Secrets of London
[4.06.1972] Night - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [4.06.1972] Night (/showthread.php?tid=1770)

Strony: 1 2


[4.06.1972] Night - Laurent Prewett - 23.08.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic III

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=G0yeP0y.png[/inny avek]

Nie krzyczał. Nie rzucał się na łóżku. Nie miał na to siły. Czuł jeszcze, jak jego bezwładne ciało lata w rękach Brenny, która nim potrząsała, chłostający skórę deszcz na całym swoim ciele. Drżenie, kiedy uderzała błyskawica z dzikim trzaskiem, jak ryk bestii, która chciała oprzeć swoje pazury na ciele i rozorać je doszczętnie. Trząsł się z tego poczucia zimna, które teraz zostało postawione w wielkim kontraście do ciepła, jakie powoli odczuwał wokół siebie. Ciepła przynoszonego przez gorącą krew płynącą z jego ciała, wsiąkającą w pościel, wnikającą w koszulę nocną. Cała ta biel, ten beż, czystość powietrza pachnącego morzem zabarwiona rdzawym posmakiem, żelazistym zapachem w powietrzu. Nie musiał krzyczeć, bo Duma szczekał, jakby próbował obudzić samo Niebo i wezwać do pomocy zmarłych. Lub kogokolwiek, kto rozumiałby więcej, niż on rozumiał z tego, co się działo. Głośne, dudniące, nerwowe szczekanie, które przeradzało się w wycie odstraszyłoby chyba każdego głupca, który chciałby się tutaj zakraść. Nie odstraszyło jednak kogoś, kto wkradł się do snu Laurenta. Kolejnym ciepłym kontrastem były łzy, które ciekły po jego policzkach, kiedy drżały mu wargi ze strachu, gdy trząsł się spazmatycznie z bólu i przerażenia. Przewrócił się na bok i przesunął na bok łóżka, siadając, opuszczając nogi na podłogę, bo przecież musiał uciekać. Co jeśli tym razem Brenna nie zdąży? Co, jeśli tym razem... Duma skakał jak opętany, szczerzył swoje kły, jego oczy błyskały dziko, jakby chciał rzucić się na samego Laurenta, ale to było tylko złudne wrażenie. Zwierzę wyczuwało zagrożenie, ale go nie dostrzegało. Za to czuło krew. Nie chciało atakować swojego pana, swojego towarzysza - chciało go bronić. Dłoń Laurenta zacisnęła się na różdżce - przynajmniej ona... tutaj jest. Złudna nadzieja, że z różdżką się uda, że się obroni. Smak krwi na języku sprawił, że zakaszlał. Czuł ją wszędzie - tą krew. Przetarł wargi palcami, nie zważając na psa, nie myśląc nawet, że Duma go obroni, bo na pewno będzie tak, jak ze wszystkimi innymi ludźmi we śnie. On po prostu zniknie. Albo będzie zupełnie ignorował napastnika. Stanął na chwiejnych nogach, ale kiedy przerzucił na nie ciężar ciała i wstał ukłucie w klatce piersiowej prawie go z nich zwaliło. Krew płynęła strugą po jego ręce i bolało tak strasznie, że nie wiedział, czy zdoła zrobić trzeci i czwarty krok w kierunku okna, żeby przez nie wyjść, żeby uciekać. Albo chociaż próbować uciec. A kiedy zrobił krok numer dwa, drzwi jego sypialni otworzyły się z hukiem.

- Panie Laurent! - Alexander trzymał w dłoni różdżkę, nawet nie pukał słysząc dumę, a wściekły pies odruchowo skoczył do nich, ale czując znajomy zapach zawył tylko głośno i zakręcił się po pokoju. Blondyn zapłakał głośno, nawet nie rozpoznając znajomego głosu. Widział tylko sylwetkę rosłego mężczyzny, który tutaj wtargnął i jego umysł już pognał do tylko jednego zakończenia tego scenariusza. Chciał znów prosić, pytać, dlaczego to robi, czemu się nad nim znęca, ale nie był w stanie przez swój paniczny szloch już niczego wydusić z obolałej szyi. Alexander przepchnął Dumę - musiał zawalczyć z nim o miejsce, przesunąć wielkiego basiora, żeby dostać się do Laurenta, choć w pierwszym momencie przystanął widząc, jak Laurent próbuje unieść na niego różdżkę i jak wybucha niekontrolowanym płaczem. Podbiegł do niego i złapał go za ramiona, z przerażeniem spoglądając na stan, w jakim się znajdował. I nie bardzo wierząc temu, co widzi. - P-Panie Laurent..! Proszę... - Usiąść? Położyć się? Co się stało, jak do tego doszło? Myśli kołatały się w głowie Alexandra, gdy z przerażeniem patrzył na nieprzytomne, niebieskie oczy całkowicie zaćmione traumą i bólem. Kiedy zobaczył, jak ten krztusi się krwią, która zabarwiła jego wargi. Nie pytał. Wziął ostrożnie jego ciało i położył go na łóżku z powrotem. Nie było żadnej walki. Dla bezpieczeństwa wyjął mu różdżkę z dłoni. Nie znał się na medycynie, nic o niej nie wiedział. Chciał go tu zostawić, powiedzieć, że pobiegnie o pomoc... ale zostawić z kim? Czy bezpiecznie go było ruszać? Dopiero co Laurent wrócił z Munga, po wypadku. Co się, do cholery, działo?! Alexander tracił cenne sekundy na zastanawianie się, zamiast działać. Zerwał się z miejsca i popędził, tak jak stał, w pidżamie, bez butów, zamykając Dumę, żeby ten nie rzucił się na medyka, którego sprowadzi. Pobiegł przez murawę, ciągle trzymając różdżkę. Nawet nie rozjaśnił światła - gwieździsta noc oświetlała wiele. Tak wiele, że dostrzegł kobiecą sylwetkę i wyciągnął różdżkę gotów strzelać zaklęciami. Na szczęście...

