Secrets of London
[12.12.1968] Głos wołający do domu | Laurent & Philip - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [12.12.1968] Głos wołający do domu | Laurent & Philip (/showthread.php?tid=2144)

Strony: 1 2


[12.12.1968] Głos wołający do domu | Laurent & Philip - Laurent Prewett - 25.10.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Laurent Prewett (Ziewnięcie to bezgłośny krzyk).

Obiecał mu w końcu wycieczkę, prawda?

Wycieczka nie mogła odbyć się wcześniej, ale to nawet nie dlatego, że Laurent i tak by na nią nie pojechał. Zanurzony w hedonizmie i jednocześnie umoczony grzechem obdzierającym go ze wszystkich piór nie potrafiłby się (nie mógł) oderwać od tej tragedii, w jakiej zanurzył pióro swojego życia. To był brzydki tusz. Miał już z nim pozostać. Ten tusz był malowany na pergaminie jego skóry i nie był widoczny dla gołego oka, ale on go czuł, widział i niemal smakował. Nie był smaczny. Miał smak goryczy i nie przysparzał o miłe doznania. Ten sam tusz można było zmyć jednym sposobem - zapomnieniem. Nie wypieraniem tego, że on tam był, a zaakceptowaniem, że już się od ciebie nie odłączy, bo swojej skóry nie mógł zmienić ten tęczowołuski wąż, którego ludzie mylili z aniołem. Ta wycieczka nie mogła się odbyć wcześniej z prostego powodu - w Tajlandii grudzień i styczeń były najlepszymi miesiącami, w których warto było tam jechać. Mijała pora deszczowa, przestawało być tak wilgotno i parno, było ciepło, słońce uśmiechało się do odwiedzających. Dokładnie tak samo, jak uśmiechał się Laurent tego wieczoru, gdy szedł po plaży.

Lazur morza zachwycał każdym błyskiem odbijanym w słońcu, a drewniane molo, przy którym cumowały łodzie, aż się prosiło o to, by na nim zasiąść i pomoczyć nogi w tej wodzie. To nie ono jednak było ich kierunkiem a restauracja, która stała i czekała przy plaży z widokiem na piękniące się skały, o które te promienie światła powoli znikającego za horyzontem się obijały i zaginały, tworząc fantazyjną grę półcieni. Blondyn okręcił się na palcach w tym piasku w rytm nuconej przez siebie melodii jednej z popularniejszych piosenek w świecie czarodziei w dzisiejszych czasach. Królował zaś jazz, więc nie trudno było w niej o energię. Nie obrócił się w pełni - szedł tyłem, spoglądając teraz na Philipa będącego kilka kroków za nim. Szedł w rozpiętej koszuli z krótkim rękawem, w krótszych spodniach, w ręce niósł swoje buty, które tylko przeszkadzały w chodzeniu po piasku. Zresztą Laurenta w tych warunkach wystarczyło spuścić z oka tylko na sekundę i już stał w wodzie, jakby ta była prawdziwym magnesem na selkie, który bez niej się nie obejdzie. W istocie tak było. To miejsce napełniało go energią, napełniało go siłą. Jego serce znowu biło. A to był ciężki rok. Bardzo, bardzo ciężki rok, po którym Laurent całkiem mocno schudł - a wszystko to zwalał na ciężar pracy związany z rezerwatem i stres. Był w końcu bardzo podatny na ludzkie emocje, więc i ciężko było to kwestionować. Za bardzo się wszystkim przejmował. Za łatwo. Powinien darować sobie zarządzanie czymkolwiek i pozostać ledwo inwestorem, który zbiera mamonę z zasianego ziarna.

- But damn, those eyes
So pretty I could cry
How could I
Not get hypnotized
By those eyes
By those eyes
I'd die for those eyes
Every time.

Zaśpiewał, a jego oczy zdawały się rozjaśnić, palmy zazielenić i pokłonić niżej, piasek nabrał bardziej złocistego koloru, morze wyciągnęło bardziej swoje fale i och, jak łatwo w tej magii było odebrać wrażenie, że nie było istoty piękniejszej ponad syrenę, w kierunku której Philip teraz wędrował, która ciągnęła go do odpoczynku pod palmami na deskach tarasu tej restauracji? Gwiazdy pojawiły się w pierwszych pomrugach, niebo zabarwiło różem i fioletem, przeplatając z zachodzącym dniem, przesuwając barwy... a wszystko to ledwo krótką chwilę, nim głos selkie zamilknął, a on błyszczał swoimi oczyma z tym szerokim uśmiechem, trochę psotnym. Bo przecież dobrze wiedział, jak działał na Philipa.




