Secrets of London
[05.07.1972] Czemu tam stoisz, Zoe? - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [05.07.1972] Czemu tam stoisz, Zoe? (/showthread.php?tid=1886)

Strony: 1 2


[05.07.1972] Czemu tam stoisz, Zoe? - Laurent Prewett - 14.09.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Laurent Prewett - osiągnięcie Pierwsze koty za płoty, Piszę, więc jestem, Guinevere McGonagall.

Zgodnie z zapowiedzią pojawił się porankiem pod adresem już znanym, tym razem jednak kwiatów ze sobą nie przyniósł. Głównie dlatego, że Laurent bardzo szanował granice między spotkaniami towarzyskimi a tymi prywatnymi. Można go wręcz oskarżyć o zbyt twarde trzymanie się tej rany, a co bardziej śmiali mogliby to nazwać kijem w dupie. Sam blondyn zaś robił to dla własnej wygody. Miał bardzo wiele niezwykle wątpliwie poprawnych znajomości w oczach społeczeństwa. Jak i pewnie byłyby też niepoprawne, gdyby powiedział o nich bliskich. Trzymanie z tymi ludźmi pewnych zasad postępowania pozwalało każdemu wygodnie żyć. I przynajmniej jasne było wszem i wobec co się działo, kiedy przekraczało się magiczną linię jednej z nich. Można mówić o upomnieniach, o wracaniu do poprzednich ramek i o tym, że każdy może popełnić gafę i poprawić się można. Można, oczywiście! Tylko trzeba jeszcze tego chcieć.

Niektóre "chcenia" pozostawiały zaś wiele do życzenia. Jak to związane z tajemniczą kobietą, na której posąg natknął się ledwo wczoraj. Był czuły i wrażliwy na sztukę, kochał ją podziwiać, spoglądać, sprawdzać, czy jego serce zostawało poruszone przez nią czy może jednak nie będzie miała żadnego wydźwięku i nie zrobi na nim wrażenia jakiegokolwiek. Ale... to? To wysuwało się z jakiegokolwiek pojęcia sztuki. Wręcz zadrżał, kiedy te puste, kamienne oczy na niego spoglądały z przerażeniem. To nie wyglądało nawet na rzeźbę, choć przecież artyści potrafili porobić cuda z nimi. Przez moment nie był pewien, czy chce do niej podchodzić, ale to zrobił i... pokusił się na dotknięcie jej różdżką. By całkowicie nieziemsko zaraz pacnąć na ziemię tyłkiem, kiedy rzeźba ożyła i chciała uciec. Przed czymś. Przed czym? Przed kim? W ten czy inny sposób było to absolutnie niepokojące i nie pozostawiało mu wątpliwości, że należało kogoś o tym powiadomić. Bo to nie wyglądało na zwykły głupi czar. Raczej na kogoś, kto padł ofiarą klątwy.

Zamierzał to załatwić dzisiaj. A skoro akurat zamierzał iść do wieszczki to chyba tym lepiej się składało? Fakt, zastanawiał się, o czym mógłby porozmawiać razem z Guinevere w ramach wieszczenia,  ale myślał raczej o zupełnych bzdurach. Jak najbliższy rejs rodziny Crouch, na który zamierzał się wybrać i czy w ogóle warto się wybierać, czy coś dobrego go tam spotka. Traktował to jako zabawę - i nie to, że nie wierzył w wieszczenie. Nie, wierzył doskonale. Po prostu nie chciał zadawać pytań, które mogłyby rzeczywiście zmienić jego myśli o przyszłości. Nie chciał przeżywać tego, że jedna ze ścieżek mogłaby doprowadzić do czegoś złego, na ten przykład. Innymi słowy... Laurent po prostu się bał tego, że może usłyszeć przestrogę przed czymś naprawdę fatalnym. I nie potrzebował tego w swoim życiu. Tymczasem pytania przyszły same - zwykłym przypadkiem.

- Dzień dobry. Dziękuję, że zgodziłaś się na spotkanie porankiem. - Nie wiedział, w jakich godzinach normalnie funkcjonowała, ale tak czy siak doceniał znalezienie dla niego idealnej wręcz daty jak i godziny. To, że był lekko strapiony widać było po jego minie, niepewny? Tak, po jego ciele. Nie próbował nawet tego ukrywać, bo nie było żadnego powodu ku temu. - Nieszczęśliwym przypadkiem się złożyło, że mam dla ciebie ciekawy temat do wróżenia. Choć niekoniecznie skupiający się na mojej osobie. Jeśli to w ogóle możliwe. - To jest - jeśli to możliwe z kart.

Jako grzeczny chłopiec Laurent spełnił wszystkie warunki stawienia się tutaj. Czyli nie był ani naćpany, ani pijany. W jego wypadku to było absolutnie szokujące. W końcu to był tak niepoprawny alkoholik, że cała rodzina się tym zamartwiała.




RE: [05.07.1972] Czemu tam stoisz, Zoe? - Guinevere McGonagall - 14.09.2023

Mogła sprawiać wrażenie kobiety, która podrapie za jedno nieodpowiednie, wymierzone w nią słowo; która ostro zareaguje na wieści, które jej się nie spodobają. Które będą burzyć jej poukładany świat, będą stały w opozycji do jej zasad i prawd, jakie przyjmowała za jedyne i poprawne. Ale to było bardzo złudne wrażenie. Jej świat był poukładany tylko w tym kawałku, który był jej pracą, gdzie ważna była precyzja i skrupulatność, bo poza nim – bym czystym chaosem, nieporządkiem, który zupełnie jej nie wadził. Akceptowała bardzo wiele rzeczy, starając się ludzi nie oceniać, bo ich drogi i wybory usiane były różnymi wybojami, które popychały ich i zmuszały do tego, by czasami skręcić. A taki skręt niekoniecznie prowadził do ślepej uliczki… mógł wieść przez wydeptany gościniec, który wchodził w las… a następnie w moczary, wabiąc w gęsta mgłę, wprost na manowce na ogniki, które pragną tylko tego, by się pożywić głupim człowieczkiem. To co kusiło, co najpiękniejsze, najwcześniej było też najbardziej zepsute – wabiło nieostrożnych wędrowców. Takich pogubionych ludzi było na świecie bardzo wielu… a Guinevere, gdyby tylko jej pozwolić, chciałaby im pomóc odnaleźć właściwą ścieżkę. Mogła sprawiać wrażenie niedelikatnej, takiej, która tylko łaknie atencji – bo tak też mu powiedziała, że lubi błyszczeć… Tylko, że to była jednocześnie prawda i nieprawda. Lubiła błyszczeć wtedy, kiedy był na to czas i miejsce. Ale wtedy, gdy nie był – wolała oddać pola do błyszczenia drugiej osobie, tej, która w danej chwili bardziej tego potrzebowała. Ginny zupełnie nie miała z tym problemu, by ustąpić pola. Nic co robiła, nie robiła dla nagrody, dla poklasku. Dobrze, pracowała nie dla idei, a dla pieniędzy i dlatego, że ją to interesowało. Ale w relacjach międzyludzkich największą nagrodą dla niej było to, że druga osoba czuje się dobrze. Nie manipulowała słowem i gestem, by się przypodobać, być podziwianą i tak dalej. To robiła dla zabawy i kiedy wiedziała, że może sobie na to pozwolić. W innych wypadkach gładko przechodziła do tego by to drugiej osobie poświęcić uwagę.

