Secrets of London
[1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24)
+--- Wątek: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings (/showthread.php?tid=2102)

Strony: 1 2 3 4


[1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - Cain Bletchley - 18.10.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono osiągnięcie - The Edge - Piszę więc jestem

Nie da się zapomnieć niektórych spotkań. Tych, które zamiast tragedią przypadku stawały się aureolą nad twoją głową. Całkowicie grzeszną, ale och, dobry Boże, jak słodki był to grzech..? Jak smaczne jabłko z rajskiego ogrodu wiszące na wysokich koronach drzewa..? Z Raju łatwo było upaść. Niektóre upadki były tego warte.

Niektórych upadków nie dało się zapomnieć. Bolały. Były... żalem, żałością, goryczą na i pod językiem. Trzeba było się nie szanować, żeby po dotknięciu plecami ziemi, z zapartym tchem, chcieć nadal wstać i biec za tym, kto cię popchnął. Przez kogo upadłeś. Kiedy ty więc leżałeś, w powietrzu latał kurz. Swędział w nos i był wyjątkowo obrzydliwy na krańcu języka, ale przynajmniej jedna rzecz wydawała się wtedy magiczna w tym chujowym świetle. Jeśli odpowiednio przekrzywisz głowę może pomylisz te tańczące na krańcach rzęs drobinki z diamentami. A to będą tylko łzy. Pełne soli łzy. Było coś... zupełnie niebiańskiego w soli. Musiało być, skoro zawierały ją bajeczne oceany. Zawierał je też ludzki płacz. Ale żeby wylewać łzy? Czy to było tak intensywne? Tak... aż tak prawdziwe? Nie... nie mogło być. Albo właśnie - musiało być. W tym świecie nie istniały żywe bajki na dobranoc. Istniały tylko trupy i rozkład ciał.

O szacunku również dało się zapomnieć, ale Cain nie należał do osób, które by ten szacunek porzucały... zupełnie. Moody. Nie nosił tego nazwiska, ale przecież ono coś znaczyło. Gotów byłby je zmienić, gdyby nie to, że to mogłoby wywołać skandal u Bletchleyów, z którymi starał się przecież odzyskać kontakt. Ale..! Czy to w ogóle było tutaj ważne? Nie zapomniał. Nigdy nie zapominał. Zupełnie nie bezbronny człowiek, który tamtego wieczoru wyglądał całkowicie bezbronnie. I równie skutecznie do bezbronności doprowadzał, rozbrajając z argumentów. I czasem... czaasem wspominał. Zastanawiał się.  Nie rozumiał. Albo rozumiał doskonale, aż za dobrze wiedząc, jak pojebanym światem był Nocturn, po którym przecież Cain sam się przechadzał, chowając głęboko w szafce swoją odznakę aurora. Czy wierzył w to, że Flynn mógł go zostawić od widzi-mi-się? Po tym szalenie krótkim liściku. Przez chwilę go nawet szukał, ale... To było jak próba złapania porannej mgły. Czuł jeszcze jej dotyk na swojej skórze i krople rosy na policzkach mieszały mu się z łzami. Nie ważne jednak, jak mocno zaciskałby pięści, nie złapałby tej mgły w żaden słoik. Kiedy nie chcesz być odnaleziony na Nocturnie to możesz się bardzo łatwo zagubić. Jak żałosnym trzeba być, żeby szukać dalej?

Pluł sobie o to w brodę. Frustrował się. Powinien się z tego wyleczyć, zabić, zapomnieć... Zapomnieć. Ha... ha... ha... Ciemne włosy Caina, niemal czarne, przewracał wiatr prawie jak kartki książki. Bujał nimi w jedną to drugą stronę, nie mogąc się zdecydować, w którą stronę tym razem pchnąć struny Losu. Pojedyncze kosmyki przesuwały się po jego czole, zmuszając go do mrużenia ciemnych, burzowych oczu skierowanych na cyrk Bellów. Coraz bliżej. Powinien być podekscytowany. Albo załamany. Że jednak nie odpuścił sobie, kiedy usłyszał o jakiejś bijatyce przy dzieciakach. Jakiejś. Zbiegi okoliczności istniały i to był jeden z tych. Lelek wróżebnik może wcale nie przepowiedział Flynnowi tego, że zazna nieszczęścia, bo ktoś go pobije. Może przepowiedział mu nieszczęście, że znajdzie go ktoś, kto nie potrafił zapominać i kto chciałby dostać chociaż jedno słowo więcej poza tymi kroplami tuszu układającymi się w beznadziejne, nierówne litery. Powiedz mi wszystko. Edge miał może po prostu jebanego pecha, że Cain bardzo dobrze znał Atreusa. Nawet jeśli imię i nazwisko nie zostało podane to... nie mógł sobie darować i nie sprawdzić. Nawet mimo upływu lat.

Ruszył się w końcu z miejsca, wchodząc między namioty i rozglądając wokół. Wszystko wydawało się teraz ciekawsze od przesuwania wzrokiem po twarzach - kolor namiotów, kształt, faktura materiału, dźwięki, jakie tu panowały - może powinien przyjść na przedstawienie..? Tak, może powinien.

Przesunął wzrok w dół, z czubków namiotów i powiewających szarf na ludzi. I kiedy go w końcu ktoś zaczepił, że nie ma przedstawienia, że co on tu robi - zaczął pytać. Czy znasz Flynna Bella? Jeśli było trzeba mógł zapytać i jeszcze paru ludzi. Kobieta zrobiła dziwną minę i zaprzeczyła. Ale... chyba koniec końców nie trzeba było z siebie robić idioty.




RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - The Edge - 20.10.2023

Każdy człowiek jest w czymś dobry. Niestety bycie w czymś dobrym nie oznaczało od razu, że to coś było w jakikolwiek sposób wartościowe dla świata - można było swoimi działaniami dążyć do destrukcji i chaosu, chociażby tak jak w przypadku Flynna, który pomimo bycia uosobieniem życiowej porażki, jaką straszyło się niewychowane dzieci, również posiadał kilka wyraźnych talentów. Dokładniej mówiąc: posiadał trzy bardzo wyraźnie rysujące się na kartach jego biografii talenty, wyjątkowo uwielbiane przez jego bliskich, kiedy najpierw robił im jakieś świństwa, a później jak gdyby nigdy nic domagał się ich uwagi.

Talent pierwszy, szczycił się nim od lat, potrafił zepsuć humor absolutnie każdemu. Nikt ci tak idealnie nie zrujnuje dnia jak człowiek wiecznie zagubiony w tym co powinien zrobić i reagujący agresją na każde niepowodzenie i przytyk w jego kierunku. Połączywszy to ze słownictwem godnym rynsztoka i tym, że się bardzo często zachowywał jak kompletny imbecyl - ciężko mu było w tym wyścigu dorównać, o ile się nie zamordowało czyiś rodziców. Talent drugi, tym wolał się raczej nie chwalić, był naprawdę dobrym człowiekiem od brudnej roboty, jeżeli się potrafiło przekonać go do tego, że powinien ci pomagać. Nie lubił zadawać innym krzywdy, jeżeli sobie na to nie zasłużyli, albo nie znali konsekwencji zadzierania z Fontaine, ale dopuścił się tylu rzeczy niegodziwych, aby uczynić wiarę w to rzeczą niesamowicie naiwną. Talent trzeci, najbardziej wyrazisty i najbardziej bolesny, doprowadził jego życie do ruiny już kilkakrotnie: wspaniale uciekał. Był prawdziwym wirtuozem chowania głowy w piach, nadmiernego milczenia, przeciągania wszystkiego w czasie, znikania z dnia na dzień i unikania rozmów, w szczególności tych najważniejszych.