- Panno Longbottom! Panno Longbottom! Panienko, mój panicz potrzebuje pomocy! - Alexander już był umazany krwią, ale nawet na to nie zwracał uwagi. Dopadł do kobiety, do brygadzistki, wciskając jej tylko klucz do domu w dłonie. I może to było niepoważne, że nie zabrał Laurenta ze sobą, ale nie wiedział, co mu było. Bał się, że ma połamane kości. Że jeśli go weźmie, jeśli z nim pobiegnie, tylko mu zaszkodzi. - Sprowadzę medyka! - Krzyknął do niej, bo już biegł dalej. A był bardzo szybkim biegaczem.




RE: [4.06.1972] Night - Brenna Longbottom - 23.08.2023

Tym razem po przebudzeniu Brenna nie była zdezorientowana i nie zastanawiała, czy jest we śnie, czy na jawie, i czy to, co przeszła, było tylko koszmarem, wytworem jej umysłu. Za drugim razem, mając wszystkie informacje, zebrane w ostatnich dniach, wiedziała: obudziła się ze snu, ale napastnik i rany były prawdzie, a Laurent w tym śnie był tak ciężko ranny, że… albo morderca osiągnął swój cel, albo Prewett właśnie umierał.
Nie odczuwała zmęczenia czy niewyspania, bo adrenalina wciąż buzowała w jej żyłach, gdy podrywała się z łóżka i łapała za różdżkę. Pies, który spał przy niej, zaskoczony podniósł łeb, ale Brenna to zignorowała i wypadła na korytarz, by przebiec nim ku schodom. A potem ku kuchni – gdzie rzuciła się do jednej z szafek i zgarnęła kilka eliksirów, które trafiły zaraz do kieszeni wyblakłej, czerwonej bluzy z lwem Gryffindoru, w której chodziła za czasów szkoły, a teraz często służącej jej za górę od piżamy.
Traciła cenne sekundy, ale nie znała magii, którą mogłaby cokolwiek zrobić, aby pomóc Prewettowi. Może od razu powinna budzić Danielle, zdawało się jej jednak, że tej nocy kuzynka ma dyżur.
Brenna minęła zaspaną skrzatkę, po czym wypadła na zewnątrz, prosto w piękną, gwieździstą, czerwcową noc i znikła z cichym trzaskiem.
*

Biegła przez New Forest, nie dbając w tej chwili o to, że może wpaść na jakieś zabezpieczenia albo że zaatakuje ją magiczne zwierzę. Palce zaciskała na różdżce i gdy z przeciwka dostrzegła nadciągającą sylwetkę, w pierwszej chwili dokładnie jak Alexander chciała zaatakować… ale zaraz rozpoznała jego głos. I chociaż wiedziała, że Laurent na pewno jest ranny, to i tak potwierdzenie sprawiło, że zawirowało jej w głowie.
Ale żył. Dobrze, bo nie była pewna, czy tam, we śnie, obudził się, otworzył oczy w realnym świecie, czy też wręcz przeciwnie: zamknął je na zawsze.
– Zajmę się nim! – zawołała tylko, przechwytując klucze i moment później dopadła drzwi cichego budynku, wzniesionego na brzegu morza. Nie rozglądała się, nie spojrzała nawet w stronę plaży, nie zatrzymała wzroku choćby na sekundę na pomieszczeniach na dole.
– Laurent! – krzyknęła, już po drodze. Słyszała chyba skądś warkot psa, i palce zacisnęła na różdżce, bo chociaż nie chciała zaatakować zwierzaka, gdyby Duma wydostał się z miejsca, w którym zamknął go Alexander, musiałaby go sparaliżować. Dopadła w końcu drzwi sypialni i dopadła do łóżka, na którym leżał Prewett.
– Laurent? Słyszysz mnie? – zapytała, pochylając się nad posłaniem. Nie miała odwagi choćby go dotknąć, niepewna, czy nie wyrządzi mu większej krzywdy. Nie była uzdrowicielem. Nie umiała ocenić obrażeń, dobrać właściwych mikstur, mogła co najwyżej wręczyć mu te, które przyniosła z nadzieją, że czarodziej dotrwa do przybycia magimedyka. – Mam eliksiry. Alexander sprowadzi uzdrowiciela – powiedziała. Choć była wzburzona, a pod tym wzburzeniem kryła się dzika furia na tego drania, który ośmielał się atakować w snach, nie pozwoliła, by głos jej zadrżał. Wydobyła z kieszeni fiolkę oznaczoną jako eliksir wiggenowy i odkorowała ostrożnie. Prewett krwawił: przy odrobinie szczęścia to może nie postawi go na nogi, ale przyhamuje krwotok…


RE: [4.06.1972] Night - Laurent Prewett - 23.08.2023

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=G0yeP0y.png[/inny avek]

Wsadzili go z powrotem do łóżka, chociaż miał uciekać. Nie wiedział, kiedy znowu uderzy obrzydliwy nieznajomy, a może uda mu się znaleźć Brennę, może to byłby kierunek, może to byłby pomysł..? To były jakieś ostatnie prześwity myśli w jego rozgorączkowanej paniką głowie, póki naprawdę Alexander go nie złapał i nie położył z powrotem. Niby go poznawał, niby w końcu się uspokoił i przestał szkodzić samemu sobie mocniej płaczem. Niby rozumiał, ale było to zrozumienie na poziomie dziecka, któremu dorosły nakazuje siedzieć przy stole, bo sobie zrobił krzywdę. Bo przecież jaki sens miało siedzenie, kiedy musiał się ratować..?