– Dzień dobry – przywitała go, gdy pojawił się w drzwiach rezydencji. To nie był nie wiem jak bogaty i strojny dom – był za to przestronny, wybudowany na coś w literę U, by pomiędzy nóżkami litery znajdował się bardzo kwietny ogród, którym o dziwo nie zajmowała się na co dzień Halsey, a Malcolm McGonagall. Dom był urządzony raczej w nieco starym stylu, ale był bardzo zadbany. Mnóstwo obrazów, pięknych mebli… – Żaden problem – uśmiechnęła się do niego, wpuszczając Prewetta do środka. Dzisiaj była w zwiewnej, lekkiej sukience w kwiaty, uszytej z delikatnego szyfonu; kobalt i czerwień pięknie podkreślały jej opaloną skórę i urodę. Widziała, że Laurent na pewien sposób jest… Spięty. – Coś się stało? Mam nadzieję, że nie stresujesz się tak z mojego powodu? – zagaiła, prowadząc go na szerokie, dość wystawne schody, by stamtąd dostać się do przestronnego pokoju, bardzo prostego w swoim wystroju. Okrągły stolik z ciemną tkaniną, dwa wyściełane krzesła, półki, a na nich stały różne kamienie, książki, ale też inne przyrządy używane przy wróżeniu, jak wspomniana w liście kula. Była tutaj porcelanowa zastawa. To nie był pokój, w którym Guinevere mieszkała na co dzień – tu nie było żadnego łóżka, ani tych dupereli, o których opowiadała mu, że je zbiera – nie było tutaj niczego zbędnego. Ba, nie było nawet firan – za to czarne zasłony, które gdyby ich użyć, spowodowałyby w pokoju całkowity mrok. – Nieszczęśliwym? Co się stało? – nieco się strapiła, bo kiedy zaczyna się zdanie od „nieszczęśliwy”, no to ktoś taki jak Guinevere, z którego wylewała się empatia do świata, zaczynał się martwić. – Obawiam się, że ponownie mylisz mnie z jasnowidzem. Widzący potrafią przepowiedzieć coś, co nie dotyczy osoby, która znajduje się obok nich, mogą wywieszczyć coś, co dotyczy nawet całego świata. Ale wróżba dotyczy konkretnej osoby i wymaga, by brała udziału we wróżeniu. Inaczej magia nie ma szans zadziałać. Więc… nie jest to możliwe – uśmiechnęła się nieco smutno.




RE: [05.07.1972] Czemu tam stoisz, Zoe? - Laurent Prewett - 14.09.2023

Gdyby Laurent sam tego nie robił miałby o tych aktach o wiele bardziej łagodne mniemanie. Bo to nie tak, że widział Guinevere w ciemnej barwie, w krzywym zwierciadle. Nie. Jej naturalność, dryg, siła charakteru i to, jak szybko pracował jej umysł robiło ogromne wrażenie. Lecz on to robił. A skoro on to robił to były wszystkie wskazania ku temu, żeby być wobec tego krytycznie nastawionym. Nie potrzebował więcej, to tyle. Już. Najlepszym krytykiem dla siebie samego jesteś ty. Inni mogą ci tylko podokładać cegiełek, chcianych czy nie, ale to, jak przebywałeś we własnej głowie z sobą samym najlepiej mówiło o tolerancji i marginesach błędu, jakie sobie stawiałeś. Nawet jeśli to nie - nie uważał to za coś złego. Tą lekką manipulację słowem czy gestem, żeby osiągnąć upragniony wynik u drugiej osoby.

Przyzwyczajenie do luksusu i zamku Prewettów dało mu pełne prawo do umiłowania starych zabudowań - takich jak to. Jak zostało też wspomniane bardzo lubił sztukę, więc po wkroczeniu do domu z niemałą przyjemnością przesunął oczami po rzeźbionych meblach, a w końcu również po obrazach, które zdobiły tutaj ściany. Były ważnym życiem czarodziejskiego świata - te obrazy. Potrafiły utrwalić wręcz ducha osoby, która zmarła i, cóż, komunikować się z nią zupełnie, jakby dalej była z nami. Sekret tej sztuki był dla Laurenta niepoznany - nie uważał, żeby miał talent do jakiejkolwiek z tych dziedzin, nawet pomimo tego, że niektórzy mówili, że wypowiada się jak poeta, albo pytali, czy nim jest. Nie wypowiadał się też tak na co dzień, jedynie w niektórych przypadkach, kiedy czuł się naprawdę swobodnie i miał to poczucie, że to otworzenie siebie i pokazanie tej wrażliwości zostanie docenione, a nie odesłane gestem ręki czy okraszone głupią miną. Tak, Laurent w końcu też lubił świecić. Kochał świecić. Tylko to zupełnie nie figurowało dobrze w parze z jego pragnieniem, żeby żyć w spokoju.

- Nie, oczywiście, że nie. - Pośpieszył z zaprzeczeniem, żeby czasem Ginny nie wzięła sobie tego do głowy i brońcie bogowie gdzieś jej to nie zakuło. Że też w ogóle jej to przyszło do głowy. - Spotkałem bardzo nietypową rzeźbę wczorajszego wieczoru. Rzeźbę kobiety, która po odczarowaniu zaczynała z przerażeniem biec, jakby próbowała przed czymś uciec po czym znów zamieniała się w kamień. Nie leży to w mojej kompetencji, żeby czymś takim się zajmować, dlatego zgłoszę to dzisiaj dalej... Mówienie o tym ewenemencie rzeźba to z mojej strony lekkie niesprecyzowanie. Bardziej niż rzeźba była to po prostu kobieta zaklęta w rzeźbę. - Sprecyzował cały ewenement tego powodu, z jakiego był trochę poddenerwowany, czy raczej po prostu zaniepokojony. Jako że rzeźba stała niedaleko Londynu to tak na dobrą sprawę gdyby nie jego zainteresowanie potencjalnymi zmianami okolicznej fauny i flory w reakcji na Beltane pewnie by nawet nie wpadło mu do głowy, żeby się tam krzątać. Więc na rzeźbę, koniec końców, trafił całkowitym przypadkiem. Ciekaw był, ile osób próbowało tak odczarować nieszczęsną kobietę. No i... przed czym ona uciekała? Miał deja vu. O to samo pytał siebie samego, kiedy patrzył w cichy i ciemny las, gdy wyszukiwał wzrokiem widma.

Z uwagi na sprzyjającą pogodę Laurent nawet nie ubrał na siebie żadnej szaty czarodziejskiej czy marynarki, żeby się teraz rozbierać. Poszedł prosto za kobietą do jej pokoju, który wyglądał tak, jak sobie każde dziecko mogło wyobrazić pokój wróżbity po nauce w Hogwarcie. A i tak wszystko tutaj było ciekawe, intrygujące. Nie rozglądał się jednak w ten bezczelny sposób po otoczeniu, badając każdy najmniejszy szczegół. Jedynie powiódł wzrokiem po stojących tu książkach, meblach i ozdobach oraz sprzęcie, który wszem i wobec krzyczał: użyj mnie do wróżby.

