Secrets of London
1972, Wiosna, 19 maja - Dom rodziny Crouch - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: 1972, Wiosna, 19 maja - Dom rodziny Crouch (/showthread.php?tid=1472)

Strony: 1 2 3


1972, Wiosna, 19 maja - Dom rodziny Crouch - Sarah Macmillan - 08.06.2023

19 maja, dom Crouchów

Drobna postać młodej czarodziejki odrobinę za bardzo wyróżniała się z mugolskiego tłumu ludzi. Odziana we wzorzysty, wiosenny płaszczyk, z popielatymi włosami i głęboką torbą pełną rzeczy nieznanych niemagom, musiała w ich oczach uchodzić za hipiskę, ale było to wrażenie mylące - Sarah nie miała zielonego pojęcia, kim są hipisi, chociaż ich podejście do życia na pewno znalazłoby specjalne miejsce w jej sercu. Patrzyła w górę, wzdłuż eleganckiej elewacji domu Crouchów... to znaczy, miała nadzieję, że to dom państwa Crouch, ale ściskała kartkę z adresem tak długo, że tusz na niej rozmazał się od jej spoconych dłoni. Teraz była trochę brudna na ręce - czerń wżarła się w bladą skórę tak, że pewnie nie domyje tego do jutra. No i musiała zdać się teraz na własną intuicję. Nie wiedziała, jak wyobrażać sobie rezydencję kogoś takiego, ale tajemniczość okalająca ten budynek budziło jej kreatywność - od razu zastanawiała się, jakież to tajemnice mogą skrywać się za tymi drzwiami. To musiało być to! Nie wiedziała, czy Crouchowie nie posiadali tablicy adresowej, czy po prostu nie zauważyła jej przez swoją ciamajdowatość - po prostu zgadła, że to musiało być miejsce, którego szukała.

I miała rację.

Bez problemu otworzyła bramkę i weszła na teren posesji. Pogoda tego dnia była łaskawa dla jej marzeń i planów - bezchmurne niebo towarzyszyło jej całą drogę i... Szczerze mówiąc, maczała w tym palce. Miała już dość wichur i niepowodzeń. Tego dnia chciała czuć na swojej skórze promienie słońca.

- Dzień dobly! - Zaświegotała, pukając w solidne drzwi. Te otworzyły się o wiele szybciej, niż Macmillan się tego spodziewała. Uśmiechnęła się szeroko do kobiety, która zmierzyła ją zmieszanym spojrzeniem - była w końcu niezapowiedzianym gościem. - Dzień dobly! - Powtórzyła, witając się tanecznym ruchem, a wiatr zawiał odrobinę delikatniej, niosąc ze sobą towarzyszący kapłance zapach świeżych kwiatów i ziół. - Szukam pana Maltina Cloucha, tłumacza. Pszybylam w splawach uh... biznesowych? - Zniżyła głos. - T-tak się mówi, plawda? Chodzi mi o to, że potszebuje pszetłumaczyć kilka tekstów...


RE: 1972, Wiosna, 19 maja - Dom rodziny Crouch - Martin Crouch - 10.06.2023

Martin nie myślał wiele o tym, co się wydarzyło na Beltane. Zdmuchnięcie przez wiatr w głębię lasu uznał za szczęśliwy zbieg okoliczności. Wszystko, co stało się potem, bezsprzecznie stanowiło lepsze zakończenie wieczoru niż tragedia, z jaką zmagała się reszta czarodziejów na polanie. Dziw brał, że los oszczędził mu kolejnej traumy. Nie, żeby drastyczna śmierć ghoula nie nawiedzała go w snach.

Wrócił do pracy, do monotonii dnia. Czasem tylko myśli uciekały mu do pewnej iskrzącej energią reporterki. Chciał do niej napisać. Może nawet zaaranżować spotkanie. Ale nie potrafił. Czuł się głupio ze swoją potrzebą. Zmuszał się do czekania na list od niej. Miała mu pokazać zrobione na Beltane zdjęcia. Ale teraz pewnie za bardzo była zajęta wydarzeniami w Dolinie Godryka, by pamiętać o tym. A on nie chciał jej w niczym przeszkadzać.

