![]() |
|
[20.06.1972] Wielkie pranie - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [20.06.1972] Wielkie pranie (/showthread.php?tid=1856) |
[20.06.1972] Wielkie pranie - Laurent Prewett - 09.09.2023 adnotacja moderatora
Rozliczono w Piszę, więc jestem, Król bankietów - Guinevere McGonagall. Laurent należał do tych osób, które troszczyły się o większość znajomości. Oczywiście były te, o które dbałeś mocniej, intensywniej, bardziej oraz te, które miały o wiele bardziej luźną zażyłość. Jak na przykład z Ginny. I bynajmniej nie chodziło o to, że była przez niego mniej lubiana od co poniektórych osobistości, albo gorzej mu się z nią spędzało czas. Była to kwestia dorosłości tylko i wyłącznie. Tego, że wraz z czasem przepływa ci przez palce możliwość utrzymania kontaktu zwartego ze wszystkimi, z kim byś chciał. Nie wystarczy czasu, nie wystarczy nawet energii i pokładów empatii, jakie starał się wkładać w każdego człowieka. Byłoby mu o kilka kroków bliżej do szaleństwa, a przecież i teraz nie było z nim do końca tak, jak powinno. Powinno za to być tak, że kiedy masz się ochotę z kimś spotkać - robisz to. Odkąd kobieta zaczęła przesiadywać w Anglii było to łatwe, o niebo łatwiejsze niż odwiedzanie ją daleko, daleko za morzem, gdzie dostanie się wymagało naprawdę sporych przygotowań, żeby nie trzeba było lecieć przez całe godziny, dni, by do celu dotrzeć. Pewnie podróże cieszyłyby się większą popularnością, gdyby samo dostanie się na miejsce do tak egzotycznego miejsca jakim był Egipt. Mówią, że prawdziwa przyjaźń, prawdziwa miłość, przetrwają wszystko. Ale to nieprawda. Owszem, miały szansę przetrwać, jeśli odpowiednio mocno się je pielęgnowało, jeśli poświęcało się bardzo dużo czasu na ich utrzymanie, ale siłą rzeczy mijały lata i pewne odczucia blakły. Niczego nie dało się z tym zrobić. Nie zatrzymasz czasu, nie zawiążesz supła na tej więzi, która was spajała. Szczególnie, że musiałeś nadal żyć własnym życiem. Choć pewnie wszystko zależało również nie tylko od czasu i poświęconej uwagi, ale również na szczerości tej prawdziwości. W gości nie wypadało przychodzić z pustymi rękoma, dlatego dłonie Laurenta zajęte były bukietem kwiatów. Nie jakimś wielkim, wystawnym, nie. Miał to być bukiet od przyjaciela dla przyjaciółki... niby grzecznościowy. To znaczy - grzecznościowy był, jak najbardziej. Nikt przecież nie musiał wiedzieć o subtelności sympatii, o przyjemnych chwilach spędzonych przez kilka dni, kilka nocy... nie, nikt nie musiał wiedzieć. W końcu księżyc kochał chować tajemnice pod swoim srebrzystym dotykiem. Zbliżył się do posiadłości, spoglądając z zaciekawieniem na ogród, gdzie trwało małe poruszenie. Małe - bo ktoś albo zdejmował, albo wieszał pranie. Biel prześcieradeł i poszewek poruszanych przez wiatr zawsze wyglądał tak samo przyjemnie. Jak zjawy, ale nie te złe, które teraz nawiedzały Knieję. Jak dobre duchy, które przypominały o cieple domowego ogniska, o życiu, o czystości. Był pewien, że wystarczy się tam zbliżyć, żeby poczuć świeżość tych prześcieradeł, przyjemną woń proszku do prania czy jakiegoś zapachu dodanego celowo, by zachowały świeżość na dłużej. Zatrzymał się na drodze prowadzącej do furtki wiodącej do głównych drzwi, widząc, że ktoś się tam kręci, przesuwa pomiędzy rozwieszonymi już rzeczami i przymierza najwyraźniej do tego, by wieszać kolejne. Tego akurat się nie spodziewał - trafienia na domowe porządki. Choć nie powinno to dziwić. Jest lato, słońce w końcu sprzyja w tym deszczowym kraju i trzeba wykorzystać pogodę, żeby wszystko ładnie wyschło, żeby wypucować okna, żeby... pracy zawsze było dużo. Laurent nie przykładał do tego wiele uwagi - miał w końcu skrzata. Nie zajmował się raczej osobiście takimi rzeczami, co nie zmienia tego, że oczywiście takie rzeczy się działy i u niego. Takie rzeczy... na bogów, jakim cudem jego życie wkroczyło na taki etap, że takie prozaiczne czynności wydawały mu się egzotyczne? Albo zawsze były na takim etapie? Gdyby się tak zastanowić to... nie, na pewno nie. Nawet mimo wychowywania się w przepychu i luksusie, gdzie wszystko podstawiali ci pod nos, spędzał dużo czasu poza domem, gdzie praca na własne rzeczy brnęła w przód. W końcu się jednak wyrosło z dzieciaka i naprawdę osiadło na laurach bogactwa. Dobrze? Niedobrze? Ciężko powiedzieć. Miło było jednak na to patrzeć, toteż zbliżył się do płotu. - Dzień dobry. - Zwrócił na siebie uwagę kobiety, która się tutaj kręciła. Może akurat sama Ginny? Będzie miał na tyle szczęścia? Jego głos był ciepły, sympatyczny, tak jak uśmiech na twarzy. RE: [20.06.1972] Wielkie pranie - Guinevere McGonagall - 09.09.2023 Trudno utrzymywać relacje, kiedy znało się ledwie chwilę i powierzchownie, a do tego mieszkało na zupełnie innym kontynencie. I wtedy, gdy się poznali – Guinevere wcale nie oczekiwała, by ta znajomość miała być stała, skądże znowu. Natomiast była miła na tyle, że gdy już załatwiła wszystkie swoje sprawy w Egipcie, i przeniosła się do Anglii, a konkretniej pod Londyn, gdzie w wielkim i pięknym domu, może nawet bardziej rezydencji, mieszkali jej dziadkowie – odezwała się też do Laurenta. Że tak, a nie inaczej potoczyło się jej życie, że przeniosła się do Wielkiej Brytanii, prawdopodobnie na dłuższo-stały czas, jeśli nie rzeczywiście na stałe. Na pewno na dłużej, bo było tutaj wszystko, co ją tak interesowało, a co też wiązało się z jej pracą. I że… może miałby ochotę kontakt odnowić. Zrozumiałaby, gdyby nie chciał. Ale najwyraźniej chciał – tylko trudno było jakoś znaleźć sensowny termin, by się spotkać… Albo