- Tak jak pisałem moje rozeznanie w tej sztuce jest niestety żadne. - Chyba nie istniał czarodziej na tym świecie, który wiedział wszystko o wszystkim. A nawet jeśli istniał to nie był to Laurent. - Mogę? - Zapytał, wskazując na miejsce, by zaraz je zająć. - Zapewne nie jestem pierwszym nieobeznanym klientem więc liczę na to, że mnie poprowadzisz. - Wziął trochę głębszy oddech, próbując się uspokoić i uśmiechnął do Ginny.




RE: [05.07.1972] Czemu tam stoisz, Zoe? - Guinevere McGonagall - 14.09.2023

Cóż, nie znali się. Pod pewnymi względami mogli się wydawać do siebie bardzo podobni, pod pewnymi rzeczywiście tacy byli, a pod jeszcze innymi – zupełnie nie. Laurent miał w sobie węża o tych kolorowych łuskach, a Guinevere? Guinevere nie. Nie była żadnym wężem. Była psotliwą, ale całkiem milutką, puchatą i mruczącą kicią., która z chęcią rozłożyłaby się na czyichś kolanach.

To nie był dom opływający w luksusy, ale nie należał też do rodziny biednej. McGonagallowie całkiem nieźle sobie radzili finansowo. Jasne, to nie były kopce złotych galeonów, jednak było widać, że wnętrze urządzone jest ze smakiem i było też bardzo zadbane. Pachniało świeżością, nie kurzem. Było też gustownie ułożone, a nie jak to czasami potrafiło być w domu czarodziejów: pstrokato, wszystko na wszystkim i bez gustu. Tutaj było ze smakiem. Obrazy – te magiczne, ruchome, ale też jakieś pejzaże, różne figurki, rzeźby, dywany i inne ozdóbki. Duże okna, w wysokich pomieszczeniach wpuszczały sporo światła. Królowało tutaj drewno.

– Twoje ciało mówi co innego – odparła spokojnie. Nie była tym urażona. Z jakiegoś powodu ludzie dzielili się na trzy grupy: tych, co ani za knuta nie wierzyli we wróżby, tych, którzy się ich bali i tych, którzy byli nimi całkowicie oczarowani i je szanowali. Guinevere, naturalnie, żyjąc w ich otoczeniu całe życie, podchodziła doń jak do czegoś absolutnie normalnego, części jej życia i z pokorą przyjmowała to, co odczytywała z losu, starając się wyciągnąć z tego lekcje dla samej siebie. – Spokojnie, Laurent – jej kroki były spokojne, niespecjalnie długie, bo nigdzie się nie spieszyła. Słuchała za to historii o rzeźby kobiety, albo o kobicie zamienionej w rzeźbę… – O? Ciekawe. Nigdy się na coś podobnego nie natknęłam – ale ją zainteresował. Laurent… Trafiał ze swoimi opowieściami na jej zainteresowanie, ale McGonagall nie miała okazji mu powiedzieć, że jest też artystką – to całkowicie było jej hobby, chociaż talent do rysowania i malowania również przydawał się przy wykopaliskach. Ale była dobra w robótkach manualnych, zdarzało jej się też odlewać jakąś figurkę i rzeźbić. Kilka z tych, które były w tym domu, były jej pamiątkami i prezentami dla dziadków. – Z ciekawości… gdzie to było? Chętnie bym to zobaczyła – jak mogłaby nie… Była medykiem i osobą, która chciała pomagać innym, a jeśli to rzeczywiście była osoba zamieniona w kamień… powinna przecież chociaż spróbować pomóc.

Odwróciła się w końcu do Laurenta, kiedy weszli do pokoju i zamknęła za nim drzwi. Uśmiechnęła się delikatnie, kiedy przypomniał, ze jego rozeznanie w tej szlachetnej sztuce, którą mogole najbardziej kojarzyli z magią, było praktycznie żadne. W sumie to nie wiedziała, czy uczył się w szkole wróżbiarstwa. Ona – tak. Ale uczyła się go też w domu niemalże równocześnie z tym, by na chleb mówić „chleb” i „khubz”*.

– Oczywiście, siadaj – te krzesła nie były tutaj jako wystawa i eksponat muzealny. – Nie, nie jesteś – zaśmiała się i miło zmrużyła oczy. – Spokojnie, przeprowadzę cię przez wszystko. Masz ochotę na herbatę? Albo kawę? – zaproponowała, ale tak czy siak postawiła na środku stolika dzbanek z wodą i sięgnęła po swoją różdżkę, by w chwilę zagrzać wodę. Przed nich podleciały też dwie filiżanki na spodeczkach. Guinevere nie zdecydowała jeszcze, czy powróży mu z fusów, ale nawet jeśli nie – chciała, by się rozluźnił przy napoju. Usiadła naprzeciwko niego. – Masz jakieś konkretne pytanie, czy jednak niezupełnie? Jeśli nie masz, to tak jak pisałam, to nic złego, poradzimy sobie bez tego – spokojnie ułożyła dłonie na stoliku, jedna na drugiej i patrzyła na Laurenta. – Mam nadzieję, że miło spędziłeś czas od ostatniego razu kiedy się widzieliśmy – czy te zagajenia do rozmowy miały czemukolwiek służyć? Właściwie to tak. Chciała, żeby się uspokoił, żeby skupił na sobie – bo na tym polegało wróżenie: na zerknięcie w głąb siebie, a magia wtedy potrafiła ukierunkować drugą osobę (albo samego siebie) na znaki niedostrzegalne gołym okiem.


