Secrets of London
[lato 1972] Miłość niczego nie przebaczy - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Pokój Życzeń (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=117)
+---- Dział: Sny (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=116)
+---- Wątek: [lato 1972] Miłość niczego nie przebaczy (/showthread.php?tid=1750)

Strony: 1 2 3


[lato 1972] Miłość niczego nie przebaczy - Norvel Twonk - 19.08.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Stanley Borgin - osiągnięcie Badacz tajemnic I

21 czerwca 1907 roku, gdzieś na oceanie w drodze ku Wielkiej Brytanii


Stanley Andrew Borgin


To nie był najlepszy dzień. Stanley był młodszym oficerem na Perle Morza. I tak, być może zdobył patent oficerski dzięki bogatemu ojcu, ale naprawdę starał się udowodnić, że na niego zasługiwał. Wstawał wcześniej od innych, dokładnie sprawdzał raporty, sumiennie wykonywał wszystkie polecenia. Robił wszystko, co trzeba było zrobić a nawet więcej, byle tylko pokazać, że nadawał się do tej pracy. Wiedział, że od tego, jakie zrobi podczas rejsu wrażenie na kapitanie, będzie zależała jego dalsza przyszłość.
A teraz miał problem.
Po pierwsze: już od kilku dni ktoś niszczył zapasy. Tak, to najprawdopodobniej był któryś z marynarzy, ale problem stawał się coraz bardziej palący. Wczoraj na ten przykład, jakiś idiota wysadził w powietrze zawartość jednego z luków bagażowych. Jak w ogóle można było zrobić coś takiego?
Po drugie: Stanley podejrzewał, że dwójka jego przyjaciół: Anthony Burkes i Laurent Thomson wykupili bilety tylko po to, żeby spróbować ukraść przewożony na statku skarb. A jeśli tej dwójce to się uda, od razu wszyscy powiążą go z całą sprawą. Szybko skończy się nie tylko jego kariera marynarska, ale i zawiśnie na stryczku.
Dlatego musiał ich obserwować, zwłaszcza gdy schodzili pod pokład, niby kierując się ku kajutom drugiej klasy, w której mieli wykupione miejsca, ale tak naprawdę mogli planować wszystko.

Anthony Ian Borgin


Anthony wcale nie uważał by ten dzień był okropny. Czegokolwiek nie mówił jego brat, Samuel, dostrzegał w oświadczynach sir Jamesa Howarda szansę dla samego siebie. W końcu Marianne Fawley będzie musiała przejrzeć na oczy. Zrozumie, że James od początku bawił się jej uczuciami a jego zaręczyny z Aveline tylko to udowodniły.
Tak, trochę szkoda, że Marianne musiała zostać publicznie ośmieszona, ale jeśli dzięki temu spojrzy na niego łaskawiej to i lepiej. O żadnym okradaniu statku nigdy nie myślał. Tak, być może w przeszłości zrobił kilka mało legalnych interesów, ale od roku pracował jako jeden z dziennikarzy w Daily Mirror i wierzył, że zrobi uczciwą karierę.

Laurent Prewett


Laurentowi zależało tylko na skarbie. Nie był bogaczem urodzonym w rodzinie innych bogaczy. Nie był też arystokratą, chociaż jego dziadek był drugim synem hrabiego (na nieszczęście hazardzistą, który zgubił majątek zanim w ogóle zdążył stanąć na ślubnym kobiercu, a potem zgubił drugi należący do babki).
Owszem, udało mu się zdobyć pieniądze by wykupić rejs z Ameryki do Londynu, ale liczył na to, że ta przygoda mu się opłaci. Całej trójce: jemu, Anthony’emu i Samuelowi się opłaci. Skoro Stanley Pemberton wygadał się przed nimi o skarbach wiezionych dla samego Edwarda VII, to musiał spróbować skorzystać z okazji i zgarnąć z nich cokolwiek dla siebie.
Szkoda, że przeklęty Pemberton wiecznie za nimi łaził.