jej coś nie pasowało, albo jemu… Uszczypliwi powiedzieliby, że jak ktoś chce, to znajdzie sposób, a jak nie chce, to znajdzie powód. Ale w życiu nie wszystko było takie zero-jedynkowy i czasami po prostu inne sprawy brały priorytet, z obu stron, tym bardziej, że to nie była jakaś zażyła znajomość. W końcu jednak udało się umówić. Mugole mieliby problem się tutaj dostać, ostatecznie ród McGonagall miał w swej pieczy sporą połać terenu, na której w spokoju żyły sobie różne zwierzęta – takie najbardziej zwyczajne, ale też niektóre magiczne gatunki. Ktoś musiał ich doglądać, zajmować się nimi, a w zimie dokarmiać – i to właśnie robiła rodzina Ginny. Na szczęście Laurent mugolem nie był, choć pewnie nie spodziewał się wielkiego domu w dość bliskiej odległości od rzeki, wielkiej połaci trawy, a także lasu, który zaczynał się gdzieś za rezydencją. Co chwilę latały tutaj jakieś ptaki, śpiewały, w trawie poukrywane były koniki polne i inne owady, które ciągle wydawały swoje odgłosy, nadając całości pewnej nuty sielanki… Przed domem rzeczywiście ktoś właśnie rozwieszał pranie, nucąc sobie pod nosem. Oczywiście, że były na to zaklęcia, ale magia nie była w stanie zastąpić wszystkiego, zwłaszcza tego pięknego zapachu pościeli, który ta miała jedynie wtedy, gdy suszyła się na świeżym powietrzu… Krótkie "dzień dobry" przerwało powolne nucenie melodii, a spomiędzy białych prześcieradeł wychynęła opalona twarzyczka. Rzeczywiście miał szczęście, bo po pierwszym zaskoczeniu twarz jej się wygładziła i uśmiechnęła się do stojącego za płotem, z kwiatami, Laurenta. - Dzień dobry – przywitała się. Guinevere była szczupłą i dość wysoką kobietą, sięgającą metra siedemdziesiąt pięć… albo osiem? A może coś pomiędzy… może jednak bardziej sześć. Dzisiaj jej długie i opalone nogi skryte były pod cieniutką, ale jakże barwną, wzorzystą spódnicą aż do kostek, chociaż kształt jej nóg prześwitywał przez materiał, jeśli światło padło pod odpowiednim kątem… i jeśli przyglądało się wystarczająco intensywnie. - Cóż za spotkanie – dodała, wyminąwszy sznurek i wywieszone na nim prześcieradła, by zbliżyć się do płotu i samej furtki. Uśmiechała się miło, ale w tym uśmiechu było coś takiego… zadziornego. Może to przez te błyski w jej brązowych oczach – mówiących o lekkiej psocie. Cieszyła się. I to wcale nie dlatego, że w Anglii nie znała dużo ludzi, a to była jedna z nielicznych osób – Ginevra nie patrzyła na ludzi jak na zasób do wykorzystania. Każdy miał jakąś wartość, coś sobą reprezentował, a ich życie było cenne. Napisała do Laurenta, bo chciała do niego napisać, bo chciała, szczerze, odnowić kontakt. Otworzyła furtkę, by mógł przejść. - Strasznie dobrze cię widzieć – powiedziała, przyglądając mu się. Chciała wyłapać czy coś się w nim zmieniło od czasu, gdy widzieli się ostatni raz. Ona z kolei nie zmieniła się zbytnio, nawet żadna zmarszczka nie przecięła gładkiego czoła. Włosy miała upięte wysoko, w koczek, by ciemnobrązowe włosy nie leciały jej co chwila na twarz, gdy tak rozwieszał to pranie, co odsłaniało jej łabędzią szyję. - Trafiłam do Anglii w ciekawy czas – dodała jeszcze. - Wchodź. Oprowadzę cię zaraz, tylko skończę wieszać pranie – a była dopiero w połowie! Tylko, że teraz miała powód, by się pospieszyć. Mogłaby użyć do tego różdżki… ale czemu miałaby sobie odmówić tej odrobiny pracy? - Opowiadaj, co u ciebie? – Gin mówiła płynnie, chociaż z lekkim akcentem – nie umiała się go pozbyć, ale nawet nie próbowała. RE: [20.06.1972] Wielkie pranie - Laurent Prewett - 09.09.2023 Nie miał okazji odwiedzić wcześniej posiadłości McGonagall. Nie było po drodze, nie było znajomości, nie było okazji. Teraz okazja natrafiła się sama. Choć nie, nie sama - została stworzona. A blondyn przecież zaliczał się do osób, które z okazji lubiły korzystać. Dla niektórych osób po prostu chciało się znaleźć czas. Chciało się stworzyć małą przestrzeń, gdzie ta okazja stawałaby się oczywistością, kusiłaby do siebie, przyciągała. Żeby złapać ją za ogon, jak srokę w przysłowiu mugolskim. Co u niej słychać? Czemu się przeprowadziła? Czy zostanie na dłużej? Trywialne pytania chodziły po głowie, mówiąc o jednym: zainteresowaniu. Tkwiło w tym również pewne zobowiązanie. Ponieważ kiedy zameldował się u jej rodziny to pomogli mu się odnaleźć w krótkim pobycie w Egipcie, dlatego on teraz chciał się pomóc odnaleźć jej w Anglii. Nawet jeśli to naprawdę kilka chwil i podejrzewał, że jej łatwiej było tutaj, niż jemu tam. Och nie, wręcz był tego pewien. Jej nie oddzielała tutaj od czarodziei bariera językowa i miała tutaj rodzinę. Wiadomym za to było, że zostanie tutaj na dłużej. Dlatego mając to na uwadze żadne z nich nie rwało na złamanie karku. Nie było potrzeby. To było wręcz całkowicie zdrowe i normalne, bo zgadza się - nic nie było zero-jedynkowe w życiu. I nie chodzi nawet o to, że "brak czasu" to faktycznie latanie od rana do nocy. Nie. Człowiek potrzebował też tego cennego czasu na odpoczynek i regenerację, a ta niekoniecznie była dostarczana przez odnawianie znajomości. I nie było w tym absolutnie niczego złego. Choć oczywiście, jak to Laurent - czuł się winny, że od razu tego czasu nie znalazł na złożenie wizyty. Jego życie jednak ruszyło szalenie do przodu wraz z początkiem maja. - Bardzo romantyczne, moglibyśmy jak dwójka nastolatków ganiać się pomiędzy białym prześcieradłem, by potem się wśród nich ukryć. - Uśmiechnął się szerzej, cieplej, widząc egzotyczną, piękna twarz Pustynnego Kwiatu, który wyszedł w jego stronę. Dumny, żywy, wyrazisty. Guinevera sprawiała wrażenie bardzo