Pierwsze ataki Śmierciożerców | Stanley & Ezechiel - Ezechiel von Jundegingen - 21.05.2023

Wirtuoz. Oto czym był. Mógł teraz zająć dostojne miejsce obok swojego rodaka Mozarta. Ez czasami chciałby oberwać czymś w głowę i stracić zarówno pamięć, jak i empatię. Wtedy chętnie przyłączyłby się do dzieła Śmierciożerców.

Minuta dłużyła się w nieskończoność. Dopiero wtedy pojawiło się kolejne zadanie dla Ezechiela. Wrócił on więc do chłopaka, który teraz leżał na podłodze łapiąc oddech w kałuży własnego moczu. Vulturis był teraz zajęty kobietą. Ez naprawdę nie rozumiał jak bardzo zniszczony był ten człowiek. Jego ofiara była nieprzytomna. Na co tu Cruciatus.

Przykucnął przy chłopaku, żeby napoić go paraliżującą miksturą.

— Locomotor mortis...

Przetransportował go do salonu, samemu również tam udał.

— Trochę go ocuciłem, ale ledwo się trzyma... — skłamał. — Ma się tak unosić, czy go położyć?

Jeśli położyć, to tego dokonał. Oby Vulturius szybko się nasycił i mogli pójść do domu. Ez właściwie chętnie skorzystałby z toalety. Żałował, że nie zrobił tego, gdy był na górze.




RE: [5 maja 1971] Pierwsze ataki Śmierciożerców | Stanley & Ezechiel - Stanley Andrew Borgin - 22.05.2023

W oczekiwaniu na Paula, podszedł do jednej z kobiet, która leżała w rogu pomieszczenia z ciężko ranną twarzą. Przyglądał jej się przez krótką chwilę, kiedy ta prosiła, a wręcz błagała go o litość. Na nic to się jednak nie zdało, ponieważ kilka sekund później już nie żyła. Vulturis nie zamierzał dzisiaj nikogo oszczędzić. A już na pewno nikogo z tego całego mugolackiego zgromadzenia.

- Połóż go obok niej - odpowiedział Johnowi, a następnie przez krótki moment przyglądał się jeszcze kobiecie na której dokonał morderstwa - Co tam Paul? Spóźniłeś się na własną imprezę? Nie miło... Bardzo nie miło... - zwrócił się do solenizanta, wykonując kilka kroków w jego stronę. Napawał się strachem w oczach tego młodzieńca - Wraz z Johnem tyle na Ciebie czekaliśmy, a Ty nawet nic nam nie powiesz? Nie podziękujesz za prezent? - przykucnął przy nim aby mu się lepiej przyjrzeć, a może i napoić swoją chorą rządzę krzywdzenia innych - No powiedz nam coś albo skończysz jak Twoja paskudna matka - skręcił głowę w prawo z ciekawością oglądając co ten biedny chłopak teraz zrobi. Widział po nim, że ten był po prostu sparaliżowany i nie będzie w stanie spełnić jego prośby czy też rozkazu. Dla Vulturisa było to rzeczą, której oczekiwał - swego rodzaju wymówką lub wytłumaczeniem na swoje działanie. Wszak dał Paulowi możliwość aby mógł się uratować ale to on nie zamierzał nimi współpracować. Jaka szkoda...

Tkwił tak przez kolejną minutę w bezruchu, oczekując na jakiekolwiek słowo od niego, jednak się go nie doczekał - No nic... - odparł, słyszalnie posmutniałym głosem, odchodząc powoli w kierunku drzwi - Nic tu po nas John. Chyba nie jesteśmy mile widziani na tym przyjęciu... - rozejrzał się po całym, zdemolowanym pomieszczeniu w oczekiwaniu na jakieś potwierdzenie swoich słów. To wszystko było jednak tylko grą, która nie miała żadnego wpływu na jego decyzję - ta już zapadła dużo wcześniej.

Kiedy wydawało się, że Stanley złapie już za klamkę, a następnie otworzy drzwi, by chwilę później opuścić to domostwo, stało się zupełnie coś innego. Borgin odwrócił się z powrotem w kierunku solenizanta, ciskając zaklęciem z czystej magii, które odcięło głowę jego rodzicielce, dokonując jej żywota. Kobieta jednak nie dawała już żadnego znaku życia od jakiegoś czasu - to jednak nie miało dla niego żadnego znaczenia. Krew rozbryzła się po młodym chłopaku, jak i okolicy, a spod maski można było usłyszeć tylko krótkie parsknięcie śmiechem, po którym Vulturis wrócił do salonu i zmierzał ze swoją różdżką aby dokonać morderstwa na kolejnej osobie.




RE: [5 maja 1971] Pierwsze ataki Śmierciożerców | Stanley & Ezechiel - Ezechiel von Jundegingen - 22.05.2023

Ezechiel nie cierpiał tego wszystkiego. Nie cierpiał jak Vulturis spacerował sobie po salonie pełnym rannych i martwych osób. Jak rozmawiał do tych, którzy nie są w stanie mu odpowiedzieć.

Wychodzą? To koniec?

Tak, Ez też dał się nabrać. Co prawda liczył na to, że Śmierciożerca wysadzi doszczętnie dom albo rozpęta potężny pożar, ale że to będzie koniec. Że będą mogli wrócić do domu. I udawać, że nic się nie stało.

Ale nie. Teatr wciąż trwał. A teraz oprócz potrzeby opróżnienia pęcherza, pojawiła się potrzeba zrobienia tego samego z żołądkiem.

Zasłonił usta i skupił swe siły na powstrzymanie odruchu wymiotnego, gdy głowa kobiety potoczyła się po podłodze. Może powinien poprosić Śmierciożercę o szybką Avadę dla siebie? Naprawdę nie chciał w tym uczestniczyć.

— Ja... Hm... Muszę do łazienki...

Rzucił w końcu. Towarzysz poradzi sobie sam przez chwilę, czyż nie? Ez ewakuował się w głąb korytarza szukając łazienki na parterze. Nie zajęło mu długo znalezienie jej. Przykucnął przy muszli i zwymiotował.

W głowie mu wirowało. Miał też wrażenie, że nie jest sam. Odwrócił się. Drzwi do łazienki były zamknięte. Dziwne.

Oczyścił się i załatwił. Niespiesznie mył dłonie, ale jednocześnie wiedział, że nie może sobie pozwolić na zbyt długą przerwę.

Gdy wracał do salonu, miał wrażenie, że po drodze przeszedł przez jakiś podejrzanie zimny strumień powietrza.