Stanley, Anthony, Laurent


Jak na luksusowy statek przystało, korytarz przeznaczony dla pasażerów drugiej klasy nie był jeszcze całkowicie ciasny i ciemny. Na podłodze ułożono miękką, brunatną wykładzinę a ściany wytapetowano kwiecistą tapetą. Światło zapewniały stale płonące lampki z kloszami w kształcie tulipanów.
- Ta dziewczyna zawróciła ci w głowie, Anthony – rzucił Samuel, pchnął drzwi i puścił Anthonego oraz Laurenta przodem. – Po co my tam w ogóle idziemy? Co jej teraz powiesz? Przecież ona płacze – westchnął ostentacyjnie.
Samuel Burkes nie był romantykiem. Nigdy również nie zrozumiał, czemu brata tak ciągnęło do Marianne Fawley. Tak, była ładną dziewczyną, ale Samuelowi wydawała się nieco… dziwaczna. Kiedyś był nawet przekonany, że nosiła w kieszeni długi patyk, którym potrafiła podgrzewać wodę w imbryczku oraz osuszać mokre ubranie. To brzmiało jak jakaś magia, ale z pewnością było tylko tanią sztuczką.
Magia przecież nie istniała. Wszyscy czworo, nawet ten kompletnie nie potrafiący się skradać Stanley Pemberton, byli całkiem normalnymi, zwykłymi ludźmi.

Tura trwa do 23.08.2023 roku do godziny 21.00

ZASADY OBOWIĄZUJĄCE W TEJ SESJI
1. Postacie posiadają jedynie wiedzę, jaka zostanie im przekazana w narracji. Używanie metawiedzy jest zakazane.
2. Postacie nie są świadome, że śnią i nie pamiętają swoich prawdziwych żyć ani tego, że są czarodziejami.
3. To ja zacznę wam zsyłać informacje, dzięki którym wasze postacie będą mogły zrozumieć, że coś jest nie w porządku.
4. Mimo, że to sen, jesteście w pełni działający a wasze działania znajdą odbicie w wydarzeniach z 21 czerwca 1972 roku. Mogą również znaleźć odbicie w sesjach równoległych.
5. Celem nadrzędnym dla was – jest odkrycie, że wszystko co widzicie nie jest prawdziwe. Celem drugorzędnym – odkrycie części historii, która doprowadziła do tego, ze Perła morza stała się statkiem widmo.

Gdyby coś było dla was niezrozumiałe, po prostu się ze mną konsultujcie albo przez discorda/pw albo przez pytania w tym wątku.



RE: [lato 1972] Miłość niczego nie przebaczy - Anthony Ian Borgin - 19.08.2023

Nie miał na co narzekać, życie było piękne. Udało im się dostać bilety, nie był tu sam i za rogiem czaiło się nowy świat, który mogło sprawić, że jego szanse u pięknej Marianne wzrosną. Był podekscytowany, uśmiech sam pchał mu się na usta, gdy zbiegał po schodach, próbując znaleźć odpowiednią kabinę. Kwiecista tapeta była trochę brzydka, ale nie miało to znaczenia. Na słowa Samuela prychnął, wywracając oczami — on zupełnie go nie rozumiał! Pozwolił sobie zatrzymać się na chwilę przed lustrem, które mijali i poprawił swój beret, a także szelki widoczne na białej koszuli. Wyglądał przyzwoicie.
- Ty się zupełnie nie znasz na kobietach Sam. - zaczął z westchnieniem, bezradnie rozkładając dłonie. Dogonił swoich towarzyszy, obejmując go ręką. - Spójrz na większy obraz! James to bęcwał skrzywdził ją i jest zrozpaczona. I teraz wchodzę ja — cały na biało, rozumiesz i jestem, gdy mnie najbardziej potrzebuje. A niedługo uświadomi sobie, że to ja jestem najbardziej odpowiednim kandydatem na jej męża i będziemy żyli długo i szczęśliwie w Stanach - bo tam prościej, niż u nas, a może nawet otworzymy piekarnie. Co o tym sądzisz?
Przedstawił mu swoją wizję, odrobinę przy tym gestykulując. Odskoczył od mężczyzny, wzdychając z delikatnym rozmarzeniem, bo przed oczami stanęła mu twarz jego wybranki. - A płakać to będzie ten skurwiel, jak mu wybije wszystkie zęby za to, że ona przez niego płacze! Jak matkę kocham.
Dodał poważniej, czując frustrację, bo dziewczyna w jego myślach miała mokre od łez policzki, co w ogóle nie powinno mieć miejsca, nie zasługiwała na to! Lubili się, dobrze im się rozmawiało, tylko wcześniej jakoś nie miał okazji, aby zrobić coś ze swoją sympatią w jej kierunku. Anthony odchylił głowę do tyłu, patrząc na chwilę w sufit, bo serce biło mu zbyt szybko, już się nakręcał i był gotów zawrócić, aby znaleźć tego bęcwała. Zmienił się, pracował uczciwie i ponoć był w tym dobry, mógł zapewnić jej komfort i dom, mógł dać przecież Marianne szczęście. Wtedy dostrzegł na suficie lampki w kształcie tulipanów i ściągnął brwi, przystając i opierając dłoń na biodrze. - Czy ja powinienem mieć ze sobą kwiaty? Kobiety lubią kwiaty i czekoladki, ale z drugiej strony, ona cierpi i ma złamane serce. To chyba byłoby brzydko. Może lepiej sprawdziłaby się butelka wina dla rozluźnienia? Dam jej ramię, ona się wypłacze, pociesze ją, a statek popłynie w stronę zachodzącego słońca. - przesunął palcami po brodzie w zamyśleniu, ciężko stwierdził, czy mówił bardziej do nich, czy może do siebie.