* j. arabski - chleb




RE: [05.07.1972] Czemu tam stoisz, Zoe? - Laurent Prewett - 14.09.2023

- Moje ciało mówi, że jestem spięty. Nie o tym, że jestem zestresowany z twojego powodu. - Nie wątpił w to, że kobieta potrafiła dobrze rozczytywać znaki i ewidentnie kierowała bardzo dużo swojej uwagi na innych wokół - to było wiadome od ich pierwszego spotkania. Ale tutaj naprawdę nie o to chodziło. I nie miało to zupełnie niczego wspólnego z samymi wróżbami. Ponieważ tak, Laurent zaliczał się do osób szanujących tę sztukę, co nie oznaczało, że zaraz po nią sięgał. To jest - przepowiadania przyszłości, ponieważ do niedawna nie znał nawet różnicy między wróżeniem a jasnowidzeniem. Gdyby się bał - nie przyszedłby tutaj, bo przecież mijałoby się to zupełnie z celem. Miał wystarczająco stresu w życiu, a w dodatku co rusz pojawiało się coś nowego, co wytrącało go z równowagi i niepokoiło. Teraz ta rzeźba. Czym w zasadzie była? Miał się nad tym nie zastanawiać tylko komuś to powierzyć. Najlepiej do Ministerstwa... - To z powodu tej rzeźby. Tylko i wyłącznie. - Był po prostu zbyt przewrażliwiony też ostatnimi czasy na wszelkie ekscesy wyrastające ponad normę i nawet trudno się dziwić. Nigdy nie był typem osoby, która w lśniącej zbroi wychodziłaby na pole walki. Przynajmniej tak o sobie myślał, bo jakoś ostatni czas weryfikował to troszkę inaczej. - Ja również nie. W lesie, pod Londynem. To jest - przy lesie. Jeśli pokazałabyś mi mapę mogę ci zaznaczyć na niej ten punkt... albo pokazać ci, jeśli tylko sobie życzysz. I tak udaje się do Londynu, to nie problem po drodze cię wysadzić. - A że przybył tutaj wozem zaprzęgniętym w abraksany to i nie było problemem ją zabrać ze sobą. Nie widział też przeszkód, by jej to pokazać, może kobieta będzie w stanie zobaczyć cokolwiek więcej. To naprawdę nie była jego dziedzina magii, jego kawałek chleba. Laurent w ogóle... nie był mistrzem magii. Najlepiej sobie chyba radził z taką, o którą by go nikt nie podejrzewał. - Mam nawet problem do którego Ministerstwa to zgłosić. - Brzmiało to troszkę niepoważnie: bo mam rzeźbę, która chce uciec. Oczywiście tak by tego nie ujął, ale suma sumarum brzmiało po prostu dziwnie.

- Bardzo chętnie się napiję kawy. Dziękuję. - Usiadł, założył nogę na nogę i splótł palce swoich dłoni na kolanie, przypatrując się teraz z ciekawością ruchom kobiety. Zazwyczaj to bardzo łatwo było powiedzieć "spokojnie". A teraz weź spokój osiągnij. Ha! Ale nie stało się nic takiego wstrząsającego na świeżo, żeby blondyn sam powoli nie odnajdywał balansu w tym pomieszczeniu i przy samej Ginny. Przede wszystkim - normować oddech. Tę sztuczkę zaczynał opanowywać do perfekcji. Słuchał swojego ciała i tego, co mu mówiło, starał się reagować odpowiednio na podsyłane bodźce, a nie je ignorować. Choć w niektórych momentach było to, niestety, konieczne. - Zastanawiałem się, czy ważne jest, aby sprecyzować pytanie, jakie zadam. - Bo to nie było dla niego wcale jasne i oczywiste. Odebrał wrażenie, jakby precyzyjność pytania mogła bardzo wiele ułatwić. Ale czy na pewno? W końcu skoro to jedna ze ścieżek to równie dobrze mogła pokazać coś najmniej interesującego. Stąd jego ciekawość w tym temacie. - Przyznam, że bardzo szybko zleciało, ale tak. Dziękuję. - Na tyle, na ile było to możliwe w tych szalonych czasach i pomijając upiorny statek, po którym miał paskudną bliznę na nadgarstku. Tylko nie było jej widać. Laurent ją maskował czarem, tak samo jak swoje siwe włosy. - Co do mojego pytania to przyznam, że chciałem zadać pytanie bardzo generyczne, choć bardzo istotne dla każdego człowieka. Zastanawiam się, czy będzie mi pisany związek z miłości. - I to miało bardzo dużo podtekstów niewypowiedzianych, bardzo wiele problemów, które nawet nie polegały na tym, że powinien się ożenić i spłodzić potomka dla rodu. Bo Laurent byłby gotów to zrobić a to, kim by ta kobieta była nie miałoby aż tak wielkiego znaczenia. To znaczy - miałoby, ale chodziło o pewną powinność. Z tym, że w ogóle nie sądził, żeby coś takiego miało miejsce. Miał pytania związane z rejsem, ale w całym klimacie znalezienia tego posągu jakoś... rozpłynęło się to. Choć poniekąd rejs to również poruszało. Poniekąd.




RE: [05.07.1972] Czemu tam stoisz, Zoe? - Guinevere McGonagall - 15.09.2023

Chciała, by pomimo tego, co może wyczytać z wróżby, miło spędził z nią czas. Miała jakieś niejasne wrażenie, choć nie wiedziała skąd, że Laurent tego potrzebuje: spędzić miło czas. Zrelaksować się. Nie zostać przytłoczonym przez bardzo złe informacje. Dlatego miała nadzieję, że los nie gotował dla niego niczego złego.

– No dobrze, niech będzie – odparła, nie chcąc już drążyć tego tematu dalej, bo nie miało to większego sensu. Skoro twierdził, że to nie z jej powodu, to nie miała powodu mu nie wierzyć. Natomiast jeśli było to wczoraj, to nie rozumiała dlaczego przychodząc tu do niej był z powodu rzeźby z wczoraj taki spięty. – Nie mam żadnej mapy – może to błąd, ale  no jakoś w żadną się nie zaopatrzyła. – Hyym… Do którego Departamentu… Nie wiem. Powiem ci jak ją zobaczę – bo może wcale nie do Ministerstwa, a do tego całego szpitala świętego jakiegoś tam?

Ginny okręciła się, by zaparzyć dla nich oboje kawę. Już po chwili jej zapach poniósł się po pomieszczeniu, sprawiając, że mimowolnie się uśmiechnęła. Uwielbiała kawę, jej zapach… Mogłaby się zakochać. Po chwili już wlewała napar do filiżanek, razem z fusami, i uniosła różdżkę, chcąc sprawić, by te opadły na dno i nie przeszkadzały w piciu. Guinevere piła swoją kawę gorzką, czarną, a Laurent? Zapytała go o to, w razie czego oferując cukier i śmietankę.

– To zależy od tego jak dokładną odpowiedź chcesz otrzymać – jeśli bardzo konkretną, to pytanie musiało być bardzo sprecyzowane. Jeśli mglista go zadowalała – ogólne. Jak na to, jak ludzie oceniali wróżbiarstwo, czyli za mgliste i nieprecyzyjne, dziedzina ta była wręcz diablo konkretna. Dawała w zamian dokładnie tyle, ile sama dostała. To była niemalże równowarta wymiana. – To dobrze, cieszę się – uśmiechnęła się do niego, czekając na to, czy ma coś więcej do powiedzenia. Nie miał Za to kontynuował temat wróżby. – Związek z miłości… To rzeczywiście bardzo generyczne pytanie. I bardzo ogólne – mówiące o człowieku wszystko i nic. Czy był mu pisany taki związek? Czy na stałe, czy na pięć minut? Z czyjej miłości? Z miłości jego do drugiej osoby, drugiej osoby do niego, czy wzajemnej? Czym dla niego samego była miłość? Czy szukał jej na najbliższy miesiąc, a może chodziło o całe życie jakie miał przed sobą? Ginevere przez moment przyglądała się Laurentowi, zastanawiając się jak dobrać do tego narzędzie, nie chcąc wyrządzić mu szkody. Wahadło odrzuciła niemal od razu. – No dobrze. Zaczniemy delikatnie, a później się zobaczy – mogłaby go dopytywać i ciągnąć za język, ale kiedy tak patrzyła na Laurenta, pozornie wyluzowanego z tą pozycją jaką przyjął, nogą na nodze, rękach na kolanie… to uznała, że generyczność pytania wskazuje na to, że Laurent niekoniecznie wie o co zapytać. Że… Jest niezdecydowany, w jakiś sposób zlękniony i delikatny. Bardzo nierozważne byłoby ciągnięcie za język wtedy, kiedy on wcale nie chciał się otworzyć. Może bał się nawet sam przed sobą… Guinevere wstała, jednym płynnym ruchem, bez słowa podchodząc do regału, by ściągnąć z niego piękną, kryształową kulę, stojącą na atłasowej poduszeczce. Ta wylądowała na środku stołu, a na niej kula. Sposób, w jaki Guinevere ją niosła dawał do myślenia, że kula nie była lekka. I była to prawda.