W domu zrobiło się ciszej, kiedy Duma przestał jak szalony szczekać, zamknięty przez Aleksandra i jednym hasłem przez niego uciszony. Ale warczał. Laurent znów został bez różdżki w swojej dłoni, ale kiedy obrócił głowę nie mógł jej nawet dojrzeć. Więc to musiał być sen..? Skoro Brenna kazała mu się obudzić... może po prostu wystarczy to zrobić? Obudzić się. Kiedy się obudzi to wszystko minie, zniknie. We śnie zresztą nie można umrzeć, prawda? Nie można. Budzisz się, kiedy umierasz. Tak jest, właśnie! Więc może wystarczy dać się zabić i przestać walczyć..? Ale jego myśli się rozpływały i blakły powoli, tak jak rozprężało się jego ciało. I znowu robiło się zimno, choć za oknem panowało lato.

Ach, udało się... Tym razem znalazł Brennę zanim pojawił się ten psychopata.

Skinął delikatnie głową na znak, że słyszy.

- Brenn... nie mam... nie mam siły... nie mam siły uciekać... - Ją zauważał w tym śnie ten morderca. Choć był pewien, że Brenna też była wytworem jego wyobraźni. I przecież miało to sens, zawsze była dla niego bohaterką, która pomagał i ratowała ludzi. Cieszył się, że mu pomagała, choć jeśli to był tylko sen to przecież nic jej już nie groziło. Ale mimo to nie chciał patrzeć, jak ten ktoś przebija ją nożem. W tym śnie była jego nadzieją, że jednak ktoś mu pomoże. Tylko że chyba dla niego było już za późno. - U-uciekaj beze mnie... - Bo przecież wystarczyło, że się obudzi. A skoro miał się obudzić to tak by nie bolało. Zakaszlał znów, starając się nie brać zbyt głębokich haustów powietrza. - Brenn... myślisz... że zasłużyłem, żeby umrzeć..? - Chyba tak. Skoro działo się to wszystko, to chyba musiał na to ciężko zapracować. Spojrzał na fiolkę eliksiru, ale nie było takiej szansy, żeby wziął ją w swoje ręce. Za bardzo mu się trzęsły, tak jak i cały ciągle się trząsł. - To mi się ciągle śni, prawda? - Bo chociaż jakaś część jego mówiła, że nie, to nie miało to sensu. Żadnego sensu...




RE: [4.06.1972] Night - Brenna Longbottom - 23.08.2023

Otworzył oczy. Był w stanie mówić. Będzie żył: nawet nie chciała dopuszczać do siebie możliwości, że nie, że wykrwawi się na tym łóżku.
– Czyś ty oszalał? – spytała Brenna, i była to odpowiedź i na to „u-uciekaj beze mnie”, i na szaleńcze pytanie: czy zasługiwał, żeby umrzeć?
Nie potrafiła pozwolić umrzeć nawet śmierciożercy, który próbował ją zamordować podczas Beltane. Przynajmniej niedawno. Teraz być może by to zrobiła, ale dlaczego miałaby uważać, że na śmierć zasługiwał Laurent Prewett?
Majaczył, pomyślała jednak zaraz. Wciąż sądził, że tkwi we śnie albo że morderca polował na niego na jawie. Przecież i ona, i Victoria z początku tak sądziły – obie były pewne, że to kolejny sen, że po prostu dom Lestrangów stał się miejscem kolejnego aktu w przedstawieniu, które reżyserował ciemnowłosy psychopata.
Mogła tylko sobie wyobrażać, tak naprawdę, jak czuła się wtedy Victoria. Jak czuł się teraz Laurent. Z nią przecież było inaczej. Jej ten drań wyraźnie się nie spodziewał. I tak, była pełna zdezorientowana i pełna strachu, że nie zdąży, ale mogła działać, mogła wymykać się logice snu, bo zaplątano go wokół kogoś innego. Ich jednak schwytano w pajęczynę, i mogliby być najdzielniejsi, mogliby być najlepszymi magami, ale jak mieli walczyć z kimś, kto sterował całym światem wokół nich?
Brenna, a kiedyś Stanley, najwyraźniej byli w tych snach zakłóceniami. Czymś, co wcale nie miało się tam znaleźć.
Przyklękła przy łóżku i jedną ręką sięgnęła, by ostrożnie unieść jasnowłosą głowę Laurenta.
– Nie ma go tutaj – powiedziała, wkładając w te słowa całą pewność, jaką potrafiła z siebie wykrzesać. – Już wszystko dobrze – dodała. Nie, wcale nie była tego pewna, a zwykle naprawdę nie chciała kłamać: tym razem jednak Laurent właśnie tego potrzebował. Nie był w stanie, w którym mógłby wysłuchać wszystkich tłumaczeń, zadać pytania i być gotowym na wysłuchanie odpowiedzi. A chwilowo Brenna nie sądziła, aby brunet z nożem czaił się pośród cieni. W jej oczach był tchórzem, który potrafił działać tylko tam, gdzie miał pełną władzę.
Przecież gdyby pojawił się tutaj, mogłaby go zranić, może zabić. Czy zaryzykowałby taką porażkę? Brenna szczerze w to wątpiła, w końcu uciekał albo znikał za każdym razem, nie tylko w snach Victorii i Laurenta, ale też jeśli wierzyć Borginowi, to w tych śnionych przez Avery…
– Obudziłeś się. Udało ci się. Wypij, proszę, to eliksir wiggenowy – dodała, podtykając mu fiolkę do ust. Ostrożnie, aby przypadkiem się nie zakrztusił ani nie rozlał cennej mikstury, bo zabrała tylko jedną, a druga fiolka, jaką miała w kieszeni, była już uzupełniającym krwawienie. Też z pewnością przydatnym, bo zapach krwi wciąż wwiercał się jej w nozdrza, zdawał się wypełniać cały pokój, tłumił inne zapachy. Widziała co gorsza ślady, które powstały na szyi Prewetta, a nie była pewna, jakie spustoszenie wywołało to ostatnie zaklęcie. Zdawało się jej, że mężczyzna tylko przewrócił Laurenta, ale co, jeżeli zranił go bardziej? Pozostawił jakieś obrażenia wewnętrzne?
Zacisnęła mocno szczęki, bo i inna myśl uparcie dobijała się do jej głowy.
Zdążyła raz.
Zdążyła drugi.
Co, jeżeli po raz trzeci nie zdąży? Jeżeli to się powtórzy, a tym razem ciemnowłosy udoskonali metody?