RE: [lato 1972] Miłość niczego nie przebaczy - Laurent Prewett - 20.08.2023

Jeden mężczyzna potrzebujący całego orszaku, żeby przeprosić również jedną, JEDNĄ, kobietę. W sumie lepiej jedną niż dziesięć. Laurent był tym tak sfrustrowany jak i nakazywał sobie zachować jakąś minimalną miarę spokoju, żeby jednak nie wyprowadzić przyjaciela z... z... z czego w zasadzie. Wyprowadzić go chciał - z tego korytarza i naprowadzić na ten jedyny słuszny. Wręcz czuł wibracje w krańcach palców, kiedy myślał o położeniu ich na majątku. Na tym, co można spieniężyć i co w końcu przyniosłoby mu dostatnie i wygodne życie. Bez kontroli kogokolwiek, bez oszczerstw na temat problemów z hazardem (bo przecież żadnych nie miał, to
było zwykłe oczernianie!). Własny, nowy początek w równie nowym świecie. Brzmiało tak bajecznie, że nie mógł powiedzieć: nierealnie. Och, to było jak najbardziej realne. Tylko trzeba było odpowiednio ułożyć pionki na tej planszy szachowej, którą był statek...

Na ile można wykorzystać miłość, żeby się wzbogacić?

Kobiety można wymieniać, miłość była niestała, pokazywały to wszystkie nieszczęśliwe małżeństwa po kilku latach, a bogactwo - o, bogactwo było całkowicie stałe. Wystarczyło tylko odpowiednio zainwestować. Do tej pory Laurent miał po prostu pecha. Tak, to był pech! Niezależne siły trzecie, które postanowiły zrujnować jego życie. I tyle.

- Dobrze ujęte: po co tam z nami idziesz, panie Burkes? Na pewno ma pan lepsze rzeczy do roboty, a zapewniam, że nasza kompania wystarczy. - Uśmiechnął się ślicznie, po anielsku, do mężczyzny. Gdyby się tutaj nie kręcił pod nogami - byłoby łatwiej. Byłeś pewien, że wystarczy po prostu ubrać elegancko rzeczy w słowa, żeby obaj panowie zgodzili się, żeby uszczknąć cokolwiek z tego skarbu. Byli w stanie to zrobić. Wystarczyło tylko chcieć. Prawdziwym problelem był aktualnie plączący się tu pod nogami Samuel. - Kwiaty - koniecznie. Czekoladki - nic skuteczniej nie otarłoby jej łez. - Zwrócił się już do Anthonyego.




RE: [lato 1972] Miłość niczego nie przebaczy - Stanley Andrew Borgin - 20.08.2023

To, że Stanley był młodszym oficerem dzięki ojcu to jedno... Inni po prostu zazdrościli. Nie każdy mógł mieć tak bogatego i wpływowego ojca jak on - los mu ewidentnie sprzyjał. Pemberton wiedział jednak, że samymi raportami i ciężką harówką nie uda mu się zbudować dobrej opinii o swojej osobie. Zdawał sobie sprawę, że potrzebuje czegoś porządnego, jakiegoś grubego problemu do rozwiązania - ten zapewniłby mu sławę, rozgłos i szacunek.

Podobno z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciach ale młody oficer miał wrażenie, że mógłby te słowa lekko przerobić i przypisać do swoich przyjaciół. W końcu ta dwójka - Anthony i Laurent - zawsze trochę węszyli, knuli, planowali, wszak były z nich bystre łebki co by nie mówić. To powodowało, że powinien mieć na nich jeszcze większą uwagę na morzu niż na lądzie.

O ile niszczenie zapasów mógł to sobie jakoś tłumaczyć albo chociaż próbować, tak wybuchu w lukach pasażerskich nie były czymś normalnym i prostym do zatuszowania. Teraz miał wrażenie, że każdy kolejny przypadek będzie coraz gorszy, a dodatkowo ktoś za wszelką cenę chciał zakończyć jego oficerską karierę dużo szybciej, niż on sam by chciał.