Kobieta sięgnęła po różdżkę, by machnięciem zasłonić okno. I następnie drugi raz, celując w świeczki stojące na świeczniku w rogu pokoju. Miało być ciemno. Światło miało jedynie odrobinę oświetlać pomieszczenie, cóż z tego, że było wcześnie rano, a dzień był jasny. Tu miało być ciemno. Kobieta na powrót zajęła swoje miejsce.

– Daj mi chwilę, muszę dostroić kulę – innymi słowy naładować ją energią psychiczną. Przyłożyła do niej ręce, ale nie dotknęła powierzchni. Mętne mleko w środku zaczęło się leniwie poruszać, kiedy Guinevere przymknęła oczy, a jej oddech stał się nagle głęboki. Zamarła niemalże jak rzeźba, którą Laurent widział wczorajszego dnia. Trwało to… minutę. Może dwie, po których otworzyła oczy, teraz nieco zamglone, i spojrzała na Laurenta.

– Możesz ty zadawać pytania, albo ja. Po pytaniu będę potrzebowała chwili, będę spoglądać w kulę i opowiem ci co widzę, interpretując to od razu. Jeśli w trakcie stwierdzisz, że chcesz o coś jeszcze zapytać, albo sprecyzować pytanie, to możesz to robić. Musisz pytać wyraźnie, ale dopiero kiedy ja skończę mówić – krótko mówiąc chodziło o to, by jej nie przerywał. – Muszę cię jednak ostrzec... Jeśli o czymś myślisz bardzo intensywnie, to może to wpłynąć na odpowiedź, nawet jeśli nie zadasz dokładnie wszystkiego na głos – myśli i intencje... To wszystko krążyło we wróżbach. Wolała go uświadomić wcześniej, że nawet jeśli zada ogólne pytanie, to jego intencje, jego chęci w danej chwili, które zaprzątają myśli, mogą... wypłynąć i kula je wyłowi. – Wszystko jasne? – jeśli nie, to to był moment na to, by rozwiać wątpliwości. – Zacznijmy więc. Czy Laurentowi pisany jest związek z miłości? – powiedziała cicho, jednak wyraźnie, patrząc przy tym w zasnute półmrokiem oczy selkie. Po kilku sekundach wpatrzyła się w kulę, choć dłonie miała teraz spokojnie położone na stole, nie dotykając poduszki, na której leżała kula. Chmury i mgła wewnątrz kryształu zawirowały, a sama kula była delikatnym źródłem światła. Kobieta przez moment milczała. – Widzę wannę. Przeżyjesz rozczarowanie, niekoniecznie wynikające z twoich własnych wyborów. W kontekście związku z miłości, może ulokujesz uczucia w osobie, która tego nie odwzajemni, bądź na odwrót, ktoś ulokuje uczucia w tobie, i wywoła to twoje rozczarowanie. Pytanie jest jednak zbyt ogólne, nie potrafię powiedzieć kiedy będzie to miało miejsce, w jakim przedziale czasowym. Po prostu spotka cię tego typu sytuacja. Nie przekreśla to rzecz jasna innego związku z miłości w twoim życiu.


[roll=Symbol]


RE: [05.07.1972] Czemu tam stoisz, Zoe? - Laurent Prewett - 15.09.2023

Nie znając całego obrazu sytuacji to musiało być kołujące. W końcu potencjalnie zupełnie nic się nie stało. Nawet jeśli to była osoba zaklęta w posąg to nadal nie była to rzecz do przejmowania się aż takiego. Pozornie - nie. Kiedy dodawało się zaś sumę wszystkiego i odkrywało, że Laurent odrobinę wczoraj spanikował, zaczynając myśleć, czy przez Knieję nie przetoczyło się kolejne tałatajstwo, kiedy mogło się zrozumieć, że od razu myślał o widmach z lasu - wtedy można było lepiej pojąć powód potencjalnego roztrzęsienia, czy raczej - zwyczajnego niepokoju wywołanego z powodu pojawienia się Zoe w jego życiu. Z jednej strony niekoniecznie ktoś miał oczywisty powód chodzić w tamte okolice, z drugiej nie brakowało osób, które chciały się przejść, zrelaksować. Nie wiem, pozbierać grzyby. Naprawdę liczył na to, że wróżby są w stanie ten temat jakkolwiek minimalnie chociaż rozwikłać. Odsłonić rąbka tajemnicy, jaka została stworzona. Nie był rozczarowany słysząc inną odpowiedź, ale i tak odrobinę szkoda. Czy było pytanie, które mogło zawierać tę kobietę, dziewczynę w zasadzie, a które mógłby tutaj zadać? Nie zamierzał teraz przechodzić przez wszystkie Departamenty Ministerstwa i zadawać pytań w stylu "czy pomogą jej tam?". Z wyjaśnień Guinevere właściwie mogłoby wynikać, że to byłaby całkiem skuteczna metoda. Tym nie mniej wróżba pokazywała tylko jedną z wielu dróg - czy nie tak? I nie potrafiła objąć pytań o inną osobę, dotyczyła ona ciebie. Ale brała pod uwagę elementy zmienne tego świata - czyli właśnie ludzi. Było to tak fascynujące jak i trudne do objęcia w czystej teorii. Na szczęście Laurent nigdy nie przykładał się mocno do surowych pojęć książkowych, jego umysł pływał dość gładko po meandrach poznania, starając się ująć świat w najbardziej przystępny dla niego samego sposób.

Lekko zdziwiło go to, że jej nie posiada, ale w sumie to nie każdy był takim wariatem, żeby pałętać się po Anglii w różne strony świata z powodu pracy i... pasji? Chyba tak, chyba pasji. Chociaż akurat kogoś związanego z archeologią by właśnie o to posądzał. O mapę, bo pasję, że ją miała, było całkowicie oczywiste.

- Naturalnie. W takim razie zapraszam na przejażdżkę po sesji. Miałaś okazję podróżować wozem z abraksanami? - Niektórzy za to płacili, żeby w ogóle móc się przejechać bryczką z tymi niesamowitymi zwierzętami, a jeszcze więcej za lot w przestworzach razem z nimi. Laurent to rozumiał. Sam chciałby móc zobaczyć te stworzenia w przestworzach gdyby nie miał z nimi do czynienia na co dzień. Od razu mu to przypomniało o ich rozmowie dotyczących chmur i nieba. - Wzlatując na abraksanie można znaleźć się bliżej błękitu a nawet wkraść się w jedną z chmur. - Sławna artystka z rodu Delacour ostatnio przyjechała specjalnie do New Forest, żeby uwiecznić tamtejsze konie. Dla Laurenta niezaprzeczalnie były czymś, co inspiruje. Ich gracja, majestat, duma i piękno - patrzył na nie od tylu lat a ciągle zachwycały go tak samo.