RE: [12.12.1968] Głos wołający do domu | Laurent & Philip - Philip Nott - 26.10.2023

Snute przed rokiem plany doczekały się spełnienia. Była to obietnica, której bardzo chciał dotrzymać. Spełnienie jej odciągnęło się sporo w czasie, bo aż do tegorocznej zimy. Ta pora roku bardzo sprzyjała zagranicznym wyjazdom, zwłaszcza do ciepłych krajów. Nie chodziło mu tylko o ucieczkę z zimowej Anglii do prawdziwego raju. Ta wycieczka może być wyjątkowo udana, ponieważ spędzi ją w towarzystwie Laurenta. Uważał, że on powinien wyściubić nos poza swoje ukochane New Forest i zobaczyć kawał świata. Philip dobrze wiedział, że Tajlandia bardzo mu się spodoba. Oby tylko nie za bardzo, bo mógłby zapragnąć tam pozostać na zawsze, ulegając w końcu zewowi wzywającego go morza. Po części rozumiał taką pokusę, bo tutaj było naprawdę pięknie.

Idąc samemu po tej plaży delikatnie uśmiechał się, z dołeczkami w policzkach. Kierował się w stronę tamtej restauracji, chłonąc po drodze wszystkie widoki i spoglądając co rusz na idącego przed nim Laurenta. Sam miał na sobie niebieską hawajską koszulę z krótkim rękawem, również rozpiętą, a także nosił białe szorty. Noszone przez siebie klapki teraz trzymał w dłoniach i przez to z każdym krokiem czuł pod stopami chrzęszczący złocisty piasek. Rzucało się w oczy to jak bardzo jego towarzysz wychudł, czym też zamierzał się zająć podczas tego wyjazdu. Tajska kuchnia była przepyszna. Podczas tego wyjazdu będą mogli także zapomnieć o wszystkim. Zwłaszcza to dotyczyło Laurenta, mającego za sobą ciężki rok.

Nie przestawaj śpiewać — Wymruczał do niego, uznając że słuchanie śpiewu Laurenta pogłębiało obecną tutaj magię, czyniło wszystko lepszym. Mógłby słuchać jego śpiewu godzinami. Gdyby był żeglarzem to po usłyszeniu takiej pieśni z pewnością zapragnął rzucić się w morską toń. Zamiast tego dawał pociągnąć się do błogiego odpoczynku pod palmami. Ten śpiew wystarczył, aby Laurent stał się głównym punktem tego wieczoru, skupiając na sobie całą jego uwagę pod wpływem rzuconego przez niego czaru. Miał do niego niekwestionowaną słabość.




RE: [12.12.1968] Głos wołający do domu | Laurent & Philip - Laurent Prewett - 27.10.2023

Perlisty śmiech selkie rozniósł się po plaży, kiedy usłyszał ten pomruk od strony Philipa za swoimi plecami. Już za plecami, bo odwrócił się, gdy ten skończył mówić. Czy mógł śpiewać całymi godzinami? Zdecydowanie nie. Miał bardzo wysoki głos - countertenor pozwalał mu osiągać bardzo, bardzo wysoką skalę śpiewaków operowych. Ale ten fragment piosenki nie był wyszczególniony tym niebiańskim głosem - bo chyba właśnie taki countertenor był słyszalny u bram samego Nieba, gdzie anioły witały przyjezdnych. Tych, których dobre serce pozwoliło dostać się w górę, a nie zejść w dół. Nie, to było zaśpiewane tak jak śpiewała to piosenkarka jazzowa, którą słyszał ostatnio w klubie. Brzmiała niemal tak, jakby nie trzeba było włożyć wysiłku w wyśpiewanie tych wersetów w swojej gładkości poza ostatnimi wyższymi uniesieniami.