pewnej siebie kobiety i to wrażenie nie zdążyło się rozpłynąć przy tych spotkaniach, jakie ze sobą odbyli. - Ciebie również, Guinevero. Zmiana klimatu pasuje do Ciebie, Twoja uroda kwitnie w chmurnej Anglii. Zupełnie jakbyś przywiozła do nas promienie egipskiego słońca. - Przeszedł przez furtkę i wyciągnął dłoń, by ucałować szarmancko jej paluszki. Tak, pachniały świeżością prania. - Zajmę twoje dłonie czymś innym niż porządkami domowymi, pozwolisz? - Nie był zdolny wybitnie w manualnych rzeczach, natomiast miał zmysł, wyczucie estetyki - transmutacja robiła rzeczy za niego. Tak jak ułożenie zerwanych z ogrodu kwiatów, które teraz wręczył kobiecie. - Ciekawy? Masz równie ciekawe pojęcie tego słowa, biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia. - Uśmiechnął się, pomimo, że niby nie było do czego. Ale wylewanie łez również do niczego nie prowadziło. Ważne było budowanie chwil takich, jak te, które potem można było przywołać pozytywnym wspomnieniem jak tarczę. Budowanie relacji. Wzmacnianie serca, by było w stanie dźwigać umysł. Dlatego powiedział to w dość zaczepny sposób, z humorem. Nie jako wytknięcie nieodpowiedniego doboru słów, bo to mu nie przeszło przez myśl. - Oooch, nadal nie mogę znaleźć tego jedynego w swoim życiu, ale wycieczek na targi koni arabskich do Egiptu mi wystarczy jeszcze na następny rok. - Mówiąc o "tym jedynym" chodziło mu o konia, rzecz jasna. Gorąco tamtych klimatów go roztapiało, w dzień ledwo funkcjonował i naprawdę nie znosił tego zbyt dobrze. Nie wiedział, czy to kwestia bycia selkie, czy może po prostu jego słabe ciało, albo jeszcze co innego. W każdym razie - ten wyjazd był przyjemny tylko ze względu na obecność tej egipskiej boginki, koło której miał teraz szczęście stąpać. Przez ten rok w Laurencie nic się za bardzo nie zmieniło. Może odrobinę bardziej schudł? Nabrał jeszcze więcej powagi? Ale to były bardzo subtelne różnice. - Proszę, nie przerywaj sobie pracy, nie chciałbym być tym wymagającym i absorbującym gościem. Może mógłbym ci pomóc? Choć, uważaj, nie posiadam ekspertyzy. - Ostrzegł ją żartobliwie, jako że jego doświadczenie w wieszaniu prania wynosiło: ZERO. RE: [20.06.1972] Wielkie pranie - Guinevere McGonagall - 09.09.2023 Na pewno było jej łatwiej niż jemu – bo całe życie raz na jakiś czas, nawet jeśli nieczęsto, to jednak odwiedzała Anglię. Dziadków, ich rodzeństwo… Kiedy była jeszcze dzieciakiem, to siostra jej dziadka, Minerva (tak, ta sama, która uczyła w Hogwarcie transmutacji i potrafiła zamieniać się w kota), była bardzo zainteresowana zdolnościami jakie przejawiała Guinevere – przecież miała ledwie dwanaście lat, kiedy udało jej się przemienić w zwierzę. Znała więc całkiem nieźle rodzinę od strony ojca. Może nie tak dobrze i blisko, jakby sobie tego życzyła, ale na przestrzeni tych trzydziestu dwóch lat życia odwiedziła Anglię wystarczającą ilość razy, by nie czuć się tutaj całkiem obco. Nie miała zbytnio znajomych, ci zostali w Egipcie, ale prócz swojej rodziny kogoś tam jednak znała… No i nie czuła żadnej bariery językowej. W Uagadou też porozumiewano się po angielsku. – Uważaj czego sobie życzysz, bo sploty losu lubią podsłuchiwać i później wykorzystywać tę wiedzę przeciwko nam, maluczkim ludziom – odpowiedziała pogodnie, z tym błyskiem w oku. Trudno było przez niego powiedzieć, czy mówiła to całkiem poważnie, czy jednak sobie żartowała. A prawda była taka, że po trochę jednego i drugiego. Laurent miał dobre wrażenie – Guinevere była bardzo pewna siebie, ale nie przesadnie, jej ego nie wypełniało całego pomieszczenia, gdyby się w nim zamknąć. Miała w sobie jakąś taką żywotność i przebojowość, i pasję. – Bo może przywiozłam – odparła, całkiem zadowolona z tego co usłyszała, no która kobieta nie lubiła komplementów? Chyba każda je uwielbiała i Ginny nie była w tym odosobniona. Czy jej uroda kwitła… Na pewno się wyróżniała, pośród bladych damulek z Anglii. Uśmiechnęła się jeszcze bardziej, ujęta za dłoń i ucałowana w paluszki, a kwiaty przyjęła z przyjemnością, przez moment przyglądając im się z ciekawością. Słabo się na nich znała – nie dlatego, że jej się nie podobały, po prostu w Egipcie rosły zupełnie inne rośliny. Uczyła się rzecz jasna też o tym, co jest w Anglii, uzupełniała wiedzę, ale jednak nie obcowała z tym wszystkim na co dzień. – Bardzo dziękuję. Nie spodziewałam się kwiatów, są piękne. Jakie to są? – wskazała palcem na jedne z nich, kompletnie zapominając, że być może mężczyzna w ogóle nie będzie miał pojęcia jakie kwiaty jej przyniósł. Odwróciła się na moment, prowadząc go z powrotem do miejsca, gdzie stały jeszcze trzy miski z praniem czekającym na wywieszenie. – Nie powiesz mi chyba, że jest nudno – odpowiedziała mu, na moment tylko odwracając głowę do tyłu. To właśnie znaczyło dla niej „ciekawe” – „nie nudne”, „intrygujące”, „zastanawiające”. Nie miała nic złego na myśli, bo oczywistym było (przynajmniej dla niej), że działania tego całego Voldemorta były prawdziwie obrzydliwe. Skrzywdzić tyle niewinnych ludzi… i w imię czego właściwie? Czystości albo brudu? W jej rodzinie też występowali mugole, ha, musieli wręcz, bo inaczej nie byliby „rodem półkrwi”, i cóż z tego, że jej ojciec miał rodziców czarodziejów, że jej matka była tak zwanej czystej krwi, a ona sama też wokół siebie tylko czarodziejów w rodzinie znała? Dla kogoś takiego jak Voldemort i jego fanatycy nie miało to znaczenia. A czy przy tym Guinevere była mniej uzdolniona? Jakoś nie powiedziałaby. W Uagadou, największej i najstarszej szkole czarodziejstwa na świecie, mieli ją