![]() |
|
[6.06.1972] Mały wypadek zgłoszony w biurze aurorów - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118) +---- Dział: Ministerstwo Magii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=17) +---- Wątek: [6.06.1972] Mały wypadek zgłoszony w biurze aurorów (/showthread.php?tid=1791) |
[6.06.1972] Mały wypadek zgłoszony w biurze aurorów - Laurent Prewett - 27.08.2023 adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I Budynek Ministerstwa Magii nie był obcy Laurentowi Prewettowi. Wręcz przeciwnie - swojego czasu bywał tu często. Zbyt często. Teraz raczej od przypadku, kiedy potrzeba było sprawdzić, co nowego wymyślili w przepisach, uregulować jakieś dokumenty, ewentualnie złożyć takowe z powodu różnych prac. To "od przypadku" było więc o wiele częściej, niż przeciętny obywatel to miejsce odwiedzał. Tak to niestety bywało, kiedy prowadziło się własną działalność gospodarczą, jak to ładnie nazywano w tym "slangu prawnym". Więc przychodził tutaj, czasami szamotał się z urzędnikami, ale starał się być zawsze miły, sympatyczny, uśmiechnięty. Wtedy więcej można było zrobić, a Pani Bożenka przepychała dokumenty jako pierwsze, mimo, że były ostatnie w kolejce. Wyżywanie się na ludziach, wylewanie na nich swojej frustracji, zupełnie niczego nie dawało i niczego nie zmieniało na lepsze. Szczególnie, że zazwyczaj to nie ci ludzie w tych okienkach byli odpowiedzialny za te wszystkie opóźnienia. A nawet jeśli, bo się pomylili, to przecież każdy miał prawo do pomyłek. Ludzie nie byli maszynami... a nawet maszyny miały swoje usterki, czkawki i zaczynały robić dziwne i błędne rzeczy. Coś takiego jak doskonałość było mrzonką. Więc tak - Laurent Prewett był jednym z tych ludzi, którzy nie przychodzili do Ministerstwa z nosem na kwintę. Dzisiejszego dnia było trochę inaczej. Gdyby nie to, że obecność jarczuka wywołaby niemałe zamieszanie w samym Ministerstwie to przyprowadziłby ten pomiot piekielny ze sobą. Tylko dlatego, żeby czuć się bezpieczniej. Siedzenie we własnym domu dawało poczucie bezpieczeństwa tylko i wyłącznie dlatego, że siedziała przy nim Florence. Wychodzenie z niego było tak samo bezpieczne, jak siedzenie w nim. Tak samo bezpieczne, jak spanie. A skoro tak, to gdzie było najlepiej? Mimo wszystko - chyba w tłumie ludzi. Tam, gdzie można krzyknąć i gdzie ktokolwiek może na cokolwiek zareagować. Laurent miał mały problem z odróżnieniem snu od jawy. Łapał się co jakiś czas na niepewnym zastanowieniu, czy to, co się wokół niego dzieje to jawa, czy może jednak już sen, z którego zapomniał się obudzić. Czy zaraz ktoś wyskoczy z tego tłumu i zacznie go gonić z nożem, a ludzie przed nim rozstąpią, będą go przepuszczać właśnie po to, żeby zablokować jego samego. Zastąpić mu drogę, żeby nie mógł uciec. Ludzie nagle stali się straszni. Jeszcze bardziej nieczuli i obcy, niż miał ich do tej pory. Ci sami, którzy mieli pomóc, mogli być zupełnie głusi i niemi na wszystko, co się działo. Uciekać, żeby tylko ratować siebie samego. Więc gdzie w końcu było bezpiecznie i gdzie miało być dobrze? Potrzebował jakiegoś powrotu do normalności. Jakiegoś ułożenia na nowo swojego mózgu, który teraz absolutnie wariował. Przekonywał siebie samego, że będzie lepiej, o wiele lepiej, kiedy tylko zgłosi wszystko do aurorów i ktoś z tych odważnych ludzi, którzy zajmowali się takimi zwariowanymi sprawami, zapewni go, że wszystko będzie dobrze. Najbardziej chciał usłyszeć, że już go złapali - i nie ma się czym przejmować. Już ten psychopatyczny morderca siedzi za kratami Azkabanu. Mając odpowiednie nazwisko wiele drzwi było łatwiejszych do przejścia, ale niektórzy wyznawali całkowicie zdrową zasadę, że nie ma równych i równiejszych. Zazwyczaj ci, którzy nie mogli za dużo stracić przez takie wysokie ideały. Nie chciał się tutaj na nikogo powoływać ani wciskać na siłę, dlatego zwyczajnie, po ludzku, poczekał. Wyjątkowo donikąd mu się nie śpieszyło. Usiadł na krześle, smętnie wpatrując się w podłogę korytarza, blady i zmęczony samą wycieczką do tego miejsca. I chyba osoba odpowiedzialna za rejestrację osób chcących zgłosić przestępstwa po prostu zlitowała się nad nim i zaproponowała, że pani Victoria Lestrange akurat ma chwilę czasu, więc może go przyjąć. To go troszkę pobudziło, wykiełkowało jakąś małą nadzieją w sercu, że pojawiło się znajome imię i nazwisko. Został poprowadzony do pokoju, w którym Victoria rezydowała i zaanonsowany, żeby się upewnić, czy Lestrange rzeczywiście będzie miała teraz czas go przyjąć, nim wpuszczono go do środka. Podziękował ślicznie recepcjonistce, uśmiechając się do niej wdzięcznie, ale kiedy tylko kobieta wyszła uśmiech zniknął z jego twarzy. Rzadko kiedy można było odróżnić, który uśmiech Laurenta był tym całkowicie szczerym, a który tym udawanym. - Dzień dobry. - Mogli się znać i latami, ale Laurent rzadko kiedy używał zwrotów takich jak "cześć", "hej" i tym podobnych. Jakoś nie weszły mu w nawyk. Przeszedł przez pokój i usiadł na krześle naprzeciwko biurka kobiety. - Cieszę się, że cię widzę, chociaż okoliczności są mało sprzyjające. - W końcu to była praca Victorii i zamierzał szanować jej czas w niej. Uśmiechnął się do niej krótko, ze zmęczeniem, ale i sympatią - jak najbardziej. - Przychodzę jako ofiara przestępstwa i twoja obecność napełnia mnie chociaż odrobiną nadziei, że nie