- Biorąc poprawkę na twoje tłumaczenia, że jest to zaledwie jedna z dróg możliwych w całym splocie Losu to staje się dla mnie jasne, że brak precyzji sprawia, że porada wróżby staje się bardzo ogólna. - I w zasadzie to można wręcz wtedy rzec, że "no przecież i tak by się stało" gdy pytasz we wróżbie o całe życie a potem coś się wydarzy - po latach. Albo nawet na drugi dzień. Tak, ośmielił się sobie w myślach powiedzieć, że już rozumiał, o co chodzi i jak to mniej więcej działało. Mniej więcej. Bo to było zrozumienie, przynajmniej tak mu się wydawało, na bardzo podstawowej płaszczyźnie całej zawiłości wróżenia. - Rozumiem, że z wróżeniem jest jak z lekarzem i obowiązuje etyka zawodowa? - Może to było oczywiste, ale dla niego nie? I nie pytał z kwestii złośliwości czy dlatego, że podejrzewałby kobietę o plotkanie. Ale rozdzielał to, że się znali od tego, że przyszedł tutaj do niej na wizytę, jakby nie patrzeć, zawodową. Przynajmniej dla niej zawodową. Owszem, wydawało się głupie, gdyby zakaz dzielenia się sekretami klientów nie istniał, ale nie znał tak dobrze prawa wzdłuż i wszerz, nigdy wcześniej nie był u osoby, która by wróżyła. To i wolał się upewnić.

Oglądanie tego procesu przygotowania wyglądało wspaniale. Po prostu wspaniale. Jeśli ktoś wątpił we wróżebnictwo to Laurent był teraz przekonany, że powinien spróbować chociaż raz w życiu, żeby docenić piękno tej sztuki. Nie wiedział, na ile jest to wszystko potrzebne, a na ile miało po prostu stworzyć pożądany efekt mistyfikacji. Podejrzewał, że oba. Skoro myśli nie mogły pływać swobodnie ponieważ każda myśl mogła wpłynąć na wróżbę... albo raczej każda intensywna, co skłaniało go ku myśleniu, że najlepiej się skupiać na konkretnej rzeczy. Czy też - osobie.

- Dobrze. W zasadzie to bardzo mi to odpowiada. - Przyznał bez skrępowania. Zgadza się, nie chciał wypowiadać wszystkiego na głos. Nie był gotów tego mówić przed nikim na głos, co dopiero przed Ginny. Nawet jeśli to było spotkanie poza sferą prywatną. Lekarzowi również nie byłby w stanie czegoś takiego powiedzieć. Spojrzał więc na kulę, kiedy Guinevere oświadczyła, że mogą zaczynać. Więc spoglądał. I słuchał. A odpowiedź, jaką usłyszał, była z kategorii: nie spodziewałem się niczego innego. Jego kąciki ust minimalnie uniosły się do góry. Znów mógł powiedzieć, że nie był zawiedziony i na takiego nie wyglądał. Właściwie słowa kobiety podłożyły mały kawałek gruntu do jego przekonań na temat tego tematu. Ciągle oczywiście miał w pamięci, że to nie była pewna przyszłość, tak jak tłumaczyła. - Czy ta sytuacja będzie miała miejsce na rejsie. - Właściwie to zapytał o to, ale po to, żeby się upewnić. Zabawne było to, że nawet mimo usłyszenia wróżby wcale nie miał być gotowy na małe zamieszanie, jakie to spotkanie wywoła. - Zmienię charakter pytania. Czy uda mi się porozmawiać z kobietą zaklętą w kamień? - Zastanawiał się, czy nie precyzować tego pytania o czas, ale w zasadzie nie miało to dla niego znaczenia ILE czasu to zajmie. Zastanawiał się tylko, czy w ogóle uda się jej pomóc. Czy ktokolwiek ją z tego wyciągnie. Oczywiście tutaj akurat jego myśli były mocno skupione na Zoe - wydawało mu się, że dopóki o to nie zapyta to chyba nawet ciężko mu będzie, hm... czerpać przyjemność z tego czasu? Odpowiedź nadeszła jednak szybko i była... w zasadzie przykra. Więc... zadał kolejne pytanie. - Czy morze mnie zabierze do końca tego roku?




RE: [05.07.1972] Czemu tam stoisz, Zoe? - Guinevere McGonagall - 15.09.2023

Nie wiedziała co Laurent robił po godzinach, co mu tak zabierało czas z doby, że musiał szukać pracownika, który by go odciążył. Nie wiedziała wielu rzeczy o Anglii, chociaż starała się nadążać, ale jeśli sama się w czymś zatraciła, to traciła poczucie czasu. I nagle był lipiec. Nie wiedziała więc dlaczego Laurenta tak poruszył ten posąg, w sensie tak mocno, by przeżywać do następnego dnia. A właściwie nie sam posąg a to, że mogło się to przydarzyć każdemu i że ma to coś wspólnego z Beltane. Tylko, że… To było w okolicach Londynu, a te najdziwniejsze rzeczy działy się w Dolinie Godryka, to kilka godzin stąd. Temat na razie jednak został odłożony.

– O proszę. Nie, nie miałam – uśmiechnęła się do Prewetta. Spoglądała na świat z góry na swoich własnych skrzydłach. Wzbijała się w przestworza siłą własnych mięśni, czuła wiatr pod lotkami, powietrze, gdy unosiło ją dalej i dalej, a ona mogła się odprężyć. Nauka latania była najtrudniejsza, tym bardziej, że nie była pisklakiem, które matka wyrzuca z gniazda. Ale kiedy już się nauczyła… to pokochała to całym sercem. I była wręcz pewna, że abraksany się do tego nie umywają, z całym szacunkiem. Ale były piękne. – Na miotle też można – odpowiedziała uprzejmie, chociaż niekoniecznie sama lubiła siadać na kawałku patyka. Niewygodne to było bardzo, a tym bardziej nie rozumiała jak mężczyznom może być wygodnie na tym siedzieć i grać w quidditcha. Czy to głupie drewno nie uciskało im… tego i owego? Ten sport powinien być całkowicie damski, nie dyskryminując nikogo, ale chodziło o wygodę, bądź jej brak.

– Oczywiście, pełna dyskrecja – zapewniła go. – Jeśli nie czujesz się swobodnie jedynie z moim słowem, to możemy to spisać na umowie – to wcale nie musiało być oczywiste, chociaż rzeczywiście dla Ginny wydawało się to jasne jak słońce, że o tym, co mu wywróży, co przy okazji tutaj padnie, nie rozmawia się z nikim innym. A poza tym… To komu miałaby to wypaplać? Prawie nikogo tutaj nie znała. – Właściwie to zrobiłeś niesamowicie trafne porównanie. Wróżbita może w niektórych wypadkach zastąpić magipsychiatrę albo magipsychologa. Służymy rozmowie, pomagamy spojrzeć w głąb siebie, rozwiać wątpliwości, przepracować słabości, a nawet lęki. Leczymy duszę, pozwalając się przygotować na różne rzeczy bądź je zrozumieć – zwłaszcza, jeśli wróżbita był tak empatyczny. Bo że byli spostrzegawczy było oczywiste – musieli być, mieli dodatkowy zmysł, którym spoglądali na to, co niedostrzegalne gołym okiem. – Zrozumieć siebie – dodała jeszcze i uśmiechnęła się do Laurenta zachęcająco. Nie było się czego bać. W jej obecności był całkowicie bezpieczny.