wręcz za bardzo utalentowaną, załapała się też na indywidualny tok nauczania. – Może to nie arabskiego szukasz. Możemy pójść na łąkę jeśli chcesz, kręci się tutaj stado koni. Może akurat któryś z nich tak ci wpadnie w oczy… – że go ten koń zaczaruje po całości. Skoro żaden z czystej krwi arabskiej koń z Egiptu go nie zauroczył… Może naprawdę to czego innego jego serce szukało. Na moment odłożyła bukiecik, bardzo delikatnie, na murek schodów znajdujący się nieopodal, by z pustymi rękoma wrócić do prania. – Do tego nie potrzeba ekspertyzy. Skoro bardzo chcesz, to kim jestem by ci zabraniać? Poraaadzisz sobie – powiedziała przeciągle, odrobinę ubawiona. No bo naprawdę… jaką tu ekspertyzę i doświadczenie trzeba było mieć wy zawiesić prześcieradło albo pościel na sznurku? Również: ZERO. – Zakaz używania magii – dodała jeszcze przezornie. Nie dlatego, że taki zakaz obowiązywał, skąd! Dla zabawy. Widząc ją taką, rozbawioną, uśmiechniętą, z tym maluuutkim chochlikiem na ramieniu, który uśmiechał się czasem razem z nią, trudno byłoby chyba uwierzyć, że to poważny i doświadczony historyk magii, archeolog i uzdrowiciel. A na domiar wszystkiego: wróżbita! Wspaniałomyślnie jednak bardzo powoli rozwiesiła kolejną rzecz, by Laurent mógł się przyjrzeć jak się to robi. I jak bardzo to jest (nie) skomplikowane. RE: [20.06.1972] Wielkie pranie - Laurent Prewett - 09.09.2023 Tak to właśnie brzmiało - jak pół żart, pół szczerość. Laurent uważał, że brak wiary w przepowiednie jest wielkim zamknięciem swojego umysł na to, co świat chciał ci pokazać. Albo raczej co chciała ci pokazać osoba, która potrafiła te sploty odczytywać. Problem przepowiedni polegał na tym, że zazwyczaj cokolwiek będziesz próbował zrobić - Los to uwzględni w swoich planach. Również to, że o przepowiedni się dowiesz. Przynajmniej tak to rozumiał sam Laurent, który prymusem z tej dziedziny nigdy nie był. I nie będzie. Miał w końcu bardzo dużo zajęć, które go pochłaniały i ciągle dużo wiedzy, którą musiał wbić sobie do głowy. Co za to mu się naprawdę podobało to ten błysk jej oczu, to, jak bawiła się słowem i zdaniem, żeby wydać przestrogę w ten najmniej oczywisty sposób. Czasami rzeczywiście lepiej było uważać, o co się prosi. Nawet jeśli przeznaczenie nie posłucha, to może posłuchać ktoś inny. I spełnić to życzenie w sposób, który już niekoniecznie będzie cieszył. Ginny kwitła w momentach, kiedy miała możliwość się z kimś podroczyć, kokietowała w ten najbardziej subtelny sposób, który był zaprezentowany w najlepszym możliwym smaku. Czy ktoś mógłby jej się oprzeć? Naprawdę? Laurent już teraz odetchnął, ale to nie było westchnięcie zmęczone czy zrezygnowane. Raczej to zauroczone, gdy zamknął na moment oczy z uśmiechem na ustach. - Kto wie? Może ktoś posłucha, żeby mocniej zaszeleścić tego dnia koronami drzew? - Otworzył powieki i spojrzał na nią z lekko przechyloną głową. To, czy słuchali inni to jedno - bo przy "innych" by się blondyn nie poważył na takie słowa. To, czy słuchali siebie - drugie. Trzecim... nie, trzeciego nie było. Los był przecież zawsze bardzo przewrotnym i nieobliczalnym tworem. - Uplotłaś z nich koronę i wplotłaś między kasztanowe pukle swych włosów? - Śmiech pobrzmiał w jego głosie, kiedy z równie lśniącymi oczami się w nią wpatrywał. Była bardzo pozytywną osobą. Pełną takiego ciepła, a jej pewność siebie zaliczała się do tych właśnie naturalnych, niewymuszonych. To nie była osoba, która była pełna pychy, która zadzierała wysoko podbródek i patrzyłaby na innych z góry. Choć nawet i do pełnych pychy osób potrafił mieć słabość. To chyba przez swojego ojca, którego ego wypełniało cały zamek Prewettów. Chętnie pochylił się nad bukietem (niedosłownie), kiedy zapytała go o kwiaty. - Chciałem ci przynieść trochę kwiatów, które są dla nas, w Anglii, popularne... Róża jest symbolem Anglii. - Przesunął palcami po białej róży z zabarwionymi krańcami delikatnym różem. - To nagietek lekarski i czarnuszka damasceńska. A te drobne kwiaty to Nachyłek barwierski. - Opisał je wszystkie po kolei, muskając je prawie tak, jak można muskać skórę kochanki, przykładając do niej dłoń. Bukiet był niewielki - jego centrum i najwyższy kwiat stanowiła róża, wokół niej układały się nagietki, niżej nachyłki i na dole biała czarnuszka. Róża była mocno wyróżniona w centrum przez intensywnie złoto-pomarańczowe nagietki. - Choć, jeślibyś mnie zapytała, ich symboliki nie znam. Wiem jedynie, że biała róża oznacza czystość intencji i emocji. Z takimi też do ciebie przychodzę. - I mógłby powiedzieć, w czym się je ewentualnie używa w ziołolecznictwie czy niektórych naparach. To tyle. Ale już przyrządzić takich medykamentów by nie potrafił. - Zerwałem je z ogrodu. - Więc nie, nie były kupione, co nie było oczywiste. - Wybierając pomiędzy tymi dwoma: jest ciekawie. - Zaśmiał się, wędrując za nią w kierunku jej wielkiego prania. - Myślałem, że znajdę rumaka, by sprezentować go ojcu na któreś urodziny. I może rzeczywiście to wcale nie tego szukam. Zjeździłem już tyle targów... - Nie żalił się, brzmiał raczej na rozbawionego własnym niezdecydowaniem. Bo nie był zniechęcony, to nie tak, że go to męczyło. Lubił oglądać konie. Nie tylko arabskie. - Z przyjemnością je zobaczę. - Jeśli tylko chciała je pokazać to Laurent nigdy nie odmawiał zobaczenia rumaków. Jak to bywało, kiedy branża czyniła z ciebie spaczeńca - był krytyczny. Nie znaczyło to, że każde zwierzę krytykował, albo ich hodowców. Natomiast spoglądał na nie okiem hodowcy - po prostu. Oczywiście spoglądał uważnie, co robi, a rzeczywiście