- I had one rule
Don't be fooled by those boys
And this boy
Is one I know I should avoid~

Pomalował dla niego jeszcze przez moment świat, tak bajecznie barwny, lśniący i jasny w jego oczach, nawet mimo zachodzącego słońca. Pełen dźwięków i zapachów, a i tak niewiele było słów i niewiele mocy w jego głosie, żeby to wszystko przekazać. Choć może, moooże gdyby miał te godziny do wyśpiewania..? Gdyby jego gardło i jego siła płuc miała na tyle energii, żeby z siebie ja wydusić i opowiedzieć Philipowi o wszystkim..? Oceaniczne tonie, nawet tak krystalicznie lazurowe i przejrzyste jak te tutaj chowały w sobie jednak wiele tajemnic. I nie ważne, jak bardzo spokojne by się nie wydawały pod powierzchnią zawsze panował wieczny ruch. I potrafił zwieść najlepszych pływaków. Więc jak niebezpieczne było podążanie za syrenim śpiewem?

Śpiewem, który ucichł, bo zbliżyli się do ciemnoskórych mieszkańców tych terenów, którzy tu odpoczywali i jednocześnie obsługiwali ewidentnych przyjezdnych - ich jasny kolor skóry wyraźnie odznaczał się przy tubylcach. Obejrzał się jeszcze upewniając, że Philip schodzi z plaży, żeby się zatrzymać - zjeść coś, napić się, odpocząć chwilę rzeczywiście przed powrotem do hotelu. Takie wycieczki były pracochłonne i czasochłonne w organizacji - zdawał sobie z tego sprawę, bo czasami jednak sam się gdzieś wybierał, tylko raczej niekoniecznie wakacyjnie. Dlatego był wdzięczny, że Philip się tym zajął i miał szczerą nadzieję, że zajęło mu to wszystko mniej czasu, niż podejrzewał. Jeździł dość często, więc może miał doświadczenie, znajomości? Albo nie przejmował się zupełnie niczym, bo jego ludzie załatwiali wszystko. "Jego ludzie", och, jak to brzmiało... Cóż, Laurent miał to małe pojęcie, że Philipa potrafił otaczać ich tabun. Asystentka, piarowiec, osoba odpowiedzialna za przygotowanie pana do publicznych wystąpień i pewnie sporo innych. Philip lubił to życie. Laurent się czasem zastanawiał, czy on by się w takim odnalazł. To było fantazjowanie na temat życiu w błysku kamer, kiedy tak samo cię kochają jak nienawidzą, bo byli ci, którzy cię podziwiali i trwali w ciebie wpatrzeni jak i ci, którzy chcieli cię zniszczyć. Albo ci zazdrościli.

- Zazdroszczę ci tej siły do przemierzania tych kilometrów, nogi mi odpadają. - Westchnął, opadając na miękki leżak i przesuwając palcami po obolałych łydkach, kiedy już Philip podszedł do wolnego stolika i się dosiadł. - Czy to jest tajemna receptura twoich codziennych treningów? - Zdawał sobie sprawę z tego, że dokładnie tak było, więc pytał tak bardziej... ot, żeby go zagadać i jednocześnie pochwalić.

Kelnereczka przyszła i chwilę zajęła próba dogadania się, co dokładnie chcą, choć kobieta mówiła po angielsku - tylko trochę łamaną angielszczyzną. Laurent tutaj się w zasadzie zdał na Philipa - jako znawcę tego, co warto wypróbować w miejscach takie jak to, ciesząc się morską bryzą i zachodem słońca.




RE: [12.12.1968] Głos wołający do domu | Laurent & Philip - Philip Nott - 27.10.2023

Słuchanie śpiewu, jak i śmiechu Laurenta było dla niego przyjemnością samą w sobie. Jeśli chodzi o śpiew to również dlatego, że sam nie potrafił śpiewać na tyle aby urządzać występy dla szerszej publiczności. Za to może się pochwalić bogatym repertuarem podczas śpiewania pod prysznicem. Bywał co jakiś czas w operze, zwłaszcza z rodziną i dostrzegał podobieństwo skali głosu Laurenta do głosów śpiewaków operowych. Czasem zastanawiał się nad tym, dlaczego on nie zdecydował spróbować się obrać tej ścieżki kariery. Może nie śpiewaka operowego, ale piosenkarza. Z drugiej strony wtedy nie miałby przyjemności go słuchać podczas takich krótkich prywatnych występów przy normalnych, dobrze znanych mu piosenkach zamiast arii operowych.

