Secrets of London
[14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat (/showthread.php?tid=2065)

Strony: 1 2


[14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat - Laurent Prewett - 15.10.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Olivia Quirke - osiągnięcie Piszę, więc jestem


To nie był łatwy czas. Mimo wiosny, która pokazywała swoje piękno z każdej strony, a stokrotki i róże w jeden rytm obracały swoje buzie ku słońcu, mimo ćwierkania ptaków i ciepła, jakie spływało na policzki - mimo tego wszystkiego ciemność zasnuwała błękit nieba i  biel sunących nań chmur. Czas Ciemności, jak to niektórzy nazywali, objął w posiadanie serca ludzkie. Uśmiechy się zmieniały, wypaczały, obarczone wylewanymi łzami. Świat płakał, człowiek płakał, płakały matki, synowie i narzeczeństwa za sobą wzajem. Przez trwogę, jaka zalała świat. Przez niesprawiedliwość i terror, jaki położył się nań swoją płachtą. Nawet w tym szaleństwie i trwodze istniały jednak takie punkty, w których to wszystkie mogło być naprawdę odległe. Drugi koniec świata - tu po prostu nic złego nie może się stać.

New Forest leżało na samym południu Anglii, nad kanałem La Manche. Zawsze było tutaj chłodniej niż w centrum kraju, a na pewno chłodniej niż w miastach takich jak Londyn. Przez morskie powietrze. Nieskończone widmo błękitu odbijającego światło dnia migotało dziś radośnie. Morze. To, nad którym rósł magiczny, dziki w większości las, rezerwat dla magicznych stworzeń i gdzie stał dom Laurenta Prewetta - mężczyzny, w którego tęczówkach był zaklęty fragment tego morza. Lazur i błękit dotykany promieniami słońca, który zdawał się wręcz falować poddając wątpliwość, czy czarodziej w ogóle mógł takie oczy posiadać. Słusznej wątpliwości - bo przecież płynęła w nim krew syreny i to właśnie oczy takowej spoglądały na ten świat. Zieleń, ta jasna, ta soczysta, dopiero wolno przechodząca w ciemniejsze odcienie, bujała się od podmuchów napełnionego jodem powietrza. Pogoda sprzyjała. Zachęcała do tego, żeby odetchnąć, zaczerpnąć powietrza, pozwolić płucom przeżyć ich drugą młodość. Z publicznej siecii fiuu było niewiele kroków do stajni abraksanów i kompleksu jasnych budynków nieco na włoską modłę, ale o wiele więcej do oddalonego domostwa zawieszonego już przy samej plaży, a raczej - kawałek nad nią, by wydmy skutecznie oddzielały morze od domu w chwilach, gdy Matka Woda przestawała być tak łagodna i powstawała z kolan, by ukazać światu bezmiar swego gniewu. Kilka bajecznych abraksanów o potężnych skrzydłach stało nieopodal stajni przy czarnoskórym mężczyźnie, który przesuwał szczotką po ich futrze mieniącym się barwami od śnieżnej bieli poprzez perłowe odcienie aż nawet do nieco ciemniejszego koloru kawy z mlekiem. Jeden z abraksanów bardziej przeszkadzał, niż chciał być czesany, łapiąc co chwilę zębami mężczyznę za słomiany kapelusz. Brukowany dziedziniec kompleksu budynków i stajni posiadał wystarczająco miejsca, żeby móc podjechać (lub podlecieć) tutaj nawet i większym wozem. Sam las, do którego budynki były niemal przytulone i kryły się w jego cieniu, przynosił w pierwszej chwili zapach sosen - sosnowy zagajnik poprzecinany był innymi roślinami, ale ten mocny zapach wyprzedzał je wszystkie.

Spokój.

Cisza i spokój osiadały na skórze, wygłuszając i pozwalając zapomnieć o całym zgiełku ulicy Pokątnej, zamieszaniu Alei Horyzontalnej i smrodzie Nokturnu.

Poranek sprawiał, że nie było tutaj jeszcze gości, a i tylko jedna osoba kręciła się w wielkim stajennym budynku - i tak wewnętrznie magicznie powiększonym. Abraksany były istotami o wiele większymi od zwykłych koni. Tak i o wiele większy od przeciętnego psa był jarczuk, który właśnie pędził po zielonej trawie i skakał do żółtego motyla uderzającego nierównomiernie w powietrzu swymi skrzydłami. Wielkie szczęki psa kłapały w powietrzu, ale nie po to, żeby motyla złapać - dla samej zabawy polowania. Zębiska zaciskały się więc w powietrzu i łapały jedno wielkie nic tylko po to, żeby znów wybić się z umięśnionych nóg i próbować go złapać w innym miejscu. Parę metrów za nim szedł spokojnym krokiem właściciel tego miejsca - Laurent. Odziany w biało-granatową koszulę niedopiętą do końca i granatowe spodnie, jasnych prawie jak platyna blond włosach, łagodnie uśmiechnięty, wyprostowany. Spoglądający na swoją pociechę z czułością, żeby zaraz od niej odbić spojrzeniem w kierunku sieci fiuu. Czekając na kogoś. Spodziewając się kogoś. Potrząsnął dłonią, żeby spojrzeć na zegarek na nadgarstku, żeby sprawdzić godzinę. I ledwo to zrobił, a usłyszał specyficzny szmer płomieni sprawiający, że podniósł swoją głowę. Przystanął i z uśmiechem czekał, aż kobieta podejdzie, by przywitać ją z pełną kurtuazją.

- Dzień dobry, Olivio. - Miał spokojny, ciepły głos - takie samo było jego spojrzenie na ognistowłosą piękność, która zawitała w jego włościach. - Bardzo się cieszę, że cię widzę. Mam nadzieję, że moja prośba nie wyrwała cię przedwcześnie ze snu?




RE: [14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat - Olivia Quirke - 15.10.2023

Olivia stała przed kominkiem w Londynie, wpatrując się z niezadowoleniem w płomienie. Jej wzrok kątem oka wychwytywał wiszący z boku gliniany dzbanuszek z proszkiem fiuu, który tylko czekał, żeby go wziąć i użyć. Jednak blada ręka Olivii ani myślała się ruszyć w jego kierunku. Ruda była zła na matkę, że akurat tę sprawę postanowiła powierzyć Olivii. To będzie chwila, nie martw się. Zamówienie jest gotowe, o tu, wszystko zabezpieczone. Mimo że dobrze wiedziała, że to nie zamówienie czy podróż poza Londyn napawała najmłodszą córkę Quirków niepokojem.