RE: [4.06.1972] Night - Laurent Prewett - 23.08.2023

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=G0yeP0y.png[/inny avek]

Podobno zawsze odliczało się do trzech razy. Jeśli ci się nie uda, spróbuj kolejny raz. Taka motywacja, żeby się nie poddawać. Nie teraz, to następnym razem. Teraz się potknąłeś, no dobrze, ale zobacz, już wiesz na co uważać! Tego błędu za drugim razem nie popełnisz. Tylko że pędząc przez cudze sny Brenna nie mogła popełnić żadnego błędu. Gdyby się potknęła nie było mowy o tym, że mogłaby zdążyć. Gdyby się zgubiła nie było mowy o tym, że zastałaby kogoś żywego. A gdyby tam umarli, on, Victoria, co stałoby się w prawdziwym świecie? Czy naprawdę spotkałaby ich śmierć? Każde z tych obrażeń przenosiło się do rzeczywistości, bez odstępstw. Jeśli to nie była potężna magia... ten rodzaj magii, który miał ewidentną lukę. I niestety jednocześnie ten, który na żaden błąd nie pozwalał. Napastnik o tym wiedział. Nie podejmował we śnie walki, być może właśnie szedł ciemną uliczką ze śladami zębów po wilczych kłach na przedramieniu? Te rany mogły nie być jednostronny. Cała reszta towarzystwa mogła być tylko iluzją, ale trzy osoby pozostawały niezmiennie realne, prawdziwe i mogące wpływać na to, co się dzieje. Choć ofiary, jakie sobie wybierał tajemniczy morderca, zawsze były tak samo rozbrojone. Jedne chyba po prostu bardziej podatne, drugie mające w sobie odrobinę więcej woli walki.

Oszalał... pisał list do Florence i zastanawiał się, czy oszalał. Czy to już wszystko mu się przewidziało, to uczucie, że ktoś na niego patrzy, że go obserwuje. Gdy normalnie podobałoby mu się to, że przyciąga uwagę, tak to było jedno z tych najbardziej niepokojących doświadczeń życia - myśleć, że ktoś za tobą podąża. Jak ten cień, który przemyka pod łóżkiem, plącze się za plecami, ale kiedy tylko się obracałeś to znikał. Uciekał chyba do piwnicy, do której rodzic nigdy nie pozwalał wchodzić, w której zawsze ziało zupełną pustką, a kiedy otwierałeś do niej drzwi to czułeś zimny oddech bestii na swojej twarzy. To był właśnie taki cień. Nie mogłeś się go pozbyć, ale również nie mogłeś od niego uciec.

Mówiła, że się obudził, ale jej nie wierzył. Przecież nie można się obudzić ze snu, w którym na ciebie polowano, by potem czuć to samo. Ten ból na ciele nie był fantomowy. Czuł go zbyt wyraźnie, widział krew, czuł krew w smaku, w zapachu. Nie, nie miało to żadnego sensu. Lecz może to była już ta spokojniejsza część snu? Posłusznie wypił eliksiry, które Brenna mu dała, starając się je przełknąć przez gardło, co wcale nie było łatwe. Czy ona też się bała? O swoje życie? I jeśli to był tylko sen to czy powiedziałaby mu prawdę, czy może skłamała w odpowiedzi na pytanie, które zadał, a na które usłyszał tylko, że oszalał? Tak, przecież nie był takim złym człowiekiem. Ale musiało mu się tylko wydawać. Dobrych ludzi też spotykały rzeczy złe i może właśnie to definiowało, w jaką stronę podążali. Czy trzymali się światła, bez którego nie byłoby ciemności, czy też pozwoliliby sobie na upadek i odpełzli w ciemność? Nie chciał, żeby cokolwiek go weryfikowało. Nie chciał wpadać w morze oszalałe sztormem, żeby przekonać się, jak wiele byłby w stanie zrobić, żeby utrzymać się przy życiu. Brenna Longbottom zasługiwała na coś większego, na coś lepszego, bo ciągle w tym świetle stała, nawet gdy cały świat wpychał w jej myśli i układał na usta wszystkie pomimo. I jej odpowiedź, jakiej dostarczyła, była chyba dowodem na to, że była dokładnie tą samą Brenną, którą znał i pamiętał.

- M-myślisz, że... dostanę więcej kwiatów na pogrzebie niż... dostałem? - Laurent lubił kwiaty, kochał kwiaty. I trzymał w swoim serduszku taką chęć, żeby ktoś mu je przynosił w romantycznych bukietach, by mógł je ustawić w wazoniku i patrzyć na nie rozświetlonymi oczami. Ale nikt bukietów nie przynosił. Czasem pojawiały się z okazji urodzin, świąt, od strony rodziny, ale to przecież nie było to, nawet jeśli też sprawiały mu radość. Jego kąciki ust nawet troszkę zadrżały, kiedy o to pytał, jakby próbował się uśmiechnąć. Nie wyszło mu to.

Nie trwało to długo, kiedy Alexander wrócił pędem, a za nim medyk. Mężczyzna od razu podbiegł do Laurenta, kiedy Alexander rozpalił światła i postawił torbę na łóżku obok siebie. Nie było żadnych zbędnych komentarzy, żadnych zacięć. Alexander zresztą powiedział wprost: nie wiedział, co się stało. Wszyscy spali i nagle pies zaczął szczekać, a kiedy przyszedł to zastał już Laurenta w takim stanie. Dopiero w drodze napadły czarnoskórego wątpliwości, czy nie powinien czasem zatamować jakoś krwawienia, szukać ran... ale tłumaczył sobie: nie, przecież to czas! A nie wiedział, naprawdę nie wiedział, co się w ogóle stało. Przecież nikogo w domu nie było. Przecież Laurent zasnął spokojnie w swojej sypialni.

