Secrets of London
[luty 1958, Ulica Pokątna] Heartbreak Hotel || Murtagh & Diana - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [luty 1958, Ulica Pokątna] Heartbreak Hotel || Murtagh & Diana (/showthread.php?tid=2136)

Strony: 1 2


[luty 1958, Ulica Pokątna] Heartbreak Hotel || Murtagh & Diana - Murtagh Macmillan - 24.10.2023

Well, now, if your baby leaves you
And you got a tale to tell
Well, just take a walk down Lonely Street
To Heartbreak Hotel
♪♫

Murtagh Macmillan & @Diana Mulciber

Ulica Pokątna była naprawdę piękna właśnie w tych miesiącach, kiedy bruk pokrywała lekka warstewka śniegu, a w witrynach widać było jeszcze ostatnie świąteczno-noworoczne dekoracje. Jeszcze nie tak dawno temu Murtagh odwiedzał te sklepy co roku w lecie, razem z tłumem innych uczniów Hogwartu, ich rodzeństwa i rodziców. Jego rodzina zawsze wybierała środek dnia, podczas gdy on nie mógł ścierpieć otaczających go tłumów i starał się zrobić całe zakupy jak najszybciej, czekając potem na resztę rodziców w lodziarni i przeglądając nowe podręczniki. Kiedy po raz pierwszy wszedł na Pokątną poza sezonem wakacyjnym, zdumiało go jak bardzo cicha i spokojna mu się zdała. Oczywiście czarodzieje i czarownice nadal robili zakupy i przechadzali się alejkami, ale dorośli nie robili tego w pośpiechu, nie przekrzykiwali się i nie tłoczyli w grupach by porozmawiać o wakacjach. Od tej pory dużo częściej tam zaglądał, nieraz spędzając całe godziny na przeglądaniu książek w "Esach Floresach" czy zbaczając na Śmiertelnego Nokturna, w poszukiwaniu ciekawych artefaktów i książek bardziej przydatnych w obszarach jego studiów.

Tego dnia jednak miał bardzo konkretny cel w pojawieniu się na Pokątnej. Był bowiem z kimś umówiony. Z kimś kogo nie widział zdaje się całe wieki, a kogo zdawkowa korespondencja pozostawiała wiele do życzenia. Murtagh pamiętał bowiem, jak jeszcze rok temu byli prawie nierozłączni, wspólnie jedząc posiłki przy stole ślizgonów i wspólnie zakuwając do O.W.T.M.ów. Zszokowało go, że ich relacja zdawała się nie przetrwać próby czasu i końca edukacji, choć on sam pisał do niej wiele listów i wiele razy nalegał na spotkanie. Nie rozumiał, dlaczego się tak zamknęła i odsunęła, jakby byli ledwie przelotnymi znajomymi, podczas gdy dla niego ich relacja była czymś o wiele więcej. Czy zrobił coś nie tak? Czy ona wyczuła w nim zmianę, tego cichego demona, który wkradał się w jego myśli i powtarzał syczącym głosem "sssadaj ból, sssniszcz ich, ssaabij, ssabij.", a on nie miał siły ani woli by dłużej mu się opierać? Niemożliwe, przecież nie wspominał o tym w listach, nie dało się tego wyczytać z jego charakteru pisma.

Zatrzymał się przed lodziarnią Floriana Fortescue, która w czasie zimowym stawała się bardziej cukiernio-kawiarnią i oferowała pieprzne latte, pudding i ciasta. Nie wiedział, czy ona już tam na niego czekała, więc nerwowo poprawił kraciasty szalik i wyprostował skórzaną kurtkę. Część jego śmieszyło niezmiernie to, jak bardzo stresowało go to spotkanie, podczas gdy nie odczuwał ani krzty nerwowości zadając ból i zostawiając coraz to nowe blizny na swoich przedramionach, ćwicząc do perfekcji techniki nacinania skóry. Odetchnął i wszedł do środka, rozglądając się po kawiarni za tak znajomymi, blond włosami i jej drobną figurą.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=mHmNgbd.jpg[/inny avek]


RE: [luty 1958, Ulica Pokątna] Heartbreak Hotel || Murtagh & Diana - Diana Mulciber - 25.10.2023