Nie pierwszy raz zastanawiam się nad tym, dlaczego nie postanowiłeś zostać piosenkarzem. — Wypowiedziane przez niego słowa stanowiły prawdziwy komplement. Oczywiście, zdawał sobie sprawę z tego, że śpiewanie dla publiczności wymagało czegoś więcej, niż samych umiejętności i pasji - ćwiczeń wokalnych. Tak jak on musiał dbać o formę ćwiczeniami fizycznymi i treningami Quidditcha. Wiedział, że będzie mieć jeszcze wiele okazji ku temu aby posłuchać jego zachwycającego śpiewu. Podczas pobytu w tym miejscu odbędą także niejedną rozmowę.

Potrafił spędzać godziny na plaży, tak samo jak Laurenta praktycznie nie dało się wyciągnąć z wody, ale jednak jego towarzystwo sprawiało, że zmieniał nieznacznie swoje plany na rzecz spędzania z nim czasu w innych miejscach. Mieli dni pełne wrażeń i dopiero po powrocie do hotelu on czuł się zmęczony. Philip nie organizował takich wycieczek osobiście - nie miał najmniejszych oporów przed zrzuceniem tego na barki asystentki, która nie pierwszy raz załatwiała wszelkie formalności związane z jego wyjazdami. Niekiedy samodzielne dokonanie rezerwacji było w stanie przyprawić go o ból głowy. Niekiedy też przekraczało jego możliwości organizacyjne, bo jeśli zapragnął szybko wyjechać do takiej Tajlandii to wysłanie rezerwacji sową często nie było możliwe a jeśli było inaczej to trwało to długo. Znacznie prościej było wysłać asystentkę osobiście.

Całkiem dobrze sobie radziłeś. Jak wrócimy do hotelu możesz iść na tajski masaż. — Jego zdaniem, jak na kogoś, kto zazdrościł mu posiadanej siły do takich marszy, Laurent doskonale sobie z tym poradził. Zasugerował mu swoistą nagrodę za wszystkie doznane trudności i po tym będzie jak nowo narodzony. — Moim sposobem na nią są poranne ćwiczenia. Mogę pokazać Ci kilka prostych ćwiczeń na wzmocnienie. Mieszkając na stałe w Londynie trochę trudno mi odbywać tak długie wędrówki. — Wyjaśnił mu z uśmiechem, oferując mu także krótki instruktaż tego typu. Dziesięć przysiadów co rano po jakimś czasie przyniesie pozytywny efekt. W przypadku Laurenta przydałoby się popracować nad odpowiednim odżywianiem. Musi mieć siłę do wykonywania ćwiczeń. Nie będzie go tym teraz zamęczać, bo chociaż się martwił, to byli na zasłużonym urlopie. Zrobi to sposobem.

Laurentowi zasugerował łagodny bulion z makaronem ryżowym, mięsem i grzybami na pierwsze, na drugie łagodne słodko-kwaśne curry z wieprzowiną. Nie zamierzał narzucać niczego Laurentowi, jeśli nie odpowiadała mu jego propozycja albo dwa dania wydawało mu się za dużo to z jednego mógł zrezygnować. Dla niego dwa dania i deser były standardowym zestawem, jednak on jest sportowcem. Dla siebie natomiast wziął ostrą zupę z krewetkami i grzybami, na drugie, wołowinę w sosie ostrygowym, do picia wybrał dla nich mrożoną słodką kawę i lody tajskie. Dla siebie wybrał smak agrestu z sokiem czarnego bzu. Laurent sam musiał zdecydować, czy zmieści jeszcze deser i jeśli tak, to jaki chce smak.

Pamiętam o tym, że lubisz łagodne dania i takie Ci zaproponowałem. Jeśli jakieś Ci nie odpowiada to spojrzę w kartę i przedstawię Ci inną propozycję. — Dodał po przedstawianiu mu wszystkich dań. Jedynie w swoim przypadku złożył zamówienie. Bo dokładnie chciał to zjeść w tym momencie. Po przyjęciu drugiego zamówienia i odejściu kelnerki będą mogli cieszyć się resztą wieczoru, z przerwą na podanie tych wszystkich pyszności.