Płomienie zahuczały i rozbłysły szmaragdowym kolorem, gdy kolejna osoba przepchnęła się przed rudowłosą, jakby w ogóle jej nie zauważając. Ktoś mruknął "suwaj się", a kto inny "z drogi", gdy ją trącali z każdej ze stron. Popychali Olivię to w prawo, to w lewo, aż w końcu ruda stanęła przed kominkiem ze ściśniętym gardłem. Olivia głośno przełknęła ślinę. W ustach miała tak sucho, że aż bolało. Czemu nie mogła po prostu polecieć na miotle?
- No już! - wyciągnęła rękę, wyprzedzając tą kobiecą, z pierścieniami na palcach. Co za ludzie. Wszędzie się spieszą i wcale nie myślą o tym, że niektórzy naprawdę nie przepadają za tą formą podróży. Olivia zacisnęła dłoń na proszku, a drugą dłonią poprawiła torbę, w której znajdowały się zmniejszone pakunki. - New Forest, posiadłość Laurenta Prewetta.
Powiedziała wyraźnie, zanim płomienie otoczyły całą jej sylwetkę, by pochłonąć drobną postać i skręcić jej żołądek tak, że momentalnie zrobiło jej się niedobrze.

Z początku nie odpowiedziała na przywitanie. Gdy wyszła z kominka, niemal od razu zgięła się w pół i zasłoniła dłonią usta. Nie było to uczucie podobne do teleportacji - żołądek protestował, skręcał się i podskakiwał przez całą wieczność, którą dla Olivii była podróż fiuu. Nie pozwolił jednak zawartości wydobyć się na zewnątrz. Olivia przełknęła ślinę, nie bez bólu, i uniosła załzawione oczy na Laurenta. Powoli się wyprostowała, strzepując sadzę ze znoszonej kurtki, którą miała od lat. Po co pozbywać się czegoś, co było wygodne? Nawet jeśli nie było ładne. Zrobiła kilka kroków w przód.
- Na moje nieszczęście zdążyłam nawet zjeść śniadanie - odpowiedziała nieco skrzekliwym głosem. Odchrząknęła, zanim nie odezwała się po raz kolejny. Tym razem głos wrócił do normalności. Był niższy niż u większości kobiet. Olivia mówiła cicho, ale mocno i pewnie, w kontraście do jej zachowania przed kominkiem. Niedbałym ruchem poprawiła rozpuszczone włosy. Jakim cudem obracające się kominki ich nie wyrywały?

Quirke rozejrzała się. Nie musiała się przedstawiać Laurentowi, kojarzyła go ze szkoły. Możliwe że właśnie dlatego matka ją tu wysłała - bo się wygadała. Ostatni jej związek skończył się tak szybko, jak się zaczął, a pani Quirke bardzo chciała zostać babcią Quirke. Problem w tym, że starsza siostra była daleko poza ostrzałem jej gderania, więc to na Olivię spadło brzemię wysłuchiwania przytyków i niezbyt delikatnych sugestii o tykającym zegarze.
- Nic się nie zmieniłeś - zauważyła uprzejmie, obdarzając Laurenta lekkim uśmiechem. Oczywistym było, że mówi to z grzeczności, praktycznie nie mieli prawa się widzieć na korytarzach. Ale uprzejmość nigdy nie zaszkodziła. Jej wzrok niemal od razu powędrował do pupila mężczyzny. Na ten widok błękitne jak niebo oczy Olivii się rozszerzyły w niemym zachwycie. - A cóż to za przystojny kawaler?
Zaszczebiotała, kucając w sporej odległości od psa. Położyła dłonie na kolanach i przekrzywiła głowę, wpatrując się w przerośniętego według jej wiedzy psa.


RE: [14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat - Laurent Prewett - 16.10.2023

Cierpliwość? Cnota królów! Niech powstanie pierwszy o koronowanej głowie, w którego żyłach płynęła ta krew. Choć jeśli chodzi o czarodziei to pewnie wstałoby bardzo wielu. W tym jeden konkretny mężczyzna, który obwieścił się Lordem Voldemortem. Błękit tej krwi miał wynosić ponad codzienność, czynił cię lepszym, mądrzejszym, piękniejszym, a i jeszcze więcej by się znalazło przymiotników, którymi zasypywali dzieci czystej krwi. Wiara w bałamucące zagadnienia tego świata mogła doprowadzić nawet do tego, że ziemia jest płaska. Lecz przecież do takiego dziecka już żadna rodzina by się nie przyznała. A może..? Ludzie nie posiadali jednak ani błękitnej krwi, ani cierpliwości. Nie byli też królami. Choć cnoty już naprawdę mogliby wykupić stojąc w kolejce do samorozwoju - chociaż jedną czy dwie, jeśli cierpliwości im brakowało...

Laurent uniósł brwi, widząc zmaltretowaną Olivię - przez innych też, ale tego widać nie było. Ta rzecz osiadła co najwyżej na płachcie jej umysłu, żeby powstać odrobiną irytacji, a może znużenia? Czymkolwiek była ta emocja została przed oczami Laurenta całkowicie zakryta i niewidoczna przez najbardziej wspaniałą i przykrą zarazem dolegliwość, na jaką mogli natrafić czarodzieje - wrażliwy żołądek. A ten grymas na twarzy blondyna, to uniesienie brwi, bynajmniej nie było zdziwieniem - to była troska i zaniepokojenie. Podszedł szybszym krokiem w jej kierunku i wyciągnął dłoń, chcąc położyć ją na jej ramieniu, ale zrezygnował. Nie chciał stawać tuż przed nią, a raczej z jej boku, żeby nie miała zasłoniętej przestrzeni, żeby mogła oddychać, żeby mogła się uspokoić. Jego wzbronienie się przed tym kontaktem było podyktowane bardzo prostą myślą, że przecież nie znali się na tyle, żeby coś takiego robił. Dla jednych to był gest dodający otuchy, dla innych naruszenie przestrzeni osobistej i okropny dyskomfort. Jego zdaniem teleportacja siecią fiuu i tak była lepsza od przenosin świstoklikiem czy zwykła teleportacja. Od świstoklika chyba większość podróży była lepsza pod względem szarpaniny, jakiej można było się nabawić, szczególnie, kiedy zaklęcie akurat nie wyszło bardzo precyzyjnie.