- Spokojnie, panie Prewett. Zaraz będzie po wszystkim. - Mężczyzna przedstawił się z imienia i nazwiska i zaczął od zatamowania krawienia. Informował spokojnym głosem blondyna, co będzie robił i co chwila zapewniał, że wszystko będzie dobrze, wszystko w porządku. Alexander nie sprowadził byle kogo, tylko profesjonalistę, który wiedział, co robić w takich przypadkach.

- Panienko Longbottom... - Alexander podszedł do Brenny, dopiero teraz łapiąc spokojniejszy oddech. Czarnowłosy mężczyzna o bardzo krótkich włosach, w pidżamie, wskazał gestem kuchnię. Żeby stąd wyjść, żeby nie przeszkadzać. Nie to, że przeszkadzali stojąc z boku, ale mimo wszystko... chciał ją zapytać o parę rzeczy. - Dziękuję za pomoc... naprawdę bardzo dziękuję. - Uścisnął dłonie kobiety. - Ale co panienka tutaj robiła? W środku nocy? - Bo tego nie rozumiał.




RE: [4.06.1972] Night - Brenna Longbottom - 23.08.2023

Nie miała pojęcia, jakie myśli chodziły mu po głowie. Te, które nawiedzały ją, wcale nie były wesołe, ale próbowała je od siebie odsunąć i skupić się po prostu na zajęciu się rannym. Napoiła go eliksirem wiggenowym, a potem podała mu i ten uzupełniający krew, mając po prostu nadzieję, że to wystarczy – i że Alexander szybko sprowadzi medyka. Bo oczywiste, że w tej chwili martwiła się Laurentem, i że nawet gdyby gdzieś tu był morderca, na pewno by przed nim nie uciekała. Nie mogłaby: nie istniała wersja świata, w którym Brenna zrobiłaby coś takiego, bo wtedy nie byłaby Brenną. Może była to sprawka tego, że była córką swojego ojca, może tym, że mieli na siebie nawzajem „zły” wpływ, ona, brat i kuzynostwo, może że dorastała w domu, w którym opowiadało się bajki o bohaterstwie i o tym, że zawsze trzeba bronić słabszych. Na pewno nie była to tylko jej zasługa – trzymano ją na tej ścieżce dostatecznie długo, by teraz dawała radę iść nią niejako siłą rozpędu.
Na pewno było jej łatwiej niż jemu.
Pytanie, które padło z ust Prewetta, sprawiło, że nie była pewna, czy powinna śmiać się – histerycznym, wcale nie wesołym śmiechem – czy płakać. Ostatecznie nie zrobiła jednak ani jednego, ani drugiego.
– Nie, ponieważ nie będzie żadnego pogrzebu. Jeżeli chcesz dostać wieniec, to ci jakiś przyślę, ale na pewno bez napisu „ostatnie pożegnanie” – poinformowała stanowczo. Nie dopuszczała do siebie myśli, że skoro się obudził, to teraz umrze z powodu tych obrażeń. A potem cofnęła się od łóżka, podniosła, kiedy do pokoju wpadli Alexander i medyk. Odsunęła się, dając uzdrowicielowi dostęp do półprzytomnego, cierpiącego chłopaka. – Podałam mu małą fiolkę wiggenowego i odnawiającego krew – ostrzegła, przypatrując się, co robi medyk. Ruch ręki Alexandra jednak wyłapała, kiwnęła głową i wyszła z nim na zewnątrz. Może faktycznie lepiej było dać pozwolić działać uzdrowicielowi i przy okazji zapewnić Prewettowi trochę prywatności.
W tej chwili dopiero uderzyło w nią znużenie. A była bardzo, bardzo zmęczona. Ostatnio nie sypiała wiele, a koszmarów takich jak ten, nazbyt rzeczywistych, nie dało się uznać za czas wypoczynku. W dodatku przychodziła pora na wyjaśnienia, a tych… tych ciężko było udzielić.
- Wiedziałam, że go zaatakowano – przyznała, przeczesując dłonią rozczochrane włosy. Łatwo było się domyśleć, że nie zaplanowała tej wizyty. Brenna po Dolinie Godryka chodziła w mugolskich ubraniach, ale nie poruszała się w nich zwykle po Londynie i innych miejscowościach, rzadko składała w takich wizyty… i nawet ona nie miała w pogardzie konwenansów na tyle, aby do kogokolwiek wpaść w piżamie. A przecież miała na sobie właśnie bluzę, wysłużoną, rozciągniętą, za górę od takiej służącą i spodnie ewidentnie od nocnego stroju. Buty, absolutnie do tego stroju nie pasujące, pierwsze, jakie chwyciła, nim wypadła w noc. Włosy wyraźnie nie nosiły śladów czesania, a twarz Brenny była blada po tym gwałtownym wyrwaniu ze snu.
– To skomplikowane i myślę, że najlepiej, jeżeli wyjaśnię to, kiedy medyk mu pomoże. Będzie chciał wiedzieć – dodała, wskazując na drzwi. Na miejscu Laurenta miałaby pytania, dużo pytań. I w tym całym nieszczęściu szczęściem… a może pechem… było to, że Brenna już mogła parę odpowiedzi dać. Niestety tylko „parę” – zbyt wiele wciąż było znaków zapytania. Nie chciała powtarzać tego dwa razy. Nie miała po prostu już siły, ich resztę zużyła na bieg przez ścieżki New Forest. – Na razie mogę panu powiedzieć, że Biuro Aurorów otrzymało kilka dni temu zgłoszenie w tej sprawie i Laurent nie był pierwszy. Tej nocy jest już bezpieczny.
Ale co będzie następnej?
Nie była pewna. Nie mogła być pewna.


