Secrets of London
[10.05.1972 poranek] szara rzeczywistość | Leo & Heath - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+---- Dział: Klinika magicznych chorób i urazów (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=18)
+---- Wątek: [10.05.1972 poranek] szara rzeczywistość | Leo & Heath (/showthread.php?tid=1794)

Strony: 1 2


[10.05.1972 poranek] szara rzeczywistość | Leo & Heath - Heather Wood - 28.08.2023

Wood próbowała się przyzwyczaić do tego, jak aktualnie wygląda jej dzień. Nie do końca jej to odpowiadało. Uważała, że traci czas. Została uziemiona na cały miesiąc. Rozumiała z czego to wynika, jednak miała wrażenie, że mogłaby się przydać gdzieś indziej. Zdawała sobie sprawę, że musi wrócić do pełni sił. Szczególnie, że jej sytuacja zdrowotna faktycznie nie była najlepsza. Została dosyć mocno poturbowana w Beltane, jednak wolałaby się do czegoś przydać. Szczególnie, że każda różdżka była aktualnie potrzebna w ministerstwie. Nie pozostawało jej nic innego, jak bardzo mocno przykładać się do ćwiczeń, żeby wrócić w jak najszybszym tempie do pełni sił.

Wyszła z domu o poranku. Padał deszcz. Pogoda ich nie rozpieszczała. Może to i lepiej, na pewno dużo trudniej byłoby jej usiedzieć na tyłku, gdyby słońce zachęcało do wyjścia na zewnątrz. Ubrana w długi, zielony płaszcz przemierzała kolejne alejki. Postanowiła iść pieszo - co lepszego miała do roboty. Krople deszczu wcale jej nie przeszkadzały.

Znalazła się w Mungu chwilę przed czasem. Udała się do sali, w której miała rehabilitację. Nie pytała Camerona, czy to on się tutaj dzisiaj pojawi. Miała nadzieję, że tak będzie. Bardzo mocno angażował się w jej powrót do zdrowia, za co była mu wdzięczna. Wiedziała jednak, że nie jest jedynym pacjentem, miał na głowie też całą resztę.

Zdjęła płaszcz, który powiesiła na wieszaku. Usiadła na krześle. Dotknęła ręką barku, ból nadal jej towarzyszył. Rekonwalescencja pewnie jeszcze potrwa trochę, nie bez powodu dostała zwolnienie w pracy do końca miesiąca. Zastanawiała się, czy jest to już odpowiedni moment, aby wrócić do latania na miotle. Wydawało jej się, że im szybciej tym lepiej, tyle, że trochę się bała. Bała się, że narobi sobie kolejnych problemów i skomplikuje ten powrót do zdrowia. Sama była zdziwiona swoim podejściem, wcześniej pewnie w ogóle by się nad tym nie zastanawiała. Beltane jednak trochę zmieniło jej tok rozumowania. Zależało jej na tym, żeby zrobić wszystko jak Merlin przykazał, bo od tego zależało jak szybko będzie mogła wrócić do normalności. Siedziała więc na krześle, wpatrzona w okno o parapet uderzały krople deszczu. Czekała, aż pojawi się osoba, która miała mieć z nią dzisiaj rehabilitację.




RE: [10.05.1972 poranek] szara rzeczywistość | Leo & Heath - Leo O'Dwyer - 28.08.2023