- Przepraszam cię najmocniej, gdybym wiedział sam bym się pofatygował po zamówienie... - Ale nie wiedział, bo skąd miał wiedzieć? Wydawało się to doskonałą okazją do zapytania, co u ciebie słychać, jak się masz, czy w życiu się układa? Okazją z uwagi na samo spotkanie. Bo jeśli mówimy o okazji, w której kogoś zgina i jest bliski do ulotnienia z własnego żołądka dzisiejszego śniadania to już ta okazja była całkowicie kiepska. Uśmiechnął się mimo wszystko, mając nadzieję, że ta odrobina normalności przyniesie choć drobinę pokrzepienia. - Nie śpiesz się. Może napijesz się wody? - Albo czegokolwiek, czego by teraz potrzebowała. Oprócz magicznego eliksiru, który by na wieki wieków amen usunął jej przypadłość. - Czy to ta nieznośna przypadłość zaciśniętego żołądka po teleportacji? - Może jednak nie, może coś innego? Może coś rzeczywiście jej zaszkodziło po śniadaniu, bo to jej słowa też mogły sugerować. Ale ledwo zdążył zapytać, a kobieta obdarzyła go... czym? Stwierdzeniem, komplementem? Ot, słowem grzeczności? Roześmiał się cicho, serdecznie, bo przecież oczywistym było, że każdy się zmienił, prawda? Dorośli, dojrzeli, z dzieci zamienili się w dorosłych, każdy prowadził swoje życie, każdy nagle miał umówione spotkania, życie wpisane w kalendarz. W dodatku wszystko to musieli sami zorganizować, nikt im nie tworzył planu zajęć... chyba że mieli wyjątkowo zaborczych rodziców, którzy zapomnieli, że każdy ptak musi kiedyś wylecieć z gniazda, by poradzić sobie samodzielnie i odnaleźć własny dom.

- Uznam to za komplement. - Pozwolił sobie na komentarz. - Choć nie mógłbym tego samego powiedzieć o tobie, Olivio. Nie sądziłem, że tej wiosny zakwitnie w New Forest tak piękny kwiat. - Odpowiedział jej na ten uśmiech swoim ciepłym. Niebanalna uroda kobiety aż prosiła się o pochwalenie. Czy miała wielu adoratorów? Ta kurtka, która niby nie wyglądała zbyt ładnie, nie wpasowywała się w salony, po których się przechadzał, ale wydawała się integralną częścią niej samej - podkreślała charakter, który malowało słońce refleksami na jej marchwiowej czuprynie. - Poznaj proszę mojego przyjaciela - Dumę. - Mojego skrzydłowego, choć raczej niewiele kobiet reagowało pozytywnie na widok jarczuka. Nie bez powodu, w końcu uciekał od słodkich psidwaków czy małych kundelków, które zmieściłyby się do ich torebek. Gwizdnął na psa goniącym za motylem, a ten spojrzał czujnie w ich kierunku i podbiegł w ich stronę, zatrzymując się przy nodze Laurenta. Spoglądał bardzo czujnie i uważnie na kobietę, która kucając była mniejsza nawet od niego. Nastawione w szpic trójkątne uszy i uniesiony łeb nie sygnalizował agresji, ale już pełną uwagę tak. Ona patrzyła na psa, a Laurent z ciekawością patrzył na nią. Nie bała się. Była zaciekawiona, może wręcz zakochana w widoku zwierzęcia, co w zasadzie podziwiał. Nawet jeśli nie wiedział, czy zdawała sobie sprawę, co to było za magiczne stworzenie z pestką na czole nad oczami. Jarczuk podniósł łeb na swojego pana i dopiero po tym podszedł do kobiety, wyciągając do niej nos, żeby ją powąchać. - Nie zrobi ci krzywdy. - Obiecał Laurent.




RE: [14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat - Olivia Quirke - 16.10.2023

- Tak, pod tym kątem jestem wyjątkowa. Wolę miotły, ale fiuu nie jest takie złe, pod warunkiem że nie zjem śniadania - odpowiedziała lekko, niejako z ulgą. Nie zareagował negatywnie, nie wyglądał na zirytowanego - nawet podszedł i chyba się zaniepokoił. To była miła odmiana od reakcji innych, którzy raczej patrzyli na nią z dziwnym współczuciem, a może i pożałowaniem? Ich wzrok nie był spełnieniem marzeń dla nikogo. Pod płaszczykiem współczucia szydzili ze słabszych od siebie, nawet jeśli robili to nieświadomie. Klasyk. - Nie, nie, wszystko w porządku. Moja wina, powinnam była być mądrzejsza, prawda? Jednak nie pierwszy i nie ostatni raz, w końcu się nauczę. Ale wodą bym nie pogardziła, jeśli mogę prosić.
Powiedziała, znowu przełykając ślinę. Faktycznie zaschło jej w gardle, tym mocniej gdy Laurent odpowiedział na uprzejmą uwagę prawdziwym komplementem. Tym bardziej poczuła się głupio, że wyleciała z bądź co bądź banalnym tekstem. Nie lubiła small talków z prostego powodu: nigdy nie była w nich dobra, czego świadkiem właśnie był Prewett. Policzki Olivii przykrył rumieniec, który kolorem niemal dorównywał barwie jej włosów. Na jej szczęście kucała i łatwiej było ukryć rumieniec, jednak czy skutecznie? Pewnie nie, ale chociaż nie powinien aż tak się rzucać w oczy. A przynajmniej taką miała nadzieję, zwłaszcza że temat gładko zszedł na pupila Laurenta.

Olivia wstrzymała oddech, gdy wielkie psisko zostawiła motyla i podeszło jeszcze bliżej. Tak blisko, że gdy zrobiło kolejny krok w jej stronę, mogło trącić ją mokrym, zimnym nosem.
- Jest przepiękny - powiedziała, ostrożnie wyciągając dłoń w jego kierunku. Grzbietem do góry, powoli i nie na wysokości głowy: tak, żeby zwierzę nie uznało jej za zagrożenie. Ostatnie czego by teraz chciała, to pogryzienie. - Wierzę, wygląda na równie zafascynowanego co ja. Może czuje inne zwierzęta? Ojciec przynosi do domu różne zapachy.
Powiedziała, nie odrywając wzroku od zwierzęcia. Jej ojciec zajmował się magicznymi zwierzętami w Ministerstwie, jego ubrania były przesiąknięte przeróżną wonią, której ciężko było się pozbyć. Razem z perfumami Olivii i smrodem sadzy oraz proszku fiuu musiała pachnieć naprawdę intrygująco. Jak popsikana pachnidłem belka z kominka, o którą ocierały się różne istoty. Na samą myśl o tym porównaniu Quirke zachichotała. I pewnie czuł też fajki. Tego zapachu nie dało się odegnać żadnymi perfumami, wżerał się w skórę i osadzał na włosach tak mocno, że nie było na świecie szczotki, która by wywabiła w jedną kąpiel smrodu papierosów.
- Pewnie dużo je, co? - duże psy dużo jadły, a co dopiero takie bestie jak ta tu przed nią. Oczywistym dla niej było, że zwierzak przed nią nie był zwykłym psem. Tym bardziej była nim zaciekawiona, chociaż jednocześnie czuła respekt. Widziała zwykłe zwierzęta w akcji, wystarczyło 30 kilo psa żeby powalić ją na ziemię. Ten tu musiał ważyć co najmniej dwa razy tyle. W zasadzie był jak mały koń.