Czy zapominał? Nie. Ale się nie przywiązywał tak jak inni. Istniał i był szczęśliwy tylko wtedy, kiedy ci, którzy go pokochali, spoglądali w jego kierunku, a jednocześnie bardzo się starał, aby uczynić wszystko na przekór szczęśliwym zakończeniom. Z nim nie istniało „i nie opuszczę cię aż do śmierci”, chyba że akurat będąc przy tobie, zapłacił za coś najwyższą z możliwych cen. Zapłaci ją zapewne, kiedy ktoś (w domyśle: zapewne Layla lub Alexander) się tak na niego za to wszystko wkurwi, że postara się Flynna przy sobie zatrzymać, dusząc go gołymi rękoma, ale to tylko szczegół.

Wytresował swoją rodzinę bardzo dobrze. Nie tylko nikt go tutaj nie znał, a jeżeli już go znał, to opuścił cyrk jako mały chłopiec i nigdy nie wrócił - wszyscy mydlili Cainowi oczy idiotycznymi historiami, że chyba typa kojarzą i wisi im pieniądze, więc pewnie nigdy tu nie wróci, a tak poza tym to gdyby go znalazł, to ma im oddać sto osiemdziesiąt galeonów albo sprawa trafi do Brygady Uderzeniowej. Był tutaj dawno i nieprawda, nie widzieli go od stu lat, albo jego gęba nie mówiła im nic poza tym, że coś w niej kazało im w nią przydzwonić zaciśniętą pięścią. Może nawet by mu się to wszystko udało, gdyby akurat dzisiaj (bo gwiazdy naprawdę kochały układać się tak, żeby mu utrudnić życie jeszcze bardziej) nie został na Arenie, zamiast wybrać się na typowy dla siebie spacer lub spać do samego wieczora.

Siedział sobie na ziemi, na uboczu namiotu, z rozkraczonymi nogami i fajką w gębie, przez którą ledwo się śmiał, kiedy jedna z jego młodszych sióstr walczyła ze sznurowadłem. Wyglądał na irytująco szczęśliwego, pomagając młodszemu rodzeństwu w nauce wiązania butów - rzadko go można było spotkać z taką miną i promienną aurą, kiedy się szlajał bez celu po Londynie. Sielanka trwała i trwała, aż do momentu, kiedy któryś z mężczyzn stojących za Bletchleyem nie zagwizdał i nie wskazał na niego palcem. Flynn leniwie podniósł głowę w tamtym kierunku i momentalnie pobladł. Przestał się śmiać. Papieros omal nie spadł mu na ziemię. Zamarł w bezruchu.

Czyli pamiętał.

Podniósł się z ziemi bez użycia rąk, poprawiając przy tym pasek z przyczepionym nożem. Tym samym rozmył wszelkie ewentualne wątpliwości na temat tego, czy Bletchley dobrze trafił.

- Finnie, muszę iść - rzucił siostrze krótko, a później pchnął ją w kierunku namiotu. Serce mu waliło jak diabli, bo co Bletchley tu w ogóle robił, w jakim celu przyszedł i w jakim charakterze - nie miał pojęcia, mógł go tylko złapać za rękę i pociągnąć gwałtownie w stronę lasu, bo przecież by się tak na niego nie gapił z daleka, gdyby nie przyszedł tu do niego. Nie powiedział mu żadnego „dzień dobry” ani „cześć”, nie powiedział też „spierdalaj”, nie powiedział nic. Ale Bell nigdy nie lubił mówić.




RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - Cain Bletchley - 20.10.2023

Chyba niczego innego nie powinien się spodziewać wkraczając między cyrkowców. To była bardziej barwna wersja Nocturnu, w którym zamiast "każdy chciał się okraść i zajebać" miałeś wersję "każdy chciał cię okraść i sprzedać". Obcy mieli tu ciężki żywot? Albo nie mieli żywota wcale. Bardzo szybko szło się połapać w tych fałszywych słówkach i uśmiechach, że chyba nikt tu nie ma za bardzo pojęcia, o kim mówi. Ksywki latały z ust do ust, a na groźby o Brygadzie Uderzeniowej Cainowi pozostawało przykładanie dłoni do ust z pełnym przejęcia "oh nie, tylko nie Brygada..!" Świat Bellów - cyganeria i fałszywe słówka, jeśli gdzieś miałby istnieć Flynn Bell to naprawdę nie tu..? Wskazówka mogła być fałszywa, nadzieje płonne... zaraz, to były jakieś nadzieje? Nadzieja na "znajdę Flynna", tylko co potem? Nie denerwował się na nich. Nie świecił odznaką, bo przecież więcej by szkody wyrządziła niż pomogła. Zagadał nawet dłużej, jeśli ktoś tylko skłonny był gadać, za dobrze aż rozumiejąc nurty, jakimi chodziły te miejsca i nie dając się wciągnąć w żadne długi i nie długi - wolał zdecydowanie to miejsce od ciemnych alejek Nocturna. Gdyby tylko przeskoczyć nad próbą wychujania go na pieniądz to miejsce to miało w sobie... magię.

Kto wie, ten wie. Magiczne sztuczki praktykowane wśród mugoli nie polegały na tym, że naprawdę drzemała tam jakaś magia. Polegały na tym, że bardzo dobrze myliłeś wzrok. Zmuszałeś widownię do skupienia się na twoich kartach w prawej dłoni, którymi obracałeś, tańczyłeś, pozwalałeś się zachwycić widokiem przystojnego Króla Pik i wyuzdanej Królowej Kier, podczas gdy to lewa czyniła cuda. Dodawała kartę, odejmowała, przytrzymywała tą jedną, konkretną, żebyś zawsze znalazła tą wsuniętą przez kogoś nawet jeśli nie widziałeś, którą z nich wyciągnął. Flynn bardzo skutecznie mydlił oczy, a nawet nie robił tego jakoś szczególnie specjalnie. Przychodziło mu to jak oddychanie. Kiedy wszyscy stali po dary u Pana Bozi w ogródku, Flynn znalazł w tłumie już zameldowanego z darem krupiera i poprosił go o ułożenie partii Pokera. Pan Bozia się zirytował, wykopał Pana Flynna z ogródka i na koniec jeszcze przycisnął mu naklejkę na czoło "Ci przegrani". Niczego nie osiągniesz, niczego nie zdobędziesz, pozostanie ci szuflowanie tych samych kart na wieki wieków i pech, jakże okrutny pech, który będzie kazał pokochać przemoc. Gdy nie jesteś karmiony miłością łyżeczkami uczysz się zlizywać ją nawet z ostrza noża. Poraniony język jest małą ceną za chociaż odrobinę...

Tego. Odrobinę światła. Mózg człowieka był fascynującym miejscem, który potrafił jak nic i nikt inny weryfikować myśli, nadzieje, szufladkować uczucia i zgniatać je butem. Cain zapatrzył się na ten widok, otwierając swoje zmysły na te kolory, wiszące w powietrzu nitki. Piękne. Czy w ogóle chcesz przecinać takie życie? Wtrącać się w ten spokój, w tę sielankę, jaka tutaj trwała? Wydawało się to takie samolubne, żeby mieszać w życiu kogoś, kto chyba... poradził sobie. Cokolwiek go dręczyło i cokolwiek nim miotało nie przyszło mu odnaleźć bezimiennego nagrobka, albo raczej wygładzonej ziemi, z której wygrzebano ludzkie szczątki. Wtedy nie podejrzewał nawet, czy był na tym świecie ktoś, kto Flynnowi Bellowi gotów byłby sporządzić nagrobek chociażby z dwóch zbitych ze sobą desek, które ktoś wyniósł z podłogi Wiwerny. Chciał się obrócić. Odejść. W tej ciszy i spokoju, może potem ktoś przyleci i powie, że hej - ktoś cię szukał! Pewnie nie pierwsza i nie ostatnia osoba. Nie zdążył jednak nawet dobrze oderwać od niego spojrzenia, kiedy drgnął od gwizdu zza siebie.