Co jakiś czas zakładał magiczny pierścień nadający tęczowy blask jego włosom. Urzekające było wpatrywanie się w mieniące kolory na dotychczas martwo czarnej powierzchni. Siedział teraz przy biurku obracając w palcach niezwykłą biżuterię i rozważając kolejny maraton barw, gdy jego spokój został zaburzony.


Służąca państwa Crouch z przemiłym uśmiechem powitała Sarę. Martin prawie w ogóle nie miał gości, tak więc był to dzień wielce szczęśliwy.

— Tak, tak, zapraszam.

Z podekscytowaniem zaprosiła uroczą panienkę na piętro. Postacie z portretów z ciekawością wpatrywały się w kapłankę. Stanowiła niezwykły widok w domostwie odwiedzanym głównie przez tradycyjnie ubranych czarodziejów. Służąca zapukała do jednych z drzwi.

— Panie Crouch, ma pan klientkę.

Martina zamurowało na moment. Jego praca była przez wielu uważana za tak mało istotną, że zazwyczaj współpraca odbywała się przez kontakt pocztowy. Osobiste wizyty składano przy specjalnych zamówieniach, lub gdy klient nie miał jak przesłać ogromnie ciężkiej księgi.

— Proszę! — Odpowiedział z głosem oblanym nutą zaskoczenia.

Wyprostował się na krześle, gdy służąca otworzyła drzwi, by wprowadzić Sarę do środka.

Gabinet nie był duży. Trzy ściany pokryto regałami zapchanymi książkami. Naprzeciwko wejścia stało duże biurko, a za nim siedział Martin na tle burgundowych zasłon dozujących ilość światła słonecznego w pomieszczeniu.

— Dzień dobry — przywitał się wstając. Wskazał na krzesło ustawione po przeciwnej stronie biurka. Drewniane, wyściełane materiałem z fantazyjnym wzorem.

W pierwszej chwili nie poznał kapłanki. Dopiero po chwili jej niezwykła prezencja zaczęła przypominać o sobie.




RE: 1972, Wiosna, 19 maja - Dom rodziny Crouch - Sarah Macmillan - 29.06.2023

Dziewczyna nie miała pojęcia o tym, że pan Crouch uchodził w oczach otoczenia za aspołecznego. Nie skojarzyła więc swojej obecności w tym domu z czymś wyjątkowym. Wręcz przeciwnie, czuła się maleńka w obliczu zetknięcia z człowiekiem tak uzdolnionym. No bo przecież z relacji osoby, od którego dowiedziała się, że niejaki Martin jest specem od tłumaczeń z języka łacińskiego, a po łacinie wymienił jeszcze tyle języków, że aż zakręciło jej się w głowie, to jej umysł stworzył obraz kogoś, kto musi świetnie operować słowem. To zaś nie mogło nie doprowadzić do kolejnego skojarzenia: kto mógł zostać lingwistą, jak nie jakiś czarujący podróżnik, który zwiedził pół kontynentu, może nawet udał się za tę „żelazną kurtynę”, o której tyle się mówiło, ale... jakoś nie mogła skojarzyć, kto z kim walczył, bo nie była ani trochę zaangażowana w mugolskie konflikty.

Pozytywną reakcję służki uznała po prostu za gościnność rodziny Crouch, którą od razu doceniła wielce. Lubiła pozytywnych ludzi, którzy zarażali swoim uśmiechem - tak też było w tym przypadku.