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Ab8kWY0.jpg[/inny avek]
Na zmęczonej tarczy zegara wybiła równa godzina odkąd Diana rzuciła pierwsze upiększające zaklęcie. Napuchnięta od rzewnych płaczy twarz, czerwone spojówki i wciąż pulsujący z bólu policzek, którego sprawcą był siarczysty plaskacz ojca. Dzisiaj był pierwszym razem gdy ją uderzył, bo choć po leglimencjowych katuszach czuła się równie paskudnie, to nigdy dotąd nie podejrzewała go o tak zwierzęcą, żałosną słabość.
Wypomniała mu to.
I nie skończyło się to dobrze.
Wspomnienia nabrzmiały pod czaszką jak bolesna narośl, guz, który uciskał na myśli i sprawiał, że te coraz częściej osuwały się po potylicy, a błagała je, aby przestały. Musiała w końcu spotkać się z nim, zanim będzie za późno. Zanim ją zabiorą, zanim...
Po prostu pozbądźmy się ich razem, Diano
Wiedzieli gdzie się wybiera – wiedzieli również, że cokolwiek się dziś wydarzy, poddane będzie wnikliwej, inwazyjnej oraz absolutnie nikczemnej analizie wspomnień. Miała się go pozbyć raz i na dobre, tak aby zaprzestał listów i wypytywań, tak aby wymazał ją na zawsze ze swojego serca. Dziki, ciężki kołtun zebrał się na dnie gardła na samą myśl, że miałby to uczynić.
Był jej i nikogo innego.
Jaka szkoda, że nie mogła dodać na końcu tego zdania na zawsze.
Macmillan na dobrą sprawę zapewne nie przewidywał jak głębokim uczuciem darzyła go ta dziewczyna. Na pewno nie po tych długich, niemych tygodniach bez słowa otuchy, czułości bądź najzwyczajniej w świecie - znaku życia.
W płaszczyku ciepłym i puchatym jak futerko zimowego króliczka wyruszyła na Pokątną. Krążyła po uliczkach długo, niepewnie stąpając po bruku wyścielanym wąską warstwą śniegu. Uderzyła do lodziarni Floriana niedługo później, zamawiając przy okazji gorącą herbatę. Nie była w stanie zatrzymać galopujących myśli; w okamgnieniu na dnie filiżanki pozostały zlepki fusów, a ona przyglądała się im, jakby próbowała odczytać rozwiązanie jej utrapień.
Ale nareszcie, ujrzała go zza mlecznego od pary okna.
Diana musiała wiedzieć jak będzie wyglądać miłość odbita w jego źrenicach, gdy tylko wyjawi mu plan ojca. Ale jeszcze nie była na to gotowa.
– Murtagh! – zawołała czule, tak jakby rozłąkę mu obiecała, za nią przeprosiła i o niej nie pamiętała. Jak gdyby nigdy nic.
Powstała z krzesełka i rzuciła mu się na szyję.
–Tęskniłam– szepnęła mu do ucha, wdzięczna krtani, że głos nie uwiązł jej na języku.


RE: [luty 1958, Ulica Pokątna] Heartbreak Hotel || Murtagh & Diana - Murtagh Macmillan - 25.10.2023

Kiedy wszedł do lodziarni, owionął go zapach korzennych przypraw, soku z dyni, ciast i kawy. Odruchowo uśmiechnął się lekko, czując się niemal jak w kawiarni Madame Puddifoot do której kiedyś ją zabrał. Wtedy też było zimno, choć był to dopiero listopad a za oknem padał rzęsisty deszcz. Przez całą drogę do Hogsmeade narzekała, że nie będzie psuła sobie reputacji, że nie wcale nie potrzebuje randek a ten czas mogli przeznaczyć na cokolwiek innego. Mimo to, kiedy usiedli przy stoliku i spojrzeli sobie w oczy, wiedział, że go kocha.
Wtedy nie byli jeszcze dorośli, ale ich miłość nie była wcale przelotnym, szczeniackim zauroczeniem. Murtagh rozumiał Dianę, a ona jego, tak jak nikt inny nie rozumiał nikogo innego wcześniej, ani później. Byli dwiema połówkami tej samej całości, nawet jeśli dzieliły ich setki mil. Teraz, setki mil wyrosły między nimi, nawet kiedy byli blisko. Murtagh cierpiał, kiedy kolejne jego listy znikały bez echa, bez odpowiedzi, bez powrotu. Razem z nimi znikała bez powrotu ta część jego, której zależało. Malała, gięła się pod naporami Jego szeptów, chowała po zakamarkach jego umysłu. Dlatego kiedy zobaczył Dianę przy stoliku, kiedy na jego widok uśmiechnęła się i wstała, podbiegając do niego, jak wtedy kiedy witała go z rana przy stole ślizgonów w szkole, nie poczuł wcale radości. Zamiast tego w jego pierś ugodziło ukłucie zawodu i rozpłynęło się po jego ciele żyłami złości. Jak ona śmiała?! Jak mogła tak po prostu go tulić, po tym co mu zrobiła swoją obojętnością?!
— Murtagh! — Kiedy go objęła, owionął go jej zapach a twarz załaskotały jej włosy, zalała go fala wspomnień, które zdążyły się już zatrzeć w jego pamięci. Odwzajemnił uścisk, wodząc dłońmi po jej plecach, wdychając jej zapach, chcąc jeszcze więcej i więcej, cały czas świadomy, że część jego jej aktualnie nienawidzi.
— Tęskniłam. — To słowo, niewiele głośniejsze od westchnienia, wyrwało z jego piersi zdławione jęknięcie. Zupełnie niezamierzenie, bo przecież nadal był na nią zły i nie chciał, żeby widziała go słabym. Ale on też za nią tęsknił. Kurewsko.