nie wyglądało to w żadnej mierze na skomplikowane. Tak i pochylił się, złapał poszewkę na poduszkę i powoli zawiesił ją na sznurku, łapiąc klipsem, żeby czasem nie odleciała. Nie, Laurent nie był jednym z tych, co uważali, że praca go pohańbi. Dla niego to było nowe doświadczenie. I fakt, nie zamierzał go raczej powtarzać, bo po co? Ale na pewno nowe. - Rzeczywiście - studia nad teorią wieszania prania nie są wymagane. - Nawet nie zamierzał protestować nad tym zakazem! Lubił to w Guineverze - jej prostotę, w pewnym sensie. Jej realność. To, że przy jakże poważnym stanowisku była człowiekiem otwartym do ludzi. I żyjących swoją drogą. Choć oczywistym było, że wiele było jeszcze jej do poznania. RE: [20.06.1972] Wielkie pranie - Guinevere McGonagall - 09.09.2023 – Tutaj co chwilę ktoś szeleści koronami drzew. Mój dziadek ma świergla na punkcie sów, a żyją w tym lesie tam, o – niedbale wskazała ręką w kierunku drzew – te naprawdę nie były daleko od domu. A huczenie słychać było w nocy i nad ranem. Czasami też w dzień… ale to akurat jej własna sowa robiła hałas. Słyszała, że u mugoli czasami trafiali się zapaleni gołębiarze, trzymali gołębie w domu na strychy, znakowali je, doglądali ich lotu… Można było powiedzieć, ze Malcolm McGonagall był odpowiednikiem gołębiarza, ale jeśli chodziło o sowy. Sowiarz? Było w ogóle takie słowo? W zimie brał je do domu, na strych, żeby nie zmarzły zanadto, a na wiosnę je wypuszczał. I tak to się kręciło od lat. – Mmm… Bajerant – stwierdziła po prostu, leciutko mrużąc oczy. Laurent nie miał problemu z gładkością słów, jakie z siebie wyrzucał. Nie była pewna, czy po prostu tak miał, czy miał zawczasu przygotowane teksy i tylko dopasowywał je do sytuacji, ale w tym momencie nie miało to większego znaczenia. – Ale nie uplotłam korony. Po prostu cieszę się z ładnej pogody. Od razu wszystko tutaj ożyło. A pranie najlepiej pachnie, jeśli je wywiesić na dworze, a nie tylko posługiwać się zaklęciami – magia bardzo ułatwiała życie i uwielbiała w niej to, natomiast zdążyła już nieco poznać tego świata, by wiedzieć, że nie zawsze była właściwym rozwiązaniem. A z okazji należało skorzystać – jak dzisiaj, gdy słońce zagościło na niebie zamiast deszczowych chmur. Było jeszcze dość wcześnie, cały dzień, by móc skorzystać z tak pięknej pogody. I tak Guinevere wywieszała pranie, ale na pewno nie była jedyną pracującą tutaj dzisiaj osobą. Zgadza się, miała w sobie jakieś takie ciepło… Może to dlatego, że tak bardzo przejmowała się losem różnych ludzi. Jasne, żartowała sobie, psociła, czasami miała niewyparzony język, ale żadną miarą nie była okrutna. Zasłoniłaby drugą osobę własnym ciałem, jeśli to dałoby pewność, że ta druga przeżyje i wyjdzie ze szwanku. I swoim bliskim… nie potrafiła odmówić, jeśli ktoś potrzebował pomocy. Jak ktoś taki mógł emanować zimnem? Patrzyła na bukiet, kiedy Laurent wymieniał jej nazwy kwiatów. Różę oczywiście znała, ale reszta była dla niej nowa. Kiwała lekko głową, pilny uczeń uczący się czegoś nowego, gotowa zapamiętać te nazwy. – Ta czarnuszka. Bardzo mi się podoba – przyznała. – Symbolika w tym momencie nie ma znaczenia. Powiedziałabym, że liczą się intencje – symbole miały w jej życiu ogromne znaczenie, ale nie takie, które można świadomie dobrać, a te, które przychodziły jako odpowiedź na pytania, na spojrzenie w głąb… siebie, albo drugiej osoby. Takie, które można było dostrzec tylko, jeśli było się odpowiednio wrażliwym, a Guinevere była. I wrażliwa, i miała coś co niektórzy nazywali szóstym zmysłem, i była też pełna empatii dla otaczającego świata. – Więc to ty go układałeś? No no – mało znała mężczyzn, który zawracaliby sobie głowę takimi rzeczami jak nazwa kwiatów oraz układanie bukietu, kiedy szli do panny w gości. Większość zapłaciłaby, by ktoś inny go dla nich złożył i nie wiedzieliby nawet, co się w nim znajduje, kolory też pewnie nazwaliby źle. – Myślę, że gdybyś trafił na odpowiedniego konia, dowolnej rasy, to byś to poczuł – nie brzmiał jakby się żalił. Po prostu czasami dla drugiej osoby oczywiste było to, co dla nas było niedostrzegalne. Guinevere oferowała mu tylko swój punkt widzenia. – Chociaż wyobrażam sobie, że trafienie na takiego i to jeszcze na prezent musi być diabelnie trudne – bo jak poczuć „to coś” w stosunku do prezentu? Żywego prezentu? Być może to była robota dla wróżbity, kto wie… – Widzisz? I od razu rumieńce wpełzają na policzki… – uśmiechnęła się pod nosem, zarzucając na sznurek poszewkę na kołdrę. – Wracaj tu!! – dobiegło z oddali, ze strony domu; okna były otwarte, ale by usłyszeć, trzeba było krzyczeć. I to właśnie krzyk dobiegł ich uszu – damski. Guinevere odwróciła się, nasłuchując, wyglądała przy tym równie skupiona co kot, brakowało tylko, by zastrzygła uszami, albo by wibrysy skierowała do przodu – tyle, że ich nie miała. Rzecz jasna chodziło o wrażenie. Po chwili dało się słyszeć dźwięk, jakby bitego szkła, wysypywania się na podłogę… monet? Talerzy? Szctućców? Coś w ten deseń i nagle w oknie pojawiła się pulchna, lecz stateczna kobieta. – Ginny! ŁAP GO! Nie zdążyła zapytać co ani kogo. Usłyszała tylko tuptanie, szeleszczenie, a potem zobaczyła jak coś wpada w rozwieszone białe prześcieradło. Rzuciła się w tamtą stronę. RE: [20.06.1972] Wielkie pranie - Laurent Prewett - 09.09.2023 Powiódł od razu spojrzeniem za jej gestem, kiedy wskazała las, jakby rzeczywiście się spodziewał, że zaraz zobaczy gromadę sów. Laurent kochał każde stworzenie. Potrafił w nocy wstawać, jak pszczoła wleciała mu do domu, żeby powieść ją zaklęciem do