- Dzień dobly panie Clouch! - Powiedziała, przekraczając próg jego gabinetu, po naprawdę przyjemnym spacerze po domostwie tejże rodziny, podczas którego nie omieszkała zbadać ciekawskim spojrzeniem wystroju wnętrz. Kiedy się wychyliła zza winkla, spodziewała się ujrzeć kogoś innego. Kogoś bardziej charyzmatycznego, kogoś... o mniej pustym spojrzeniu. Wyraz jej twarzy nie zmienił się jednak - wciąż się uśmiechała, po czym ukłoniła się jeszcze służącej i rzuciła krótkie: Dziękuję baldzo, po czym podeszła do niejakiego Martina.

- Panie Clouch, pshyniosłam tutaj panu - i nawet nie wpadła na to, że mogła to wszystko załatwić poprzez sowią pocztę - kilka baldzo ważnych tekstów, któlych nie jestem w stanie rhozszyfrować i... oh!! - Jej głos nabrał jeszcze większego entuzjazmu. - Pan z pejczem z sabatu! Jak dobsze widzieć, że nic panu nie jest... - Usiadła naprzeciw niego, siłując się ze swoją torbą. Teczka była tak duża, że ledwo się tam zmieściła i wyciągnięcie jej nie było takie proste.


RE: 1972, Wiosna, 19 maja - Dom rodziny Crouch - Martin Crouch - 02.07.2023

Los czasem bywał okrutny, czasem całkiem miły. Może nie rozproszy od razu wyobrażeń Sary na temat Martina. Zaliczył aż dwa kontynenty, to prawda. Ale poza granice domu rodziców lub babki ze Stanów ruszał się rzadziej, niż by na to zdrowy rozsądek pozwalał. Jego podróże odbywały się po kartach ksiąg — im starsze, tym lepiej. Zwiedzał ubiegłe epoki, meandry umysłów dawnych myślicieli oraz wielkich artystów. Ale może i w tym kapłanka odnajdzie jakąś uciechę.

Elegancja domu Crouchów nie miała nic wspólnego z przepychem, ale jasno dawała do zrozumienia o prestiżu nazwiska i zawartości skrytki w banku. Pojedyncze obrazy zapraszały do podziwiania kunsztu zaproszonych malarzy, bo też większość z nich tworzona była na specjalne zamówienie. Również w gabinecie Martina wisiał malutki obrazek przedstawiający dworek Sue na Nowym Lądzie.

Czarodziej potrzebował chwili, ale rozpoznał kapłankę. Jej niecodzienny wygląd i sposób bycia zapadał w pamięć nawet po krótkich interakcjach. W ponurym pokoju zdawała się niemal świecić swoją wolą życia i entuzjazmem.

Martina również podekscytowało wspomnienie ciężkich do rozszyfrowania tekstów, chociaż emocja ta nie uzewnętrzniła się ono w żaden sposób. Zakłopotał się trochę wspomnieniem pejcza, ale szybko ustąpiło to kolejnym miłym słowom.

— Dziękuję, opuściłem Beltane... nim to wszystko się stało. Panią również dobrze widzieć przy zdrowiu.

Uśmiechnął się do niej lekko i od razu widać było, jak rzadko uśmiech gości na jego twarzy. Usiadł, gdy tylko dziewczyna zajęła miejsce. Spojrzał na torbę.

— Bardzo interesuje mnie, z czym pani do mnie przyszła.

Zazwyczaj beznamiętny głos nabierał tutaj nutkę ciepła. Chciał być miły.