Prawdę mówiąc, o ile Guinevere lubiła robić wrażenie, to zupełnie nie bawiła się w żadne ozdobniki przy swojej pracy. Laurent nie trafił, bo to, co robiła – wszystko było tutaj potrzebne. Wróżenie z kuli należało przeprowadzić w ciemnym pomieszczeniu, z minimalną ilością światła, by jasność dnia nie zakłócała mlecznej mgły kamienia z jakiego wykonana była kula. Dostrojenie instrumentu również było niezbędne, bo nieużywany wytracał energię.

– Lepiej działa jeśli wypowiada się wszystko na głos. Nie ma wtedy zakłóceń w postaci zbłąkanych myśli – ale rozumiała, dlaczego się ucieszył. Był jeszcze jeden minus tego, że nie wypowiadało się pytań na głos: mimo wszystko odczytywanie znaków zależało od doświadczenia wróżbity. To on je odczytywał, on je interpretował. Bez odpowiedniego kontekstu można było zwyczajnie się przestrzelić, zrozumieć przekaz magii nie tak precyzyjnie, jak mógłby, znając szerszy kontekst. Dlatego tak ważne było otwarcie się na wróżbitę. Nie dlatego, by mógł wymyślić bajeczkę bo znał drugą osobę, a dlatego, że znając sytuację, mógł lepiej zrozumieć co właściwie mówią znaki, jakie dostrzega. Konieczne tutaj było pełne zaufanie… ale Guinevere rozumiała też, że znali się mało i Laurent po prostu nie czuł się na tyle swobodnie. Nie było w tym nic złego – tylko musiał liczyć się z brakiem precyzji.

Ginny nie patrzyła na Laurenta, kiedy zadawał swoje pytania. Wpatrywała się w kulę, niemalże nie mrugała, spojrzenie jasnobrązowych oczu, teraz prawie czarnych, przez to że źrenica zajmowała prawie całą tęczówkę, kierując wprost na kulę. Chmury, mleko, mgła… to wszystko kłębiło się tam powoli formując w kształty. Fale.

– Widzę fale. Tak, będzie to miało miejsce na morzu bądź oceanie. Na rejsie najwyraźniej, skoro o to pytasz – odparła spokojnie i wzięła kolejny głęboki oddech. Wróżenie było jak wejście w trans – nie taki do końca, ale magia robiła swoje. Później fale rozwiały się, mleko krążyło po kuli, by przybrać się w kolejny symbol. A raczej jego brak – obłoki opadły na dół kuli, co mógł zobaczyć nawet Laurent. – Nie, nie uda ci się – odparła tym samym… nieco mechanicznym głosem, nie tak jak zawsze kiedy prowadziła z kimś rozmowę. Mocne skupienie się na symbolach i odczytywaniu sprawiało, że reszta świata przestawała mieć znaczenie.

Czy morze mnie zabierze do końca tego roku? Pytanie zawisło w powietrzu, a chmury w kuli uniosły się, ponownie rozpraszając się po całej powierzchni kuli. Mięsień w kąciku ust Ginevry zadrgał, ale to była jej jedyna reakcja na tak… tak dziwne pytanie. Nie było to teraz miejsca na zastanawianie się nad treścią i powodem. Tym bardziej, że mgła znowu zbiła się w kształt, który mogła odczytać.

– Widzę gęś. Nie, morze cię nie zabierze do końca tego roku. Możesz za to spodziewać się gości, których nigdy nie oczekiwałeś.


[roll=Symbol]


RE: [05.07.1972] Czemu tam stoisz, Zoe? - Laurent Prewett - 15.09.2023

Och, nic nie mogło się równać lotu na własnych skrzydłach. Tak jak nic nie mogło równać się oddawaniu się Matce Wodzie i pozwolenie, by pieściła zmysły. To był inny poziom postrzegania świata. Zmieniało zmysły, ale nie tylko na tym czysto fizycznym poziomie. Instynkt się wyostrzał. Słyszałeś i czułeś sobą rzeczy, jakich człowiek wydawał się nie doświadczać. Niebo musiało kochać Guinevere. Tak jak woda kochała Laurenta. Choć znów - to były zupełnie inne poziomy miłości. Ale tak samo mieli to w swojej krwi. Na różne sposoby, całkowicie wyjątkowe, ale tylko oni, dzięki swojemu dziedzictwu, mogli osiągnąć te rzeczy, które dla przeciętnego czarodzieja były zupełnie niedostępne. Czy to był powód do dumy? Okazywało się, że w większości to powód do milczenia. Laurent nie robił wielkiego sekretu z tego, że jest selkie, bo to nie miało sensu. Widać było po nim, że coś jest nie tak. Mógł to ukrywać transmutacją, ale wcale nie chciał. Jego oczy były największym atutem - ludzie zawsze dostrzegali je jako pierwsze. Ukrywanie ich byłoby jak zbrodnia przeciwko samemu sobie. A jednak tak samo, jak powodem do dumy była zdolność posiadania dwóch form animaga to było to skrywane. Sekret Ginny o wiele bardziej, bo on był zupełnie nieoczywisty dla osób nieobeznanych z nazwiskiem, jakie nosiła.

- Nie ma takiej potrzeby. - Ufność na słowo? Laurent tego nie robił. Nie zrobiłby tego, gdyby chciał zadać naprawdę bardzo dyskretne pytania, ale nie zamierzał. To jest - nie zaufałby jej na słowo. Nie ufał ludziom. Oczywiście ufał bliskim, ale w końcu oni sobie bliscy nie byli, nawet jeśli trochę się znali. Na tyle bliscy, że nie potrzebował do takich rzeczy teraz babrać się z tuszem, piórem i pergaminem, może tak. Natomiast ciągle zbyt obca, żeby rzeczywiście pozwalać to wszystko rozłożyć na czynniki pierwsze. Jeśli chcesz zyskać czyjeś zaufanie również musisz coś od siebie dać, więc też był to ten kredyt pokładany w kobiecie. A komu powiedzieć mogła? Och, tego nie wiedział. Kogo znała, kogo nie, z kim pisała, z kim miała kontakt, kogo już poznała i czy te osoby mogły być niebezpieczne. Laurent wiedział, że jego reputacja nie zachwycała, chociaż starał się ją utrzymywać na najlepszym pułapie, na jaki było go stać. - Cóż, mówimy o osobie, której zadajesz potencjalnie bardzo osobiste i osobliwe pytania, a ta osoba spogląda w przyszłość odpowiadającą na te pytania. Jest logicznym, że odpowiedź często rodzi pytania następne, a kropla drąży skałę. Dlatego wolałem to uściślić. - Bezpośrednio może do magipsychologa by tego nie porównał sam z siebie, ale fakt, bardzo słusznie to Guinevere zauważyła. Laurent też się uspokoił. Pomyślałby kto, że zapach kawy może zdziałać takie cuda... ale to ich łączyło. Laurent pił dokładnie taką samą kawę jak ona - czarną. I jednym z zapachów, które kochał był właśnie ten zapach.