Niemalże tańczyłem w deszczu, chłonąc rześkie powietrze. Co prawda nie przepadałem, kiedy moczyło mi się futerko, ale teraz byłem w człekokształnej postaci, więc za bardzo nie robiło mi to różnicy, czy byłem niesamowicie przystojny czy byłem niesamowicie przystojny w wersji mokrej, więc kiedy wparowałem do kliniki na swój skrawek stażu, przeczesałem dłonią włosy i machnąłem kilka razy dłonią by pozbyć się z niej resztek deszczu. Chyba złapałem ten nawyk z pozbywania się wody spomiędzy kocich palców... Cóż, nie za wiele to pomogło, więc dyskretnie włożyłem ją do kieszeni spodni. Było tam cieplutko, ale pomyślałem, że przyda mi się ona w pracy, więc się pożegnałem z miłym ciepełkiem, ale obiecałem mu, że potem jeszcze je odwiedzę.
Przebrałem się w śliczne pielęgniarskie fatałaszki i w sumie ruszyłem na podbój świata chorych, a w międzyczasie pozmieniałem nieco grafik tak by móc zobaczyć się ze wschodzącą gwiazdą Quidditcha, ale też tak by mieć czas na podwójne mleko na obiad, by nieco pobajerować tę śliczną dziewczynę z zakaźnego, a na koniec poleżeć sobie na urazówce.
Ach, morda mi się cieszyła, kiedy szedłem na rehabilitację z panną Wood. Miałem aby nadzieję, że Cameron się nie skapnie, że coś tam niechcący się przesunęło. Z pewnością miał inne plany na ten dzień, a już na pewno nie uczył się wczoraj wieczorem całego grafiku na dziś, więc wparowałem do sali i wziąłem głęboki wdech. W dłoni dzierżyłem podkładkę z informacjami o chorej, a także czyste kartki, więc kiedy tylko nie-tak-małą-jak-się-spodziewałem i rudą dziewczynę, wsunąłem się do środka i wskazałem paluchem jej ramię.
- Skoro nie odpada, to nie jest tak źle, panno... Wood - przyznałem na dzień dobry, udając, że szukam jej nazwiska wśród kartek, bo tak to robili w teatrze. Cóż, po czym pękłem, wychodząc ze swojej roli aktorskiej. Niestety, nic we mnie wiecznie nie trwało, oprócz uroku osobistego, więc bez skrępowania podszedłem do niej, wpatrując się w nią niczym w prezent choinkowy. Czym prędzej wyciągnąłem w jej kierunku ten nudny stos kartek, który przykryłem dwiema pustymi. - Potrenujemy twoją rękę. Poproszę dwa autografy. Jeden dla Leo, Della i Bella, a drugi... Drugi bez dopisku poproszę - odparłem, wciskając jej w dłoń jeszcze pióro. Takie ładne. Kacze. Czystobiałe. Z pewnością kontrastowało znacznie z pogodą za oknem, ale ze szpitalną sterylnością ani trochę.
- Jestem zagorzałym panny fanem, ale mój współlokator padnie jak się dowie... Jest ślepy. Od dawna. Nic nie widzi, ale powiem mu jak ładnie wygląda pani autograf. Jest taki biedny, nieporadny. Oprawimy go w ramkę i postawimy na kominku - odparłem zapewne niezgodnie z prawdą, bo na kominku obawiałbym się, że się spali. Schowam go między książkami, ale pokażę Bellowi by ten przekazał Dellowi informację o jego autentyczności i dopiero wtedy ciemną nocą ukryję go w średniogrubej książce.


RE: [10.05.1972 poranek] szara rzeczywistość | Leo & Heath - Heather Wood - 29.08.2023

Heather właśnie ziewała, kiedy drzwi się otworzyły. Nie zdążyła zakryć swojej paszczy, więc przywitała mężczyznę, bardziej chłopaka przepięknym ziewnięciem któremu towarzyszył odpowiedni efekt dźwiękowy. Nie był to Cameron, ale też najprawdopodobniej nie profesjonalny uzdrowiciel. Zapewne taki stażysta jak Lupin. Może to i lepiej, miała wrażenie, że ci młodzi pełni są jeszcze entuzjazmu, w przeciwieństwie do medyków z doświadczeniem. Oni wyglądali na wiecznie znudzonych, przynajmniej zdaniem panny Wood. Może i była trochę rozczarowana, że to nie był Kamiś, ale rozumiała, że ma inne rzeczy do roboty, albo najzwyczajniej w świecie ma wolne, w końcu nie pracował codziennie.

Kiedy Leo pojawił się w środku spoglądała na niego uważnie swoimi niebieskimi oczami, nie znała gościa, a wyglądał na takiego, co go mocno rozpiera energia. Spodziewała się, że będzie ciekawie.