Było coś krytycznie żałosnego w tym, że znów nie było między nimi żadnych słów.

Nie było słowa, kiedy Flynn nerwowym krokiem do niego podszedł, nie było, kiedy złapał go za przedramię, zabrakło, kiedy pociągnął za sobą w stronę rzucających długie cienie drzew. Chyba nie powinien nawet za nim iść. Tak podpowiadał rozsądek, kiedy znajdowałeś się na terenie nieznanej organizacji przestępczej (zwanych dalej: Cyrkowcami), z człowiekiem, który mimo słodkości zatapiał się w mroku dłuższym i gęstszym niż ten cień drzew, w jakiego właśnie wkroczyli ukrywając się przed wścibskim światłem dnia, z kimś, kto nosił przy sobie noże i mógł wytrącić ci różdżkę, zanim dobrze zdołasz ją unieść. Rozsądek mówił mu dokładnie to samo, kiedy zobaczył go po raz pierwszy.

Wiesz, co różniło te spotkania?

To, że tamtego dnia to on bez słowa pociągnął Flynna.

- Już... Już, Flynn, wystarczy. - Otrząsnął się z tego efektu zakrawającego na de ja vu, z obrazów wspomnień i doznań. Z tego widoku ciemnych, nieuczesanych włosów, znajomego dotyku, znajomych pleców, które zapamiętał na "do widzenia" nie spodziewając się, że tamto pożegnanie będzie ostatnim. Zatrzymał się i cofnął swoją rękę. A przynajmniej spróbował, bo szarpać się z nim nie zamierzał. Nie miał na to ani siły ani ochoty. - Rozumiem, że nie pałasz optymizmem na mój widok, ale nie musisz być taki nerwowy... - Przesunął szybko spojrzeniem po nim całym. Zmienił się. Tak jak każdy się zmienia na przestrzeni lat. - ... Przecież nie przyszedłem cię tutaj wciskać w kajdanki. - Chyba, że tego chcesz. Co, miał płakać? Rozpaczać, że nie było "ale dobrze cię widzieć"? Nie. Było coś ściskającego serce w tym spotkaniu, bo nie potrafił zapomnieć. Nie na tyle, żeby się nie uśmiechnął pod nosem.




RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - The Edge - 22.10.2023

- Błagam, chodź stąd, na litość boską chodź stąd, Cain - mówił, nie dając za wygraną. Ewidentnie nie chciał tu być, tak bardzo nie chciał widzieć tych rzędów wlepionych w niego oczu, kiedy nie był na to gotowy, kiedy nie chciał nikogo sprowokować.

Odciągnął go od cyrku tak daleko, jak tylko mógł, choćby i musiał użyć do tego nadmiernej siły. Chciał znaleźć się poza zasięgiem wzroku nie tylko swojej rodziny, ale i każdego potencjalnego gapia. Usta miał ściśnięte w wąską linię, w głośny sposób oddychał przez nos, ale nie czuł tego w ogóle, bo serce waliło mu tak głośno, że szum w uszach zagłuszył to zupełnie. Kolejną z jego mocnych stron było bowiem czarnowidztwo, opanował je tak dobrze, że w ogóle nie dostrzegał kolorów, które Bletchleya wręcz oczarowały.

Kiedy się wreszcie zatrzymał pomiędzy drzewami, puścił jego rękę i spojrzał mu w oczy. Tylko po to, żeby po ledwie kilku sekundach zerwać kontakt wzrokowy i w panice rozejrzeć się wokół, jakby szukał czegokolwiek, na czym mógłby zawiesić rozbiegane spojrzenie, byleby tylko nie na rozmówcy.

- Ja... - wyciągnął papierosa spomiędzy warg i zaczął przekładać go sobie pomiędzy dłońmi. Przez moment wyglądał jak spłoszone zwierzę, ale po kilku głębszych wdechach wyraz jego twarzy zmienił się diametralnie - nabrał tego charakterystycznego dla persony, na jaką kreował się w Londynie, łajdackiego wyrazu. - W-wiesz dobrze - zawahał się wpierw, ale później napiął się i już mówił wyraźnie - wiesz dobrze, że nie lubię mówić, kiedy wszyscy się na mnie gapią.

Tak naprawdę to nie lubił mówić w ogóle. Najlepsze rozmowy rozgrywały się zawsze w jego głowie, kiedy rozmyślał o tym, czego nie powiedział, chociaż mógł to zrobić. Albo jak inaczej się to wszystko mogło rozegrać, gdyby obie strony podeszłyby do tego inaczej, ewentualnie... Chociaż to było już skrajnie wstydliwe, wyobrażał sobie rzeczy, które nie miały miejsca nigdy, w żadnej formie. Nie miały żadnego prawa bytu. Na przykład: co by było, gdyby mu tego listu nigdy nie zostawił, albo jak by się potoczyły ich życia, gdyby mieli okazję porozmawiać zaraz po. Może gdyby go rodzice nie porzucili w młodości i miał nieco lepsze perspektywy, to zamiast wyszukanego mordercy zostałby po prostu pisarzem. Wyobraźni mu do tego nie brakowało, ale nie miał szczęścia stać się kimś, kto by dobrze operował słowem. Nie mając żadnej motywacji do samokształcenia w tym kierunku, potrafił jedynie spoglądać z zazdrością na osoby z nim obyte. On sam orientował się dobrze w działaniu świata, ale sztuka, poezja chociażby - to było tak słodkie i nieosiągalne.

- To po co żeś tu przyszedł? - Zapytał dosyć szorstko. - To znaczy... - Szybko przypomniał sobie, dlaczego w ogóle zdecydował się zerwać z nim przez list, a nie na żywo. Stracił ten szorstki ton tak szybko jak go zyskał, teraz wydawał się być po prostu zagubiony. Wcale go nie chciał częstować obelgami, wcale nie...

- Wcale nie jestem nerwowy - skłamał. W dodatku koszmarnie skłamał, nawet po tych wszystkich latach wciąż nie potrafił robić tego w jego obecności. Szybko ugryzł się w język. Chciał zmienić ton na jakiś inny, żeby w nim wybrzmiała jakaś obojętność, ale dobrze wiedział, że jeżeli chciał cokolwiek zamaskować, to znajdował się już na przegranej pozycji. Słyszał o tym przecież wielokrotnie - o tej „czerwieni” okalającej jego oblicze, łączącej ich ze sobą grubą nicią. Flynn nie dostrzegał tam absolutnie nic. Nawet cienia. A nawet gdyby dostrzegł cień, nie miał pojęcia jak wyglądała ta cała cholerna czerwień. Wiedział, że czerwone były wino, róże, szminki pięknych panien, biedronki, krew, jego aura, zachód słońca kiedy następnego dnia miało być zimno, mógłby tak wymieniać jeszcze długo, ale to była czysta pamięciówka.

- Przepraszam - powiedział, z wciąż podkulonymi ogonem - nie chciałem cię szarpać. - Chciałem cię tylko zabrać tak daleko od moich bliskich jak tylko mogłem nie brzmiało dużo lepiej, darował więc sobie kontynuację. Czuł się z tym wszystkim okropnie, bo część umysłu krzyczała wręcz, żeby się wreszcie uśmiechnąć, jak nie do niego to do wspomnień, a część zdążyła już wrzucić go do drugiego worka przy podziale świata na MY - OBCY. Nie INNI, tylko OBCY.




RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - Cain Bletchley - 22.10.2023


Znał. go. Ach tak? Znał człowieka, którym kiedyś był - podzielił ich jeden lakoniczny list, jedna decyzja, jedno zniknięcie. Teraz już rozdzielały ich lata życia. To właśnie znanie, które przecież budowało zaufanie (jakżeby inaczej!) nie pozwoliło iść dalej i nakazało się zatrzymać. Przecież tak łatwo zaprowadzić kogoś do lasu, wbić mu nóż w miękkie podbrzusze (a czemu tam tego już Cain nie wiedział) i zostawić - niech krwawi. Może dziki lis rozszarpałby jego ciałko zaraz obok Kruków, skoro napoczęła je już jedna Wrona. Mimo pierwszego szarpnięcia i pierwszych słów, jakie między nimi padły (powitania schowaj, nie będą potrzebne) nie zatrzymali się. Jego nogi ruszyły dalej od mocniejszego szarpnięcia, ale nie dlatego, że szarpnął rękoma. Edge szarpnął go słowami. Błagam. Ton głosu tego mężczyzny pozostawiał wiele do życzenia, jeśli życzyłeś sobie jakichkolwiek norm. Z tym, że Cain sam nie wiedział, czego sobie życzył i jakie miał oczekiwania wobec tego spotkania, albo raczej - nie chciał pozwolić tym oczekiwaniom wykwitnąć na jego grobie, który powstanie wśród sosen i olch. Może Flynn byłby na tyle miły, by rzucić na jego zakopane sześć stóp pod ziemią ciało, nasiona wilca białego, żeby chociaż noc go pokochała swoim kwitnieniem..?

Nic już nie mówiąc dał się porwać Bestii, która pełniła w tej opowieści rolę ofiary. Najgorszą częścią tego opowiadania było to, że była to ofiara złożona z własnego strachu i niepewności, słabości i żałości. Czy nie stało się lepiej? Przecież i tak w tej książce nie byłoby żadnego happily ever after. Takim sposobem chcąc zjeść odrobinę szczęścia Flynn pożarł swój własny ogon. Ironicznie! Jakież to było szczęście stać się wiecznym uroborosem! Niestety Flynnowi było bardzo daleko do tego tytułu. Byłby co najwyżej zaskrońcem, który sycił spojrzenie swoim pięknem, gracją czerni, ale nigdy nie wpadał do oka ziarenkiem dumy. W końcu się zatrzymali, a wzrok Caina poszukał przez moment spojrzeniem zarysu cyrkowych namiotów. Na próżno.

- Dobrze. Nie ma problemu. - Odpowiedział spokojnie mężczyźnie, wracając do niego szarymi oczami rozjaśnionymi teraz częściowo wpadającym między korony drzew promieniami słońca. Teraz wcale nie wydawały się takie ciemne. W tym słońcu nawet (nie)sławny The Edge wydawał się mieć wygładzone krawędzie. Obserwował te zmiany tańczących kolorów i mimiki jego twarzy, kiedy z rozbrojonego i bezbronnego mężczyzny stał się dokładnie tym, kim był. Wyglądał jak wyzwanie, którym chciał się stać - tylko Cain nie wiedział jeszcze, czy wyzywał jego, czy jednak samego siebie w swoim smutnym, rozpadającym się świecie. Taki ostry, taki groźny, taki niebezpieczny - człowiek, którego ręce zrobiono z saskiej porcelany łaknącej odrobiny miłości. Uciekał od niego spojrzeniem. Nawet go to nie dziwiło.

Naprawdę nie powinien był przechodzić. Poczuł tylko gęsią skórkę chłodu na swoim ciele, mimo tego, jak ciepły był dzień i smutek rozpływający się od małego ścisku serca po całym ciele. Oczywiście, że wszystko się zmieniło - musiało zmienić. Kartka w końcu wszystko odcięła i miała zakończyć. Te oczy już nie spoglądały na niego tak samo. Te słowa już nie były bezgłośnym ruchem warg, które prosiłyby o więcej i uśmiechały na jego widok. Wszystko stało się prostsze - dwójka obcych sobie ludzi z dwóch różnych światów, które nie powinny się przenikać. Łączyło ich tylko to, że próbowali sobie wyobrazić, co by było gdyby ten list nie został wysłany. Tak z szorstkości przechodziliśmy do tych wypolerowanych ścian ciała Flynna. To nie był prosty człowiek, a żeby nim nie być nie potrzebował do tego poezji, edukacji ani wywrócenia życia do góry nogami. Jego życie i tak było na wspak - zrobili to dla niego jego rodzice, po których zostało tylko poczucie odrzucenia, które przerzuciło się na automatyczne odrzucanie świata. Chciał zajrzeć mu do głowy. Tak bardzo chciał spojrzeć do jego myśli, żeby to wszystko było łatwiejsze, żeby znaleźć odpowiedź na to pytanie dlaczego, chociaż przed samym sobą się upierał, że wcale nie chciał. Tak bardzo chciałby, żeby ten nieszczęśliwy... Nie. Przecież był szczęśliwy. To on zaburzył to szczęście - niepotrzebny zupełnie duch przeszłości, który nawiedził jego piękny cyrk.

Mimo tego przeszywającego poczucia nieszczęścia, że nie jest się już częścią czyjegoś świata uśmiechnął się z rozbawieniem na słowa Flynna, że nie jest nerwowy.

- Ej, no co ty... nie masz za co przepraszać... - Powiedział łagodnie. Cały Flynn, co? Pragnął, żeby wszystkie takie relacje były proste. Że jeśli przetnie nożem więzi to zrani siebie, zrani drugą stronę, ale przynajmniej będzie lepiej. A to "lepiej" znaczyło dla niego tyle, że przestanie być tak blisko i poważnie - wtedy nie będzie się musiał bać tego, że ktoś go znowu odrzuci. Łatwiej było mu zabić niż powiedzieć prosto w twarz żegnaj. Taka była wartość ludzkiego życia a ciążącej odpowiedzialności za kogoś po drugiej stronie tęczy. - To ja przepraszam, że cię nachodzę. W zasadzie chciałem się zmyć, ale ten wielki, uprzejmy pan mnie zaanonsował. - Prychnął ze śmiechu. Choć nie było się z czego śmiać. - Zaanonsował - powiadomił o mojej obecności. - Zupełnie automatycznie, tak jak kiedyś, wytłumaczył "trudne słowo". Dopiero po tym się trochę zreflektował i przez moment niepewnie patrzył na Flynna, czy ten zaraz nie zawarczy, że "on wie, co to znaczy"! Tak, po prostu Flyn... jeśli miałby być szczery to powiedziałby, że jest bardzo kiepski w byciu szczerym. - Cieszę się, że jakoś ułożyłeś sobie życie. - W zasadzie tak było. Tkwiła w tym ulga, bardzo duża. Choć może nie powinno jej tam być. - Nie musisz się "nie" denerwować. - Jego uśmiech się poszerzył, nawiązując do tego, jak zapewniał, że WCALE nie jest nerwowy. - Rozumiem. Coś się wydarzyło w twoim życiu, wystraszyłeś się, przygniotła cię odpowiedzialność i strach. Rozumiem. Nie jestem zły, Flynn. Wybaczam ci. - Żałosne. Przecież nie po to tutaj przyszedł. Ale... nie mógł inaczej, kiedy na niego patrzył. To wszystko wracało. - I nie gniewam się. - Zapewnił go, żeby nie miał co do tego wątpliwości. Choć bardziej chyba robił to dla samego siebie, dla swojego spokoju niż samego Flynna, który... chyba po prostu ruszył dalej ze swoim życiem.




RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - The Edge - 23.10.2023

Flynn miał ochotę krzyczeć. Nie, nie krzyczeć, miał ochotę drżeć mordę aż zedrze mu się gardło, bo co to w ogóle miało być, ze wszystkich rzeczy na świecie, jakich się spodziewał za swoją podłość, ostatnimi na liście było zwyczajne, ludzkie ciepło. Najpierw zrobił mu to Alexander, teraz bezczelnie robił mu to Cain - był tak pieruńsko miły i wyrozumiały, jakby osoba oddająca mu siebie przez tak długi czas nie okazała się być zwykłym pajacem, który tak po prostu, bez żadnych wyjaśnień, porzucił go jak kogoś bez żadnej wartości. Przystojny Bletchley o (w opinii Flynna przynajmniej) dobrym sercu i takiej mądrości w oczach i działaniach, zaliczał się do grona osób, jakim to w innych warunkach Edge jadłby z ręki, błagając o choćby odrobinę uwagi. Nie potrafił funkcjonować nie posiadając cudzych oczu, które się w niego wpatrywały i nadawały mu kierunek. Niestety, jeżeli chłopak kiedykolwiek chciał mieć go w taki sposób, to miał naprawdę olbrzymiego pecha, bo  za pierwszym razem poznał go, kiedy ten był psem Fontaine, a za drugim - kiedy stał się psem Layli, a ta trzymała go na smyczy bardzo krótko.

Nigdy jeszcze nie wypalił papierosa tak szybko jak dzisiaj. Upuścił go na ziemię, na którą przy okazji splunął obleśnie. Przydeptał kiepa ciężkim butem, prawdopodobnie zbyt lekko aby być pewnym, że z jego winy nie spłonie ten dziwaczny las niby to martwych, a jednak nie próchniejących drzew.

- Przestań do cholery - wrzasnął, łapiąc Caina za fraki, żeby go przesunąć w stronę jednego z pni i do niego w takiej pozycji przygwoździć. Był od niego niższy, więc musiało to wyglądać trochę absurdalnie, bo teraz lekko zadzierał głowę do góry żeby patrzeć mu w oczy, ale w tym działaniu i tak nie wybrzmiewała żadna groźba, pewnie nikt kto nie miał okazji go poznać, nie uwierzyłby po takiej scenie, że Flynn był aż tak wielkim bandytą, bo trzęsły mu się ręce. - Czy ciebie już doszczętnie pojebało, przyszedłeś tutaj powiedzieć mi, że mi wybaczasz? Wolałbym już chyba żebyś dał mi w mordę. - To i tak zdawało się być pasją każdego wokół - musiał mieć wyjątkowo twardy czerep, skoro jeszcze żył. Albo po prostu Alexander miał rację i Flynn był jak karaluch.

Zacisnął mocniej palce na materiale jego koszulki, jednocześnie cały czas wyglądając, jakby chciał stąd zaraz uciec w pizdu.

- Dlaczego tutaj przyszedłeś, Cain?

I nagle rozluźnił ten uścisk. Wiedział przecież, że on z niego czytał jak z otwartej książki. Wystarczyło mu jedno spojrzenie żeby znać prawdę - o tym, jak jednocześnie silnym i słabym był człowiekiem, nigdy kimś po środku. Popadał zawsze ze skrajności w skrajność, jakby unikał normalności z całych swoich szaleńczych sił.

- Jesteś samotny? Potrzebujesz pomocy? Co się stało? - Te dłonie, które go jeszcze przed chwilą szarpały za materiał, leżały teraz płasko na jego klatce piersiowej. - Zależy mi na tych ludziach, więc jeżeli to coś więcej niż chęć zobaczenia, czy rozjebałem sobie głupi ryj czy jeszcze nie, to mi to powiedz, oni sobie nie zasłużyli na ściąganie na nich kłopotów.

Nikt ze starego życia nie przychodził do niego tak po prostu, bez powodu, albo przez resztki sympatii. Ludzie pamiętali o nim zwykle dlatego, że był użyteczny albo dokładny, a oni potrzebowali kogoś takiego, ewentualnie był im wciąż coś winien, czy to pieniądze czy usługi, a oni byli pewni, że Crow swoje długi spłaca. Nawet ta cholernica Crouch po niego wróciła... Aż zmarszczył nos kiedy sobie przypomniał, że zaraz będzie musiał szukać jej bachora.

Edge pewnie by się załamał, gdyby wiedział, że przez myśl Bletchleya w ogóle przeszedł obraz, w którym został tutaj zabity - te noże wiszące przy pasku, łańcuch doczepiony do niego niby to dla ozdoby, w rzeczywistości jako kolejne potencjalne narzędzie mordu, żyłka obwiązana wokół niejednej szyi - tworzył skomplikowane taktyki i mechanizmy mogące pobawić życia każdego, kto by z nim zadarł, ale nigdy nie skrzywdziłby kogoś, kto okazał mu tyle miłości. Nawet ta przeklęta Fontaine żyła nadal i knuła swoje intrygi, bo by się pewnie zawahał w ostatnim momencie i wcale nie chciał próbować.




RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - Cain Bletchley - 23.10.2023

Krzyk Flynna był bardzo cichy. Bezgłośny. Krzyczały tylko jego kolory, które buchały jak ogień, pęczniejąc, wzbierając, to gasnąć, tłumiąc same siebie. Wiesz? To był jeden ze sposobów gaszenia ognia. Puszczałeś ogień z drugiej strony, by się spotkały i stłumiły wzajemnie. Choć łatwiej było po prostu wyciąć wszystko wokół. Gdyby cały świat zniknął, zniknęła słoma, drzewo, powiędłe liście z drzew, gdyby nie było już czego pożerać przez ten gniew i żal, każdą z kotłującym się w zniszczonym wnętrzu mężczyzny emocji - byłoby dość? Stojąc w pustym świecie, wyzbieranym już ze wszystkiego co złe i co dobre - byłbyś spokojniejszy, Wrono? Potem przychodził ktoś, kto wnosił coś więcej do tego spopielonego świata, kogo niby potrzebowałeś, a na kogo nie chciałeś czekać. Powinien z obrzydzeniem przesunąć podeszwą buta po tym, co sam zniszczyłeś, splunąć - jak za tym papierosem - kopnąć deski, z którego kiedyś zbudowany był dom, złamać je wraz ze wspomnieniami dawnych lat. Wraz z tym, co spaliłeś. Zamiast tego przesuwał dłonią po popiele udowadniając, że nawet na pozornie spalonej ziemi potrafi wyłonić się pierwszy listek jabłoni. W tej spaleniźnie nie było dobrze, w nadziei na coś dobrego nie było dobrze, więc co byłoby idealne? Pewnie cudzy ogród. Taki, do którego mógłbyś wejść chyłkiem przeskakując przez płot, by potem równie niezauważalnie wyjść. Może najwyżej zostawiłbyś trochę zniszczeń z podeptanych kwiatów i złamanych gałęzi krzewu magnolii. Cain chciał poznać tę prawdę. Nie mógł nie patrzeć rozmiłowanymi oczami na tego szczeniaka, jakim byłeś i chyba którym nie przestałeś być mimo ostrych zębów i pazurów. Wydawało mu się, że to chyba mogłoby przesunąć się o parę kroków w stronę bezpiecznego azylu, wydawało mu się, że spogląda na świat oczami Flynna chociaż trochę, że dostanie szansę, żeby przekonać się, w którym miejscu będzie najbardziej szczęśliwy, był gotów do naprawdę wielu wyrzeczeń. A potem ten szczeniaczek uciekł. I jak się okazało - został przygarnięty przez kogo innego.

Sięgnął jedną dłonią do przedramienia Flynna, zaciskając na nim palce, drugą po różdżkę, której nawet nie unosił - z poziomu biodra gotów był wymierzyć nią w mężczyznę... ale nie wyciągnął jej nawet do końca, kiedy tak wpatrywał się w te dzikie oczy bliskie jego własnych, kiedy widział drżenie jego rąk... to miała być groźba? To była prośba. Błagalna niemal prośba, jak skomlenie. Cofnął różdżkę do kieszeni i uniósł drugą rękę do rąk Flynna. Uścisk palców z jego strony rozluźnił się, przesunął palce na jego dłonie. Zatrzymał się na nich. Nie próbował ich rozerwać, nie próbował się z nim siłować. Spoglądał w te brązowe oczy, zbyt ciepłe, żeby zalewały je takie żale i smutki. Choć teraz sam spoglądał na niego ze smutkiem. Smutkiem, może kroplą tęsknoty barwioną wspomnieniami i zmęczeniem.