Coś kręcą. Będę ich pilnować Stanley tak postanowił - będzie śledził każde poczynania swoich przyjaciół czy "przyjaciół" w tym momencie. Musiał mieć na nich oko kiedy zbliżali się do tak wrażliwego miejsca. Nie mógł sobie pozwolić na puszczenie ich samopas, Ci przecież mogli posiadać jakieś cenne informacje albo, co gorsza, brać czynny udział w sabotowaniu statku.

Nie czekając na specjalne zaproszenie ruszył za Anthonym i Laurentem pod pozorem rutynowej inspekcji na tymże piętrze. Zatrzymywał się co jakiś czas, robiąc notatki przy ścianach czy lampach, zupełnie jakby badał stan techniczny łajby na której się znajdowali. Ot, taka zwykła papierkowa robota. Miał jednak na ich dwójkę czujne oko, spoglądając na nich co jakiś czas. Dla własnego bezpieczeństwa trzymał jednak dystans kilku metrów.




RE: [lato 1972] Miłość niczego nie przebaczy - Norvel Twonk - 21.08.2023

Samuel skrzywił się na uwagę o tym, że nie znał się na kobietach. Był dość podobny do Anthony’ego fizycznie, ale pozostawał przy tym bardzo zamknięty w sobie i miał raczej cyniczne podejście do życia. No i rzeczywiście, nieszczególnie sobie radził z kobietami.
- Moim zdaniem Marianne jest… osobliwa – powiedział powoli, próbując jak najłagodniej określić Fawleyównę. – Wiesz, jakbyśmy mieli więcej pieniędzy to moglibyśmy… moglibyśmy otworzyć nawet kilka piekarni. – I tak, najwidoczniej całym sercem stał po stronie Thomsona i podobnie jak on myślał o uszczknięciu odrobiny złota, które mogły znajdować się w ładowni Perły morza.
Mężczyźni podeszli do drzwi kajuty Marianne. Samuel posłał bratu kolejne sceptyczne spojrzenie. Uniósł rękę, jakby z zamiarem zastukania, ale wreszcie tego nie zrobił. Zamiast tego po prostu dał im znać, by na chwilę ucichli.
Spodziewał się chyba, że z kajuty będą dochodziły odgłosy szlochu i łkania, ale nic takiego nie miało miejsca. Było cicho. Nie licząc odgłosów, które wydawali sami i tych, które wydawał kręcący się w pobliżu Stanley, korytarz tonął w ciszy. To samo w sobie nie było jakieś szczególnie podejrzane, o tej porze większość pasażerów albo jadła podwieczorek, albo spacerowała po górnym pokładzie. Właśnie dlatego to była dobra pora na zapoznawanie się ze statkiem, „przypadkowe” zabłądzenie i trafienie akurat do miejsca, gdzie czekało złoto. Ale jednak Marianne chyba powinna płakać. Kiedy James oświadczył się Aveliną podczas obiadu, wybiegła zapłakana z restauracji.
Światło zamigotało. Trzy razy krótko. Trzy razy dłużej. Znowu trzy razy krótko.
Samuel westchnął, nijak nie reagując na to, że przez kilka chwil to niknęli w ciemnościach, to znowu się z nich wyłaniali. Patrzył tempo w brązowe drzwi ze złotym numerem.
- Może jednak jej nie ma w środku? – zaryzykował. – Albo może zasnęła i nie warto jej niepokoić?
Stojący nieco dalej od pozostałych Stanley usłyszał jak gdzieś dalej w korytarzu otworzyły się drzwi. Słyszał zbliżające się, damskie kroki.

Tura trwa do 25.08.2023, do godziny 19.00.