- Fakt, mogło być gorzej. Mogłam też tam umrzeć, czy coś. - Odpowiedziała z uśmiechem. To był żart, chociaż raczej mało śmieszny, ale Wood sama się z niego zaśmiała, najważniejsze, że ją bawił. Starcie z śmierciożercami podczas Beltane nie pozbawiło ją poczucia humoru, na całe szczęście, no i ważne nie pozbawiło też ręki, więc ogólnie wyszła na tym całkiem nieźle.

Dosyć szybko znalazł się tuż obok niej. Nie do końca wiedziała dlaczego, pewnie zaraz się dowie. Zauważyła ten stos kartek, Cameron przychodził bez tego, no ale on bardzo dobrze znał jej przypadek, był przecież z nią od samego początku, gdy obudziła się w namiocie na polanie w Dolinie Godryka.

Szybko się wyjaśniło skąd i po co te kartki. Zapomniała właściwie, że jeszcze niedawno była gwiazdą quidditcha, na całe szczęście inni nie zapomnieli, ba przecież sama Ruda robiła wszystko, żeby dalej o niej pisali. Powinna się tego spodziewać, że i w Mungu nie będzie anonimowa. - Cóż to za innowacyjne metody. - Przejęła od niego kartki i pióro, które jeszcze dokładnie obejrzała, bo było ładne. - Taki wspólny? Ciekawe. - Powiedziała nim zaczęła pisać. Starała się to robić całkiem wyraźnie. Wręczyła po krótkiej chwili Leo kartkę, tak jak ją prosił Dla Leo, Della i Bella narysowała nawet na niej niewielkie serduszko. Niech mają chłopaki. Kolejną białą podpisała zwyczajnie, po prostu imieniem i nazwiskiem. - Powinnam dopisać coś o spadającej gwieździe? - Uniosła wzrok, jakby czekając na odpowiedź, ale podała mu przy tym kartkę.

- Może lepiej, że nie padnie. Jeśli jest ślepy, to pewnie mnie nie widział na boisku. - Dodała jeszcze trochę nietaktownie, nie wpadła na to, że mógł słyszeć relację. - Jestem Heather, żadna panna. Znaczy panna niby też, bo nie spieszno mi do znalezienia męża, ale mniejsza o to. - Uśmiechnęła się do chłopaka. Nie lubiła tych całych konwenansów, zdecydowanie ceniła sobie bezpośredniość.




RE: [10.05.1972 poranek] szara rzeczywistość | Leo & Heath - Leo O'Dwyer - 31.08.2023

- NIE! Nie, nic nie dopisuj. Ja ten autograf sprzedam, dlatego wcisnęliśmy te wszystkie pozdrowienia na jednej, bo nie znalazłem więcej czystych kartek - zaprotestowałem, czym prędzej zabierając wszystkie te kartki. Pióro też, bo nie miałem również drugiego pióra. Było w tej klinice na wagę złota. Niestety, bardziej na wagę złota niż butelka mleka, ale musiałem to jakoś przełknąć. - I zrobimy sobie zdjęcie, ale nie teraz, bo nie zabrałem ze sobą aparatu. Jestem tu na całkowitym spontanie, stąd to nieprzygotowanie - przyznałem się z uśmiechem na wargach. Poprawiłem elegancko autografy, przyglądając się im z fascynacją, nawet wzdychając do dedykacji dla nas, bo tak ładnie te gryzmoły wyglądały i było tam moje skrócone imię i chłopaków. Byliśmy jak jedna drużyna! Fajnie to wyglądało. Och, niemalże się wzruszyłem.
Odłożyłem jednak kajet na bok wraz z piórem i spojrzałem na Wood. Wybaczyć trzeba, na Heather.
- Ja jestem Leo, właściwie Helios O’Dwyer, ale mów mi Leo albo Leoleoleo. Właściwie to możesz mnie kojarzyć ze szkoły, bo byłem w klasie o rok starszej i w sumie nie udzielałem się sportowo, ale byłem głośnym Puchonem - przyznałem się, unosząc dłonie w górę i wzruszając też ramionami, ale zaraz wstałem i wystrzeliłem w kierunku Heather z dłonią na przywitanie.
No co ja poradzę! Przynajmniej wszyscy mnie pamiętali. I kochali, ale nie wszyscy chcieli się do tego przyznać.
- Ja ciebie kojarzę i właściwie już dawno miałem podbić o autograf, ale wtedy nie byłem aż tak interesowny - dodałem, tak się właśnie nad tym zastanawiając.
- Ale jak chcesz, wiesz, będziesz gotowa, to ja cię mogę zeswatać ze swoim współlokatorem, ale on jest... ten... no... rozwiązły. Ale też znam innych kawalerów, wielu kawalerów. Takich mniej rozwiązłych również - mówiłem jak opętany, właściwie wkopując nieco Delliana, ale on był uroczy i mnie lubił, tak mnie lubił, że wybaczy mi wszelkie niedogodności. Byliśmy współlokatorami od zawsze i na zawsze, więc nie mógł tego przekreślić od tak z dnia na dzień. - Ale mniejsza z tym, bo to temat na inne okazje. Mówiłaś coś o śmierci. Co się stało, że tak skończyłaś? - zapytałem, wskazując na jej rękę, bo właściwie jakoś umknęła mi ta informacja. Może była na którejś ze stron gazet, którymi ścierałem plamy z podłogi. I też w notatkach odnośnie pacjenta... Ale, cóż, wypadki chodziły po kotach.