otworzonego okna. Określenie przy nim "muchy by nie skrzywdził" nabierało dosłownego wydźwięku. Przerażający dementorzy, bo przecież niby nie było kreatur gorszych od nich, wzbudzali w nim, uwaga, współczucie. Owszem, były tworami pozbawionymi odczuć, owszem, to były koszmarne twory czarnej magii. I tak, zdawał sobie sprawę z tego, że to odczucie było irracjonalne. A jednak nie potrafił myśleć, że to zapewne były kiedyś istoty całkiem normalne. Może ludzie? Duchy? Coś - raczej KTOŚ - skrzywdził ich na tyle, by stworzyć straszne monstra. Na szczęście dla nich - tutaj były tylko sowy. Których aktualnie widać nie było, ale to nic. Sów się w swoim życiu naoglądał. W czarodziejskim świecie było ich aż nadto. Tak i zaraz odszukał spojrzeniem jej jasne oczy, które w tym blasku angielskiego słońca i psotliwością wpadały niemal w piwny odcień. Odpowiedział jej uśmiechem na tego bajeranta - łagodnym, ale nie było w nim wstydliwości. Bo nie było czego się wstydzić. Laurent sam nie bardzo wiedział, jak to się działo, że potrafił tak gładko mówić to, co druga strona chciałaby usłyszeć. Znał swój własny proces do tego prowadzący, który składał się z obserwacji, dużej ilości strzałów (takiej, by nazbierać przynajmniej pięć... albo sześć punktów), drobiny szczęścia i dużej ilości analizy drugiego człowieka. Choć jak każdy człowiek miał pewne swoje maniery i pewne ulubione motywy obrazów, jakie malował swoim słowem. Sęk w tym, że każdy był unikalny. Niepowtarzalny. Układanie sobie zawczasu gotowców brzmiało jak... coś taniego. Coś, co możesz rzucić do dziwki, żeby było milej, która i tak cię nie szanuje - jesteś tylko jej klientem. Ale do takiej Guinevery? Nie. - Podoba mi się ta wymiana korony na pranie. Faktycznie - przynajmniej przyjemnie pachnie. - I dawała to przyjemne odczucie, że jesteś w domu. Zadziwiająco nawet przyjemne, w całej trywialności tego zajęcia, jakim było wieszanie tych poszewek, żeby można było je przechowywać nawet przez jesień i zimę do następnego lata. - Bardzo się cieszę. Ponieważ również jest moją ulubioną. - Laurent uwielbiał róże, ale ich przewijanie się wszędzie i w każdej kwiaciarni sprawiała, że kiedy sam obdarowywał kogoś bukietem starał się, by przyciągnął on trochę więcej uwagi. Żeby intencja tego bukietu przewyższała jego znaczenie ponad symbolikę, która w układaniu kwiatów była przecież ważna. Owszem, była - ale on jej nie znał. Może pojedynczych kwiatów, jak właśnie róże. Tak jak teraz chciał pokazać kobiecie po prostu kawałek Anglii w tych paru kwiatach. - Żaden ze mnie specjalista, ale widzę, że wykonałem swoją pracę rzetelnie. - Nawiązując do tego, że wyglądała, jakby naprawdę jej się bardzo podobał. Odczytywanie Guinevere było pozornie proste, ale przez jej psotliwą naturę łatwo było się pogubić w wysyłanych przez nią sygnałach. Dlatego lepiej było troszkę uważać, gdzie się chodziło, jeśli zagłębienie się na jej plac zabaw nie było czymś, czego poszukiwałeś. Laurent był na to jednak w pełni przygotowany i sam przyniósł kilka klocków, żeby się do zabawy dorzucić. Nie przeszkadzało mu pozwolenie na wciągnięcie się w tego niemalże młodzieńczego ducha - aż łatwo było zapomnieć, że kobieta jest od niego starsza. Cóż... Laurent miał słabość do starszych kobiet. I chciał odpowiedzieć, chciał pociągnąć słodką sugestię rumieńców, albo i nawet przyznać, że to w pewien sposób przyjemne - nie chodzi o samą czynność, a właśnie o prozę codzienności, którą można było napisać z kimś, kogo nie widziałeś od miesięcy. I to spotkanie wydawało się tak samo naturalne jak powiew wiatru wśród liści drzewa zamieszkiwanego przez sowy. Chciał - nie zrobił tego. Obejrzał się z zaskoczeniem na obcy głos... i potem odsunął odruchowo, wpadł na koszyk, ale złapał równowagę, z przestrachem zresztą się pochylił, żeby się upewnić, że nie nie wypadło..! A Ginny już zanurkowała w prześcieradło za..! Za kim? Za czym? - Och, rany... - Wydobył z siebie zanim dobrze nawet pomyślał, co w ogóle mówi. Kompletnie nie wiedział, co się dzieje. - Niech ja go tylko dorwę, niewdzięczne zwierzę! - Krzyczała Pani McGonagall, wybierając samej z domu, ale do słupków ze sznurkami od prania to jej było jeszcze daleko. Zwierzę? Oczy Laurenta przez moment były prawie jak ping-pong - od babki aż do Victorii i z powrotem. - Jakie zwierzę? - No właśnie - jakie zwierzę? Bo może agresywne? Laurent zrobił kolejnych parę kroków, żeby się cofnąć, nie wiedząc za bardzo, o co chodzi. RE: [20.06.1972] Wielkie pranie - Guinevere McGonagall - 09.09.2023 Z tym swoim myśleniem dotarł zapewne do właściwego miejsca. W końcu można było powiedzieć, że świat był mały, bo daleko stąd, w gorącej Afryce, spotkał kogoś, kogo połowa rodziny zajmowała się… powiedzmy że czymś bardzo zbliżonym do tego, co robił on. Laurent miał swój rezerwat, a tutaj była ostoja dla zwierząt; mnóstwo nieokiełznanej natury w postaci lasu, łąk, rzeki… głęboko w lesie było też jezioro. Był tutaj spokój. Ktoś powiedziałby, że leniwie płynie czas… Lecz niedaleka przyszłość miała pokazać, że wcale nie tak leniwie. Rzecz w tym, że przez zrządzenie losu Laurent zawędrował tutaj… i istniała duża szansa, że to właśnie tutaj mógł spotkać pokrewne dusze, myślące podobnie do niego o zwierzętach, magicznych stworzeniach. Jasne, nie było się czego wstydzić. Bajerant i jego intencja zawisły gdzieś w powietrzu, nie wypowiedziane na głos. Może też dlatego Guinevere w odpowiedzi też tylko się uśmiechnęła – bo i ona nie uważała, że było się czego wstydzić. Tak jak on ją bajerował, ona go kokietowała, chociaż nie jakoś