Uśmiech się odrobinkę poszerzył, kiedy padły takie odpowiedzi, chociaż było to ledwo drgnięcie. I to najwyraźniej nawet niezauważone przez kobietę, która była bardzo mocno skupiona na tym, co widzi w kuli. W zasadzie to musiało być całkiem wyczerpujące... wyglądało na takie. Za to już odpowiedź dotycząca morza była... nieoczekiwana. Może sprowadzająca wręcz jakiś zawód? Szkoda. Śmieszne, bo przecież to wydawało się wyborem, a nie kwestią poddania się Losowi. I tak naprawdę powinno brzmieć dobrze, wręcz świetnie! Niespodziewani goście i w ogóle... Goście. Goście z morza. Laurent mógłby się nad tym rozmarzyć. Czy każde dziecko, które było po części wyrwane od jednej rodziny czuło to ciągnięcie, żeby poznać drugą stronę płotu? Czy to zależało może jednak od wielu czynników? Tak czy siak na moment zapadła cisza z jego strony.

- Ciekawe. - Najbardziej ciekawe było to, że miałby być to niby gość, z powodu którego miałby się ucieszyć. A... jakoś... nie miał nawet pomysłu, kto mógłby to być. Za to znał wiele osób, które mogły stanąć w jego progu niespodziewanie i przy tym sprawić wiele bólu samym swoim pojawieniem się. - Równowaga rozczarowania z przyjemnym zaskoczeniem. Dobrze. A co w takim razie z osobą, której spotkać nie chcę, a która ma na mnie oko. Czy będę miał okazję spotkać się z nim jeszcze tego lata? - Tutaj myślał o jednej i to bardzo konkretnej osobie. Jego fatum, które pojawiło się znów w jego cieniu. Naprawdę nie sądził, że będzie zadawał takie pytania. Pozwalał nawet kawie stygnąć. To nic. Jej zapach ciągle był tak samo przyjemny i kojący.




RE: [05.07.1972] Czemu tam stoisz, Zoe? - Guinevere McGonagall - 15.09.2023

By dzielić się takimi rzeczami potrzeba było odrobinę czasu. Guinevere wpuściła Laurenta do swojego świata, ale póki co sama badała, na ile może mu zaufać, by dać nieco więcej z siebie. Głównie dlatego, że się znała nie od dzisiaj. I wiedziała, że miała cholerną słabość do tych, których do siebie dopuściła, że skoczyłaby za nimi w ogień, a nawet więcej – zasłoniłaby ich prze tym ogniem. Dlatego sama nie była nazbyt ufna, bo po prostu musiała uważać. Uważać, by nie skończyć w ogniu… albo bez ręki. Jak by wtedy latała? Ptak bez skrzydła był permanentnie uziemiony, a ona potrzebowała powietrza do życia. Tak jak Laurent potrzebował wody. Był to powód do milczenia, ale do dumy również. Bo Guinevere była dumna. I nie była to wielka tajemnica, ale tam, w Egipcie, gdzie zupełnie przychylnie patrzono na tych, którzy potrafili zmienić swoją formę, wydobyć swój pierwotny pierwiastek. Tutaj, w Anglii, królowały fałszywe uśmieszki i strojne sukienki dam z kijem w tyłku wsadzonym tak głęboko, że nie potrafiły się nawet schylić, dlatego wolała się nie obnosić ze swoimi talentami – nie wszystkimi w każdym razie.

Kiwnęła głową. Skoro nie było potrzeby to w porządku. W każdym razie nie zamierzała nigdzie i nikomu zdradzać tego, co tutaj dzisiaj padało i Nefret właściwie traktowała to dokładnie tak, jak konsultację medyczną – z tajemnicą lekarską i zasadą, by przede wszystkim nie szkodzić. Naprawdę traktowała to jak taki… lek dla duszy. Dla psyche. I dla psychiki również. Zaś reputacja Laurenta, jaka ona nie była, nie miała dla Ginny żadnego znaczenia. Interesowało ją to, jacy są ludzie, nie co o nich mówią. Że ktoś miał jakieś trupy w szafie…? A kto nie miał? To już było: że ludzi do różnych rzeczy, również tych okropnych i wstydliwych, popychały różne wybory, albo ich brak. Te ogniki ściągające ich na bagna, z których nie tak łatwo było się wyrwać.

– Wiem. To dobrze, że zapytałeś. Dla mnie to oczywistość, dla ciebie nie. Cokolwiek tutaj padnie, to są sprawy intymne i należą jedynie do ciebie – dodała jeszcze, by nie było absolutnie żadnej wątpliwości. – Jestem lekarzem w każdym tego słowa znaczeniu – lekarz ciała i lekarz duszy. Zapach kawy otulał, był ciężki i świeży jednocześnie. Wielu wróżbitów, albo osoby które ich udawały, paliły kadziła, mamiące zmysły, robiły przedstawienie. Guinevere uważała, że te ozdobniki są zbędne; że chodzi o jakość usługi i doświadczenie wróżbity, jego wrażliwość i spostrzegawczość, a nie firaneczki, obrusiki, dym, dzwoneczki i cekinki.

Odczucia, jakie wróżbitka czuła przy tej gęsi nie były negatywne… Może ze względu na pytanie, jakie padło – ono niosło w sobie smutek, tęsknotę, było negatywne. Morze go nie zabierze – to przecież dobrze. Nie skomentowała tego, że Laurent uznał to za ciekawe. Nie mogła się teraz rozpraszać, za to uniosła na niego spojrzenie, czekając, czy zapyta o coś jeszcze? Czy jednak będzie chciał kończyć? Bo to ostatnie pytanie brzmiało tak… ostatecznie. Jednak nie – bo blondyn pozwolił się odprężyć na tyle, by pytać o kolejne rzeczy. Jak z pytania o miłość przeszliśmy aż tutaj… Raczej nie było to planowane i McGonagall czuła to podświadomie.

– Osoba, której spotkać nie chcesz, a która ma na ciebie oko – powtórzyła za nim, na powrót wpatrując się taflę kuli. Chwilę trwało, nim dostrzegła w niej kolejny kształt. – Widzę lornetkę. Rzeczywiście jesteś obserwowany. Ma na ciebie oko, co doprowadzi do kłótni. Niekoniecznie z nim, ale jest to ze sobą związane, może sam fakt, że istnieje. Drugą opcją jest utrata przyjaciela… Na różne sposoby. Może być to związane z kłótnią, a może być bardziej ostateczne. Spróbuj zaufać i nie robić wszystkiego samemu. Odpowiadając jednak na pytanie, wszystko wskazuje, że tak, będziesz miał okazję.


[roll=Symbol]