- Głupio by było wybaczyć i dać komuś w mordę. - Zażartował, lekko klepiąc mężczyznę po tej dłoni. Tak uspakajająco. Jak matka potrafiła klepać delikatnie dziecko po plecach, kiedy nosiła je na rękach i nuciła mu kołysankę do ucha, gdy usypiało. Choć śpiewanie kołysanek nie było akurat mocną stroną Caina. - Nie szarp mnie tak, bo będę musiał koszulę potem prasować. - Znów - tak żartem, tak lekko. Nie potrafił sobie wyobrazić, przez co przeszedł Flynn i nie potrafił sobie wyobrazić, w jakim punkcie znajdował się teraz. Oprócz tego, że widział, że był szczęśliwy. Jakiekolwiek by nie było to miejsce... rodzina. Może to właśnie było to, w czym tak naprawdę chciał Flynna zobaczyć? Po prostu... była jakaś bolączka w tym, że nie było się częścią tego szczęścia. I nigdy już nie będzie. Nie przytrzymywał tych zarazem silnych jak i śmiesznie słabych rąk, które zsunęły się na jego klatkę piersiową, przestają memłać jego bezcenną, białą koszulę w paski. Nie przyszedł tu w końcu służbowo. Jesteś samotny? Potrzebujesz pomocy? Co się stało? Szereg pytań, na które nie było dobrej odpowiedzi. Albo były, tylko nie zadowalały Caina. Zadowoliłyby Flynna? Pewnie tak. Gdyby znał cel i wiedział, że w zasadzie... to było bezcelowe ze strony bruneta. Prychnął cicho śmiechem na te prośby, albo... zapewnienia, że to dobrzy ludzie, że nie zasługują na kłopoty.

- Zastanawiałem się, czy żyjesz. - Prawda była łatwiejsza. Ta prawda, która wyszła teraz - że żyje. Że nie będzie żadnego anonimowego nagrobka na rozdrożu. - Mój znajomy powiedział, że niedaleko cyrku Bellów pobił się z jakimś gościem, który prześladował dzieci o zadziwiająco podobnym wyglądzie do takiego jednego Flynna, którego znałem... wzruszył lekko ramionami - więc przyszedłem. Sam nie wiem, po co. Ale... dobrze widzieć, że żyjesz i że... promieniejesz. Chciałem, żebyś tak promieniał. - Wtedy. A teraz było teraz. Pół wieku za późno. I przynajmniej parę lat za wcześnie.




RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - The Edge - 26.10.2023

Trochę go to zdenerwowało - te żarty rzucane jak gdyby nigdy nic, kiedy Bell się tutaj frustrował tak bardzo, że zaraz zacznie słaniać się po ziemi, nie mogąc wytrzymać napięcia płynącego od tych emocji wiszących pomiędzy nimi. Miał się teraz dowcipami przerzucać, miał zbierać te zaczepki, odbijać je w kierunku Caina uszczypliwym tonem, który takich jak on pchał prosto w cudze objęcia? Cios wymierzony w twarz i wymięta koszula - dla jednych to by się pewnie kojarzyło z koszmarem, dla kogoś na jego poziomie wyuzdania co najwyżej przez myśl przechodziło, że nie wszyscy musieli być winowaci jego grzechów i odmienności, więc może powinien się wstrzymać przed uznaniem, że mu się każdy po kolei będzie chciał oddawać. Jaka to w końcu była ta uciecha, czemu ktoś inny miał czuć się błogo w takich objęciach jak jego?

Wstrzymałby się. Jako The Edge by się wstrzymał! Tylko że Cain to lubił, przynajmniej kiedyś, może dlatego dotyk jego ręki na ramieniu, delikatność tego jak w ogóle go dotykał, nabierał kompletnie innego znaczenia. Myśli miał przy nim jednocześnie troskliwe, w takim ujęciu, że stara miłość nie rdzewiała, ale i kosmate - bo był tym człowiekiem, co zapominał twoje imię na kilka lat, a później śmiał się burzyć, marszczyć te ciemne brwi w złości, bo jak śmiałeś nie odpowiedzieć na zadane pytania, skoro on się wreszcie przemógł i do ciebie odezwał.

No i zmarszczył te brwi właśnie teraz. Bo już nie był tym nowym sobą, przemawiały przez niego stare nawyki.

- Przestań to mówić tak, jakby ci się to nie podobało.

Co z tego, że to ty musiałeś zrobić pierwszy krok? Crow bardzo lubił ludźmi manipulować - mówił „kocham cię” do tych, których nie kochał - jakie to miało znaczenie przecież. Wzajemność? Niektóre historie były po prostu o nim i o tym jak cienka granica dzieliła go od człowieka z pogranicza. Nie zamierzał na niego naciskać, bo nie lubił używać słów w ten sposób. Przy okazji nie czuł się już za niego odpowiedzialny. Kiedyś by na niego naparł o wiele bardziej niż teraz, aż by go po tym pniu przesunął, żeby się wyraźnie poczuł w sytuacji bez wyjścia, w której musiał się wypowiadać ze wszystkich grzechów, albo to nie skończy się dobrze. A teraz? Teraz puścił nawet bez proszenia o to, odsunął się nawet na krok, mierząc Bletchleya z lekką niechęcią, ale nie taką wymierzoną w niego.

Atreus Bulstrode. Aż mu się słodko zrobiło w ustach na samo wspomnienie tego „pobicia się z jakimś gościem, który prześladował dzieci” - co za kurwiszon, skończona menda, przekląłby teraz całe to spierdolone Biuro Aurorów, bo musiały tam pracować kompletne dysmózgi.

- Zajebistych masz znajomych, Cain - przeszedł się na kilka kroków, okrążając go przy tym drzewie, jakby się miał zaraz na niego rzucić i coś w tym chyba było, bo już go dreszcze brały, kiedy do niego docierało, jak dobrze pamiętał zapach jego ciała. Szybko do niego wróciła taka myśl, co mu ją niegdyś rzuciła ta jego była pani, że gdyby się czasem przez te lata nie zapomnieli w tym, że się kochają, to by już nie byli w sobie zakochani. Czuło się takie rzeczy po powrocie kogoś z przeszłości do tu i teraz - niewyczerpana namiętność i to, że mieli sobie aż za dużo do powiedzenia. Bletchley trafił na coś o wiele gorszego niż brak wzajemności - wzajemność przy jednoczesnej niemożliwości posiadania kogoś na wyłączność. I to już drugi raz!

- Promienieję jako prześladowca dzieci? - Warknął gorzko. Prawda była taka, że on się po prostu z nimi bawił. I jakkolwiek to brzmiało - on dzieci po prostu lubił, nie widział żadnego powodu do krzywdzenia ich i karania za błędy. Gdyby mu było dane, to by je wszystkie spróbował ochronić przed nieszczęściami, które spotkały jego, ale nie potrafił. - Jeżeli ten wasz głowonóg spróbuje skrzywdzić moją rodzinę, albo napaść mnie jeszcze raz, to przysięgam, że utnę mu łeb, choćbym miał być za to skazany na pocałunek Dementora. - Nie żartował. - Głowonóg - tępe niezasługujące na dalsze życie ścierwo - wyjaśnił mu „trudne słowo”. - Nawet nie próbuj tego psychopaty zasranego bronić.

Zatrzymał się wreszcie. Dmuchnął sobie w grzywkę, ale gówno to dało - czarne pukle wciąż opadały mu na czoło, bo nie zaczesał ich dzisiaj do tyłu, nie spodziewając się żadnego gościa...

- Nie jestem wkurwiony na ciebie... - Dodał po chwili, bo do niego dotarło, że wraz z pewnością siebie nabrał szorstkości. A później przypomniał sobie (trzeci raz dzisiaj, ha) - Bletchley i tak zawsze wszystko wiedział. Rozumiał go bardziej niż ktokolwiek w jego życiu. - Miałeś rację, wcześniej. - Przyznał, ale niechętnie. - To nie był do końca mój wybór.




RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - Cain Bletchley - 26.10.2023

Było miejsce na różne atrakcje w życiu średnio poprawnego Caina Bletchleya, który według takiej Brenny miał wielkie, dobre serce. Może tak było - nie kolidował z tym przekonaniem, bo nie wyciągał jeszcze tego serca ze swojej klatki piersiowej, żeby się o tym przekonać i wolał, żeby jednak pozostało na swoim miejscu, a jego pozostawiło w błogiej nieświadomości. Wymięta koszula i plaskacz na dzień dobry zaliczał się do tych przyjemności, które czynić można było za zamkniętymi drzwiami. Albo niech i tak będzie - nawet tutaj, pod sosenką, o którą został oparty - i tak już został. Taki trochę byle jaki, albo taki trochę spokojny. Trochę żartujący, a w istocie przecież całkiem smutny. Frustracja kipiała z Edga i kropelkami żrącego kwasu rosiła trawę dookoła. Ciekawe, że nie raniła jego. Że jego palce nie zaciskały się mocniej, że z tego nadmiaru emocji to nie on był tym, który uniósł pierwszy rękę. Cain więc zamieniał to, co mogło być powiedziane śmiertelnie poważnie w słowa lekkiego tonu, żartobliwego zabarwienia, bo ze wszystkich atrakcji danej sytuacji wcale nie chciał wpadać w ramiona czarnowłosego. Nie dlatego, że niczego do niego nie czuł, że nie był pociągający, że te jego pieskie oczy wpatrzone w niego z mieszanką uczuć nie robiły na nim wrażenia, albo że jego ciało nie pamiętało jego gestów. To było znacznie prostsze, niż w główce Edga mogło się to poukładać. Bo układało, prawda? Zapewne pomknie w kierunku tej ciążącej niepewności siebie samego. Niewystarczająco dobry, niewystarczająco kochany, zawsze opuszczony. Szmata do podłogi, jak to siebie nazywał, albo jak to nazywali go inni. Czemu więc ktoś miałby się czuć tam błogo..? Rusz głową, Kochanie. I to tym razem rusz nią nie pomiędzy nogami.

Podobało mu się, kiedy Edge zaczynał się odzywać. Na różne sposoby. Mógł się plątać w tych słowach, w połowie zdania zapominać co miał powiedzieć, albo budzić się w niepewności czy to, co mówi ma sens, albo czy, no nie wiem, na pewno jest właściwe na dany moment wobec tego, co odczuwał i wobec osób, które go otaczały. Mógł więc marszczyć swoje brwi, mógł brzmieć szorstko, albo wręcz przeciwnie - bardzo słabo. Ton jego głosu i mimika potrafiły być sinusoidą, która za nic nie chciała być wymierna w równości. Odchyły raz były malutkie, raz szalenie wielkie, a znalezienie osi i jakiejś równości? Może kiedyś. Może wtedy, kiedy naprawdę mógł powiedzieć, że go zna. Mijały chwile, minuty, a mężczyzna pokazywał mu, że może nie zmieniło się wcale tak wiele, jakby podejrzewał. Albo zmiany były bardziej niedostrzegalny gołym okiem. Na całe szczęście Cain miał tych oczu aż troje, z czego jedno (dzięki bogom) nie wyrosło mu na czole. To jego pole marsowe, które teraz stworzyło się na czole Flynna między zmarszczonymi brwiami, było tak samo urocze jak i ostrzegające przed napiętymi nerwami.

- Moje serce to nie jest twój penis, Flynn. Nie służy do zabawy. - Odpowiedział całkiem poważnie. Albo i nie? Różnicą między tym zdaniem a poprzednimi było to, że tym razem się nie uśmiechnął, kiedy tak odważnie mężczyzna wspomniał o tym, że mu się to nie podobało. Oczywiście, że podobało. Ale tam. A dziś byli tu. W punkcie podzielonego czasu, gdzie nie łączyła ich już ta nić... nie. Ich może nie. Był naprawdę bardzo żałosną istotą, że się tu zjawił. Co ty robisz, Bletchley... eeech... Idź po rozum do głowy. Ano właśnie - manipulant. Flynn był małym manipulantem. Albo i wielkim. Może to żałosne pożegnanie w jego wykonaniu było tak naprawdę zwykłą grą, jedną z wielu, żeby go szukał i żeby nie zapomniał, bo najlepiej zapamiętuje się gorzkie rozstania? Jeśli tak to naprawdę zasłużył na plaskacza. Serce było jednak głupie i wierzyć w to nie chciało. Nie zrobiłby czegoś takiego. Tak jak nie wierzyło, że Flynn opuściłby je tak po prostu, ze znudzenia, a nie dlatego, że stało się coś złego. Gdyby miał okazję obserwować tę scenę z boku to chyba umarłby z krindżu i przesytu patosu, śmiałby się z samego siebie. Ale tak to już jest, kiedy to serce rządzi, a mózg tylko powstrzymuje je przed głupotkami i narażeniem się na kolejną dawkę bólu.

Wyprostował koszulę i nieco przesunął się plecami w górę, żeby się wyprostować, zgiąć jedną nogę w kolanie, oprzeć podeszwę o pień za sobą. Obserwował. Wodził za nim spojrzeniem, a kiedy znikał mu z pola widzenia - czekał. Wyglądał jak wilk podziwiający sarenkę na wystawie, chociaż z Caina żadna sarenka nie była i za takową się nie poczuwał. Nie lubił jednostronnych zabaw i nie lubił monotematyczności. Ale na pewno lubił wychodzić naprzeciwko oczekiwaniom Flynna - nie ważne, czy na miękkim łóżku czy stole kuchennym. Ale - hej, tu i teraz? Coś było w tym, że kiedy wystarczająco się natęsknisz to potem tym mocniej wyczekujesz momentu, kiedy będziesz mógł się z powrotem do źródła swojej tęsknoty zbliżyć. Ruch Flynna był jak ruch wahadełka - hipnotyzujące. Wystarczyło, żeby zrobił jeden kruk i dla Caina było to jak wprawienie jednej kulki Newtona w ruch. Nie potrzebował więcej - ku swojemu utrapieniu. Nie skomentował zajebistości swoich znajomych. W końcu znajomości Bletchleya pozostawały wiele do życzenia i przechodziły od najlepszych ludzi tego świata po najgorsze mendy z Nocturna.

- No już. - Odezwał się łagodnie, jakby samym tonem mógł ukoić i ugłaskać tę gorycz, jaka pojawiła się w jego głosie, kiedy się odezwał. - Jako ich opiekun, Flynn. Przecież widzę, że znalazłeś swój zalążek rodziny. - A przynajmniej tak to wyglądało, kiedy patrzył, jak mężczyzna siedział z tymi dziatkami, gotów o nie dbać, opiekować się nimi, kiedy mówił o tych ludziach, żeby niczego im nie robił, że na nic złego nie zasłużyli. Był z nimi połączony. Te nici wydawały się wiązać go z każdym, kogo mijali, gdy ciągnął go do lasu. I takim sposobem Flynn się uniósł na Atreusa i to "prześladowanie dzieci", które Cain rzucił raczej w ramach opisania sytuacji od strony Atreusa, a Cain... no dobra, nie powiem, że BARDZO CHCIAŁ się powstrzymać, bo jakby bardzo chciał i sytuacja tego wymagała to tak by się stało. Tymczasem próbował tylko trochę, więc jego kąciki ust zadrgały, uniosły się, wyżej i wyżeej... A kiedy już pojawiła się puenta z bronieniem to wybuchnął śmiechem. GŁOWONÓG. Co to w ogóle był za tekst?! Och, jak on za tym tęsknił... Jak funkcjonowała głowa Flynna - nigdy tego nie odgadł, ale przy nim nie dało się nudzić. Zawsze zaskakiwał. Zawsze był zabawny z tymi swoimi frustracjami i wyzwiskami. Bronienie tutaj było ostatnią rzeczą, jaka przyszłaby Cainowi do głowy, bo w gruncie rzeczy ten konflikt między panami go nie interesował. Nie po to tu przyszedł, żeby to wyjaśniać, a i co do wyjaśniania było? Atreus był bardzo impulsywny, Flynn nie miał w zwyczaju wielce się tłumaczyć. Ot i się stało. Dali sobie po mordach - trudno, life goes on.