RE: 1972, Wiosna, 19 maja - Dom rodziny Crouch - Sarah Macmillan - 07.07.2023

Sarah była tym wszystkim oczarowana. Ciężko było powiedzieć, czy chodziło tu o piękne dekoracje, o magię tej chwili, czy o Martina Croucha samego w sobie, bo w żaden sposób tego nie skomentowała, ale była człowiekiem bardzo ekspresywnym jeżeli chodziło o oczy i te oczy właśnie, pełne ciekawości i radosne, zdradzały to, że czuła się tu nad wyraz dobrze. Nie miała pojęcia, czy siedzący przed nią mężczyzna faktycznie był podróżnikiem, ale był tak charakterystyczny, tak smutny mimo delikatnego uśmiechu goszczącego na jego twarzy, że błyskawicznie stał się po prostu ciekawy. Teraz w wyobraźni mógł stać się każdym. Mógł stać się nawet niespełnionym śpiewakiem, co pogrywał w wolnym czasie na rozstrojonej gitarze w zaciszu swojej sypialni – bo wszystko do niego pasowało. Kapłanka ceniła sobie takich ludzi – trochę tajemniczych, ale z aparycją niosącą niezliczoną ilość historii, które z jednej strony chciało się poznać, a z drugiej jedynie snuć domysły dlaczego miał tak pociętą twarz i dlaczego nic z tym nie zrobił, chociaż pewnie by mógł te blizny usunąć.

Chętnie by go wypytała o więcej, ale to byłoby już zbyt wścibskie. Zdusiła więc w sobie tę potrzebę, nie chcąc zajmować komuś tak miłemu cennego czasu swoim paplaniem, bo wszyscy jej przecież w kółko mówili, że papla za dużo.

- Jak dobrze to słyszeć, Nazywam się Salah Macmillan, ale można mówić do mnie po imieniu. Tak, Salah pszez rhhh – powiedziała i chociaż wybrzmiało to komicznie, to ona nie wydawała się być tym rozbawiona. Uśmiechała się, bo uśmiechała do się do niego – przyjacielsko, może trochę zaczepnie, ale to nie był uśmiech kogoś, kto uważał to co przed chwilą powiedział za jakkolwiek zabawne. – A mam ze sobą – i w tym momencie udało jej się nawet tę teczkę wyszarpać – kilka tekstów z biblioteki rhodowej, kilka z biblioteki Palkinsonów – mówiła, wyciągając pergamin za pergaminem, stare były jak diabli, ale to nie był ten stan, który sugerował, że rozpadną się po ich dotknięciu – wszystkie dotyczące Limba, a pszynajmniej tak mi się wydaje. Bo te słowa – zaczęła grzebać po swoich kieszeniach, żeby wyłowić z nich małą, pożółkłą, zagiętą kartkę, na której eleganckim pismem zapisano odpowiedniki słowa zaświaty w językach, których Sarah nie znała – znaczą właśnie Limbo, prhawda? Wyblałam te teksty, w któlych się te słowa powtarzhały, ale umiem ich pszeczytać, a po tym wszystkim…

Urwała nagle. Chodziło jej oczywiście o Beltane.

- Muszę się o tym dowiedzieć jak najwięcej, a to co zapisano po angielsku pszeczytałam już tszy 'azy. Moja lodzina jest teraz strhasznie zajęta i nikt nie będzie siedział ze mną żeby mi tłumaczyć teksty z łaciny…

Ten jej uśmiech trochę posmutniał – nabrał na moment pustki, jakby sama już nie była pewna dlaczego unosi wargi w górze. Chwilę jej zajęło zorientowanie się, że utknęła w zamyśleniu, ale szybko wróciła do tej siebie sprzed chwili. Tej Sary, która kontrastowała z Martinem tak mocno, że zakrawało to absurd.


RE: 1972, Wiosna, 19 maja - Dom rodziny Crouch - Martin Crouch - 09.07.2023

— Miło mi poznać, Saro — odpowiedział, nie wyłapując komizmu. Był jedną z tych nielicznych osób, które we wszelkich mniejszych lub większych ułomnościach ciała doszukiwał się piękna przezwyciężania cierpienia, nie powodów do śmiechu. W Sarah dostrzegł dużą pewność siebie. Nie rozczulała się nad swoją wadą wymowy, tylko w bezpośredni sposób podała wskazówki dotyczące jej imienia dla jasności.

Martin zaciekawiony był, cóż takiego odkryje w pergaminach z rodziny Parkinson. Religia stanowiła dla niego jeden z działów filozofii — cieszyło go zlecenie trafiające w krąg jego zainteresowań.