weźmiesz mnie za wariata. Z tego co się orientuję, jedno już podobne zgłoszenie mieliście tego typu. - Laurent mówił ciszej niż zazwyczaj, jego oczy nie były uważne i skupione jak zawsze - podkrążone prezentowały sobą znużenie, a napięte ciało - stres. RE: [6.06.1972] Mały wypadek zgłoszony w biurze aurorów - Victoria Lestrange - 27.08.2023 To był kolejny dzień ślęczenia nad papierami. Wróciła już do pracy, po kolejnym już w maju przymusowym zwolnieniu i teraz, znowu, nie chcieli jej od razu puszczać w teren… Może i dobrze. Jej analityczny umysł mógł się przydać tutaj, na miejscu, bo stos papierów wcale nie malał. Po Beltane zaczęły dziać się takie dziwne rzeczy, że trudno było się przez wszystko przekopać, tym bardziej, że teraz znaczna większość aurorów była jednak w terenie. I nie było komu tego robić. Jasne, nie była jedyną osobą siedzącą na dupie w biurze… Ale papierów po prostu tylko przybywało. Rąk do pracy jakoś niestety nie. Robiła więc co mogła, chociaż największe zamieszanie już zdaje się minęło i pomalutku świat wracał do normy… albo to po prostu ludzie się przyzwyczajali do nowego stanu rzeczy. Wiele się mówiło o tym, że ludzie, jako gatunek, mają niezwykłe zdolności adaptacyjne – i chyba była w tym prawda. Siedziała w swoim pokoiku za biurkiem. Drzwi nie były zamknięte, w środku było wszystko idealnie wysprzątane i na błysk, papiery stały w równiutkich stosikach, nic nie walało się przypadkowo. Ślęczała nad jakimś wyjątkowo zagmatwanym raportem, zagmatwanym, bo jego autor bazgrał jak kura pazurem, a do tego stosował skróty myślowe, które wybijały ją z rytmu. W ten sposób właśnie zastał ją papierowy samolocik, który spadł na jej biurko, przed sam nos. Victoria westchnęła, odłożyła pióro do kałamarza i rozwinęła papierek. „Jest tu jakiś interesant, chce coś zgłosić. Masz czas, żeby go przyjąć?” – przeczytała i westchnęła znowu. Spojrzała na zegarek, potem na kupę papierów, jeszcze raz na raport, który ją tak dobijał i napisała odpowiedź. Jedno krótkie, zgrabne „Tak”, które wyleciało przez otwarte drzwi. Schowała więc ten nieszczęsny raport, uprzątnęła jeszcze to, czego uprzątać wcale nie trzeba było i była gotowa by przyjąć… ktokolwiek miał przyjść. Siedziała za biurkiem, ubrana w mundur – przepisową czarną koszulę, czarne spodnie, jej odznaka aurora leżała na biurku, tak samo jak różdżka. Włosy miała splecione w warkocz francuski, marynarka wisiała na krześle za nią. Kiedy kobieta wprowadziła Laurenta, Victoria akurat wyciągała czysty formularz, który będzie musiała wypełnić. Uniosła spojrzenie, zamrugała dwa razy… ewidentnie zdziwiona i wskazała dłonią krzesło przed biurkiem. Jedno z dwóch tak po prawdzie. A koleżankę poprosiła, by zamknęła drzwi. - Cześć – już się przyzwyczaiła, że Laurent tak po prostu mówi i sama niewiele sobie z tego robiła, przywitała go dokładnie tak, jak każdego innego razu. Za to zlustrowała go wzrokiem. Widziała, jak zrzedła mu mina, a uśmiech po prostu spłynął, jak farba ze szkła. Coś się stało. Coś poważnego, bo inaczej by go tutaj nie było. Wyglądał… Mizernie. Znaczy mizerniej niż zwykle, co ją zmartwiło. - Ja też się cieszę – zapewniła go, bo skoro tutaj był, znaczy, że cokolwiek się stało – żył, to zaś było najważniejsze. - Chcesz coś do picia? – zaproponowała mu. Nie robiła tego często , w tym sensie, że nieczęsto proponowała napitek komuś, kogo przyjmowała, ale wyglądał tak smutno i przygnębiająco… Jeśli chciał, to po prostu wzięła do ręki różdżkę i wyczarowała filiżankę z… kawą, albo herbatą. Albo czymś tam. Jego kolejne słowa tylko wzmogły niepokój, ale i tak się do niego uśmiechnęła. Wyciągnęła pióro, by wypisać datę spotkania, godzinę (zerknęła na zegarek). - Musisz mi podać twoją pełną godność, wybacz, formalności – wszystkie inne imiona, bla bla bla. Wypisała też swoje, jako osoby go przyjmującej. Victoria Elisabeth Lestrange, auror. Takie tam. Kiedy to mieli za sobą, uniosła spojrzenie na Laurenta. - Słucham cię. Obiecuję, że cokolwiek wydaje ci się absurdalne, zostanie wzięte na poważnie – a przynajmniej przez nią. Cholera, wlazła do Limbo przez ogień i widziała tam różne dziwne rzeczy, to co mogłoby ją zdziwić bardziej? RE: [6.06.1972] Mały wypadek zgłoszony w biurze aurorów - Laurent Prewett - 27.08.2023 Ze wszystkich osób akurat trafił na Victorię Lestrange. Wiedział, że do Atreusa mógłby się zgłosić, ale nawet nie wypadało. Tak jak medyk z twojej rodziny nie powinien się tobą zajmować w szpitalu, bo pod wpływem emocji robi się różne rzeczy, w tym błędy, tak członek rodziny nie powinien zajmować się twoją sprawą. Po prawdzie - znajomi również nie bardzo. Tak uważał Laurent. A jednak się ucieszył. Bo łatwiej było mu wyjść z rzeczami, którymi, prawdę mówiąc, nie podzieliłby się z jakimś człowiekiem, którego nie znał. Z prostej przyczyny - jego słowa były zapisywane, a on musiał dbać o reputację. Swojego nazwiska, które nosił, przede wszystkim. Zależało mu na tym, żeby jednak ojciec i macocha byli dumni, chociaż zadowoleni. Z jednej więc strony wcale nie chciał martwić Victorii, z drugiej zaś był już taki przerażony i niepewny tego wszystkiego, że dziękował niemal bogom, że to akurat ktoś, komu po prostu będzie mógł się zwierzyć, a nie tylko złożyć raport o napadzie. Ha... o próbie morderstwa, ale we własnej głowie uparcie unikał używania tych