Odetchnął głęboko, kiedy przestał się śmiać i spojrzał na tego człowieka przed nim z błyszczącymi od ciepła i śmiechu oczami. Tak, stare nawyki nie umierały i automatycznie podniósł rękę, żeby przesunąć palcami po włosach mężczyzny i ściągnąć ten kosmyk do tyłu. Ale bardzo szybko rękę cofnął. I chociaż mógł rzucić kolejnym żartem, tak w swoim stylu, na jego następne słowa to tego nie zrobił.

- Mam nadzieję, że masz teraz trochę więcej wiary niż wtedy. - Jeśli nie w siebie to w ludzi dookoła. Cain był pewien, że może mu to dać - tę wiarę. Że może być tym stałym punktem, na którym wtedy znany pod pseudonimem Crow będzie mógł się oprzeć. Niestety - nie uwierzył w siebie, nie uwierzył też w niego. Ta odpowiedź nie pojawiła się od razu, bo w zasadzie było wiele słów przesuwających się przez głowę Caina będących echem wspomnień tego, co było. Żadne nie wydawało się odpowiednie na tę chwilę. - Chcesz mi o tym opowiedzieć? - Zadał więc pytanie akceptując każdą odpowiedź. Jak zawsze. Flynn mógł pluć słowami, jakimi niemal popadnie, a mógł po prostu milczeć - Cain był cierpliwy. Mógł poczekać, aż zechce opowiedzieć, bo w jego mniemaniu jeśli chodzi o Crowa to była kwestia czasu. Potrzebował po prostu czasu, żeby sobie wszystko ułożyć w głowie i emocjach, jakie nim targały. - Całkowicie odsunąłeś się od Nocturna? Zostałeś... cyrkowcem? - Brzmiało to kompletnie egzotycznie.




RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - The Edge - 30.10.2023

Flynn uśmiechnął się niezręcznie, nie komentując w żaden sposób tego co Cain powiedział, ale przez myśl przeszło mu: serce...? Czyli miał u niego jakieś szanse po tym jak spierdolił mu z zasięgu wzroku na kilka lat? Zaśmiałby się okrutnie, bo dostrzegał tutaj jakiś wzór, ale dostrzegając jakiś wzór nie mógł nie dostrzec w nim Alexandra. Był już czyjś, powinien to uciąć, te uczucia piekące go teraz w duszę, ale jednocześnie był człowiekiem zepsutym - co więc z tego, że czyjeś serce nie było zabawką, co z tego, że nie powinien czegoś robić, skoro chciał. Sam to sobie zgotował łapiąc go za fraki. Gdyby się do niego nigdy nie zbliżył, to by pewnie rozmawiali stojąc kilka metrów od siebie, albo nie rozmawiali wcale, skoro Bletchley i tak chciał sobie stąd iść. Zamiast tego ciepło cudzych rąk miało z nim zostać jeszcze na długo. Chłop do takiej bliskości lgnął jak ćma do lampy, nie potrafił tego w sobie zatrzymać, jeżeli mu się nie wyznaczyło sensownej granicy.

Bycie do bólu uroczym z pewnością jej nie wyznaczało. Pełne słońca i zrozumienia wspomnienia również. W dodatku Cain się tak uroczo śmiał, może Edge też był tu w jakimś sensie ofiarą, bo to było aż okrutne... jak można było wrócić do jego życia bo miało się taki kaprys, a potem mącić mu w głowie, uspokajając go gestami i słowami, jakich się człowiek po takim czasie nie spodziewał. Czuł jednak jakąś linię - tworzyła ją sytuacja, w której człowiek czytający z niego jak z otwartej książki, pamiętający każdy detal ich relacji, obnażał się z braku wiedzy o jego korzeniach, o tym co go uczyniło każdym z jego wcieleń po kolei. On nie wiedział nic. Przez te wszystkie dni nie zdradził mu nawet swojego prawdziwego imienia, tego jakie nosił jeszcze przed cyrkiem, zanim siedział na chodniku, a w głowie rozbrzmiewał mu dzwięk odjeżdżającego auta.

- Zalążek... ty chyba jednak nie rozumiesz tego za dobrze.

To nie był żaden zalążek rodziny, nie chciał aby ich tak nazywano. To była jego rodzina, to byli jego bliscy, jego towarzysze życia. I to go chyba właśnie obudziło - aż napiął się i wyprostował plecy. Jeżeli Bletchley opowie o tym spotkaniu Atreusowi w taki sposób, to ten może na zawsze skojarzyć tę dzieciarnię z cyrkiem. Ostatnim czego tutaj potrzebował był Auror.

- To były po prostu dzieci bawiące się w Little Hangleton, Cain. - Przetarł twarz dłońmi, wydając z siebie dziwny dźwięk, jakby nie mógł się skupić i potrzebował coś w sobie odblokować. - Ten przygłup myślał, że są moje i pobił mnie biorąc mnie za ich ojca. Czy ja ci w ogóle wyglądam na kogoś, kto mógłby być czyimś ojcem? - Ojcem, a nie biorącym udział we wpadce. Nie po to się przecież ubierał w te skórzane ubrania i nosił przy pasku zestaw noży, żeby go ktokolwiek brał za kogoś delikatnego. On się bardzo świadomie kreował na kogoś, kto miał aparycją przerażać, a nie wzbudzać wrażenie, jakby miał prowadzić te małe wypierdki za rękę do przedszkola. Mogły być szczęśliwe kiedy je podrzucał, ale na tym kończyła się jego rola. Jakby go któraś desperatka próbowała złapać metodą na dziecko, czekałoby ją wielkie rozczarowanie. Podobno każdy prędzej czy później wdawał się w swoich rodziców. Jedynym co Flynn wiedział o swoich było to, że go porzucili.

Został cyrkowcem?

- Nie powiedziałem ci nigdy, skąd pochodzę...? - Sam mógł sobie na to odpowiedzieć, ledwie chwilę temu to do niego dotarło. - No jasne, że ci nie powiedziałem, po co miałbym to robić... - Dobrze wiedział, że mogło zabrzmieć to dwojako, ale nie miał zamiaru się poprawiać. Nie sugerował tutaj braku jego wartości, a porzucenie tego za sobą, kiedy wyjechał do Londynu - po cholerę miałby się tym z kimkolwiek dzielić?

A po co miał mówić o tym teraz?

Ponownie zmierzył Caina wzrokiem. Następnie rozejrzał się wokoło, nerwowo pocierając swoje ramię. Wyglądał na o wiele bardziej wyluzowanego niż wcześniej, bo takie słowa zawsze działały na niego uspokajająco, ale wciąż pozostawał sobą - w nim zawsze buzowały emocje.

- Nigdy nie było momentu, w którym nie byłem cyrkowcem, Cain. Miałem po prostu krótką - kilkunastoletnią... - przerwę... Jestem ci winien jakieś wyjaśnienie - tak naprawdę to nie był winien mu nic, ale coś w nim mówiło mu, że chce się tym podzielić, tylko nigdy by tego z siebie nie wydusił - ale jeżeli to wróci z tobą do Londynu - mając tu na myśli plotkę, co się mogła o nim ponieść - to znajdę was obu.