RE: [lato 1972] Miłość niczego nie przebaczy - Anthony Ian Borgin - 21.08.2023

Nie chciał ani urazić brata, ani nudzić przyjaciela. Typ, który z nimi szedł, zupełnie Antka nie obchodził, ten był zbyt pochłonięty rozmyślaniem o pięknej, niestety zapłakanej Fawleyównie. Błyszczące oczy młodzieńca spojrzały na Samuela z delikatnym wyrzutem, a brwi powędrowały mu ku górze. Co miał niby na myśli z tym że wybranka jego serca jest osobliwa? Przeciętnej i nudnej by przecież nie wybrał, poniekąd też dla niej trwał w swoich postanowieniach, żyjąc zgodnie z prawem i nie brudząc sobie rąk.
- Marianne jest cudowna. Zyskuje przy bliższym poznaniu, zapewniam Cię. - zaczął uparcie, tonem, który z pewnością sprzeciw by źle zniósł. Spojrzał też na Laurenta, który myślami był zupełnie gdzie inaczej, poza problemami miłości, raczej przy sakiewkach. - No to trzeba je zarobić, uczciwą pracą. Nie podobają mi się wasze miny Panowie, nie spotka nas szczęście na loterii. Chociaż ostatnio puściłem kupon i wygrałem całe pięć funtów!
Pochwalił się ze skromnym wzruszeniem ramion, idąc dalej korytarzem. Do kajuty już nie było daleko, w głowie układał sobie wszystko to, co miał do powiedzenia swojej — miał nadzieję — przyszłej Pannie Młodej. Był już w odpowiednim wieku. Gdy stanęli przed drzwiami, było dziwnie cicho. Zaniepokoił się, przystawiając ucho.
- O Boże, może zasnęła z rozpaczy takiej mocnej? - przetarł dłonią czoło przejęty, zupełnie ignorując atrakcje świetlne, kolejny raz ucho przystawiając do drzwi. Były dość cienkie, więc przynajmniej miał pewność, że Marianne nie chrapała. Przed oczami zatańczyła mu scena z oświadczyn, niewiele brakowało, żeby James wyłapał w zęby lub przynajmniej w środek czoła Antkowym pantoflem.
- Kwiaty i czekoladki będą musiały zaczekać, ale jak uda mi się z nią spotkać, załatwię to wieczorem. - wyjaśnił Laurentowi, przez chwilę spoglądając mu w oczy. Poprawił koszulę i szelki, włosy, chrząknął, uniósł dłoń. W najgorszym wypadku ją obudzi, ale to również będzie świadczyło o jego trosce i zaangażowaniu. Zastukał więc głośno i wyraźnie. - Marianne? To ja, Anthony! Chciałem sprawdzić, czy wszystko w porządku.
Zakomunikował dość głośno, tak, że pewnie słyszałby go prawie każdy w korytarzu. Odsunął knykcie od drewna, ale nie odsunął się wcale, nasłuchując, czy wewnątrz kabiny coś się poruszyło.
- Może zemdlała? Panie Pemberton, jest Pan tutaj pracownikiem, tak? Nie powinien Pan zawiadomić pokładowego lekarza? Co, jeśli zasłabła i potrzebuje pomocy? Nie możemy ot tak wejść do pokoju damy. - zwrócił się do mężczyzny, opierając dłoń na biodrze, o które palce stuknęły nerwowo. Skurwiały James, no naprawdę miał tupet, tak się wobec słodkiej Fawley zachować. Poczuł, jak czerwienią mu się ze złości policzki, przystąpił z nogi na nogę, a potem spojrzał na brata i Laurenta. - Czy ja powinienem iść mu wpierdolić, a jego Pannie powiedzieć, jaka to szuja? - zapytał szeptem, tak, aby tylko oni usłyszeli. Gdyby drzwi się otwierały, zamilkły.


RE: [lato 1972] Miłość niczego nie przebaczy - Laurent Prewett - 22.08.2023

Jaka kobieta chciała męża bez pieniędzy? No jaka? Chyba tylko taka, która sama mogła kupę pieniędzy wnieść. A takie za biedaków również nie wychodziły. A nawet jeśli to były skreślane z życia rodziny. Bo jaki ojciec chce widzieć swoją śliczna córeczkę z jakimś obdartusem, który będzie potem nią pomiatał po kątach? Takie dziewczyny zazwyczaj były zaślepione romantyzmem. Laurent na szczęście swoją romantyczność odnajdywał nie w dziełach Mickiewicza, a w złocie. To zaś czekało na nich. Na pewno tak wiele, że podzielą się po równo i będą mieli pod dostatkiem. A niech to gęś kopnie, niech nawet i dostanie ta zołza, która zajmowała myśli ich druha!

- O! W końcu mówisz moim językiem! - Aż oczy mu błysnęły, kiedy o tym usłyszał. - Co ty gadasz. Możemy je zarobić tutaj. Pod pokładem czeka cały stos monet. Złota. Tam jest prawdziwy skarb. - Ściszył głos, spoglądając uważnie na Anthonyego. I bardzo intensywnie. Czy on nie wiedział? Czy może nie myślał nawet takimi kategoriami? Ej, to będą zarobione pieniądze własnymi rękoma, przecież kradzież to bardzo dużo roboty! Tylko... niekoniecznie uczciwie. Laurent spojrzał po cichym i pustym korytarzu chcąc się upewnić, że nikogo tutaj nie ma. Kto miałby być? A nóż jakaś zabłądzona dusza, lepiej dmuchać na zimne i się upewnić. Wszystko było tak samo spokojne jak przed kilkoma chwilami.