Limbo? Powściągliwa natura Croucha nie zdradzała ekscytacji narastającej w czarodzieju. Pergaminy zachowane były w bardzo dobrym stanie, co doceniał. Nic gorszego, gdy przynoszono mu wyblakłe i porozrywane kartki. On był tylko tłumaczem, nie łamaczem szyfrów.

— Tak, Limbo — potwierdził przeczesując wzrokiem pierwszą stronę. Nawet nie zauważył zamyślenia Sarah, gdyż sam już zanurzył się w lekturze. — Czy te wszystkie strony są częścią większej całości? Jest to jakiś esej, artykuł, notatki...?




RE: 1972, Wiosna, 19 maja - Dom rodziny Crouch - Sarah Macmillan - 15.07.2023

Sarah zaczesała włosy za uszy, ale nawet ten wielokrotnie ćwiczony gest mający pomóc w zabiciu niezręcznych uczuć, nie pozwolił jej uniknąć tego dziwacznego uczucia w klatce piersiowej, kiedy twarz Martina pozostawała niewzruszona. Był trochę jak kamień. I pierwszy raz jej głowa użyła tego określenia w całkowicie pozytywnym sensie. Ostatnio poznała zbyt wiele osób, w których twarzy widziała zmieszanie, nawet mimo tego, że wypowiedziała ledwie kilka słów. W robieniu dobrej miny do złej gry była specjalistką, ale ciężko było ukryć, że wada wymowy stanowiła coś, czego wielce się wstydziła i... Nawet teraz, kiedy rozmawiała z kimś tak spokojnym, tak niewzruszonym tym w jaki sposób mówiła, ten kompleks wciąż siedział z tyłu jej głowy.

Te ciemne myśli zabiła oczywiście uśmiechem. Uśmiech był najlepszą zasłoną w momentach, w których czuła strach przed oceną.

- Mi ciebie rhównież - powiedziała, po czym wstała z miejsca, ale nie poszła nigdzie - spojrzała na dokumenty z takiej wysokości, opierając otwarte dłonie o blat i pochylając się nad nim. Zadowolona z tego, jak szybko Martin zaczął zadawać pytania i przeglądać te dokumenty, zaczynała być pewniejsza tego, że był osobą, której nie polecono jej bez powodu, a to było dla kapłanki bardzo ważne. Nie była z tych, co by zleceniobiorców popędzali lub próbowali na nich przyoszczędzić, liczyła więc na zatrudnianie ludzi rzetelnych.

- Te dwa - przesunęła dwa pergaminy na lewo - to osobiste zapiski jednej z moich prszodkiń, a ten - przesunęła trzeci - tekst odnalazłam pomiędzy nimi, więc zakładałam, że jest z nimi jakoś powiązany, ale to kompletnie inny chalaktel pisma. Te dwa - przesunęła kolejne - to też czyjeś dzienniki, wydaje mi się, że są związane z pełnią. W bibliotece Palkinsonów - nie przesunęła nic, więc zapewne mówiła o reszcie dokumentów - szukałam wśród dokumentów stwozhonych pszez badaczy ciał niebieskich, ale ja nie wiem, jak się na takie naukowe teksty mówi... Aktykuły? One są chyba w gazetach...?


RE: 1972, Wiosna, 19 maja - Dom rodziny Crouch - Martin Crouch - 20.07.2023

Osobiste zapiski stanowiło zawsze niesamowite źródło wiedzy. Książki publikowały treści przewertowane wiele razy, po edycji, przeczesane i przyklepane. W większości przypadków było to jak najbardziej wskazane. Ale przez to rzadko kiedy chowały w sobie tajemnice, tak jak osobiste zapiski. Być może obarczone błędem, być może pisane podczas napadu zmęczenia lub gorączki, przy wrzasku dzieciaków lub z pośpiechem. Można było snuć niekończące się domysły dotyczące ich genezy.