RE: [14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat - Laurent Prewett - 16.10.2023

Słabsi, słabsi i ci silniejsi. Los wśród ludzi był jak życie w dżungli - przetrwa najsilniejszy albo ten, który znalazł sobie odpowiednio silne stado. Nie było w końcu żadnej siły w Laurencie, a mimo to jakoś to życie biegło. I wcale nie było źle, wcale nie było ciężkie. Opieczętowane dozami miłymi chwil pozwalało na przystanięcie, odetchnięcie i ucieszenie się z czegoś nowego. Łatwo było łapać i szarpać kogoś mniejszego od siebie, jeszcze prościej kogoś, kto nie potrafił znaleźć na to odpowiedzi. Strach? Brak warunków? Zwyczajnie rzecz dzieje się za szybko, żeby odpowiednio zaskoczyć? Słabość ciała musiała nieść ze sobą silnego ducha, inaczej szklany tyłek przeradzał się w rozpływające się serce - nie z rozkoszy. Z bólu. Z żalu nad własnym jestestwem. Nie było niczego złego we współczuciu, jeśli tylko nie było ono mylone z pożałowaniem. Bo przecież czym innym była jego reakcja jeśli nie współodczuwaniem jej bólu, którym zostało potraktowane ciało? Czy to po teleportacji, złym śniadaniu, czy może stresie, jaki przyniosła tego ranka z pracy, ponieważ klient ją bardzo nieuprzejmie potraktował. Nikomu nie powinno się życzyć bólu - tak jak nikogo nie powinno się traktować z góry. Zapewne komuś takiemu jak on było o tym łatwiej powiedzieć - tak całkiem pozornie. Bogaczowi, synowi głowy obrzydliwie bogatego rodu Prewett. Nawet jeśli się z tym nie obnosił, to istniały pewne maniery, które od razu dało się wyczuć między człowiekiem, który zawsze musiał zmywać po sobie naczynia a kimś, kto nie potrafiłby nawet ugotować parówki, bo jego noga stawała w kuchni co najwyżej po herbatę czy lemoniadę latem.

- Lubisz latać? - Zainteresował się, chociaż trochę złapał ten temat po to, żeby go zmienić. Żeby zamiast mówić i rozmyślać nad tym, jak to się kręci i ściska w brzuchu, porozmawiać o czymś miłym, co się lubi, albo przynajmniej jest przyjemniejsze. Co pozwala uciec myślami w bok, żeby nie krążyły w jednym punkcie. Niemal cisnęło mu się na usta, że to nie problem, na drugi raz zaprosi na rano i przygotuje śniadanie na miejscu, żeby po załatwieniu spraw dopiero kobieta mogła w spokoju wracać. - Wina? Skądże. Chyba musiałbym zacząć od przygany w takim wypadku, przecież najważniejszego posiłku dnia nie można pomijać... albo byłby zobowiązany na śniadanie zaprosić. - Ach, no w tym momencie to już wręcz samo się prosiło! Zaraz mieli przejść do wody - i to bardzo dosłownie - udać się do wodopoju zwanym biurem, bo też do niego było stąd bliżej niż do domu Laurenta, gdzie czekał dzbanek chłodnej wody prosto do wypicia. Były jednak rzeczy ważne i ważniejsze. Na przykład... piesek. Punkt obserwacji, jaki miał chwilowo blondyn rzeczywiście pozwalał na bardzo skuteczne zakrycie pojawiających się rumieńców, chociaż gdyby nawet się podniosła to bardziej chyba zrzuciłby to na karby wstydu czy też dyskomfortu związanego z samym przybyciem tutaj. Na szczęście (a może nieszczęście?) Olivii - z pomocą przyszedł Duma.

Zapoznając się z bogactwem zapachów (tą belką spsikaną perfumami!) Duma trącał wilgotnym nosem nową dla niego osobę. Proces zapoznawczy, jak prawdziwy rytuał, potrafił ledwie chwile, kiedy jego ogon zaczął się z zadowoleniem bujać na boki i podłożył swój łeb do głaskania, kładąc się (albo raczej zwalając) na zieloną trawę, trącając jej rękę, domagając się pieszczot. Jarczuk nie należał do stworzeń, które jak labradory non stop kleiły się do ludzi, ale tutaj skrzydłowy spisał się wręcz na medal, podkładając się do miziania wzdłuż i wszerz. Było w końcu co miziać!

- Naprawdę? Bardzo możliwe w takim razie. Sądząc po twoim nastawieniu chyba jakaś część miłości do magicznych istot została podana do twoich rąk ze strony ojca? - To, że ktoś pracował z magicznymi istotami nie znaczyło, że je kochał. Że je szanował. W głosie kobiety nie brzmiała jednak wstrzemięźliwość, a raczej zabrzmiała dla niego, jakby uznała to za coś, co było owszem, wspomnieniem, ale również pochwałą. Dla jej ojca. Jak coś, z czego mogłaby być dumna. Przykucnął sam obok i poklepał psisko po brzuchu, na co zachwycony Duma wydał z siebie dziwny dźwięk, przewalając się już zupełnie na bok i wywalając jęzor z pyska. Urocze... Urocza i urocze zjawisko, którym był ten niewinny wręcz chichot. - "Dużo je" jest bardzo delikatnym określeniem. - Zażartował. - Na szczęście dostaje wszystko, co najlepsze, włącznie z odpowiednią dawką miłości. Prawda, Duma? - Złapał psiaka za ucho i potarmosił go trochę po łbie, przeszczęśliwy jarczuk szczeknął krótko w odpowiedzi, przewalając się po ziemi. - Jestem zauroczony twoją odwagą. - Wyznał, odciągając rękę od psa. - Większość osób woli się trzymać od Dumy z daleka. Nie uważam tego za złe - lepiej trzymać się z daleka od takiego stworzenia, kiedy odczuwa się strach. - Wszystko rozchodziło się o instynkt, a instynktem jarczuków było polowanie. W Olivii nie było strachu, więc i Duma zamieniał się w psiaka do miziania i zabawy.