I może by dalej nawet chciał ciągnąć temat, przedstawiać niezmierzone możliwości, jakie by dało im to złoto na nowy start w równie nowym świecie, gdyby nie te światła. Zimny dreszcz przeszył jego kark, kiedy podniósł wzrok i automatycznie obejrzał się za siebie. Historii o duchach się nasłuchał, ale... spojrzał na sufit, zrobił dziwną minę.

- Cholerne usterki... - Mruknął i znowu obrócił się do znajomych. I na drzwi, zza których odpowiedzi nie było. - To nie brzmi najlepiej... - Bo w ogóle nie brzmiało. Brak kontaktu, jeszcze to jak wybiegała z pokoju... - Przesuń się... Panienko, jest pani tam? - Miał takie złe uczucie... bardzo złe uczucie. Że stało się coś niedobrego. Nacisnął klamkę parę razy, a potem nawet uderzył w nią barkiem, chcąc się dostać do środka. Może to i głupie, ale pomyślał właśnie tak: zemdlała? A co, jeśli zrobiła sobie krzywdę? - Nie ma zapasowych kluczy?




RE: [lato 1972] Miłość niczego nie przebaczy - Stanley Andrew Borgin - 23.08.2023

Bardzo dużo gadali jak na podejrzanych w całej tej sprawie. Gadali coś o jakiejś miłości, czekoladkach czy innych mało ważnych informacjach, które wcale, a wcale nie były Pembertonowi na rękę. Dlaczego nie mówicie nic o waszym planie? Zastanawiał się kiedy podszedł do kolejnej lampki i "odhaczył" sprawdzenie tego obiektu.

I nagle wnet stał się potrzebny. Oficer Stanley wzywany na pomoc? Nic bardziej oczywistego, ewidentnie go poproszono. Szkoda tylko, że trochę niepoprawnie się do niego zwrócili, co miał zamiar im za chwilę wypomnieć - Tak. Jestem członkiem załogi, a dokładnie oficerem na tymże statku - przypomniał, wszak nie był zwykłym 'pracownikiem', a częścią czegoś ważniejszego - Spokojnie panowie, nie ma co się gorączkować. Może śpi i nie słyszy pukania? - odparł, kierując się w ich stronę powolnym krokiem. Teczkę z dokumentami włożył sobie pod pachę, a pisadło schował do kieszeni - Przepraszam panowie, pozwólcie - poprosił, wskazując dłonią aby zrobili mu trochę miejsca, a następnie sam zapukał kilkukrotnie do drwi - Panno Fawley, przepraszam za najście. Oficer Pemberton, załoga Perły Morza. Czy jest pani w środku? Proszę odpowiedzieć... - spojrzał na znajdująca się wokół niego gromadkę - Kilku pasażerów martwi się o panią - dodał - Daje panience minute na odpowiedź, inaczej będziemy musieli skorzystać z alternatywnych metod dostania się do pokoju. Oczywiście wszystko dla panny dobra - powiedział głośniej, raz jeszcze pukając w drzwi do kajuty. Pemberton chciał mieć pewność, że ktokolwiek kto mógłby być w środku byłby w stanie go usłyszeć. Chwilę później przeniósł swój wzrok w kierunku drzwi z których wcześniej słyszał nadchodzące kroki. Stanley był bardzo ciekawy kogo teraz niesie na dół. Trochę liczył, że może to ta cała Marianne i nie będzie żadnego dodatkowego problemu związanego z jakąś dziwną turystką.

Do tych wszystkich dziwnych rzeczy jak kradzieże czy wybuchu, jeszcze tylko brakowało aby na pokładzie mieli jakiegoś trupa.