słów. Wszystko ujmowane delikatniej brzmiało o wiele bardziej przystępnie. - Bardzo chętnie... herbaty, zwykłej, czarnej, angielskiej herbaty. Dziękuję ci. - Nie wiedział, jak wyglądało przyjmowanie petentów przez aurorów od środka, bo coś tam miał okazję o tym usłyszeć. Mniej lub więcej, tak jak zresztą już kiedyś o tym rozmawiali, bo kiedy masz rodzinę, która się wśród aurorów obraca i nawet aurora to siłą rzeczy ktoś ci o czymś powie przy obiedzie, czy akurat będziesz słuchać jak rozmawia ze swoim kolegą czy innym członkiem rodziny. Były to tematy, których nie lubił, bo zawierały zazwyczaj za dużo przemocy, ot co. I Laurent nie bardzo się krył przed osobami, z którymi lubił spędzać czas, że jakakolwiek forma przemocy sprawiała, że robiło mu się słabo. Nawet ta opisowa. Miał zbyt bogatą wyobraźnię, żeby sobie niektórych rzeczy nie domalowywać. Natomiast bez względu na to, jak wyglądały takie przyjęcia, cieszył się, że będzie miał okazję znaleźć zajęcie dla dłoni, czasem przepłukać gardło i zaczerpnąć trochę ciepła z gorącego naparu. Coś, czym już Victoria cieszyć się nie mogła. - Laurent Prewett. - Niestety Laurent nie miał tego zaszczytu, by nosić drugie imię po ojcu, jakby to w zasadzie wypadało, skoro był pierwszym synem rodziny. Ojca. Rodziny..? Tej części rodziny. Albo i stety. - Dnia 4 czerwca o godzinie 6:45 wyleciałem z domu w powozie z abraksanami. Udałem się bezpośrednio do Doliny Godryka, gdzie swoją kuźnię ma Burke Richard. Na miejscu byłem o godzinie 8. - Laurent wyciągnął swój kalendarz, gdzie wszystko miał pozapisywane i zaczął powoli i cierpliwie opisywać kolejne momenty tego dnia. Nie zawsze pamiętał dokładne godziny, niektóre mógł podawać tylko "około". Mimo wszystko nie miał aż takiej manii czasu, nawet jeśli starał się być punktualny, ale nie o to chodzi. Nie zapamiętywał, czy była akurat równo o 10 na miejscu, czy może kwadrans wcześniej. Albo dwie minuty później. Podał cały swój dzień spędzony na jeździe i załatwianiu spraw formalnych, z nazwiskami, ulicami, mieszkaniami, firmami czy sklepami aż do wieczora, do powrotu do domu. - Przez cały ten dzień towarzyszyło mi poczucie obserwacji. Niestety nie jestem pewien, która była godzina, kiedy położyłem się spać. Gdy się obudziłem, w środku nocy, byłem... bardzo poważnie ranny. Do stopnia zagrażającego życiu. Szybka interwencja mojego pracownika, Alexandra, oraz błyskawiczne ściągnięcie magimedyka moje życie ocaliły. - Starał się mówić i zachowywać jak najbardziej spokojnie, ale drżały mu lekko usta, trochę uciekał głos, trzęsły mu się dłonie i w końcu sam czasami drżał. - W moim domu nie było śladów włamania. Napastnik... hm... przyśnił mi się. Te same rany, które miałem we śnie, przeniosły się do rzeczywistości. Alexander potwierdzi również, że nigdzie nie wychodziłem i całą noc byłem w łóżku. Z powodu tego poczucia obserwacji poprosiłem go, aby został na noc. Jarczuk również zaczął szczekać dopiero kiedy wyczuł krew. - I zapewne magię. Jakąś. - We śnie napastnik podejmował próby... morderstwa. Trzy próby, za każdym razem były zatrzymane przez Brennę Longbottom. Miał kontrolę nad tymi snami i ustawiał je według swoich potrzeb. Odważę się jednak posunąć do wniosku, że jego celem nie tyle było morderstwo, co samo polowanie. Mimo posiadania możliwości zadania bezpośredniego ciosu z całą stanowczością mogę stwierdzić, że umyślnie go nie zadawał. Być może morderstwo było jego finalnym zamiarem, ale nie mam wątpliwości, że zachowywał się jak drapieżnik bawiący ofiarą. Jestem w stanie nawet pokusić się o tezę, że obecność Brenny również nie musiała być wbrew jego planowi, tylko zgodnie z nim. W każdym razie Brenna odwiedziła mnie również tamtej nocy w potwierdzeniu, że te sny były jak najbardziej... realne. Mimo nierealności. - Mówił powoli, a kiedy podawał daty, godziny, ulice i nazwiska spokojnie czekał, aż Victoria zakończy notować. O ile tego potrzebowała wszystkiego. Tak czy siak upewniał się, że nie będzie musiał tego powtarzać. Nie chciał. Nie był pewien, czy by mu głos się zupełnie nie załamał, a chciał zachować jakąś... godność. Jakąkolwiek, bo czuł się naprawdę zaszczuty przez obecność jakiegoś tajemniczego mordercy w swoim życiu. RE: [6.06.1972] Mały wypadek zgłoszony w biurze aurorów - Victoria Lestrange - 27.08.2023 Przyjście akurat do niej, byłoby postrzegane dość neutralne. Jasne, znali się ze szkoły, czasami byli widywani w swoim towarzystwie na jakichś tam bankietach czy przyjęciach… no ale tyle. Dopiero gdyby kopać bardziej, głębiej… ich wspólni znajomi mogliby się bardzo zdziwić jak bardzo daleka od neutralności to była relacja. Ale Victoria mimo wszystko potrafiła odróżniać prywatę od spraw zawodowych, podkreślała to wielokrotnie, na wielu przypadkach i przykładach, ale z Laurentem żadne zawodowe sprawy ją nie łączyły. Aż do… dzisiaj najwyraźniej. Niewiele mu o pracy opowiadała, bo wiedziała, że nie lubił przemocowych tematów, a jeśli już coś mówiła, to tylko jakieś zabawne historyjki albo ciekawostki. Nic wielkiego i poważnego. On jej martwić nie chciał, ale prawdę mówiąc ona chciała być martwiona. Jakoś… Lepiej się żyło, kiedy wiedziało się, że inni mogą i chcą na tobie polegać. Człowiek czuł się wtedy potrzebny, miał w życiu jakieś miejsce… to życie miało jakieś znaczenie. Wyczarowała mu więc herbatę taką, jaką sobie