RE: [14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat - Olivia Quirke - 17.10.2023

Gdyby Olivia wiedziała chociażby ułamek tego, co myślał Laurent, na pewno nieco inaczej pokierowałaby tą rozmową. Myślał podobnie, choć wywodzili się z nieco innych rodzin. On - obrzydliwie bogaty, a więc i uprzywilejowany, ona: z przeciętnej rodziny, acz szanowanej, w efekcie również uprzywilejowana. Dziwnym jednak trafem oboje mieli podobne spojrzenie na słabszych, czy po prostu innych od nich ludzi, przynajmniej jeśli chodziło o czarodziejów i czarownice. Może to była naiwność, a może po prostu zdrowy rozsądek i empatia, która podpowiadała, by nie traktować nikogo gorzej tylko przez jego defekty psychiczne bądź fizyczne. A przynajmniej tak to widziała Olivia, odrobinę zapatrzona w siebie i posiadająca również pewne ograniczenia w myśleniu.

Ale nie było czasu, by o tym rozmyślać. Właśnie w tej chwili psisko glebnęło się z charakterystycznym dźwiękiem na trawę, wystawiając się do pieszczot. Olivia była zachwycona - jej dłonie niemal od razu zaczęły sunąć po brzuchu Dumy, drapiąc na tyle mocno, by sprawiało to przyjemność, ale na tyle słabo, by nie zrobić krzywdy.
- Lubię, choć nie jestem mistrzem. To dobry środek transportu, a przy okazji pozwala oczyścić głowę z myśli. No i widoki są nieziemskie - odpowiedziała, nie unosząc jednak wzroku na Laurenta. Przegrał z kretesem ze swoim skrzydłowym, który chyba stał się w tej chwili główną atrakcją spotkania. - A zaproszeniem na jedzenie nigdy nie pogardzę, obojętnie czy to śniadanie, obiad czy kolacja. Są rzeczy przyjemne i przyjemniejsze, a jedzenie zdecydowanie zalicza się do tych drugich. Jeśli zapytałbyś moją matkę o to, co kocham najbardziej, zapewne odpowiedziałaby bez wahania: obiad.
Odpowiedziała ze śmiechem, nie wyczuwając lub udając że nie wyczuwa tej nutki zaczepności. Ale ciężko było trzymać gardę w takich warunkach. Było przyjemnie zimno, sceneria wokół była wybitna, a przed nią kokosił się właśnie największy (dosłownie) miziak, jakiego mogła spotkać.
- Nie dziwię im się, duże zwierzęta wzbudzają strach. Gdyby Duma postanowił oprzeć mi przednie łapy na ramionach, wywróciłby mnie i to zapewne dość boleśnie. Nic dziwnego, że ludzie się boją nawet podejść. A przecież w większości powiedzenie, że im większe zwierzę, tym łagodniejsze, się sprawdza. Trzeba tylko wiedzieć, jak podchodzić do takich stworzeń. I tak, zdecydowanie masz rację - kiedy było jeszcze… spokojniej, ojciec zabierał mnie czasem do Ministerstwa. Tymczasowo trzymali u siebie niektóre magiczne stworzenia z różnych interwencji, a potem zabierał mnie razem ze sobą. Widziałam też z bliska hipogryfa, ojciec nauczył mnie wtedy, że szacunek do stworzenia jest najważniejszy - gdy mu go okażesz, zwierzę odpłaci ci się tym samym - zaczynały boleć ją nogi, ale widok tak wielkiego zwierzęcia, tarzającego się pod wpływem ich dotyku, był hipnotyzujący. Nie chciała tego przerywać, nawet w chwili gdy przypadkowo weszli sobie z Laurentem w drogę, jeśli chodziło o drapanie Dumy po brzuchu. Dłoń Olivii, której dotknął Laurent, była zimna jak lód. Wychowana w Londynie nie była przyzwyczajona do takiego zimna, jakie panowało w New Forest. Inna sprawa, że dłonie zwykle były chłodne, nawet jeśli reszcie ciała było względnie ciepło. - No i nie wiem, czy to odwaga, czy wręcz przeciwnie. Na pewno brak instynktu samozachowawczego.
Tym razem już spojrzała na Prewetta i mrugnęła do niego z rozbawieniem. Nie miała instynktu samozachowawczego, zwłaszcza jeśli chodziło o zwierzaki. Ale nie tylko. Jednak Laurent nie musiał o tym wiedzieć. Dopiero teraz miała okazję, by mu się przyjrzeć. Miał miły uśmiech i biło od niego pewne ciepło, kontrastujące z dzisiejszą pogodą. I z oczami. Wydawało jej się, że spojrzała w dwa wielkie, wzburzone oceany o tak intensywnej barwie, że jej błękitne tęczówki zdawały się przy nich blednąć. Nie mogła nie zauważyć kilku siwych włosów, które przenikały przez właściwe pasma. Miał je ze zmartwienia? A może to było genetyczne?

Zorientowała się, że się gapi o wiele za późno. By zatrzeć nieprzyjemne wrażenie, które na pewno po sobie zostawiła tym bezczelnym patrzeniem się, wstała, chociaż nie bez żalu.
- Ale poszłam inną drogą. Dlatego tu jestem - puknęła palcem w torbę. Zamówienie.