Po długiej chwili milczenia, wypuścił ją z objęć, a nawet lekko odsunął. Jego twarz zdążyła się uspokoić, ale w oczach nadal lśniły emocje - pożądanie, miłość albo wściekłość - które ciężko byłoby podsumować jednym słowem.
— Tęskniłaś, Dee?— przez chwilę szukał kolejnych słów, lecz ich nie znalazł się wykrztusił tylko — Dlaczego?
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=mHmNgbd.jpg[/inny avek]

[Obrazek: tumblr_nk8g71772l1t8mdg0o1_250.gifv]



RE: [luty 1958, Ulica Pokątna] Heartbreak Hotel || Murtagh & Diana - Diana Mulciber - 27.10.2023

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Ab8kWY0.jpg[/inny avek]
Szczęście przypominało drobne koraliki, zaniżane na życie bez przekonania, w przypadkowej kolejności, każde w innym kolorze i w innym kształcie, jakby należały do różnych osób i zostały skradzione z ich rzeczywistości, pojedyncze i niezauważone. Diana czuła, że jej koraliki ktoś po prostu ukradł.
Słodkie zapachy docierające do nozdrzy zaczęły w końcu mdlić. Ciasta, ciasteczka, cukrowe ochy i achy, którym w normalnych warunkach nie potrafiłaby odmówić. Przypominały jej na myśl beztroskie chwile spędzone jeszcze w Hogwarcie i Hogsmeade; poprzednie zimy i puchowy, lekki jak puder śnieg do którego celowo upadła i pociągnęła go ze sobą, bo tym broniły się jeszcze kwitnące pnącza młodości i niewinności. Wspominała też gorące czekolady, grube, gryzące swetry, szaliczki i niekończące się rozmowy w dormitorium, znacznie przekraczające ciszę nocną.
Bała się mu spojrzeć w oczy, bo w jego źrenicach mogła spotkać ciemność, do której nie przywykła. Nie była na nią gotowa.
Tkwiła przez chwilę w objęciach chłopaka czując jak odpływa; kłótnie, krzyki, groźby i wspomnienia plaskacza ojca fermentowały pod jej skronią niczym brudne miraże. Za wszelką cenę próbowała przekonać się, że są nieprawdą, iluzją i złym, najgorszym snem.
Samolubnie nie myślała jeszcze o jego utartym sercu, o tęsknocie wyrywającej z umysłu neurony, o nieprzespanych nocach, o zaufaniu spalającym się powoli i bezpowrotnie niczym wosk. Samolubnie marzyła o splocie i ciepłocie jego dłoni, o silnym ucisku w talii, o pocałunkach rozsypanych po jej twarzy. Ach, i o własnym bólu który tak przerażał i ugniatał od samiutkiego środka.
Na słowa Murtagha, zastygła w nierównym szmerze oddechu; rozciągnęła usta w niewygodnym grymasie, prawie zbyt subtelnym, by go zauważyć.
Gdy ją odsunął, postarała się zachować, a raczej odbudować rezon.
— Jak to dlaczego ? — odparła obruszona — tęskniłam, bo... przecież wiesz.
Wiele ciążyło na języku i uciskało serce skurczowym dreszczem obawy, dlatego też rozejrzała się dookoła. Trochę gwaru, kilka zapełnionych stolików, a przy nich głównie pary, na widok których szczęka mimowolnie się jej zacisnęła. Wiele mogła w stanie znieść, ale z pewnością nie pisała się na podobne obnażenia w miejscu publicznym.
— Może powinniśmy byli spotkać się w innym miejscu — powróciła do niego wzrokiem, sięgając bezwiednie po  płaszcz. Zdecydowała, że nie miała zamiaru zostać tam ani chwili dłużej, dlatego też złapała go stanowczo za dłoń.
— Ja... mam ci dużo do powiedzenia, Murtagh.


RE: [luty 1958, Ulica Pokątna] Heartbreak Hotel || Murtagh & Diana - Murtagh Macmillan - 28.10.2023

Nie rozumiał jej. Ta świadomość wypłynęła nieoczekiwanie z najgłębszych zakamarków jego duszy i rozgościła się w jego umyśle. Wymazała z niego chwilowo całą złość, tęsknotę, miłość i niepewność. Jak miał ją kochać, za co nienawidzić, jeśli zwyczajnie nie rozumiał co nią kierowało, jaka była przyczyna jej zachowania? Jeśli chciał ją ocenić, czy zdecydować co tak naprawdę ma do niej czuć, musiał najpierw ją zrozumieć. Chciał usiąść przy stoliku, porozmawiać, wysłuchać jej wyjaśnień a potem powiedzieć "To nic, wybaczam ci" i przygarnąć ją do siebie w najgorętszym uścisku jaki do tej pory dzielili. Ona jednak nie zrozumiała sedna jego pytania, tak jak on nie rozumiał jej, i odpowiedziała zupełnie inaczej niż on tego potrzebował.