RE: [lato 1972] Miłość niczego nie przebaczy - Norvel Twonk - 25.08.2023

Zza drzwi nikt nie odpowiedział ani na coraz głośniejszą rozmowę na korytarzu ani na nawoływania Stanleya. Wyglądało na to, że albo w środku było pusto, albo panna Fawley nie chciała by w tym momencie ktokolwiek z nią rozmawiał, albo spała naprawdę głębokim snem.
Samuel odsunął się na bok, bardzo chętnie ustępując w działaniu Pembertonowi. W innej chwili obecność oficera byłaby mu wybitnie nie na rękę, teraz czuł się przyjemnie lekko powalając innemu mężczyźnie działać.
Światło znowu zamrugało. Tym razem mniej regularnie niż wcześniej. Pośpieszne, damskie kroki stały się głośniejsze aż wreszcie zza zakrętu korytarza wychynęła sylwetka Persefony Fawley, matki Marianne. W odróżnieniu od swojej delikatnej córki, Persefona wyglądała na kogoś, kto nie pozwoliłby sobie w kaszę dmuchać. Dziwne, że podczas oświadczyn sir Jamesa, nie ryknęła na całą salę by mu przeszkodzić.
- Och, Anthony! – zawołała posyłając Burkesowi wymuszony uśmiech. Posłała też krótkie spojrzenia Samuelowi, Laurentowi i Stanleyowi. – Jak rozumiem przyszliście porozmawiać z moją biedną córką? Dobrze, że jeszcze są na tym świecie mężczyźni, na których można cokolwiek polegać… - wymamrotała.
Przystanęła obok całej czwórki. Sięgnęła do malutkiej, skórzanej torebki by wyciągnąć swój klucz do pokoju, a Laurent poczuł jak zakręciło mu się w głowie. Nie trwało to długo, najwyżej sekundę lub dwie, ale w jego nos uderzył zapach nieświeżych ryb. W tamtej chwili, miał również nieodparte wrażenie, że słyszy wlewającą się na korytarz wodę. Tylko on to poczuł.
Persefona Fawley otworzyła drzwi.
- Wchodź Anthony. Myślę, że się ucieszy, przynajmniej na twój widok – zaprosiła go gestem.
Choć nie ulegało najmniejszym wątpliwościom, że największą estymą cieszył się akurat brat Saumela, kobieta nie zamknęła drzwi i pozostali również mogli wejść do środka. To była kajuta przeznaczona dla pasażerów drugiej klasy. W pokoju znajdowały się dwa zasłane łóżka z ozdobnymi wezgłowiami oraz szafa i niewielki stolik z dwoma krzesełkami. Marianne nie było w środku.
Pani Fawley zmarszczyła czoło. Machinalnie rzuciła torebkę na stolik a potem skierowała się w stronę drzwi do łazienki.
- Córeczko? – zapytała ciepłym głosem. – Skarbie?
Chwilę jeszcze czekała, by wreszcie nacisnąć na klamkę i zajrzeć do środka. Anthony poczuł jak na jego rękach pojawiła się gęsia skórka.
I wtedy Persefona Fawley zaczęła krzyczeć.
W niewielkiej wannie pełnej krwistoczerwonej wody leżała Marianne. Była blada. Nie zdjęła sukni, ani butów a jedynym trudem, który zadała sobie było rozcięcie nożykiem do papieru rękawów sukni i zrobienie na jasnej skórze długich, prostokątnych nacięć.