RE: [14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat - Laurent Prewett - 17.10.2023

Czy to naprawdę tak dziwne, by dzielić te same myśli na jakiś temat? Och, może akurat w tym temacie, w tym czasie... czasie bardzo ponurych zmian, które wstrząsały ludzkimi sercami i bardzo wiele z nich pochowały sześć stóp pod ziemią - tak, może tak. Rządził nami strach, rządziła obłuda, ale empatia? Czystość intencji? Wszystko było dziwnie zabrudzone i przykryte tumanami kurzu. Ani się nie patrzyło dobrze na tych ludzi, którzy cię otaczali, ani dobrze z nimi nie przebywało. Ponurym było też uświadomić sobie, że ci, którzy najbardziej byli skłonni na ciebie psioczyć i przewracać oczami, że stoisz im pod nogami, mieli stanowić tło. Mieli być jak kamienice, które mijasz codziennie. Są - po prostu są. Nie przywołałabyś ich twarzy, bo byli zmienni, niestali, ponieważ nie wyróżnili się zupełnie niczym pośród dziesiątek identycznych kamieniczek. Jeden na okienku miał kwiatki, drugi ładną firankę - takie szczegóły zapamiętasz. Ale nie wetknie ci się w głowę szczegółowość. Ludzi łatwo było zapomnieć. Byli też jednak tacy, których łatwo było zapamiętać. Laurent całkiem sporo powynosił znajomości ze szkoły, a jeśli nie znajomości, to zapamiętał twarze, a niektórych nawet imiona. Nie wszyscy ludzie tym tłem byli. Nie każdy był zimną kamienicą. Niektórzy mieli naturalny blask na który dobrze się patrzyło.

- Grałaś może w quidditcha? - Zazwyczaj był to sport, który przychodził dość naturalnie osobom, które przepadały za miotłami, ale nie wszyscy mieli zacięcie, żeby kolibać się na miotłach i przy okazji szarpać z tłuczkami i innymi okropnymi rzeczami, jakie mogły ci się w powietrzu przydarzyć. Można jeździć chociażby konno, a nie trzeba brać udziału w wyścigach, prawda? Tym nie mniej zapytał z ciekawości. - Znajdowanie się parędziesiąt metrów nad ziemią daje poczucie... wolności. - Wolność. Słowo czasem banalne na ustach co poniektórych, ale piękne widoki, choć zapierały dech w piersiach, nie mogły nadgonić tego poczucia wolności. - Zapraszam do polatania nad New Forest. Łatwo zapomnieć, że przed chwilą było się w Londynie, gdy pod nogami ma się skrawek Raju. - Przynajmniej tak mówili niektórzy ludzie na to miejsce. Raj. Eden, który został zabrany na anielskich skrzydłach na ziemię, jeden z wielu takich (zdaniem Laurenta) na ziemi, ale jedyny taki jego. Chciał, żeby to miejsce było taką przystanią, gdzie każdy będzie mógł odetchnąć, odpocząć. Podziwiać krajobrazy i cieszyć się naturą. Zaśmiał się cicho na urocze i jakże prostoduszne wyznanie kobiety na temat obiadu. A mawiali, że to do serca mężczyzny można najłatwiej dotrzeć przez żołądek... chyba jednak nie tylko mężczyzn się to tyczyło.

- Zimno ci? - Zapytał z lekkim niepokojem, kiedy poczuł zimno jej skóry. Jego dłonie też nigdy nie były ciepłe, raczej był jedną z tych osób, która miała zimne dłonie, ale był chłód i chłód. Zimno a zimno. Tutaj aż się zaniepokoił, spojrzał na nią próbując się dopatrzeć oznak zimna, drżenia, czy czegokolwiek takiego. Miał wiele innych zdań i pytań do powiedzenia, ale to wrażenie, to krótkie zetknięcie, skutecznie je przecięły. To nic. Zostały tylko zgarnięte na bok - fragmenty stronic opowieści, która była tu pleciona. Nie wywołano w nich chaosu, to tylko chwila przerwy, jak w każdej książce musi nastąpić chwila rozwiązania wątku, zanim będzie sunąć dalej. Nie bardzo miał nawet co jej zaoferować, żeby narzucić na ramiona, ale przynajmniej kwestia wędrowania na wodę (hyc! chyba już nie wodę!) była przesądzona. - Bez względu na odwagę czy jej brak poproszę cię do biura, zamarzniesz mi tutaj... może jednak zrobię ci herbatę? Albo podgrzać ci wino, piwo krewmowe? - Cokolwiek preferowała, cokolwiek by ją bardziej rozgrzało. Teraz położył (gdy również wstała) delikatnie dłoń na jej ramieniu, by zachęcić ją do wędrówki do przodu. Chyba że się odsunęła i nakreśliła między nimi wyraźną granicę. Był bardzo... wyczulony na jej ruchy i spojrzenia. Bo i on obserwował. Badał. Sprawdzał. Duma podniósł się po chwili, kiedy miziania się skończyły, znowu wydał z siebie dziwaczny dźwięk, jakby zawiedziony i grzecznie potuptał do przodu, wyprzedzając ich, by zaraz się zatrzymać, otrzepać i ruszyć dalej zygzakiem, bogowie jedni wiedzą, czego ten pies teraz tam szukał.

- Zdarza mi się pracować dla Ministerstwa w sprawach interwencji. - Nawiązał do tego, co mówiła. - Szczególnie w tych... ponurych czasach. - Tutaj uśmiechnął się na moment dość zdystansowanie, bo i nie było z czego i do czego się cieszyć. Niemiły temat. Nie powinien go w ogóle poruszać, więc gładko przesunął się dalej. - Jeśli lubisz latać - latałaś kiedyś na abraksanie? - Zagaił już z ciepłym uśmiechem i dyskretnym ruchem (ponieważ nie wypada pokazywać palcami!) wskazał w stronę pastwisk, gdzie piękne pegazy prostowały swoje skrzydła. - Brak instynktu samozachowawczego chyba nas łączy. Wszystkich wielbicieli magicznych istota. - Zaśmiał się cicho. - Zwierzęta bardzo wiele wyczuwają i paradoksalnie ten brak instynktu jest bardzo pomocny. Bez wspomnianego strachu nie wzbudzisz w drapieżniku instynktu polowania. Bardzo prosty mechanizm. - Zerknął na kobietę kątem oka, nim wyszedł naprzód, żeby otworzyć jej drzwi do bocznego wejścia do stajni - tam, gdzie była przebieralnia, gdzie był sprzęt jeździecki, gdzie też było jego biuro, do którego ją zresztą poprowadził i zaprosił do klapnięcia na wygodnej kanapie, bo i sam nie zamierzał chwilowo siadać za biurkiem, tylko przysiąść się do niej - na fotel. Ale wszystko po kolei...