- Przecież wiesz... - Przecież wiesz. Wiesz. Wiesz. Odbijały mu się w głowie jej słowa. Właśnie, kurwa, że nie wiem! cisnęło mu się na usta, ale przecież ona wciąż nie zrozumiała by, o czym on mówi. Widział jej zmieszanie, widział, że nie chce z nim rozmawiać przy innych, bo przecież to były ich prywatne, intymne sprawy. Ale czy miała prawo prosić go o to, żeby stąd wyszedł, żeby za nią poszedł? Dokąd mieli iść? I czy ona przypadkiem nie rozwieje się w śnieżny pył przy pierwszym podmuchu wiatru, kiedy tylko wyjdą z kawiarni?


- Dobrze, Diana. Zrobimy jak zechcesz. Chodźmy stąd. - jego samego zaskoczyła miękkość jego głosu i łatwość z jaką zgodził się na jej prośbę. Ale im dłużej przebywał koło niej, im dłużej cieszył oczy jej wzrokiem a nos zapachem, tym bardziej czuł się tak jakby ostatnie pół roku wcale nie miało miejsca. Chciał wyjaśnić to całe nieporozumienie i jak najszybciej opowiedzieć jej co u niego działo się przez ten czas, bo może jednak nie czytała tych wszystkich listów, które jej wysyłał.
Pomógł Dianie założyć płaszcz, i zaczekał aż będzie gotowa do wyjścia, po czym poszedł przodem, żeby otworzyć jej drzwi kawiarni i zaczekać, aż ona wyjdzie na zewnątrz.
- Gdzie chciała byś pójść? - Możemy teleportować się do mnie, mam dom. miał ochotę powiedzieć, ale wiedział, że byłaby to bardzo niezręczna sytuacja dla obojga - młodych, stanu wolnego, z dobrych czystokrwistych rodzin. Zamiast tego był gotów podążyć za nią, gdziekolwiek ona wskaże, choćby miało być to dno Tamizy. Przecież to była jego Diana, ta sama, która chichotała z każdego jego żartu, czytając książki w roztargnieniu zakładała włosy za ucho, a warząc eliksiry zawsze dwukrotnie sprawdzała instrukcje "tak dla pewności". Jeśli ktokolwiek zasługiwał na to, żeby pójść za nim, to była to właśnie ona.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=mHmNgbd.jpg[/inny avek]


RE: [luty 1958, Ulica Pokątna] Heartbreak Hotel || Murtagh & Diana - Diana Mulciber - 30.10.2023

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Ab8kWY0.jpg[/inny avek]
Ach, dlaczego był dla niej tak łagodny?
Jakże prościej byłoby wydrzeć z siebie to co zalegało, gdyby tylko Murtagh wzgardził, splunął na jej oblicze i kazał spieprzać gdzie pieprz rośnie. Wiele by również dała za to, by móc teleportować się do jego domu, do ciepłych kątów, w których szepty nie musiałyby ulatywać w eter, w których...ach, nie, Diana nie zdołałaby wyjawić mu prawdy, pocałowałaby go, ułożyłaby ich kanapie i oddała siebie – tym samym zabierając mu część jego samego. Zamąciłaby, serce złamała. Oba.
Chociaż i tak musiała to dziś zrobić.
Gdzie chciała byś pójść?
Przytłoczyło ją to niezmiernie; ta niewiedza i niezdecydowanie co i jak właściwie wypowiedzieć. Kąciki ust migały nerwowo, ale rozwiązanie nasunęło się całkiem samo, gdy tylko kątem oka zahaczyła o roślinę posadzoną w oknie niedoszłej już lodziarni.
— Do altanki, nie powinno tam nikogo teraz być— odpowiedziała mu miękko, a uśmiech, lekki, blady i anemiczny, wygiął jej wargi.
Usytuowana nieopodal Alei Horyzontalnej, Zaczarowana Altanka (nosząca niebywale oryginalne imię) była ukrytym skarbem zaszytym wśród pnących się, starych kamieniczek magicznej części Londynu. Wejście do ogrodu nie było wcale oczywiste, plebs nie nie do końca o nim wiedział – jako miejsce dla wtajemniczonych, mogło okazać się błogosławieństwem dla takiej dwójki jak oni.
Szli skąpani morową ciszą, a przynajmniej Diana, nie była bowiem w stanie wygrzebać z siebie żadnej iskierki, która rozpoczęłaby rozmowę, choćby banalną i głupiutką, ale taką wypełniający ustny letarg. Nie chciała mydlić już niczyich oczu, ta szarada, przeklęte milczenie, pytania zostawiane bez odpowiedzi. Jeśli ją to męczyło, jak bardzo musiało męczyć i samego Murtagha?
Po dotarciu do zimowego ogrodu, złapała go całkiem pewnie za dłoń i poprowadziła wzdłuż wąskiej ścieżki. Bale altanki owinięte były pnącymi się niczym boa dusiciele roślinami, w które powpinano drobne, trochę tandetne wróżkowe światełka. Były najprawdopodobniej zapomniałymi pozostałościami po świętach bożego narodzenia, lecz bądź co bądź, w świetle dnia dziennego nie robiły na nikim wrażenia.
Na mozaikowej podłodze tkwiła ławka, okryta śnieżnym płaszczem, lecz nawet i bez niego, nie śmiała na niej usiąść.
Co mu zrobisz Diano?
Upuściła jego dłoń, ze świstem wypuszczając powietrze z płuc. Musiała w końcu to uczynić.
A może jeszcze nie jest za późno?
Może jeszcze coś da się zrobić?
— Nasze rodziny nie chcą żebyśmy byli razem. Mój ojciec kategorycznie zabronił mi cię widywać.
Drgnęła pod chrzęstem wyroku jaki sobie właśnie wydała; znieruchomiała, spoglądając na niego z popłochem, jak gdyby słowa te mogło zmaterializować się z dźwięku i zanurzyć w nich zęby, tak okrutne, tak niezasłużone. Rozchyliła usta i broda zadrżała jej łagodnie.
— Ja... myślałam że wiesz. Ale twoje listy... nie wiem dlaczego ci niczego nie powiedzieli.