zażyczył, a była w tym całkiem niezła tak się nie chwaląc, i uśmiechnęła się do niego raz jeszcze, by dodać mu trochę otuchy. Był w bezpiecznym miejscu, nic mu tutaj nie groziło. I może niełatwo było tak się zwierzać, ale ona nie była kimś, kto będzie go w jakiś sposób oceniać. Nigdy tego względem jego osoby nie robiła. Zanotowała to, co jej opowiadał. Datę, godzinę, nazwiska, miejsca – wszystko o czym jej mówił. Nie wiedziała jeszcze do czego to będzie zmierzać, ale nie przerywała mu i notowała dzielnie – bo nigdy nie wiadomo co będzie przy sprawie potrzebne. Laurent był bardzo dokładnym i skrupulatnym człowiekiem, wszystko zapisywał też w swoim notesie, więc tym łatwiej było odtworzyć przebieg wydarzeń. A w końcu powiedział, że miał wrażenie, że był obserwowany. To ją… zaalarmowało, tknęło, poczuła jakiś taki niepokój. Zanotowała to. Prewett mówił dalej, a Victoria przestała pisać, nawet tego nie zauważyła, że się zatrzymała. Że wpatrywała się w biurko, a nie w pergamin, jego słowa docierały do niej z jednej strony, a jej umysł ruszył z kopyta. Jeszcze raz spojrzała na datę, 4 czerwca. Dwa dni temu. List od Brenny, kiedy go dostała? Dzień temu. „Dziś w nocy znowu to samo spotkało mnie. Zdążyłam, chociaż ledwo. Być może mnie pamiętał, bo tym razem postarał się bardziej - z początku nie mogłam znaleźć w tych snach ofiary” – zadźwięczało jej w głowie, przywołane z listu, jaki otrzymała od przyjaciółki. A teraz, gdy Laurent powiedział „Te same rany, które miałem we śnie, przeniosły się do rzeczywistości”, i uniosła na niego spojrzenie swoich brązowych oczu. Zapatrzyła się na niego, wyraźnie łącząc wątki. Zmarszczyła brwi, atrament rozlewał się po pergaminie, który chłonął go jak gąbka. Laurent wymówił nazwisko Brenny, a Victorię oblała fala… zimna. Przez moment wydawało jej się, że jest jej chłodniej niż normalnie, niż ciągle. Patrzyła teraz na niego, szukając miejsc, gdzie ten człowiek zostawił swoje ślady. Gdy szukał sposobów, by go zabić. Może i się bawił… ale te rany miała, przynajmniej w jej przypadku, w ostateczności doprowadzić do śmierci. - Kurwa mać – Victoria przeklęła, coś czego w obecności Laurenta nigdy nie robiła, kiedy spojrzała co stało się z dokumentem, który zapisywała. Zaraz odłożyła pióro na bok, ale było już za późno. Ale to „kurwa mać” nie tyczyło się tylko uroczego kleksa na papierze, nie. Zaraz zresztą Laurent miał jej pełną uwagę, jak przed chwilą. W moment jej wzburzenie zniknęło zastąpione maską spokoju, albo raczej... braku emocji. - Jest szósty czerwca, czemu nic nie napisałeś wczoraj? Przecież bym cię z tym nie zostawiła samego, jasna cholera. Przecież przez ten dzień… - nie dokończyła, urwała i po prostu pokręciła głową. Ta maska, którą przywdziała przed momentem zaraz pękła pokazując jej wzburzenie, zmieszanie, niepokój… Po oklumencję sięgnęła nagle i z przyzwyczajenia, zaraz jednak przestała się nią zasłaniać. Przecież by mu pomogła. Przecież potrzebował pomocy. Widziała jaki jest przerażony. Sięgnęła dłonią do szuflady, by otworzyć ją zupełnie niedelikatnie i wyciągnęła portret pamięciowy człowieka, który atakował ludzi w ich snach. Podsunęła go Laurentowi. - To on? – zapytała w zasadzie tylko jako formalność, bo była pewna, że Prewett to potwierdzi. RE: [6.06.1972] Mały wypadek zgłoszony w biurze aurorów - Laurent Prewett - 27.08.2023 Oczywiście jego zdanie i mniemanie na temat tego, co naprawdę napędzało mężczyznę było tutaj nic nie znaczące i było to ledwo jego spostrzeżenie, którym po prostu pomyślał, że warto się było podzielić. Może inne ofiary miały inne doznania z tego snu? Tego nie wiedział. Ale skoro dla niego to było oczywiste to może był to też jakiś schemat jego zachowań. Coś, co z samego opowiadania o tym, jak to się działo, mogło być nieczytelne. Laurent starał się to opisać, chociaż jeszcze do bardzo dokładne opisu zbrodni nie doszło. Pominął to, troszkę przeskoczył. Więc tak, to były nic nie znaczące uwagi, ale czy aż tak trafiły do Victorii, że się tak zawiesiła? Że spojrzała na niego tak, tak... Laurent aż zrobił większe oczy i pochylił trochę ramiona do przodu, nie bardzo wiedząc, co się dzieje i co to jest za reakcja. Nawet do głowy mu nie wpadło, że kobieta się aż tak zmartwiła tym, co usłyszała. I że ma aż tak mocną, prywatną vendettę wymierzoną w tego człowieka. Bo tak się składało, że chociaż wiedział, że jest przynajmniej jedna osoba, która złożyła zeznania to nie miał pojęcia, że właśnie tę ofiarę przed sobą miał. Że siatka tych połączeń była naprawdę jędrna i, cholera, chyba aż zbyt bliska. Więc czy przypadkowa? Pająk, który plecie swoją sieć, każdą nitkę tka precyzyjnie. Prawie podskoczył na jej przekleństwo, wybałuszając na nią oczyska w swoim zupełnym niezrozumieniu, patrząc to na kleksa, to na nią. Umknęło trochę jego uwadze w trakcie, że przestała pisać, ale teraz w zasadzie dotarło do niego, że rzeczywiście nie ruszała piórem i nie słychać było specyficznego przesuwania po papierze. Na Laurencie żadnych obrażeń widać nie było. Co najwyżej chustka na szyi mogła Victorii teraz sprzyjać rozmyślaniom, że może ukrywał pod nią takie same znaki, jakie sama nosiła, bo w istocie tak było - nie była tylko ozdobna. Nie wiedział za bardzo, o co chodzi, co się dzieje i co zrobił nie tak, ale miał wrażenie, że zrobił coś bardzo źle, skoro wywołał u niej