RE: [10.05.1972 poranek] szara rzeczywistość | Leo & Heath - Heather Wood - 31.08.2023

Na sprzedaż... Nie sądziła, że ktoś może chcieć kupić jej autograf. Jak widać stojący przed nią człowiek był całkiem przedsiębiorczy, chociaż na takiego nie wyglądał. Ciekawe, grunt to mieć pomysł na biznes, czy coś. - Jasne, spokojnie. Nie popsuje. - Powiedziała jeszcze, żeby go uspokoić, nie musiał się już martwić, że popsuje jego plan. - Zdjęcie? Nie wiem, czy wyglądam odpowiednio, zdecydowanie bywały dni w których prezentowałam się lepiej. - Nie do końca doszła do siebie po tych wydarzeniach, do tego musiała obciąć włosy, miała wrażenie, że wyglądała trochę, jakby wpadła pod kosiarkę, ale Charlie robił co mógł, żeby zrobić z nimi porządek. W końcu podczas Beltane zapłonęły żywym ogniem, jakby to, że została przez niego pocałowana przy urodzeniu nie wystarczyło.

- Musiałabym się bardziej skupić. W szkole większość czasu spędzałam na boisku. - i na łące z Charlesem i Cameronem, ale tego nie dodała, pozostawiła sobie tę myśl. Miło było powspominać te beztroskie czasy, kiedy nie mieli na głowie nic więcej niż uczęszczanie na lekcje i zajmowanie się sobą. Dorosłość była trochę jak początek umierania.

- Leoleoleo, zapamiętam! - Dodała z entuzjazmem. - Puchoni byli fajni, przynajmniej większość. - Dodała jeszcze. Ona i Charlie byli w Gryffindorze, właściwie nie miała pojęcia, jak to się stało, że Lupin się z nimi zaprzyjaźnił mimo tego, że był Krukonem. Dobrze jednak było mieć go blisko siebie, bo oni często potrzebowali pierwszej pomocy, a Cami już w czasach szkolnych im jej udzielał. Tak zostało do dzisiaj, Wood i Rookwood walczyli, a Cameron ich składał - układ idealny.

Uścisnęła mocno dłoń chłopaka, uśmiechnęła się przy tym pokazując swoje równe zęby. - Nie idzie mi myślenie, wydaje mi się, że cię znam, na pewno z widzenia. - Bo twarz była znajoma, jednak nie pamiętała każdego ucznia Hogwartu, kilka osób mocniej zapisało się jej w pamięci, a Leo nie był w tym gronie. Nie było w tym nic złego, można w końcu zawsze to nadrobić.