RE: [luty 1958, Ulica Pokątna] Heartbreak Hotel || Murtagh & Diana - Murtagh Macmillan - 02.11.2023

Tych kilka słów...
Niczym perły z pękniętego naszyjnika, spadały na posadzkę jego duszy. Układały się na niej, tworząc kobierce kwiatów, rozkwitających i więdnących ponownie w ciągu kilku sekund. Murtagh słuchał jej, próbował wyczytać coś z jej tonu głosu, wywróżyć przyszłość z ruchu szczupłych łydek, przepowiedzieć co zdarzy się za kilka chwil bazując na cieple i sile uścisku jej dłoni. Podążał za nią, tylko częściowo rejestrując kierunek w którym się udawali.

Altanka, zlokalizowana niedaleko Alei Horyzontalnej, była znanym miejscem schadzek par czarownic i czarodziejów, którzy (nierzadko pod czujnym okiem przyzwoitki czy guwernantki) wyznawali sobie miłość słodkimi słowami, czy poznawali się dopiero, odkrywając siebie nawzajem. Prowadziła do niej ścieżka poprzez ogród, który w okresie wiosenno-letnim można było łatwo nazwać Zaczarowanym. Wtedy wszędzie rosły kwiaty, drzewa i krzewy, zwieszając swoje baldachimy nad głowami przechodzących tędy ludzi i wyciągając dłonie gałęzi na ścieżkę. Wtedy wszystko pachniało upojnie, wołało - świat jest piękny, życie wspaniałe, miłość rośnie w okół nas. Teraz Murtagh musiał przyznać, że ogród sprawiał dość posępne wrażenie. Śniegu nie było na tyle dużo, żeby okryć rośliny urokliwym puchem, więc otaczał ich las bezlistnych gałęzi i nagich pni. Ktoś widocznie doglądał ogrodu w czasie zimy, ponieważ na żwirowej ścieżce próżno było szukać zeszłorocznych liści. Zamiast tego ich kroki chrzęściły na kamieniach zmieszanych z mokrym śniegiem.

Kiedy dotarli w końcu do budynku, Murtagh wszedł pod dach po drewnianych stopniach, które zaskrzypiały pod jego nogami.
Tych kilka słów...
Diana zdawała się milczeć jeszcze przez wieczność, choć trwało to przecież zaledwie kilka sekund. Murtagh wiedział, że cierpi, widział w niej udręczenie i niepewność. Chciał ją objąć, pocieszyć i zapewnić, że cokolwiek to jest, może mu powiedzieć bo przecież poradzą sobie z tym wspólnie. Nie spodziewał się jednak zupełnie słów, które padły z jej ust.
"Nasze rodziny nie chcą żebyśmy byli razem..." Nasze rodziny? Znaczy kto, bo przecież matka, której jako jedynej powiedział o swoich poważnych planach względem Diany, wyraziła umiarkowaną radość. Jak na nią to było i tak bardzo ekspresyjne wyrażenie emocji.
"Mój ojciec kategorycznie zabronił mi cię widywać." No oczywiście, że tak! To jej posrany, czystokrwisty, zatwardziały skurczybyk-ojciec wpadł na ten idiotyczny pomysł. Przecież oboje się kochali, przecież nic nie wskazywało na do, że nie mogliby stworzyć kochającej się rodziny a przy okazji połączyć ich rodów. To wszystko wydawało mu się mało zabawnym żartem i jego irytacja odmalowała się na jego twarzy ciasno zaciśniętymi szczękami i wylewającym się powoli na jego policzki rumieńcem.