takie spojrzenie, takie emocje i jeszcze przekleństwo. Nie, nie miał pojęcia, że przeklina. W jego towarzystwie ani na salonach tego nie robiła! Laurent zresztą sam nie używał tak wulgarnego, prostackiego języka. Nie wypadało, nie przystoiło i nawet nie brzmiało dobrze. - A...aach... - Wydukał, zupełnie zbity z tropu. - Wybacz, Victorio, ale zupełnie nie miałem do tego głowy. Przyjechała do mnie od razu ciotka... to znaczy kuzynka... Florence mnie odwiedziła i została. - Wyjaśnił w końcu i trochę się uśmiechnął. - Dziękuję ci, ale byłem w dobrych rękach. - Prawda była taka, że Laurent o niczym nie myślał. O niczym innym poza tym, że to wszystko było zupełnie chore i że odnajdywanie różnic snu a jawy stanowiło jakieś abstrakcyjne wyzwanie, z którym się teraz musiał uporać. Nie myślał o pisaniu do kogokolwiek. Nie chciał nawet rozmawiać z kimkolwiek. Siedział w mydlanej bańce i nie chciał, żeby została ona przekłuta czymkolwiek. - Teraz wybiorę się na rejs, nie zamierzam spędzać czasu w domu. - Innymi słowy wakacje, odpoczynek, obecność ludzi, by nie być samemu. Chociaż nadal się kotłował z myślami, czy nie lepiej zaszyć się w kącie i... przeczekać. Cokolwiek było do przeczekania. Jakąkolwiek ilość czasu miałby w nim nie tkwić. Kiedy Victoria wyciągnęła portret brwi Laurenta ściągnęły się i jego oddech bardzo znacząco przyśpieszył. Nabrał głębi. Pokiwał bez słowa głową, obracając ją w bok i skupił się na oddychaniu. Równomiernym. - Powinienem... powinienem się go obawiać? - Innymi słowy - czy wracał po tych, których zabić próbował, czy może nie? RE: [6.06.1972] Mały wypadek zgłoszony w biurze aurorów - Victoria Lestrange - 27.08.2023 Dlaczego miała się nie martwić? Przecież to oczywiste, że jeśli kogoś lubisz, a Victoria Laurenta lubiła bardzo (ku swojemu zdziwieniu, przynajmniej jeszcze rok temu), to się martwisz. To życzysz jak najlepiej. To pomożesz, bo chcesz pomóc – tak jak on chciał jej pomóc z problemem, z którym się borykała. Jedni powiedzieliby, że nie było w tym nic bezinteresownego, że chodziło o zaspokojenie własnego poczucia spokoju, egoizmu, w którym uważało się za własność osoby bliskie, ale Victoria by się z tym nie zgodziła. Martwiła się i chciała pomóc całkowicie bezinteresownie, niczego za to nie chciała prócz tego, by ten mężczyzna miał się dobrze, bo nie zasłużył na to, co go spotkało. Nikt nie zasłu-… Nieprawda. Voldemort by zasłużył. Szczerze w myślach życzyła mu, żeby i jego spotkał w snach nieznajomy zabójca. Wyświadczyłby wszystkim przysługę. Tak i wydało jej się całkowicie oczywiste i naturalne, że się przejmie losem Laurenta. To chyba normalne? Tak, chustka na jego szyi skupiła na moment spojrzenie kobiety. Była zła. Nie na Laurenta, skąd… może maluteńko, że nie szukał pomocy od razu. A ona? Przecież dzień po też jej nie szukała – ale miała na to powód: bo pracowała w wymiarze sprawiedliwości i wiedziała, że to nie jest sprawa, nad którą ktokolwiek pracuje. O której ktoś słyszał… Miała w to wszystko zupełnie inny wgląd. Ale Laurent? On był cywilem. To powinno być pierwsze, co mu przyszło do głowy… albo ktokolwiek się nim zajmował. Nie przeprosiła go za swój nagły wybuch i przekleństwo. Za to złapała różdżkę, by machnąć nią najpierw nad pergaminem, a kleks zniknął, a potem w kierunku drzwi. Zamek kliknął cicho, zamknięty, żeby przypadkiem ktoś tutaj nie wparował. Machnęła jeszcze raz. - Zamknęłam drzwi i rzuciłam wyciszenie, tak na wszelki wypadek – poinformowała go cicho o tym, co zrobiła. Bardzo nie chciała, żeby ktoś im teraz przeszkodził, albo podsłuchał. A potem wstała od stołu i zaczęła krążyć tam i z powrotem. To się rzadko zdarzało. Zwykle była taka… statyczna. Nie żyjąca w pędzie życia, wszystko robiła na spokojnie. Ale jej obecne zachowanie mogłoby przypominać to, gdy nagle bardzo chciała udać się na Nokturn. Nic takiego oczywiście nie miało teraz miejsca, ale o tym Laurentowi opowiadała – może o tym nawet pamiętał. - Nie dziwię się, że nie chcesz siedzieć w domu – przyznała mu. - Ale ten… - tu wskazała głową na portret mężczyzny. - Nie sądzę, żeby przeszkadzało mu czy jesteś na lądzie czy na morzu – przestała krążyć, a portret odwróciła rysunkiem do dołu, by Laurent nie musiał na niego patrzeć, a potem usiadła obok niego, na tym drugim, wolnym krześle. - Pewnie to Brenna ci powiedziała, że już mieliśmy takie zgłoszenie – to już nawet nie było pytanie. - Napisała do mnie wczoraj, że znowu brała udział w takim śnie, ale nie miałam pojęcia, że chodziło o ciebie. Mówiła ci, że poprzednią ofiarę też ratowała od śmierci? – skrzywiła się wyraźnie. RE: [6.06.1972] Mały wypadek zgłoszony w biurze aurorów - Laurent Prewett - 27.08.2023 Victoria była po prostu kochana. Bardzo dobra osoba, która chowała się za maską oklumencji. Z perspektywy czasu chyba wychodziło jej to na zdrowie, nie narażało na kontakt z ludźmi, którzy byli płytcy i nie mieli zdolności ani cierpliwości, żeby zajrzeć pod powierzchnię. Nigdy mu to nie przeszkadzało, ta jej minimalistyczna mimika, którą sobą prezentowała wśród ludzi ani to, że nie była wylewna w okazywaniu emocji. Wiedział przynajmniej, że kiedy się śmieje i uśmiecha to naprawdę szczerze. Ta mieszanka zaś, która pojawiła się teraz, była doprawieniem jej przeklęcia i tego, ile uczuć wymalowało się w jej brązowych oczach, kiedy już kleks został