Przyglądała mu się uważnie, gdy zaczął wspominać o swataniu jej z kimś. Czy wyglądała na zdesperowaną? Miała nadzieję, że nie, może po tym Beltane faktycznie coś się zmieniło. Miała dziwne myśli, czuła tęsknotę za czymś nieosiągalnym, jednak chyba nie o to chodziło. - Nie szukam kawalera, mam już swoich, znaczy swojego. - Poprawiła się szybko, bo nie miała pojęcia, jak może zareagować na to, że ma dwóch chłopaków. Nie było to wcale takie łatwe do ogarnięcia. Ostatnio więcej czasu spędzała z Cameronem, miała wrażenie, że przez to są bliżej siebie, jednak nigdy nie zapominała również o Charlesie.

Zdziwiła się, gdy usłyszała kolejne pytanie. Wydawało jej się, że wszyscy wokół o tym trąbili, jak widać nie do końca, bo do Munga nie dotarły te wieści, trochę jakby był pod jakimś kamieniem. - Był sabat w Beltane, no i miałam dyżur. - Służba nie drużba, sabat, czy nie, jak ma się swoją zmianę, to trzeba się pojawić. - W sensie jako brygadzista, byłam tam na służbie. No i wiesz, później pojawili się śmierciożercy, Voldemort, zamieszanie, wiatr. Dużo się działo. - a Heath była w samym centrum tych wydarzeń.




RE: [10.05.1972 poranek] szara rzeczywistość | Leo & Heath - Leo O'Dwyer - 07.09.2023

- Ty mnie może znasz, bo ja jestem ulicznym celebrytą - przyznałem rozbawiony, kłaniając się w pas. - Choć co prawda, częściej w postaci rudej, puchatej kulki, ale nie pozbawiam również świata widoku mojej nietuzinkowej, zniewalającej urody - przyznałem tak przy okazji, żeby wiedziała, jaki ja bywałem dobroduszny. Rzecz jasna, to ja ze śmiechem wszystko wypuszczałem z siebie w postaci słów, bo nie potrafiłem być poważny. Z reguły. Jedynie śmiertelne sytuacje wprawić mnie mogły w inny nastrój.
I zdawało mi się, że Heather również bywała rozwiązła. A to niby nie szukała męza, ale miała kawalera, kawalerów, kto wiedział ile ich tam był, ale... To nie moja sprawa była, chyba że miałaby ochotę porozmawiać o swoim życiu prywatnym, to ja bardzo chętnie. Nawet obiecałbym, że nie sprzedam tych historii do gazety, bo co jak co, ale ja dobrym kumplem byłem i bym tego jej nie zrobił. Chyba, że dla rozgłosu, sama by chciała. Niektórzy pragnęli być w centrum uwagi, a ja, cóż, specjalizowałem się niekiedy, kiedy chciałem, w sprzedawaniu, cóż, w szerokim roznoszeniu plotek.
- Aaa... Coś tam słyszałem, ale ciężko było zrozumieć, bo tu większość została przywieziona nieprzytomna albo jęcząca, a z jęków to tak ciężko przetłumaczyć - przyznałem się do tego, co tu miało miejsce. Aramagedon istny, ale cieszyłem się, że przydałem się na dyżurze. Nawet nie przysypiałem!!! Tylko dzielnie walczyłem o zdrówko innych. Komuś nawet uratowałem życie. Fajnie było. Ale nie życzyłbym im tego wtedy, a tym bardziej drugi raz. Biedaki. - Ale potem plotkami zawrzało. I tam naprawdę był ten Voldemort? We własnej osobie? Jak on wyglądał? - zapytałem seryjnie zaciekawiony. Przysiadłem na łóżku obok Heather i na razie zapomniałem o obowiązkach. Rehabilitacja, nie rehabilitacja... I tak ręka musiała dojść do siebie, a tu była przecież Heather ze swoimi wspomnieniami, opowieściami. I była taka piękna, prawdziwa, ruda i piegata.
- A ty się tak nie boisz? No wiesz, walczyć... Jako brygadzistka pracować? - zasypywałem ją pytaniami, nie potrafiąc się powstrzymać. Sam za dobry nie byłem w zaklęcia. Bardziej mi szło w psucie zaklęć, ale to też się do tego zmusiłem. Bardziej preferowałem zmieniać kształty i faktury, szczególnie swój zadek w ten rudokoci.