" Ja... myślałam że wiesz." No tak, jasne! Wiedział o tym, że ich miłość nie miała szansy pokonać setek lat tradycji i właśnie dlatego tak nalegał na spotkanie i tak ochoczo wylewał do niej swoje serce w listach! Czy ona była ociemniała na umyśle?! Chłopak zacisnął dłonie w pięści, nie wiedząc czy bardziej jest wściekły na ojca Diany, jego własnych rodziców, na nią czy na siebie, za swoją własną głupotę i naiwność. Przecież to było oczywiste, że ich związek, ich miłość to były rzeczy zbyt czyste i piękne, by mogły przetrwać w świecie Świętej Dwudziestki Ósemki czystkokrwistych rodów magicznych.
- Nie... - jego głos był niewiele głośniejszy od szeptu, jak gdyby targające nim emocje zacisnęły jego gardło w stalowym uścisku. - Nie wierzę ci...- Tak, dokładnie tak. To wszystko to była tylko wymówka dziewczyny, która chciała się go pozbyć i go spławić. I zamiast przyznać się, że już go nie kocha, postanowiła obarczyć winą ich rodziców.

- Jeśli mnie już nie kochasz Dee, ja... Ja to zrozumiem. Nie będę zły. Ale kurwa, nienawidzę kłamstwa! Wiesz o tym... Dlaczego po prostu tego nie powiesz...- patrzył na nią intensywnie, w jego oczach ból mieszał się z wściekłością. Nie wiedział, dlaczego ona mu to robi. Nie rozumiał, dlaczego jeszcze rok temu zapewniała go, że kiedy on zdobędzie dobrą pracę w Ministerstwie, to ona chętnie z nim zamieszka, jeśli jej się oświadczy, a teraz postanowiła rzucić jego uczucia na ziemię i podeptać je, jakby nic dla niej nie znaczyły.
- Nie poddam się tak łatwo, wiesz? Zrobię wszystko, żeby odzyskać twoją miłość. Udowodnię ci, że jesteś dla mnie słońcem i gwiazdami tego świata. - dodał, podczas gdy oczy podejrzanie zaczęły mu wilgotnieć. Jeszcze nie płakał, ale szloch nie był już tak odległym konceptem, jak jeszcze minutę temu.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=mHmNgbd.jpg[/inny avek]


RE: [luty 1958, Ulica Pokątna] Heartbreak Hotel || Murtagh & Diana - Diana Mulciber - 08.11.2023

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Ab8kWY0.jpg[/inny avek]
Nie wierzę ci.
Coś paskudnego w niej pęczniało, drożdżując i rosnąc do uwierających rozmiarów.
Śnieg zaczął sypać jej na ramiona, przesiąkał przez cienki materiał płaszcza, moczył włosy, które w lekkich, jasnych strąkach opadały na czoło. Gwałtowna fala wściekłości zburzyła w umyśle Diany wszelkie zastawki, a zwłaszcza tą, którą wykuła miłość do Murtagha.
Błękit tęczówek błysnął zaciekłym blaskiem, usta wykrzywiły się w nieprzyjemny grymas, a do oczu napłynęły łzy, chociaż żadna nie odważyła się zsunąć w dół policzka, wszystkie trwały zamknięte w wodnistej tarczy spojrzenia.
– Jak śmiesz? – Słowa wydarły się spomiędzy roztrzęsionych strun instrumentu krtani, chociaż sama nie usłyszała, jak zalegały w powietrzu.  Ton jej głosu był całkowicie wyrugowany ze skruchy, lecz pozbawiony również złowrogiej zawiści, jak gdyby, pomimo kłębiących się w przełyku emocji, żadna nie przywarła do wypowiedzianego zdania, pozostawiając je pustym, jałowym, na swój sposób niepokojącym. Krew wezbrała gniewnie w żyłach, serce kołatało jak zepsuty zegar.
– Jak śmiesz mówić mi coś takiego? Oczywiście, że cię kocham!
Dlaczego ją kwestionował? Dlaczego nie wierzył jej słowom? Czy aż tak niskie mniemanie o niej miał? Czy wszystkie te lata młodzieńczych (dla Diany absolutnie poważnych i to takich aż po grób) podkochiwań nic dla niego nie znaczyły?
Świat, który ją otaczał, płonął. Wrzał jak zagotowany eliksirem kocioł, pienił się i bulgotał, wydzierając ku niej łakome jęzory gorąca, plując rozżarzonym olejem śliny niczym obłąkana bestia wściekłości. Te splunięcia były sprawką każdego - ojca, matki i nawet samego, biednego i nieszczęsnego Mortka.
Udowodnię ci, że jesteś dla mnie słońcem i gwiazdami tego świata.
Zezowała ku jego rozmazującym się obliczu; cisnące się do oczu, kujące i napastliwe łzy nareszcie potoczyły się po jej gładkich policzkach. Czuła jak jeszcze bardziej opuszczały ją życiowe siły, a nie wiedziała, że możliwym było jeszcze więcej z niej wyssać. Diana od oręża jak najmocniej pragnęła uciec. Sama, tudzież z Macmillanem, choć wiedziała w głębi serca z czym ich wspólna ucieczka musiała się wiązać. A raczej, na czym mogłaby się skończyć.
Ale chłopak jeszcze nie wiedział z kim i z czym miał tak naprawdę tę walkę stoczyć. Pociągnęła głośno nosem, odwracając się od niego całkowicie.
– Murtagh, posłuchaj mnie. Oni chcą mnie z kimś zaręczyć. To jakiś stary, obleśny dziad, kolega ojca. Mają układ... już od dawna. Wiem, że pracuje w ministerstwie, ale to zbir... ojciec nie zadaje się z porządnymi ludźmi – wyszeptała ostatnie zdanie, twarz wycierając o rękaw – nie mam pojęcia co robić.