zrobiony. Czarna, brzydka plama atramentu, którą usunąć można jednym ruchem jak brzydka, czarna plama krwi, której nie zmyto odpowiednio szybko. Bo tak wyglądała tamtej nocy na jego ciele i łóżku - jakby była czarna, nie czerwona. Nie podobała mu się. Tak samo jak niedobre było to, ile złego zabarwiło czernią dzisiejszy dzień Vctorii przez te rewelacje. Wydawałoby się, że to oczywiste, że człowiek pierwsze co biegł na policję, kiedy cokolwiek się działo. Owszem, było to oczywiste. Natomiast Laurent ani nie miał siły wczorajszego dnia, żeby gdziekolwiek pójść, co dopiero zdawać zeznania, ani nawet nie był w stanie. O ile jeszcze za dnia trwał zawieszony w tej bańce, tak potem ataki paniki wyłączyły go zupełnie. Przespał noc spokojnie - dzięki eliksirowi. Po drugie - ludzie zaczynali myśleć: co, jeśli przez to naprawdę będzie chciał mnie złapać? Czasem było to bardziej czasem mniej uzasadnione. Laurent sam miał taką wątpliwość, ale żył z Bulstrodami, tak i miał przyjaciółkę w Victorii - brak złożenia zeznań nigdy nie pomagał. Bezpiecznym można się było czuć dopiero, kiedy przestępca zostanie złapany. A jednak te zeznania wymagały od niego naprawdę wiele pokładów odwagi. - Nie chciałbym ci sprawiać nadmiernych problemów, proszę... nie denerwuj się, Victorio. Przyznam, że bardzo się ucieszyłem, że to akurat tobie mogę zeznać, co się wydarzyło. Wierzę w twój profesjonalizm, nie dałaś mi powodu, by w niego nie wątpić. - Chodziło mu tutaj nie o to, że była skuteczną auror samo w sobie (choć to też), a właśnie o to, że nie bez powodu nalegało się, żeby bliscy nie zajmowali się takimi sprawami jak policja, aurorzy, BUM, cokolwiek. Niee chodziło o to, jak spojrzą na to z zewnątrz. Chodziło właśnie o to, ile w człowieku się budowało. Sam wiedział, jak to jest, przecież kiedy komuś bliskiemu groziło cokolwiek to zaczynał myśleć mniej racjonalnie, zaczynał się właśnie... martwić. I nie, to nie było wcale uganianie się za egoistyczną potrzebą spełniania swoich potrzeb. Laurent robił sporo rzeczy interesownie, świadomie chcąc w zamian czegoś. Uwagi, pocałunki, uśmiechu. Nazywanie jednak tego, że chcesz, żeby ktoś czuł się bezpiecznie albo żeby się uśmiechnąć interesownością było... kompletnym spłaszczeniem emocji. W każdym razie wczorajszego dnia jego umysł był zupełnie niepracujący. - Tak... być może masz rację. Ale potrzebuję wyjechać chociaż na kilka dni. - Odciąć się od tego i nie patrzeć na własne łóżko, które przecież bardzo lubił. Tak jak bardzo lubił swój dom. Teraz nagle miał ochotę się wyprowadzić. - Nie czuję się bezpiecznie w New Forest. Mam nadzieję, że rejs mnie uspokoi. - Po morskich falach, gdzie będzie mógł zagłuszyć to, co zostawiał na lądzie. ... boi się, że zniknę w morskich falach. Tak, te słowa nabierały teraz na mocy. Co prawda Laurent nie chciał uciekać do oceanu, ale kiedy pomyślał o ucieczce to nie wybrał podróży do innego kraju. Nie. Wybrał wypłynięcie na morze. Spojrzał na Victorię dopiero, kiedy usiadła obok niego. Nie chciał, bardzo nie chciał przekraczać granic teraz przez nią ustalonych - Laurent zawsze się bardzo dobrze dopasowywał do drugiej osoby. Ale jednocześnie kontakt, który był jak kotwica codzienności, był mu potrzebny. Ten fizyczny. Dotknął jej dłoni w poszukiwaniu oparcia, zaciskając palce na jej palcach. To w żadnym wypadku nie był dotyk filuterny, nie miał żadnego ukrytego znaczenia w tym kierunku. - Wspomniała o tym. Nie chciałbym robić kłopotów dla Brenny wymieniając jej nazwisko, zrób jednak proszę, co uważasz. - Chodziło mu o wypełnianie raportu. Nie wiedział, co dokładnie im pomoże, co nie. Czy Brenna nie byłaby na przykład odsunięta od śledztwa, gdyby okazało się, że jest w to zamieszana, czy też nie. Wiedział, że kobiety się przyjaźniły i że same najlepiej będą wiedziały, jak raport powinien wyglądać, żeby dla nich było wygodnie i żeby jednocześnie w śledztwie nie przeszkadzać. Za dobrze również wiedział, że robienie prywatnych śledztw, poza obrębem pracy, niekoniecznie legalnie, było jak najbardziej praktykowane. - Jesteś bardzo zła. Co się dzieje? - To była złość, która wręcz z niej kipiła. W takim stanie też jej nie widział, nawet kiedy piekliła się nad swoim narzeczonym. Tym poprzednim. RE: [6.06.1972] Mały wypadek zgłoszony w biurze aurorów - Victoria Lestrange - 27.08.2023 Tu nawet nie chodziło o bieg na policję, tylko cholera jasna – mógł napisać, że potrzebuje pomocy. Mogła pomóc mu napisać zgłoszenie, mogła go zaprowadzić do aurorów, a samej nie odbierać tej sprawy, no cokolwiek. Cholera, mogła mu nawet zrobić eliksiry, jeśli takich potrzebował, robiła ich trochę po znajomości, czasami nawet dostawała za to pieniądze. I nie było nic złego w szukaniu pomocy., zwłaszcza u kogoś, kto życzy ci dobrze i ma możliwości, by pomóc. Nie wymagała przecież od niego, by wczoraj gdzieś łaził, skąd, doskonale pamiętała jak bardzo sama nie miała siły po tamtej nocy i zmuszała się, ku przerażeniu rodziny, do tego, by nie zasnąć. Dopiero eliksir nasenny przyniósł ulgę… i kolejny sen. Kolejne przerażenie, które zmusiło ją do ucieczki z domu na kilka dni. Naprawdę rozumiała to aż za dobrze. Laurent nawet nie wiedział jak dobrze trafił. - Nie sprawiasz mi żadnych problemów – zapewniła go. I tak, zrozumiała dokładnie jego przytyk, że teraz zachowuje się zbyt emocjonalnie, że nie