RE: [4.06.1972] Night - Laurent Prewett - 23.08.2023

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=G0yeP0y.png[/inny avek]

Ach, wieniec... piękne, barwne kwiaty, złociste chryzantemy zebrane w jednej doniczce. Tylko bez tego ostatniego napisu - tym o pożegnaniu. To dobrze, bo nie chciał się żegnać, a na pewno nie chciał się żegnać z nią. Chciał dalej ją podziwiać i mieć okazję z nią czasem porozmawiać, nawet jeśli ich relacja się mocno rozluźniła po Hogwarcie. O ile nie całkowicie. Chyba szkoda? Bez chyba. Naprawdę szkoda. Skoro była jego rycerzem, powinna mieć chociaż miecz. Na pewno potrafiłaby nim władać równie sprawnie, co władała swoimi kłami. Kłami... może również powinien był się tego nauczyć? Ha... żeby straszyć Florence nie tylko tym, że zniknie w morzu, ale również tym, że zupełnie zagubi się w dziczy? Świetny pomysł, panie Prewett... świetny pomysł. Kąciki warg blondyna znowu zadrżały w tym mizernym uśmiechu, choć rozbawienie powinno być ostatnią rzeczą, jaka powinna przez niego przepływać. Już płakał. Więc skoro już płakał i nie miał wyboru to pozostawało mu się tylko śmiać, prawda? Z tej całej beznadziei i z tej bezsilności. Z tego braku kontroli nad własnym życiem i tym, co działo się dookoła.

Przestraszył się, kiedy dwójka mężczyzn weszła do środka. Napiął się i zaczął jeszcze bardziej trząść, przestając się próbować uśmiechać i znów czując tę przemożoną potrzebę ucieczki, chociaż jeszcze przed momentem Brenna mówiła, że będzie dobrze. Tak powiedziała, ale przecież ona też była częścią snu. Mogła więc go okłamać, by w tym śnie zmienić stronę. I zamienić go w jeszcze łatwiejszą zdobycz. Bo czym były te eliksiry? Przecież nie wiedział. Zanim jego mózg pogalopował jednak za daleko, lekarz przemówił mu chociaż trochę do rozsądku. Laurent spojrzał przymrużonymi, przerażonymi oczami i odszukał w tym świetle Alexandra. Alexander i Brenna. Medyk. Spojrzał w twarz medykowi i lekko skinął głową. Gotów współpracować z tym, kto próbował mu pomóc, chociaż wcale nie sprawiało to, że magicznie przestał się bać. Proszę, proszę... niech mi nic nie zrobi... Modlił się o to, żeby mu naprawdę pomógł. Żeby nie było większej krzywdy i bólu.

W kuchni pojawił się skrzat. Jednooki, strudzony życiem, po przejściach - było to po nim widać. Wystraszony, bo jeszcze przed momentem był u Laurenta.

- Migotku... czy chciałaby panienka kawy? Herbaty? - Alexander najpierw chciał coś powiedzieć do skrzata, ale zmienił kolejność zadawania pytań. - Przynieś panience coś do picia. - Zachęcił skrzata, po czym sam odetchnął ciężko i przesunął dłonią po twarzy. Dopiero teraz orientując się, że ma na niej już zaschniętą krew. Drgnął i odciągnął szybko rękę, spoglądając po sobie, żeby zaraz zacząć rzucać odpowiednie zaklęcia, by doprowadzić się do porządku. Adrenalina schodziła teraz i z niego. Zaproponował kobiecie krzesło w jadalni. - Tej nocy. Czy to... dobrze, przepraszam panienkę. Jak najbardziej poczekamy na panicza. - Przystał Alexander, w porę się hamując z dalszym pytaniem i orientując, że Brenna chciała jednak zaczekać.

Trochę czasu minęło, zanim medyk opuścił sypialnię Laurenta i pojawił się w salonie. Wręczył Alexandrowi kartkę z przykazaniem dawkowania maści i eliksiru. Poinformował również, że należność, czyli rachunek, wystawi pocztą i przyśle przez sowę do uregulowania, po czym pozdrowił Brennę, życzył dobrej nocy i opuścił dom. Alexander zamknął za nim drzwi i poszedł najpierw wypuścić hałasującego co jakiś czas Dumę. Pies jak wściekły rzucił się do sypialni z takim impetem, że rosłego chłopa, jakim Alexander był, prawie wytrącił z równowagi. Nie zważając na nic i na nikogo jurczak wskoczył na czyste teraz już łóżko i z piskiem zaczął trącać udo swojego pana. Laurent był przytomny. Diabelnie zmęczony, zestresowany, ale jak najbardziej przytomny. I może to było właśnie w tym wszystkim najgorsze.

Docierało do niego, że wcale nie był we śnie.