RE: [luty 1958, Ulica Pokątna] Heartbreak Hotel || Murtagh & Diana - Murtagh Macmillan - 10.11.2023

Jego świat zdawał się wirować, zmieniać, odkształcać i zawężać niczym bańka mydlana, dryfująca w powietrzu, której promień tęczowego blasku ulega pod naporem promieni słonecznych, by wreszcie pęknąć w feerii wielobarwnych kropli. Póki co trwał jeszcze w zawieszeniu, w tej swojej bańce, ale wiedział, że jej koniec zbliża się nieubłaganie, czyhając na jego niewinność, wychylając się spomiędzy śniegu, pełznąć wzdłuż ich kręgosłupów.

Mur, który wyrastał pomiędzy nimi zdawał się wygłuszać ich słowa, tak że nie docierało do niego do końca to, co mówiła Diana. Czy miało w ogóle znaczenie co mówiła? Czy jej czyny nie były wystarczająco dobitnym dowodem na jej zamiary? Co było ważniejsze - jej zapewnienia i oburzenie teraz, czy brak kontaktu i odrzucenie jego miłości wcześniej?


Miłość jest ślepa. Im mocniej się kogoś kocha, tym bardziej irracjonalnie się postępuje.


Czuł, że z każdym jej słowem wpada w bezdenną przepaść, w której miał pozostać już do końca życia. Spadając tak, kaleczył dłonie, plecy, myśli i duszę odłamkami jej piękna i jego niewystarczającości. Chciał porwać ją w ramiona i zapewniać, wołać i krzyczeć, że jej nie zostawi. Będzie przy niej, wspólnie powiedzą jej rodzinie co sądzą o tych głupich umowach, a potem uciekną gdzieś daleko. Indie, może Azja albo Ameryka. Tam gdzie ich rodziny nie miałyby wpływów, aby ściągnąć ich z powrotem. On podejmie się każdej pracy, będzie pracował ciężko, choćby za marne grosze i utrzyma ją - ich rodzinę - tak, żeby ona miała wszystko czego zapragnie. Wszystko czego zapragnie... W jego myśli wkradło się zwątpienie. Przecież bez pieniędzy ich rodzin, żadne z nich nigdy nie miałoby nic wartościowego w życiu poza sobą. On był gotowy na takie poświęcenie, za cały skarb świata mając jej uśmiech, błysk jej oczu, dotyk jej ciepłego ciała pod jego wygłodniałymi dłońmi. Ale ona? Czy wystarczyłoby jej [u]niewystarczające[/i]? Czy miał prawo tego od niej oczekiwać?

Trzęsącymi się dłońmi, ujął jej ręce w swoje i zbliżył się do niej tak, że para z ich oddechów łączyła się w tych kilkunastu centymetrach między ich twarzami i unosiła w górę, jednym kłębem. Splątana tak ściśle, jak ściśle Murtagh chciał w tym momencie przylegać do jej ciała.

- Mogę cię stąd zabrać. Możemy uciec tak daleko, że żadna z naszych rodzin nas nie zmusi do powrotu... - zaczął mówić, jego oczy błyszczące od zbierających się w nich jeszcze chwilę temu łez, ale też z iskrami ekscytacji i pożądania. -... Ale wtedy bylibyśmy tylko my dwoje. Bylibyśmy biedni. Nie miała byś nic. - zakończył, uciekając spojrzeniem w dół na ich splecione dłonie.