RE: [14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat - Olivia Quirke - 18.10.2023

- Kiedyś, ale nie byłam w tym dobra. Raczej próbowałam niż faktycznie grałam - nie była w drużynie, ale latem ze znajomymi przez dwa sezony spotykali się za Londynem, by ćwiczyć. Nic z tego nie wyszło, ale było to bardzo przyjemne spędzanie czasu. - Zrezygnowałam, bo nasza amatorska drużyna się rozpadła. No i trochę wciąż boję się konsekwencji spotkania z tłuczkiem.
Skrzywiła się nieznacznie, a po jej twarzy przebiegł cień wspomnień, gdy jej koleżanka Milace oberwała tak mocno, że straciła przytomność. Tłuczki były bezlitosne, nawet jeśli to nie były te prawdziwe, potężne, których używano do normalnej gry.
- Herbata to chyba faktycznie lepszy pomysł - spojrzała w niebo, rozmyślając nad rajem, o którym mówił. Jak dla niej raj był chyba jednak o kilka stopni cieplejszy, a wyżej było cholernie zimno - musiało być, tak było zawsze. A nawet stojąc na ziemi nos jej poczerwieniał, podobnie jak policzki. Nie trzęsła się, ale też nie można było powiedzieć, żeby czuła się komfortowo, smagana zimnym wiatrem, nawet jeśli nie był zbyt gwałtowny i porywisty.

Nie strąciła jego ręki z ramienia - wzięła to za zachętę, by ruszyć w stronę budynku, dlatego też uśmiechnęła się w wdzięcznością i wbrew sobie wsunęła dłonie pod boki, by je trochę ogrzać. Ruszyła nieśpiesznie, trochę ostrożnie, jakby spodziewała się, że zaraz jej stopa odkryje wśród traw jedną z dziur, które zapewne Duma wykopał. Albo inne zwierzę.

- Tylko na hipogryfie. Ale umiem jeździć konno, jako dziecko jeździłam na zwykłych kucykach, a potem na normalnych koniach. Jeśli poruszają się na ziemi, to chyba nie ma różnicy, prawda? Z tym, że chyba nie umiem skupić się na jednoczesnym lataniu i kierowaniu zwierzęciem - mówiła wolno, rozproszona przez widok, który zaparł jej dech w piersiach. Abraksamy były jednak większe - znacznie większe. Jakim cudem nie zauważyła ich wcześniej? Im bliżej stajni byli, tym bardziej wyciągała szyję na pastwisko, ale w chwili, gdy już miała sobie skręcić kark, odwróciła głowę i weszła przez drzwi, chociaż nie bez żalu. Później poprosi Laurenta, żeby zbliżyli się do cudownych skrzydlatych koni. Zanotowała w głowie, że Prewett miał słabość do ogromnych zwierząt. Jeszcze nie wiedziała, co z tą informacją zrobi, ale była dość cenna i zabawna, nasuwająca wiele różnych myśli, mniej lub bardziej wesołych.

Z ulgą powitała zamkniętą przestrzeń, po której nie hulał wiatr. Przycupnęła na kanapie, najpierw jednak ostrożnie odkładając torbę na ziemię. Zaklęcia zmniejszające nie chroniły przed rozbiciem fiolek, niefortunnym byłoby, gdyby wszystkie eliksiry po prostu szlag trafił po tym wszystkim, co wycierpiała, przybywając tutaj.
- Możliwe. Nigdy w ten sposób o tym nie myślałam - przyznała, rozcierając dłonie o siebie. Nie ściągała jeszcze kurtki. - Zawsze uważałam, że to bardziej jakaś dziecięca naiwność i trochę może ufność? Bo w końcu zwierzęta, szczególnie magiczne, wyczuwają zło na odległość. Co prawda nie wszystkie, ale wiesz chyba, o co mi chodzi.


RE: [14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat - Laurent Prewett - 19.10.2023

Według niego quidditch był okropnym sportem. Kiedyś był jeszcze gorszy, bo krzywdził przy tym zwierzęta. Zdawał sobie sprawę, że były sporty bardziej niebezpieczne i ekstremalne, tak jak z tego, że w zasadzie to o przypadkach śmiertelnych czy częstych trwałych kontuzjach wcale się nie mówiło za bardzo. Przyjaźnił się (choć niepublicznie) z jedną z największych gwiazd tego sportu, więc cooś tam się o niego ocierał. Wolał o te wielkie i triumfalne chwile, niż te, które opisywały ludzką tragedię. Do tej gry trzeba było mieć zapał, siłę i refleks. Oczy dookoła głowy i jeszcze być odpornym na stres, ból i kochać zastrzyk adrenaliny. O to ostatnie raczej nie brakowało wśród wielu czarodziei jak i mugoli.

- Mądrze. - Przyznał trochę zdawkowo, tak nie chcąc się jakoś szczególnie nad tym rozwodzić, jak i nie chcąc pozostawać obojętnym i neutralnym wobec jej słów. - Mimo wszystko to nie jest najbardziej bezpieczny sport na świecie. Choć, oczywiście, współczuję rozpadu drużyny, pewnie było to przykre przeżycie..? - Trochę zapytał, trochę stwierdził. Ponieważ był skłonny posunąć się do myśli, że dla niej to wcale nie było takie ciężkie, skoro powiedziała, że nie była w tym dobra. Mogło to być trochę takie "oh, stało się, idźmy dalej". Stąd w ogóle nadanie formy pytania. Dziecięce marzenia potrafił być w końcu naprawdę głupkowate, gdy na nie spoglądaliśmy z obecnych czasów. Cofaliśmy się wstecz spojrzeniem, ale już nie sercem. Wtedy pragnienia i sny, dążenia i cele - wszystko łączyło się w jedno. Wystarczyło przed sobą zobaczyć drogę i już chciało się biec do celu. Od tego byli rodzice, żeby nas przytrzymywać i nie pozwalać tym fantazjom odlecieć zbyt daleko.