RE: [4.06.1972] Night - Brenna Longbottom - 24.08.2023

Sama żałowała, że ta znajomość się rozluźniła – jak wiele innych, szkolnych znajomości. Brenna starała się podtrzymywać więzy z najbliższymi przyjaciółmi z Hogwartu i dzieciństwa, ale czasem nawet z jej dłoni wymykały się niektóre nici.
Czasem trzeba było wybrać, co chcesz pochwycić, a czemu pozwolić odejść. Tej nocy jednak cieszyła się przede wszystkim, co zdążyła złapać nitkę życia Laurenta, bo… gdyby ciemnowłosy dokończył dzieła… czy ten obudziłby się, czy skończył martwy we własnym łóżku? W każdym razie żył, ich drogi przecięły się ponownie po przerwie, o ironio losu: dwukrotnie z powodu… morderców. Tego, który zabił jej wuja, a Brenna chciała ustalić, co później dopadło jego ciało, i teraz tego, który zaczaił się w snach.
- Woda wystarczy. Dziękuję - powiedziała Brenna odruchowo na pytanie Alexandra, bo od ładnych dwóch lat w bardzo niewielu domach i z rąk bardzo niewielu osób przyjęłaby jakikolwiek napój, do którego można coś dodać. Było to już tak głęboko w niej zakorzenione, że zwykle udzielała takiej odpowiedzi bez namysłu, tak jak teraz: chociaż przecież prędzej uwierzyłaby, że postanowiły otruć ją Prewett niż człowiek taki jak Alexander.
Posłusznie ruszyła za nim do jadalni. Zwykle pewnie próbowałaby go zagadywać, nawet w takiej - a może zwłaszcza w takiej - chwili. Wiedziała, że się denerwował i martwił, i bardzo chciała go uspokoić... Tym razem jednak zwyczajnie nie czuła się na to na siłach. Nawet energia Brenny miała swoje granice i teraz dobiegała do kresu. Wolała więc ją oszczędzać na czekającą ich rozmowę. Skuliła się po prostu na krześle i... czekała.
Kiedy Alexander wstał, zrobiła to i Brenna. Martwiła ją wizja rozmowy, jaką mieli odbyć – bo chociaż Laurent zapewne wiedział już, że nie umiera, że nie będzie żadnych pogrzebowych wieńców i nic go nie bolało – miał przecież też świadomość, że go zraniono. Że nie był bezpieczny nawet we własnym łóżku. A Brenna niewiele mogła powiedzieć, aby go uspokoić. Bodaj jedynie zapewnić, że nie oszalał, że dochodzenie w tej sprawie już się toczy…
Weszła do sypialni jako ostatnia, za Dumą i za pracownikiem. Zlustrowała Laurenta uważnym spojrzeniem. Nie wyglądał już na rannego, ale wspomnienie niedawno bólu, strachu i brak poczucia bezpieczeństwa na pewno dawały się mu we znaki. Nie wspominając o tym, że skoro sama Brenna czuła się tak, jakby tej nocy zamiast spać biegała po skałach i trybunach, to Laurent na pewno czuł się tak samo: żadnemu z nich nie było dane wypocząć podczas snu.
– To był sen, ale morderca w nim był prawdziwy – stwierdziła po chwili wahania, nie czekając nawet aż padną jakieś pytania, bo przecież mogła domyśleć się ich treści. Przynajmniej tych pierwszych, jakie chcieliby zadać. Mieli prawo wiedzieć, obaj. Biuro pewnie nie chciałoby tego ujawniać, ale jak dotąd Brenna nie otrzymała żadnych instrukcji, a Prewett omal nie zginął. – Ja też byłam prawdziwa. Używa magii, której nie znam, aby wniknąć do czyichś snów. Nagina je do swojej woli, zmienia, aby przeprowadzić atak. Ale w tych snach są luki i ktoś inny… może do nich przeniknąć. Nie pytaj mnie jak, dlaczego i z jakiego powodu byłam to ja, bo nie wiem. Ale Biuro Aurorów otrzymało już zgłoszenie w tej sprawie. Nie byłeś pierwszym napadniętym. Nie byłeś nawet pierwszą osobą, do której snów zostałam wciągnięta.


RE: [4.06.1972] Night - Laurent Prewett - 24.08.2023

Laurent uniósł ramię, żeby przyciągnąć do siebie jurczaka, albo raczej żeby po prostu go objąć. Nie musiał robić nic więcej, pies sam do niego przylgnął, ostrożnie, dotykając go nosem, wąchając, przesuwając tym mokrym nochalem po jego szyi i policzku. W wielu aspektach uważał zwierzęta za lepszy sort od ludzi. Nie wszystkich, bo przecież miał bezcennych bliskich, których by za nic nie podmienił, nie wymienił i nie chciał o nich zapomnieć, ale od większości - tak. Nie były zdradliwe, ufały ci, chciały pomóc, wyczuwając, kiedy działo ci się coś złego. Wiele elementów składało się na to, że wolał ich towarzystwo. Ale to nie znaczyło, że od ludzkiego stronił. Dobrze mu tu było - na ty krańcu świata. Gdzie nie błądziło się przypadkiem i gdzie trzeba było chcieć się pojawić, żeby się tu dostać. Miało być tu bezpiecznie. Przystań, w której nic złego nie może się wydarzyć. Teraz naruszona, zabrudzona. Zgwałcony spokój.

Laurent nie należał do tych wizytorów salonów, których skóra była blada. Dużo przebywał na słońcu i chociaż jak na blondyna przystało ciemnej karnacji nie miał to zawsze był muśnięty słońcem. Ale teraz naprawdę był blady. Po drugiej nie-przygodzie w przeciągu dwóch dni potrzebował naprawdę czasu na to, żeby odpocząć i do końca się wykurować. Półprzymknięte oczy, już spokojniejsze, zaczerwienione, przeniósł z psa na Alexandra, a potem Brennę, która weszła ostatnia do pomieszczenia. Cały komitet powitalny. Tym razem z tą gwarancją, że to naprawdę nie pogrzeb. I że nie będzie ani wieńca, ani marszu pogrzebowego, a potem słodkich kłamstw, jakim to nie był dobrym człowiekiem i jak to sobie nie zasłużył na swój los. Bo większych tych przemów, jakie się odbywały, zabarwione były jedną wielką ściemą. Koloryt nadawany był niezależnie od tego, jakim człowiekiem byleś. Czasami tylko dodawali "może nie wszyscy znali go od tej najlepszej strony, ALE...". Ale. Ciekawe, że człowiek jakoś się tym nie przejmuje. Tym, jakim będzie jego pogrzeb i kto na niego przyjdzie. Dopiero kiedy dożywałeś sędziwego wieku to czasem się zastanawiałeś, czy ktoś przyjdzie zapalić świecę na twój grób. Jego wielka, pogrzebowa przemowa została zastąpiona słowami: to był sen, ale morderca w nim był prawdziwy.

Co się w ogóle odpowiadało na takie słowa?