Dzienniki związane z pełnią. Martin nie interesował się nigdy szczególnie astrologią, czy astronomią. Z jakiegoś powodu sięganie poza obręb Ziemi go przerażało. Ale kto wie, może faza zodiakary jeszcze go najdzie.

— Tak, artykuły naukowe.

Martin obejmował wzrokiem cały pokaźny zbiór tekstów. Odsunął od siebie naturalną fascynację, by spojrzeć na to wszystko okiem tłumacza. W końcu musiał określić ile mniej więcej zajmie mu praca oraz wycenić ją.

— Czyli mam przetłumaczyć to wszystko, tak?

Sięgnął po dzienniki i przekartkował je ostrożnie sprawdzając, ile tekstu zawierają. Takie zlecenie mogłoby mu zabrać ponad miesiąc. Nie wspominając już o zapłacie. Kapłani chyba nie ociekali złotem, prawda?




RE: 1972, Wiosna, 19 maja - Dom rodziny Crouch - Sarah Macmillan - 05.08.2023

- Tak, tak. - Odpowiedziała szybko. Może nawet za szybko, bo z każdą kolejną sekundą docierało do niej coraz więcej „ale”. - No, chyba że któraś z rzeczy okaże się przepisem na smalec. - Ostatecznie, ten zbiór tekstów dobierała w ciemno, po zapisaniu sobie na kartkach słów-kluczy w językach, których kompletnie nie rozumiała. - Czyli w sumie: wszystko o Limbie? - Powiedziała, w taki sposób, jakby chciała go zapytać, czy to ma sens. Z uniesionymi brwiami i lekko rozchylonymi wargami, wzruszyła ramionami. Niewątpliwie korzystała z usług tłumacza pierwszy raz i bazowała teraz wyłącznie na swoich wyobrażeniach. Macmillanowie mieli jednak tak dużo pracy w związku z wydarzeniami na Beltane, że...
No cóż, została z tym sama.
- Możesz podać cenę? Taką orientacyjną. Czy się nie da?
Bo ona czasami nie potrafiła.
Chciała mu dowcipnie zagrozić. Czymś w stylu „tylko niech nie będzie to ponad cenę rynkową, mój wujek się na tym zna i panu nie daruje”, bo dla niej to było zabawne nawet kiedy nie wiedziało się, że w jej głowie non-stop znajdował się duch Salzara Slytherina. Coś w spojrzeniu Martina mówiło jej jednak, że nie powinna próbować z nim takich rzeczy... Przynajmniej nie na trzeźwo. Na nietrzeźwo nawet jak się wygłupi, to i tak będzie śmiesznie.


RE: 1972, Wiosna, 19 maja - Dom rodziny Crouch - Martin Crouch - 07.08.2023

— Rozumiem.

Czyli praca nie zapowiadała się aż tak potężnie. Ogrom notatek mógł nie zawierać wiele wzmianek o Limbie. Najprawdopodobniej zacznie więc od wyszukiwania słowa klucza.

— Jakich synonimów Limba mogę się spodziewać? Może być ono określone inną nazwą?

Odpowiedź na to pytanie ułatwi mu znalezienie istotnych fragmentów tekstu. Co przyspieszy pracę.

Martin spojrzał na notatki. Bardzo ciężko było określić cenę, biorąc pod uwagę, że nawet nie wiadomo było, jaką ilość tekstu finalnie przyjdzie mu przetłumaczyć.

— Mogę najpierw zająć się wyszukaniem odpowiednich fragmentów i wysłać wycenę sową. Na tą chwilę... Trudno powiedzieć.

Podał jej ile zazwyczaj bierze za stronę podobnych manuskryptów. Nie było to wiele. Chętnie brałby jeszcze mniej, ale matka mu nie pozwoliła. Sam nie potrzebował pieniędzy. I tak trafiały do rodzinnego skarbca, do którego miał pełny dostęp. A braku jego wkładu nikt by nie zauważył. Sędzina Wizengamotu i rozchwytywany adwokat zarabiali wystarczająco dużo.