Czy mógł ją o to prosić? Nie, on nie prosił. Przedstawiał jej propozycję, ale pokazywał jej też, że wiąże się ona z dużym ryzykiem. Wiedział, że oboje byli wychowani w dostatku, nigdy niczego im nie brakowało, przed nim jawiła się świetlana przyszłość dobrej kariery w Ministerstwie. Jeśli jednak zrewoltują się i przeciwstawią się rodzinom, to wszystko zostanie im w mgnieniu oka odebrane. Nie mógł podjąć tej decyzji za nią, ani oczekiwać od niej, że wybierze jego. Mógł jednak marzyć i mieć nadzieję. Postanowił już bowiem, że jeśli ona mu odmówi, to będzie między nimi koniec. Nie było sensu ciągnąć czegoś, co w widoczny sposób miało znamiona jednostronnego zauroczenia, farsy i ciężaru dla niej. Nie będzie stał jej na drodze do przyszłości.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=mHmNgbd.jpg[/inny avek]


RE: [luty 1958, Ulica Pokątna] Heartbreak Hotel || Murtagh & Diana - Diana Mulciber - 16.11.2023

Diana przez ostatnie kilka tygodni wielokrotnie zastanawiała się jak i dlaczego to jej przyszło urodzić się pod czarną, przeklętą gwiazdą z galaktyki przegranych. Połączeni w parę, nigdy nie podejrzewali, iż cokolwiek niepożądanego stanąć miałoby na ich drodze do wspólnej, radosnej przyszłości skąpanej we wspólnym rzucaniu kamieniami w szlamy oraz upojnych nocach, rozciągniętych od świtu do nocy. Co prawda byli kuzynami, ale w ich świecie, w pielęgnujących stare wartości rodzinach, w których przyszło im się urodzić nie miało to być problemem.
Ale jakoś kurwa było.
Słowa tak ciężko zalegały na języku, a serce gwałtownie chybotało pod drobną, kruchą klatką piersiową. Ujął jej dłonie, jeszcze ciepłe, delikatne i bardzo złaknione bliskiego im dotyku. Promieniował ciepłotą, tak znaną i normalną, niemalże wpisaną w pamięć jej tkanek.
Mogę cię stąd zabrać.
Ale wtedy bylibyśmy tylko my dwoje. Bylibyśmy biedni. Nie miała byś nic.
Może i próbował zasiać w niej płodne ziarna niepewności, ale młoda i naiwna Burke wierzyła, że pieniądze rosły na drzewach, a głód nasycić mogła miłość namiętna i wierna. Nie rozumiała jego ostrzeżenia, a gdyby tylko trzeźwość umysłu jej by na to pozwoliła, to zapewne odebrałaby to jako bezpodstawne oskarżenie. Może i słuszne, przecież nigdy nie była biedna, więc skąd mogła wiedzieć co tak naprawdę oznaczałoby nie posiadać galeonów na zawołanie, nieskończonej szafy z ładnymi ubraniami, dużego domu, w którym służyła armia skrzatów i masy innych drobiazgów będących istotną częścią egzystencji, o których nigdy nie myślała, a nie brały się z powietrza – kupowane były zaiste realnymi, namacalnymi pieniędzmi.
– Jeśli tobie to nie przeszkadza to mnie również nie – odpowiedziała po chwili, ale coś zupełnie innego krążyło jej po głowie. Uwolniła dłoń z uścisku, unosząc ją ku zatroskanemu obliczu ukochanego. Wierzchem dłoni pogłaskała czule marznący policzek; gdzieś tam głęboko pod powierzchnią skóry formował się mroźny rumieniec, lecz nie dostrzegała go, ani nie szukała go jeszcze. Nieco pierzchliwie gładziła cienką fakturę skóry palcami, wiodąc i zaznaczając opuszkami nieistniejące konstelacje na jego twarzy.
– Znajdą nas. Skrzywdzą cię, Murtagh. Ojciec nigdy wcześniej nie podniósł na mnie ręki, ale coś... coś się w nim zmieniło. Jeśli do tego by doszło to...czy byłbyś gotowy na walkę?
Obserwowała własne emocje odbite lśniącym echem w jego oczach, niedowierzanie przeobrażające się w złość i przerażenie. Mówiła prawdę, jedyną prawdę jaka miała dla niej teraz znaczenie.
– Poślubisz mnie, Murtagh? – zapytała drżącym, nikłym głosem – bo jeśli tak, ucieknę z tobą wszędzie.
Czy odpowiedź, szczera i prawdziwa tkwiła zapisana w jego obliczu?
Czy posiadał jakiś plan?
Czy oboje mieli siłę by przeciwstawić się wszystkiemu w imię miłości?