nachalnie. Nie zaprosiła go tutaj jednak, żeby się zabawić. Zwyczajnie po ludzku chciała odnowić kontakt, a co przyszłość przyniesie… Mogła sobie to odczytać w kartach. Ale tego nie zrobiła, chciała dać się zaskoczyć. – I można dotknąć – z tą koroną to był jeszcze jeden cykliczny żart, który być może ominął Laurenta. Guinevere nosiła imię po legendarnej królowej, żonie króla Artura. Zaś swoje drugie imię, Nefret, jako wariację po królowej Nefertari. Niektórzy z ekipy archeologicznej nazywali ją przez to „Królową” – znając historię i język arabski. Nie wymagała jednak, by Laurent również to kojarzył, ot, taka tam ciekawostka. Guinevere uważała, że jej rodziców trochę poniosło z tymi imionami, ale było jak było i prawdę mówiąc nawet je lubiła. Jedno z nich nawet stało za jej zainteresowaniami i było powodem, dla którego zdecydowała się na przeprowadzkę do Anglii. Ale o tym mogli sobie dopiero porozmawiać, a tymczasem… – Co ty opowiadasz. Wskaż mi drugiego faceta, który opowie mi o kwiatach i o bukiecie, który sam ułożył – no nie wskaże jej, albo zrobi to z trudem. Jak tu się nie cieszyć z takiego prezentu? Nieczęsto dostawała bukiety i to skomponowane własnoręcznie. Chyba łatwo można było zgadnąć, że Prewett zaplusował i to dość pokaźnie. I racja, trzeba było przy niej się pilnować i uważać, ale jej żarty i psoty nie miały na celu skrzywdzić drugą osobę. Można się było zdziwić, to jasne, ale uważała, że śmiech to zdrowie, trudno było się więc w jej towarzystwie nudzić. Lecz pomijając tę psotliwość – w zawodowych sprawach była całkowicie skrupulatna i poświęcała się temu w stu procentach. Niemalże dosłownie; kiedy coś ją zainteresowało, to potrafiła przepaść na kilka dni, a coś takiego jak cykl dnia i nocy zupełnie jej nie przeszkadzało. Wystarczyło zmienić sobie oczy na kocie, lepiej widziało się wtedy w ciemności i jakoś… Nie zauważało się upływającego czasu. I racja, łatwo było zapomnieć, że z ich dwójki to ona jest ta starsza. No była. Ale też bez przesady. Przekroczyła trzydziestkę, wyglądała jednak na kilka lat młodszą, a że widziała i doświadczyła więcej… Tak długo jak Laurentowi różnica wieku nie przeszkadzała, to było chyba wszystko w porządku. Bo i jej nie przeszkadzała. Gwałtownie odepchnęła wiszące prześcieradło, kiedy dała susa za „pociskiem”, który weń wpadł. Sznurek, na którym wisiała część pościeli zakołysał się mocno, a Ginny stanęła nagle i odwróciła się, łapiąc coś… a dokładniej powietrze. Nie zdążyła. – Szlag – mruknęła i rozejrzała się wokół, szukając śladu na trawie, takiego ruszającego się, zwiastującego, że uciekinier właśnie tam się porusza… I zrobiła duże oczy. – Laurent. Nie ruszaj się. Za tobą jest niuchacz – szepnęła, nie chcąc spłoszyć zwierzaka. Ale wtedy jej babcia wypadła z domu na okazałe kamienne schody, a malec, skoczył, zanurkował łapką do kieszeni Laurenta, najpewniej wyniuchał jakieś świecidełka i tam, po czym odbił się od mężczyzny i dał nura pod pranie. I w tym momencie Ginny też skoczyła – prawie że centralnie na materiał. Tylko nigdy w niego nie wleciała. W locie zmieniła się i z gracją miękko wylądowała na trawie, by na czterech, smukłych, kocich łapach pobiec za niuchaczem. – A niech to… Mały cholernik. Najmocniej pana przepraszam – pani McGonagall dotruchtała w końcu do miejsca rozwieszania prania i przelotnie spojrzała na Laurenta. Jeśli zauważyła bukiecik leżący na murku schodów, którymi właśnie zbiegła, to nic nie powiedziała. – Giiin! Złap tego małego złodzieja! – krzyknęła jeszcze i stęknęła, łapiąc się pod boki. RE: [20.06.1972] Wielkie pranie - Laurent Prewett - 09.09.2023 Brak nachalności był nie tylko mile widziany, ale wręcz pożądany. Laurent wcale nie przyszedł tutaj z intencją poderwania kobiety, żeby skończyć z nią ten dzień w łóżku. Przyszedł ciekaw, jak sobie radzi, co u niej słychać, czy się zaaklimatyzowała? Czy przydałby się jej pomoc w przedstawieniu paru osobom? Wątpił w to ostatnie - zdążył sobie wyrobić o niej zdanie osoby, która ma łatwość w nawiązywaniu znajomości. Taka, która podejdzie do ciebie przy stole i zapyta, czy nie widział ostatnio wiewiórki, która ukradła jej kasztana. Choć bardziej by tu pasował żołądź. Była taka lekka w całej swojej osobie, taka... jak to w ogóle określić? Przychodziła wraz z pierwszym promieniem poranka i potem już zostawała. Wkradła się do życia naturalnie i tak naturalnie jak dzień potrafiła z niego wyjść. Jeśli i druga osoba była wobec niej fair i nie musiała za nią gonić - z różnych powodów. Laurent bardzo dużo zakładał, dużo sobie dopowiadał i chciał to sprawdzić, przekonać się. Nie była to paląca ciekawość, ta, która zmusza do pogrążania się w niej i oddawania swojej uwagi, swoich gestów, swoich myśli. Płynęła tak łagodnie jak leniwy strumyk, który nie pędził jak szalony do morza. Szemrał miarowo. Nie zmieniał swojego pędu, nie zwalniał. Miarowo i spokojnie zmieniał swój świat i swoje koryto. Miał cały czas tego świata. Czasu jednak nie dała im ta tajemnicza istota, która wypadła z domu zaraz przed równie tajemniczą babcią. Nieuchacz? Odruchowo chciało się zapytać, ale pytanie padło tylko w jego głowie. Nie ruszył się - został, chociaż nie spodziewał się końcówki, że "TAM JEST NIUCHACZ". Obrócił się, ale tylko tułowie, nie robiąc żadnego kroku, bo to TAM to znaczy: gdzie? Jak to gdzie - w kieszeni. A gdzie mógł być niuchacz! Zamiast jednak nerwów, przekleństw i innych temu typu podobnych Laurent się tylko delikatnie uśmiechnął. Nie miał pojęcia, co ten mały bandyta wyciągnął z jego kieszeni, ale czy to była jego wina, że