RE: [10.05.1972 poranek] szara rzeczywistość | Leo & Heath - Heather Wood - 08.09.2023

- Przydatna umiejętność, możesz podsłuchiwać tu i ówdzie, jak sobie ludzie rozmawiają. - Zawsze trochę zazdrościła Charliemu tego, że potrafił zmieniać się w sokoła i latać po niebie. Musiało temu towarzyszyć uczucie prawdziwej wolności. Sama Heath nie była szczególnie zdolna w dziedzinie transmutacji także nie miała szansy sprawdzić jak to jest, trochę żałowała, że nie przykładała się jakoś szczególnie do tego przedmiotu. No, ale nie można być wybitnym w każdej dziedzinie - niestety. - Można cię wtedy pogłaskać? - Wizja miziania małej, rudej kulki była naprawdę całkiem przyjemna.

Wood chętnie podsycała plotki na swój temat. Bawiło ją nawet to, co o niej wypisywali. Ważne było, że nadal nikt o niej nie zapomniał, lubiła kontrowersje. Nie miała z tym problemu, jej rodzice też do tego przywykli i wiedzieli, że większość z tych informacji należy mocno filtrować, żeby dowiedzieć się czegokolwiek, co było prawdą. Rozwiązła może i nie była, po prostu od zawsze łączyła ją dosyć specyficzna relacja z przyjaciółmi, która trwała od lat. Ostatnio czuła, że coś jest nie tak, jakby Beltane pokazało jej, że czas się ustatkować. Tęskniła za kimś, kogo mogłaby mieć tylko dla siebie, nie miała pojęcia dlaczego. Wcześniej zawsze jej odpowiadała taka sytuacja. Będzie musiała porozmawiać o tym wszystkim z Cameronem, bo zaczynało ją to zżerać od środka.

- To fakt. Mało kto był w stanie coś mówić. - Widziała różne przypadki jeszcze w szpitalu polowym, który został utworzony na polanie. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia co ona, niektórzy oberwali mocniej. Wiele osób zmarło, była jednak w czepku urodzona - nie ma co.

- Był, na pewno był. - Sama go nie widziała. Trafiła jedynie na jego popleczników, jednak doszły do niej słuchy, że Czarny Dzban pojawił się też osobiście podczas sabatu. - Ten wiatr, to wszystko, co się tam wydarzyło, gdyby nie on to na pewno nie byłoby takiej skali zniszczeń. - Zaskoczył ich, chociaż nie tak do końca. Brenna ją ostrzegała, że coś może się wydarzyć, nie spodziewali się jednak takiego pierdolnięcia.

- Czy ja wiem, czy się nie boję? Każdy się boi, tak mi się wydaje. Jeśli nie masz strachu, to zaczynasz być nieodpowiedzialny, niezwyciężony, to nie jest do końca odpowiednie. Możesz stracić czujność. - Bała się. Strasznie się bała kiedy czołgała się w piasku niepewna tego, czy przeżyje, a wiatr stawał się coraz silniejszy. Nie przeszkodziło jej to jednak w tym, aby zareagować. Może nie było to do końca rozsądne - ale wychodziła z założenia, że każde życie jest ważne i gdy widziała kogoś w potrzebie czuła, że musi pomóc. - Praca w brygadzie przynajmniej nie jest nudna, dni się różnią od siebie, wy tutaj macie tak samo. Spotykacie różne przypadki, pewnie też nie czujecie stagnacji. Ja nie potrafiłabym tak, wiesz. Robić codziennie tego samego, umarłabym ze znużenia. Lubię jak się dużo dzieje, ktoś musi to robić, dlaczego nie ja? - Wiadomo, że wolałaby nadal latać, ale nie zamierzała wrócić do quidditcha dopóki jej nie przeproszą.