powinna, bo przecież jest w pracy. Rozumiała to. I gdzieś tam ją to zirytowało, że musi ją pouczać – naprawdę nie było takiej potrzeby. Wiedziała, doskonale dlaczego bliscy nie powinni się zajmować takimi sprawami. Tak samo wiedziała dlaczego jej ojca, ojca Mavelle i Florence nie dopuszczano do namiotu i ich części, kiedy pozbierano ich po Beltane. Florence później wpuszczono… kiedy zabrano stamtąd Atreusa. Wiedziała dlaczego jej ojcu kazali iść do domu po tym, gdy na nocnym dyżurze pojawiła się w Mungu razem z Brenną. Była chyba ostatnią osobą, której Laurent musiał to tłumaczyć i całe szczęście tego nie robił, ale to wszystko zawierało się pomiędzy wierszami jego słów. Wyważonych. Może nie to miał na myśli. Ale tak właśnie to odebrała. Za to wierzyła mu i rozumiała, że chciał wyjechać na chociaż kilka dni. Ją to trafiło i ruszyło, a co dopiero jego… Ona, aurorka, powinna być odporna na takie emocje, ale tyle się w ciągu miesiąca nazbierało, że nocny zabójca był taką kropką nad „i” w jej życiu. A Laurent? Nie lubiący przemocy, zakrywający oczy, kiedy gdzieś lała się krew? Oczywiście, że bała się, że zniknie w morskich falach. Nie powiedziała tego na głos, ale oczywiście, że przebiegło jej to przez myśli. Zaskoczyło ją, że szukał kontaktu fizycznego. Może nie powinna się dziwić… Był przecież taki wrażliwy – i w tej chwili z pewnością potrzebował oparcia. Bardziej zdziwiło ją to, że chciał dotknąć ją – Zimną. Może zapomniał jaka jest lodowata. Może nie robiło mu to teraz różnicy. Może tak bardzo tego potrzebował, a tylko ona była obok… Nie uciekła jednak i odwróciła dłonie, bo wygodniej go było złapać i odwzajemnić ten gest. Nie, nie wyczuła w tym niczego niepoprawnego, ani dwuznacznego, ani tym bardziej jednoznacznego w tym oczywistym kierunku. A gdyby wyczuła… to co by zrobiła? Teraz jednak nie musiała się nad tym zastanawiać i po prostu chciała mu dodać otuchy, delikatnie przejeżdżając kciukami po knykciach jego palców. - Nie robisz jej żadnych kłopotów, ona i tak nie dostanie tej sprawy – wyjaśniła mu spokojnie. - Ani ona, ani jej rodzina, wszyscy będą odsunięci, a i tak myślę, że to aurorzy będą się tym zajmować, nie BUM – tu nie chodziło o to, że wspomniała o tym, bo wiedziała o czymś zakulisowo. Albo że on o czymś wiedział, o czym nie powinien. Nie, Brenna była bezpieczna, nie zrobiła nic złego. Wręcz robiła same dobre rzeczy – i odkryła jeszcze jedną sprawę, sprzed trzech lat, która też dotyczyła próby zabójstwa we śnie. Nie zaprzeczyła, że jest zła – to było widoczne jak na dłoni. Za to uniosła spojrzenie na oczy Laurenta. Te piękne, niebieskie oczy. Takie smutne, zmartwione, przestraszone… - To ja zgłosiłam tę sprawę. To mnie próbował zabić. To mnie Brenna ratowała – powiedziała mu w końcu i głośniej odetchnęła. Strach już z niej zszedł, zrobił miejsce złości. Waleczności. RE: [6.06.1972] Mały wypadek zgłoszony w biurze aurorów - Laurent Prewett - 27.08.2023 Człowiek mógł wiele, niestety zazwyczaj te możliwości przychodziły do głowy, kiedy było po wszystkim. Laurent miał to szczęście w swoim życiu, że miał ludzi, którzy się o niego troszczyli i byli gotowi mu pomóc o każdym dniu, o każdej godzinie. Bez względu na to, czy są właśnie na wakacjach i popijają drinki na plaży, czy może w środku pracy. Ogromne wręcz szczęście. Nie chciał nadużywać tej dobroci, co nie znaczyło, że po nią nie sięgał. Natomiast, jak mówił, nie był sam. Florence miała go na oku przez wypadek, którego zgłaszać nie chciał i nie zamierzał, więc pojawiła się wręcz automatycznie w jego kominku, merdając tym cholernym listem, kiedy próbował ją zapewnić, że "nic się nie stało, to tylko mały wypadek". Mały wypadek, który trzeba zgłosić aurorom, ot co. Laurent rzadko kiedy wypowiadał słowa nieprzemyślane. Teraz jednak jego głowa pracowała na jakichś minimalnych obrotach. Poziom żałosny wręcz, jak na jego możliwości. Ciężko było inaczej zrozumieć te słowa, bo układając się w pełne znaczenie tym w końcu były - przytykiem, czy też jakąś formą upomnienia, że Victoria nie panuje nad swoimi emocjami. Ale rzeczywiście Laurent nie pomyślał o tym całościowo. Wręcz płynnie prawie przekładał myśli na język, bodźce, jakie do niego docierały, przekuwał w słowa. Nie chciał, żeby się denerwowała, bo przecież złość piękności szkodzi. Nie chciał sprawiać jej problemów w pracy i narażać ją tym, że może się za bardzo zaangażować. Zależało mu na niej. I w końcu mimo właśnie tego, że była w pracy i że to tak personalnie odbierała cieszył się, że to właśnie ona, bo był w stanie z nią normalnie porozmawiać. Odetchnął z lekką ulgą. A jej bliskość pomogła mu odzyskać nad sobą samokontrolę. Nawet to, że miała tak zimną dłoń nie było problemem. Tylko w pierwszej chwili przeszły go dreszcze od różnicy temperatur ich ciało, ale to nie był też ten typ zimna, od którego odmarzała ci dłoń. Był tylko nieprzyjemny w pierwszym kontakcie. Potem przyjemność się nie zmieniała - chyba że było ci akurat gorąco i szukałeś ochłodzenia - ale się do niej przyzwyczajało ciało. Z wdzięcznością więc przyjął jej gest, splatając ich palce ze sobą. Nadal była chyba jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie spotkał w swoim życiu. Ze wszystkim, co sobą prezentowała. Och, zgoda, może numerem jeden była siostra, ale przecież na siostrę nie spoglądał tak, jak kiedyś