- Dziękuję, że mnie uratowałaś. - Mówił słabo i cicho. Podobno człowiek tym bardziej docenia życie, kiedy niemal je straci. Że w żadnym innym momencie nie czujesz sie bardziej żywy niż wtedy, kiedy to życie tracisz. To ostatnie... tak, chyba coś w tym było. Co do tego pierwszego jednak Laurent mógłby się nie zgodzić. Bo wręcz spojrzał na to i zastanawiał się, jak nic nie warte jet to życie, które prowadził. - Czemu? - Czemu zabija? Czemu chciał JEGO skrzywdzić i czemu to Brenna akurat mu przeszkadza? Prowadzi jego sprawę? Chyba tak. To pytanie zadał ten nocy samemu sobie tyle razy w myślach i nadal sądził, że nie dostanie odpowiedzi. Że nie była ona oczywista. Chyba nie miał niczego wspólnego z Dante, skoro ewidentnie sprawa jest bardziej szeroka, z tego co Brenna mówiła, co dawało minimum ulgi tylko po to, żeby niepokoić pytaniem: to kim on tak naprawdę jest i czego chce? Tylko śmierć była jego spełnieniem, aktem? - Nic ci nie jest? - Nie wyglądało, jakby coś jej doskwierało, ale też nie wyglądała najlepiej.


[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=G0yeP0y.png[/inny avek]


RE: [4.06.1972] Night - Brenna Longbottom - 24.08.2023

W świecie Brenny też dość rzadko słyszało się słowa „ktoś próbował zamordować cię we śnie”. Ale było w nim mnóstwo zdań, które pewnie rzadko pojawiały się w rzeczywistości Laurenta. Jak „pobił mnie wampir”, „wpadłam do dziury z trzema żywymi trupami”, „śmierciożercy chcą mnie dopaść, pomóż mi” czy „moja kuzynka ma wspomnienia wujka z Limbo i omal nas one nie zabiły”. Może dlatego ostatecznie jej dużo łatwiej było odnaleźć się w sytuacji. Mimo zmęczenia, nie zdawało się jej to wszystko aż tak nierealne, niemożliwe, jak za pierwszym razem, gdy wpadła do domu Victorii, niepewna, czy śni, czy działania na jawie. A może – dawała radę, bo wystąpiła w tym śnie nie jako ofiara, nie mająca możliwości działania… jeżeli morderca kiedyś przypisze jej tę rolę, to taki moment miał dopiero nadejść.
Laurent był blady, ze strachu, niewyspania i przede wszystkim straty krwi. Ale nie myślała o jego pogrzebie. W tej chwili cieszyła się raczej, że był względnie cały i jeżeli nawet nie zdrowy, to takim stanie się niedługo. O dziwo, zdawał się przyjmować wyjaśnienia dość łatwo – a spodziewała się raczej niedowierzania niż podziękowań.
Nie zapewniła, że żaden problem, że dziękować nie musi, bo sama też by dziękowała. A gdyby tych podziękowań nie przyjęła, byłoby w tym coś nieprzyjemnego. Brenna rzadko celowo była nieprzyjemna wobec innych – zdarzało się to, ale tylko od czasu do czasu i tylko wobec określonych jednostek.
- Jesteśmy kwita – powiedziała tylko, bo w końcu była mu do niedawna winna przysługę i można było powiedzieć, że właśnie ją spłaciła. – Naprawdę nie wiem – przyznała bezradnie. Nie, nie prowadziła tej sprawy. Nie była nawet aurorką. Gromadziła okruszki informacji niby drobiny złota, bo taka była jej natura, bo zaangażowane były bliskie jej osoby i bo nawet w Biurze Aurorów były osoby, w których kompetencje nie do końca dowierzała. A nawet gdyby ją prowadziła, to czy dowiedziałaby się więcej? Pokładała nadzieję w tym, że ktoś z Departamentu Tajemnic znajdzie odpowiedzi, ale nawet oni mogli ich nie mieć… albo nie chcieć się nimi podzielić.
– Wiem tylko tyle, że napada w snach. Jego ofiara cały dzień czuje się obserwowana. Że obrażenia przenoszą się na jawę… i że ktoś, kto go zna i kto wie, w jaki sposób to robi próbuje chyba powstrzymać go przed tymi atakami, przynajmniej trzykrotnie się mu chyba to udało. Przynajmniej trzy razy znajomy zaatakowanego z kolei walczył z nim w snach, a pierwszy raz był to jeden z pracowników Ministerstwa, już jakiś czas temu. Gdybym miała więcej informacji, powiedziałabym ci – zrelacjonowała Brenna. Posłała mu uśmiech, niekoniecznie wesoły, ale i nie smutny, kiedy spytał, czy nic jej nie jest. Nie, nie była ranna, nie wyglądała nawet szczególnie źle: ot jak ktoś, kto został dość brutalnie wyrwany z łóżka po zbyt krótkim śnie. Teraz, gdy opadła już z niej adrenalina i strach, że nie zdąży, czuła się zmęczona.
Chociaż jednocześnie bardzo nie chciała zasypiać.
– Nic mi nie jest. Nie zranił mnie. Nie jestem nawet pewna, czy mógłby – odparła.
Nie wiedziała, czemu wybrano Laurenta, tak jak nie miała pojęcia, czemu ktoś chciałby napadać Avery, czemu mugol ze strzelbą śnił się Norze. Ona i Victoria jeszcze były oczywistymi celami, ale oni? Sądziła, że klucz mógł tkwić w kimś, kogo tego dnia spotkali, w czymś, co zrobili, ale to wymagało przesłuchań, śledztwa, odtworzenia dróg… Ale z drugiej strony… czy gdyby zobaczyli tego człowieka, nie rozpoznaliby go potem, kiedy dokonał napaści w snach? Czy mógł aż tak ginąć w tłumie?
Czy to w ogóle był człowiek?
– Powinieneś to jutro zgłosić oficjalnie aurorom – zasugerowała. – I pomoże, jeżeli zastanowisz się rano, gdzie dziś byłeś i z kim się spotkałeś.