RE: [10.05.1972 poranek] szara rzeczywistość | Leo & Heath - Leo O'Dwyer - 14.09.2023

- Ach, można wtedy ze mną robić niemal wszystko! Aby nie lubię, kiedy ktoś mnie wrzuca do wody - przyznałem niezrażony, bo na szczęście nierobiono tego za często. Gdyby robili to często, to pokusiłbym się o podrapanie delikwenta, bo jednk wolałem nie być podtapiany, szczególnie w zimnej albo - szczególnie - w lodowatej wodzie.
Chłonąłem oczarowany wypowiedzi Heather. Uwielbiałem poznawać nowych ludzi, bo mogłem poznać ich historie, ich charaktery i zwyczaje. Czasami też to, jaki alkohol lubili. Albo co myśleli na temat mleka. Ja bardzo uwielbiałem mleko, ale, cóż, nie każdy lubił, ale nie dyskryminowałem innych za to, tylko uważnie im się przyglądałem, kiedy dowiadywałem się, że nie lubią mleka.
- Powiem ci, że ja się nie boję, z reguły, ale też bywam nieodpowiedzialny i... niezwyciężony jest mój uśmiech akurat, ale myślę, że jak najbardziej rozważnie mogę rzec, że teraz będzie tylko lepiej - odparłem optymistycznie, wskazując jej ramię. - Czas leczy rany. Te ramię cię jeszcze boli? - zapytałem, bo widziałem gdzieś tam z tyłu głowy, że chyba się krzywiła. Tak się zastanowiłem, bo skoro była zapisana na rehabilitację, to raczej wszystko powinno być ok, chyba że ktoś czegoś tam nie dopilnował. Kto wie. Też sam nie byłem ekspertem, dopiero się uczyłem... Cóż, może się myliłem w tym przypadku, a może Heather miała ograniczenia we własnej psychice.
- Poćwiczmy trochę, żeby mnie z pracy nie wyrzucili... - rzuciłem do niej, zrywając się na równe nogi. - Wyciągnij rękę przed siebie. Tak jak ja, a teraz w górę, przed siebie, w dół... Czujesz coś niepokojącego? - poinstruowałem, dopytując. Czasami pacjenci narzekali za dużo, a czasami prawie nic nie mówili. Wolałem tę pierwszą grupę, bo więcej ploteczek miałem okazję usłyszeć.


RE: [10.05.1972 poranek] szara rzeczywistość | Leo & Heath - Heather Wood - 15.09.2023

- Zapamiętam to sobie, jakbym kiedyś spotkała małą, rudą kuleczkę. - Dodała jeszcze z uśmiechem. Chyba wszystkie koty nie lubiły wody, tak podejrzewała, chociaż nie wiedziała, czy faktycznie, bo na zwięrzętach nie znała się praktycznie wcale. Ani na tych zwykłych, ani na tych magicznych, ale wydawało jej się, że ktoś jej kiedyś o tym wspominał.

- Ja próbuję z tym walczyć, wiesz? - Odpowiedziała zupełnie szczerze, bo przez to, co wydarzyło się podczas Beltane pierwszy raz poczuła się niepewnie. Zawsze uważała, że może wszystko, że jest w stanie sama zawojować świat, a kiedy na jej drodze stanął śmierciożerca okazało się to wcale nie być takie proste. Trochę przez to przygasła, bo nie sądziła, że poczuje się tak beznadziejnie przez to niepowodzenie. - Uśmiech to ważna rzecz, ale nie jest w stanie uratować życia. - Pesymistyczne myśli jej nie opuszczały, co było aż dziwne, bo nie miała w zwyczaju marudzić. Wydawało jej się jednak, że teraz wszystko się zmieni, że nie będzie mogła już być takim lekkoduchem, jak kiedyś, chociaż czy faktycznie tak będzie? Zapewne nie uda jej się zapanować nad swoimi czynami, Wood miała temperament równie ognisty, co kolor jej włosów.