miał taką naturę? Do wszystkich stworzeń trzeba było mieć odpowiednie podejście, a do niuchaczy dodatkowo całe morze cierpliwości. Zwierzę więc wyrwało, co jego i dało nura dalej. Blondyn okręcił się tak, żeby teraz stać przodem do miejsca, gdzie pod pranie zanurkowało stworzenie, a na które teraz skoczyła kobieta... która zamieniła się w kota. Nie była to sztuka nieznana Laurentowi, ale nie miało to znaczenia. Piękno tego czaru było olśniewające. Za każdym razem tak samo fascynujące. Niuchacz wyrwał spod prania, żeby czasem kotka w niego nie wpadła i skoczył na pranie, zostawiając na nim odciski swoich drobnych łapek. Czego się chyba jednak nie spodziewał to tego, że wspinanie się po nim było co najmniej problematyczne... i prześcieradło spadło w dół, zagrzebując pod sobą niuchacza, który teraz jak obcy w brzuchu biegał pod samym prześcieradełkiem. Laurent przyłożył dłonie do ust, starając się powstrzymać śmiech, kiedy spoglądał na tę scenę. I może to nie było śmieszne, że stworzenie dokładało pracy, łapanie niuchacza zawsze potrafiło być wyczerpujące, kiedy ten akurat poczuł zew złota. Jak te smoki z mugolskich bajek. Laurent zrobił dwa kroki w tył i pościągał pierścionki ze swoich palców, żeby kucnąć z wyciągniętą z nimi dłonią, by położyć je przed sobą na ziemi. Niuchacza zatrzymał się pod prześcieradłem jak rażony prądem... i zaraz jego kierunek wojaczki stał się oczywisty. ZŁOTO. Wszystko, co się świeci! A to dało popisowy moment Guineverze do złapania go... choć Laurent nie wątpił, że ten jeszcze mógłby ich przechytrzyć. RE: [20.06.1972] Wielkie pranie - Guinevere McGonagall - 10.09.2023 Każdy potrzebował kontaktu z innymi ludźmi, porozmawiać, pośmiać się – tu nie chodziło wcale o fizyczność, a przynajmniej nie pannie McGonagall. Nie patrzyła na swoje znajomości tak jednotorowo i małostkowo, ludzie nie byli tylko kupą kości i mięsa stworzoną, by dać drugiemu człowiekowi przyjemność. Byli żywymi, czującymi osobami, każdy miał swoje emocje, uczucia… I to na nich się skupiała, a nie na tym, by poderwać, wykorzystać i wystawić za drzwi. Guinevere była na to zbyt empatyczna. I zbyt mocno obchodzili ją ludzie, by traktować ich jak zabawki. Nie byli nimi. A obchodzenie się z nimi w ten sposób, mogło ich bardzo skrzywdzić – nie chciała tego absolutnie. Tak czy siak – o tym jak sobie radziła i czy się zaaklimatyzowała, co u niej słychać, Laurent miał się przekonać, bo właśnie tym chciała się podzielić. Przedstawiać jej nikomu nie musiał, bo co by powiedział? „Aaa znam taką jedną… wróżbitkę” – już robi się obraz wariatki, którą przecież nie była. Była poważną archeolog i poważnym medykiem. Miała ukończone kursy, miała dyplomy i tak dalej… Akurat Gin bardzo precyzyjnie wskazała miejsce niuchacza: że stał za nim. Stał na trawie, a potem skoczył i zabrał coś z tej kieszonki Laurenta… Ale nie było to już w tym momencie istotne, bo niuchacz uciekał przed kotem. Pięknym kotem swoją drogą, który w swym umaszczeniu miał coś z koloru włosów Giuinevere – na samej linii grzbietu. Kocie wibrysy stały nastroszone, wyciągnięte do przodu, kiedy skoczyła za niuchaczem, a ten zrobił salto w powietrzu i zaczął się wdrapywać na pranie, które spadało… i go przykryło. Guinevere parsknęła – było to przedziwne, bo koty takich dźwięków z siebie przecież nie wydawały, a ona pod tą kocią formą, brzmiała całkowicie ludzko. Usiadła teraz dupą na prześcieradle, pod którym ruszał się niuchacz i zerkała na niego ubawiona, od czasu do czasu tylko pacając łapkami po materiale, ale nie tak, by zrobić zwierzakowi krzywdę. To nigdy nie o to chodziło i Ginevra nie miała mu wcale za złe, że poddał się swojej naturze, skądże. Chciała tylko łobuza złapać, odzyskać co ukradł i go wypuścić, może dając mu w zamian coś mniej cennego… Widziała, ze Laurent chyba też się dobrze bawi. I że ściągał błyskotki ze swoich palców, kucnął… Sama zaraz straciła zainteresowanie, bo wgapiała się w niuchacza pod prześcieradłem. Od razu wyczuł trop, kot nawet odsunął się odrobinkę, robiąc niuchaczowi miejsce i ten jaaak nie wyskoczył spod prześcieradła… Ginny tylko na to czekała! Odbiła się na tylnych łapach i skoczyła. Dotknęła przednimi, wyciągniętymi łapami zwierzątko i w tym momencie zaczęła się przemieniać z powrotem, przytulając malca do swojej piersi, by już jej nie uciekł. – Mam cię, łobuzie mały – powiedziała z tryumfem w głosie i uśmiechnęła się do wszystkich i do nikogo jednocześnie. – Och na brodę Merlina… – stęknęła pani McGonagall i podbiegła te kilka kroków, zupełnie ignorując zrzucone na trawę pranie. – Brylancik znowu mi zabrał pierścionki po babci. Gdzie ich nie schowam, to zawsze je znajdzie – Laurent mógł więc łatwo wywnioskować, że nie był to pierwszy raz. Nie był nawet drugi! A do tego niuchacz miał imię, całkiem pieszczotliwe. Guinevere podniosła tułów, by usiąść na trawie, i trzymając nadal zwierzątko, odwróciła go do góry nogami i połaskotała po brzuszku. – Noo, oddawaj, złodziejaszku mały. Zachciało ci się pierścionków praprababci, coo? Taki jesteś łakomy? Bo się świecą? Bo kamyczki ładne, tak? – mówiła, miziając niuchacza po kieszonce, w której chował wszystko co złupił. Zwierzak wyprostował łapki, a wszystko co upchał do tego swojego brzuszka, zaczęło się wysypywać wprost na spódnicę Ginny. A było tego niemało. Babcia tylko złapała się za policzki i kręciła głową, pewnie nawet nie zdawała sobie sprawy z połowy rzeczy, które łobuz złapał po drodze, nie tylko te cenne pierścionki, które musiały mieć już… No… Będzie, że co najmniej 100 lat jak nie więcej. |