Tura trwa do 29.08.2023 roku do godziny 21.00



RE: [lato 1972] Miłość niczego nie przebaczy - Anthony Ian Borgin - 27.08.2023

Prychnął, wywracając oczami na szept Laurenta. Zupełnie, jakby brał jego zwariowany pomysł za jakiś żart, chociaż w głębi duszy Tosiek wiedział, że przyjaciel miał śliskie rączki. Skrzyżował więc ręce na klatce piersiowej, wbijając w niego spojrzenie. - Luarie, nie wszystko złoto, co się świeci. Masz czasem naprawdę brzydkie pomysły.
Skwitował uparcie, pozwalając sobie nawet na wzruszenie ramion. Skończył z takim życiem przecież, musiał być uczciwy i zarobić na emeryturę, zostać wielkim dziennikarzem — może nawet w The Times albo w Daily Mirror, jeśli Bóg łaskawie pozwoli. Byle nie The Sun, tam pisali słabo. Niewrażliwość Laurenta na nieszczęście Panny Marianne było oburzające, wszak kosztowności nie miały teraz znaczenia, gdy chodziło miłość.
Potem wszystko działo się już na tyle szybko i niepokojąco, wliczając w to nawiedzone lampy o karniszach w kształcie tulipanów i milczenie z kajuty, że serce zabiło mu mocniej i to nie w tej przyjemny sposób. Zimny dreszcz przebiegł mu plecach. Mogła zemdleć, zasnąć, cokolwiek. Chciał zapalić, ale kurwa nie miał teraz na to czasu, spoglądając najpierw na brata, a potem na marynarza, od którego domagał się reakcji. Mógł być Eltonem Johnem, popularnym piosenkarzem i Anthony zwróciłby się w ten sam sposób, tonąc w nerwach. Bam. Bam. Bam.
- No jak nie słyszy pukania? Panno Fawley? - zapukał mocniej, stając obok szanowanego Pana oficera, zaciskając wolną dłoń w pięść. To wszystko przez tego skurwysyna. Spojrzał na Pembertona nieco łagodniej, gdy zaznaczył, że alternatywę metody wejścia do jej kajuty byłyby zastosowane w imieniu wyższej konieczności i dobra. Żaden nie chciał wyjść na zboczeńca lub prześladowcę, byli przecież Gentlemanami, a przynajmniej za takich ich uważał — nawet jego nieporadny z kobietami brat.
Nie chciał myśleć o tym, że słodka Marianne sobie mogła coś zrobić z powodu miłości, ale podszepty w głowie były coraz głośniejsze. Gdyby ktoś — najlepiej zawodowy pielęgniarz — zmierzył mu teraz ciśnienie, uznałby je za przynajmniej niepokojące. Odwrócił głowę na dźwięk kroków, przyglądając się kobiecie. Jego przyszła być może teściowa, doskonale.
- Pani Fawley. - ukłonił się, schodząc kobiecie na bok. Nie chciałby mieć z nią złych stosunków, to zawsze źle wróżyło związkowi, bo kobiety w dzisiejszych czasach zdawały się matek słuchać. - Zachowanie Jamesa było karygodne, oburzające. Nie mogłem przestać myśleć, jak musiała poczuć się Panienka Marianne, więc gdy nie wracała i nie trafiłem na nią na pokładzie, nie mogłem nie przyjść i nie sprawdzić.
Wyjaśnił kobiecie jeszcze, nie chcąc najwidoczniej dać jej szansy na dziwne domysły z powodu ich dobijania się do drzwi jej córki. Aczkolwiek jej słowa, chociaż wymamrotane, były pokrzepiające. Zaplusował? Zerknął na Laurenta i Samuela, gdy kobieta szukała w torebce kluczyka. Nieznośnie długo.
- Dziękuje Pani Fawley, pomimo okoliczności, bardzo mi Pani schlebia. - przytrzymał jej drzwi i puścił ją przodem, nieco dłużej przyglądając się Lauriemu, zanim wszedł do pokoju. Wyglądał odrobinę blado, ale może po prostu zrozumiał, że nie ukradną złota. Nie było to teraz najważniejsze. Wszedł w końcu do kajuty, zdejmując beret z głowy, jakby pokornie i z zawstydzeniem, nie przyglądając się zbytnio kobiecym sprawunkom dookoła. Nie daj Boże, zobaczyłby pończochy lub inne, wstydliwe elementy garderoby Marianne. Nie to, że nie chciał ich widzieć, ale nie przy jej matce i we wprawiających ją w dyskomfort okolicznościach. A potem wszystko piorun pierdolnął, Anthony miał wrażenie, że stał obok siebie.
Krzyk jej matki był obezwładniający, zmuszający go do działania. Niewiele myśląc, impulsywnie rzucił beret i wbiegł do łazienki, a widok, który zastał, sprawił ze zakręciło mu się w głowie. Zlustrował drobne ciało wzrokiem, podbiegając do wanny. Wszedł do niej, wyjmując ją z wody niczym kukłę, delikatnie zamykając w ramionach i nie przejmując się zupełnie nieporządkiem, który zostawił — rozlaną wodą, śladami mokrych butów, bo przecież miał spodnie brudne, kucnął i ułożył ją sobie na kolanach.
- Marianne? Marianne, to nie jest śmieszne, coś Ty zrobiła. - wyrzucił z siebie, delikatnie dotykając jej policzka, a drugą dłonią sięgając po ręcznik i jakieś rajstopy czy inny element garderoby leżący nieopodal, aby zakryć rany, ucisnąć. Była zimna, nieprzyjemna. Świat mu wirował, serce chciało wyskoczyć z piersi. - Laurie weź stąd Panią Fawley, Panie Oficerze, trzeba zawołać lekarza. - kołysał się nieco w nerwach, całe ciało miał sztywne, a jednocześnie nogi miał, niczym z waty, mokrej waty. Sprawił jej puls, a w myślach pojawiała się chęć mordu. Zapierdoli Jamesa, pójdzie do więzienia, ale to nie miało żadnego znaczenia. Trzymał ją mocno przy piersi, koszula mu mokła i barwiła się nieco na czerwono. - Marianne? Marianne..