- Czasami boli, ale to nic. Jak boli, to znaczy, że działa? - Spojrzała na niego pytająco. Miała nadzieję, że nie jest to zła wiadomość. Poświęcała naprawdę wiele sił i czasu, aby szybko stanąć na nogi i wrócić do pracy. Czuła, że zawiodła i powinna działać, żeby złapać tych wszystkich, którzy zaatakowali sabat podczas Beltane.

- Tak, wypadałoby poćwiczyć. - W końcu po to się tutaj pojawiła. Musiała ćwiczyć, żeby jak najszybciej wrócić do pełni sprawności, a nawet bardziej, bo czuła, że jej sprawność zawiodła i powinna więcej czasu poświęcać na to, aby jej ciało było jeszcze silniejsze.

Powtarzała czynności, o których wspominał jej Leo. Szło jej to całkiem nieźle, nie krzywiła się nawet specjalnie, chociaż czuła ból na obojczyku. Bardzo mocno w niego oberwała. - Niee, wszystko jest w porządku. - Wolała skłamać, niż przyznać się do tego, że ją to bolało.




RE: [10.05.1972 poranek] szara rzeczywistość | Leo & Heath - Leo O'Dwyer - 24.09.2023

Może faktycznie uśmiech sam w sobie nie był w stanie uwartować życia, aczkolwiek pozytywne nastawienie, działanie na luzie, z prądem, z lekkim sercem, nieobciążoną głową już tak, a ja parłem do przodu niezrażony, czy mi tu wejdzie przełożona, czy może ktoś wypije mi całe mleko z lodówki, czy pech przyprowadzi inne nieszczęścia, bo byłem pewien, w pełni wręcz przekonany, że ze wszystkim sobie poradzę. Tak też, poklepałem Heathe pokrzepiająco po zdrowym ramieniu i tylko pokiwałem głową, ale nie w geście zgody, tylko w ramach potwierdzenia własnych, abstrakcyjnych może dla niej, przekonań.
- Bądź dobrej myśli i tyle - zawyrokowałem, po czym przyjrzałem się jej ręce. Na pierwszy rzut oka była w porządku, więc trochę pomachaliśmy i niby Heather mówiła, że okej, więc możliwe, że było okej. - Potencjalny ból może być oznaką nieprawidłowego zagojenia się albo przeciążenia. Gdyby jednak coś było nie tak, mogę ja, możesz ty odezwać się do magimedyka... A kiedy będzie cię bolało podczas dużych wysiłków, zaprzestań i nie forsuj się. Z tym nie ma żartów... Kiedyś złamałem nogę. Teraz śmigam, ale była to znacznie dłuższa męka niż uszkodzony bark - przyznałem niepocieszony, bo to były jedne z moich najmroczniejszych czasów, bo byłem na łasce bliskich mi osób, a one nie do końca wiedziały, że mleko nie było mleku równe, a czasami trzeba też się znieczulać alkoholem i pięknymi dziewczątkami. Brakowało mi tego bardzo. Jak zakurzonych półek w bibliotece czy zabłoconych uliczek Nokturna. Ach... Cieszyłem się, że mogę normalnie, swobodnie spacerować.
- Ale dałem radę, myślałem pozytywnie i teraz mogę robić swoje - przyznałem, jakby to była idealna historia, idealny dar ode mnie dla Heather. Trochę uśmiechu nie zaszkodzi. - A walka nas nie ominie. Chyba lepiej walczyć, mając za sobą uśmiech, a nie smutne wizje pogrzebanych bliskich... Lepiej z nimi tańczyć w jesienne wieczory do piwa kremowego, zamiast rozstrząsać co będzie gdyby? Och, chyba powinienem zostać kotem-terapeutą. Myślisz, że ładnie bym wyglądał w okularach? Może powinienem sobie takie sprawić. Dostojniej, mądrzej bym się prezentował - stwierdziłem, pozwalając sobie wziąc w dłonie rękę dziewcyzny by ją nieco pouciskać dla poruszenia mięśni. Tych, tamtych i takich innych też. - I jak? Boli? - dopytałem dla pewności, tak niby patrząc na nią uważnie, ale zamierzałem łyknąć każdą odpowiedź.