spoglądał na Victorię. Teraz już tego nie było między nimi. Nie dlatego, że nie mogło powstać, że nie istniały iskry, one zostały ugaszone. Ich energia była wykorzystywana do tego, by być sobą przyjaciółmi, choć ponoć z tą przyjaźnią damsko-męską bywało ciężko. Pewnie tak. Jeśli którakolwiek ze stron się zakocha to nawet na pewno. - Zostało mi polecone, żeby udać się do biura aurorów. - Nie chciał zajmować osobom, które naprawdę zajmowały się trudnymi sprawami, czasu pierdołami. To jednak zdecydowanie nie była pierdoła. Otworzył szerzej oczy ze zdziwienia i spojrzał na nią raz jeszcze, jakby widział ją po raz pierwszy od lat. A widział ją przecież niecały tydzień temu. Słowa "nic ci nie jest?" tańczyły na krańcu jego języka, ale zatrzymał je. Po czymś takim zawsze COŚ człowiekowi było. - Dawno temu? Czy już jest w porządku? - Mogła być aurorem, ale o zgrozo, była też kobietą! Przed byciem aurorem była przede wszystkim kobietą, której ciało nie było wykute z drewna czy ze stali, tylko było delikatne i wrażliwe na obrażenia. I przede wszystkim - przyjmowało blizny. Prawdziwy koszmar dla kobiety. Choć Victoria nie należała do tych kobiet, którym brakowało odwagi to doskonale wiedział, że brakowało jej kobiecej pewności siebie. Obecność blizn by tego nie poprawiła. RE: [6.06.1972] Mały wypadek zgłoszony w biurze aurorów - Victoria Lestrange - 28.08.2023 Przyjaciele są w końcu po to, by przy tobie być, kiedy tego potrzebujesz. Względnie wtedy, kiedy wydaje ci się, że chcesz pobyć sam, a tam naprawdę to nie powinieneś. Według Victorii to nie było żadne nadużywanie czy wykorzystywanie dobroci. Żyli w świecie, gdzie mogli się stosunkowo szybko przemieścić z punktu A do punktu B, byli na wyciągnięcie ręki, a kiedy Victoria mówiła, że może na nią liczyć – to naprawdę miała to na myśli. W środku nocy też by do niego przyszła, jeśli zaszłaby taka potrzeba i nawet nie marudziłaby, że jest niewyspana. Może dlatego, że ogólnie mało marudziła. Co było pewne, to to, że nie krzyczałaby, nie rzucałaby złymi spojrzeniami – byłaby pewnie tak samo łagodna jak zwykle. Spokojna. To, że przejawiała sobą tak mało emocji nie znaczyło, że ich nie odczuwała. Bo odczuwała. Przykrywała je tylko – jeśli nie wygłuszającą oklumencją, to racjonalnym podejściem do życia, analizą sytuacji, logiką, by nie dać się zwariować i nie zacząć panikować. Panika wszak nie prowadziła do niczego dobrego ani sensownego, tylko do potknięć i pomyłek. Nie złościła się często… Czasami, oczywiście, się zdarzało. Głównie na swoją rodzinę. Na decyzje jakie podejmowali względem niej, nie informując ją przedtem, nie pytając o zdanie. Bo nikogo ono nie obchodziło. Ona też nikogo nie obchodziła – najważniejsze było to, jakie korzyści mogła sobą przynieść. A czy Laurent kogoś obchodził? Ją obchodził na ten przykład. Splecione dłonie dodawały otuchy, może nawet obu stroną. Jasne, to nie była prosta relacja, a skoro iskry kiedyś były, bardzo zresztą realne, to trudno było mówić, by one zniknęły. Oczywiste było to, że Laurent jej się podobał, bo gdyby nie, to przecież do niczego by nie doszło. I pewnie mogliby to dalej kontynuować – zwłaszcza biorąc pod uwagę to co mógł, a czego nie mógł, jej narzeczony… ale szanowała ich obu. I żadnego z nich nie chciała traktować przedmiotowo, jak odskocznię, wysługiwać się drugim by dostać coś, czego pierwszy nie mógł jej dać i na odwrót. Ani jedna ani druga relacja nie była więc prosta, ale życie też proste nie było; Victoria starała się zachować szacunek i przyzwoitość w tym wszystkim. No ale właśnie – z przyjaźnią damsko-męską bywało różnie i ciężko. Zaś przyszłość i los lubiły płatać figle. - I dobrze – że to tutaj go skierowano i że to tutaj przyszedł. Właściwie to wprost do źródła, a nie kręcił się po Brygadzistach, którzy być może robiliby wielkie oczy. Może nawet nie poszłoby to wyżej. To, z czym przyszedł, to nie była żadna pierdoła. To była jak najbardziej poważna sprawa, realne zagrożenie. Wypuściła głośniej powietrze przez nos. - Dwa tygodnie temu – wyznała. - Teraz jest już dobrze. Poskładali mnie do kupy, ale to trwało – i kosztowało ją ucieczkę. Miał rację, jej ciało było wrażliwe na obrażenia, przyjmowało blizny. I miał też rację, że brakowało jej pewnej kobiecej pewności siebie – żadna z niej była femme fatale. Tak, była ładna, ale jak każda kobieta – chciała się podobać. Blizny… podobać się nie mogły. Na jej szyi nic już widać nie było, ale na plecach i przedramieniu, jak i na wierzchu dłoni… cienkie, srebrzyste w świetle blizny widoczne były. Miała teraz koszulę z długim rękawem, więc pod światło widoczne było tylko to, co miała na wierzchu lewej dłoni. I tak uważała, ze jest nieźle. Leki i maści robiły swoje. I naprawdę, naprawdę miała nadzieje, że uda się sprawić, by to wszystko znikło. - Wiem jak to jest chcieć uciec – powiedziała cicho, ale wcale głośno być nie musiała, siedziała przecież tuż obok niego. Bardzo blisko. Kiedy to mówiła, spuściła trochę wzrok, patrząc na ich splecione dłonie. - Wiem jak to jest się bać. Zwłaszcza zasnąć. Po tym co się stało odmówiłam spania, nie chciałam… Bałam się, że wróci. Rozumiem, czemu nie chcesz teraz być w domu, naprawdę to rozumiem. Ja też nie chciałam – przyznała. - Czy dzisiejszej nocy spałeś spokojnie? Czy było już dobrze? – podniosła spojrzenie na jego twarz. |