- Fakt, nie ma. - Uśmiechnął się na bardzo szybki skrót drogi myślowej, jaką przeszła od hipogryfa, poprzez jazdę na koniach aż do tego, że można latać na abraksanach. I miała rację - grzbiet zwierzęcia to grzbiet zwierzęcia, kiedy już opanujesz podstawy, jak siedzieć, jak wydawać komendy, to odnosiło się do właściwie do wszystkiego, na czym można było jeździć. Z tym, że jedno zwierzę posłucha chętnie - inne gorzej. Abraksany mimo anielskiego wyglądu, mimo splecionych grzyw z chmur niebiańskich, były bardzo trudnymi stworzeniami. W dodatku bardzo silnymi. Jeśli nie posłucha cię na lądzie - pół biedy. Nie posłucha cię w powietrzu? Śmierć. Tak apropo bezpieczeństwa sportów, co? Każdy sport potrafił być niebezpieczny, jeśli się nie uważało. W New Forest niestety również były wypadki. Powędrował za jej wzrokiem do srebrzystych, perłowych i śnieżnych pegazów, nawet wręcz czuł, że zwalniała, aaale nie pozwolił się jej zatrzymać. Nie ma mowy - zaraz mogą o tym zamienić słowo, dwa czy nawet pięćdziesiąt, ale niektóre rzeczy musiały przychodzić po kolei. Na przykład priorytet, żeby mu tutaj nie zmarzła, że trzeba ją było ogrzać. Znajdzie jej cieplejszy sweter i wtedy będą mogli ruszyć w kierunku rumaków, jeśli tylko by tego zechciała. - Lot potrafi być łatwiejszy od samej jazdy. Nie musisz uważać chociażby na to, że przypadkowa gałąź spróbuje zniszczyć twoją przejażdżkę. - Potraktował to żartem, ale naprawdę tak uważał. Jeśli potrafisz jeździć - z lataniem również sobie poradzisz.

- Staram się spoglądać pozytywnie na to, co większość osób nazwałaby głupotą, kiedy zamiast uciekać przed kelpie zaczynasz z nią tańczyć w wodzie. - Zaśmiał się cicho. Wyciągnął różdżkę i podszedł do znajdującego się tu z boku blatu, gdzie stał czajnik, a z wiszącej szafki wyciągnął filiżanki z herbatą. Magia robiła wszystko - to nie tak, że była tutaj kuchenka, skądże znowu. Laurent wychował się w rodzinie czystej krwi, u niego niemal wszystko robiło się za pomocą różdżki. Ewentualnie robiło się za niego samego, bo służby czy skrzatów domowych nie brakowało. - To bardzo piękne słowa - o dziecinnej naiwności stawianej naprzeciwko złu. Człowiek rodzi się z czystą kartą. Nie wszystkim dane jest przenieść tę czystość do późniejszego wieku. Niestety. - Skupił swoje spojrzenie na przygotowywaniu herbaty, a kiedy woda zaczęła się zagotowywać zaklęciem sam podszedł do wieszaka, żeby zdjąć z niego swoją szatę czarodziejską, brązową w jaśniejszą kratę, by nałożyć ją na ramiona Olivii. Nadal pachniała jego piżmowymi perfumami - bardzo lekkimi, z drzewnymi nutami i czujny nos wyczułby tam nutę brzozy i fiołków. Ewentualnie już wywietrzałymi, a nie lekkimi. Ach ta perspektywa... Nie, zdecydowanie nie był to zapach amortencji Olivii.

- Jeśli masz ochotę mogę cię przedstawić moim abraksanom. - Odszedł, by zająć się do końca herbatą, czekając aż woda się zaparzy. Duma wlazł w końcu do środka i poszedł na swoje wielkie legowisko pod oknem, żeby tam się umościć z ostentacyjnym ziewnięciem.




RE: [14.05.1971] Laurent & Olivia | Technicolour beat - Olivia Quirke - 20.10.2023

- Nie, nie jest - przyznała mu jeszcze rację, wzruszając niedbale ramionami. Potwierdziło to tylko teorię Laurenta, że Olivia się niezbyt przejęła rozpadem drużyny.- I tak nie byłam w tym dobra, jak mówiłam. Ot, latałam na miotle i po prostu próbowałam trafić w jedną z obręczy, ale po kilku treningach daliśmy sobie spokój. To niebezpieczna gra i wymaga ogromnego skupienia i refleksu, a ja… Cóż, jeśli teraz rzuciłbyś we mnie czymś - najpierw odbiłoby się to od mojego czoła, a potem dopiero wyciągnęłabym rękę, by to złapać.
Nie miała problemu, by mówić o swoich mankamentach, jednak od razu było widać, iż Olivia wolał je obracać w żart. Tak było łatwiej i dużo łagodniej, niż powiedzieć “tak, nie mam cela, nie mam refleksu, gdy raz rzucili mi kafel to trafił w miotłę i zleciałam”. Żarty były mniej brutalne.

Olivia potarła mocno ramiona, wciąż pokryte kurtką. Na uwagę o kelpii tylko pokiwała głową na znak, że się z nim zgadza. Sowa nie były tu potrzebne - w tej kwestii nie mieli chyba żadnych spięć. Oczywiście jeśli mowa była o zwierzętach z natury dobrych lub neutralnych… Bo istniały przecież takie, które zabiłyby cię tylko dlatego, że jesteś. I to nie dlatego, że jesteś człowiekiem, ale się ruszasz. Na tym polegał rozsądek i intuicja - by wiedzieć, których unikać, a których nie.

Drgnęła, gdy Laurent okrył ją swoją szatą. Zrobił to nonszalancko i tak, jakby to była naturalna kolej rzeczy - komuś jest zimno, więc należy go rozgrzać. Uśmiechnęła się z wdzięcznością. Część osób, które spotkała na swojej drodze, w ogóle nie zaprzątałaby sobie głowy takimi gestami.
- Dziękuję - powiedziała, okrywając się szczelniej szatą. Drzewne i piżmowe nuty uderzyły w jej nos. Nie był to w całości zapach amortencji, ale zdecydowanie pokrywał się z pierwszymi tonami. Olivia z zaskoczeniem wciągnęła zapach perfum Laurenta, który wtargnął nie tylko do jej nozdrzy, ale i mózgu, powodując przyjemne odprężenie i drgnięcie serca. - Hm?
Z początku była zbyt rozkojarzona, by dotarło do niej, o czym mężczyzna mówi. Wpatrywała się w niego, jak robi herbatę, i pomyślała o tym, że niektóre herbaty, które piła, trzeba było parzyć ręcznie, bo wtedy miały - przynajmniej według niej - inny smak. Chwilę milczała, pozwalając sobie zanurzyć się w tych myślach, zanim dotarło do niej, o czym Laurent mówił.
- Och, tak! - zdała sobie sprawę z tego, że powiedziała to trochę za głośno, ale sama myśl o tym, że będzie mogła podejść blisko tak majestatycznych stworzeń, sprawiała że z marszu zaczynała się ekscytować. - Jeśli to nie problem.
Dodała nieco drżącym głosem, ale uśmiech na jej twarzy robił się coraz szerszy. Spojrzała jeszcze na Dumę i mrugnęła do niego. Obojętnie jak wielki by nie był, wciąż zachowywał się jak psiak. To było fascynujące.