RE: [12.12.1968] Głos wołający do domu | Laurent & Philip - Laurent Prewett - 29.10.2023

Talent to jedno, ćwiczenia to drugie. A Laurent ćwiczył. Chodził na lekcje śpiewu, bo... naprawdę kochał śpiewać. Jego głos mógł nieść ukojenie, choć prawdę mówiąc - zazwyczaj się zwyczajnie wstydził. Do występów potrzeba było jednak czegoś jeszcze. Każdy może wyjść na puste deski teatru i każdy będzie przeżywał to inaczej. Jeden odczuje podniecenie, drugiego zeżre strach. Stoisz dopiero przed pustą sceną. Co będzie, kiedy pojawią się widzowie? Niektórzy nie potrafią otworzyć buzi i powiedzieć paru mądrych słów czy zaśpiewać przed własną rodziną, więc jak tu mówić o widowniach? O tych obcych ludziach, o tych oczach wbitych tylko w ciebie, oczekujących, że spełnisz ich wysokie wymagania, że będziesz ich gwiazdą, że te pieniądze, które wydali przychodząc tutaj nie są monetami przetraconymi. Musisz być najlepszy i dać z siebie wszystko. Czy wtedy wystarczy? Jeśli tego nie pokochasz nie będziesz w stanie stanąć na wysokości zadania. Jakieś przetracenie i zwątpienie bardzo szybko oplecie ciało i ściągnie na dół, żeby zamiast mieszkać wśród róż to pałętać się wśród chwastów. Laurentowi brakowało przekonania tego, że jest wystarczająco dobry, żeby występować na scenie. Że mógłby naprawdę zachwycić tłumy i je porwać. Pewność siebie można zbudować, trzeba tylko mieć do tego odpowiednie warunki i silną wolę. Laurent był słaby. Rozmywał się w swoich podstawach. Scena? Ta, o której mógł marzyć? Niepewność była jednym z powodów, dla którego to było trudne. Przecież był za to szereg innych powodów, dla których wędrówka w tę stronę była zamknięta przed jego oczami.

- Tak? - Zagaił, spoglądając kątem na Philipa przez moment, nim wrócił spojrzeniem do karty. W zasadzie przesunął po niej spojrzeniem i zaraz odłożył, wracając do lekkiego dotykania palcami łydek, żeby rozmasować mięśnie. - Nie zastanawiałem się, kim chcę zostać. Kochałem istoty magiczne, w dodatku był rodzinny biznes... to przyszło naturalnie. - Na ile w tym było prawdy? Ano nie było kłamstwa. A prawda? Nie zastanawiał się nad tym kiedyś, to fakt. Czy musiał obrać tę ścieżkę kariery? Nie. Pandora miała zostać dziedzicem, ale on opętańczo chciał coś w tej rodzinie znaczyć. Chciał, żeby ojciec i macocha byli z niego dumni. - Cieszę się, że ci się podoba. - Nie musiał być sławnym śpiewakiem i chyba nie potrzebował tego, skoro mógł dzielić się tym głosem... na takich warunkach, na jakich chciał. Puścił, odciągnął palce od skóry i zgiął je. Albo na takich warunkach, w których wybór był iluzją. - Skorzystam. - Bardzo chętnie przyjął zmianę tematu. Nie chciał się zatrzymywać ani robić kroków w tył. To wszystko było nadal zbyt świeże i intensywne w emocjach i doznaniach. Tajski masaż zaś brzmiał... hm, jeśli był taki jak wszystko wokół - brzmiał odprężająco. - Chcesz mnie wymęczyć, żeby w końcu w spokoju gdzieś usiąść na kilka chwil dłużej i żebym cię nie ciągał przez cały kraj? - Zażartował delikatnie z propozycji dotyczącej treningu. - Bardzo chętnie się czegoś nauczę. - Chociaż Laurenta problem polegał po prostu na tym, że był słaby z samej budowy ciała. Co nie znaczyło, że nie dało się nad tym pracować. Lecz najpierw, rzeczywiście, należało zacząć od podstaw. Czyli od odżywiania się.

Z ciekawością przysłuchiwał się zamówieniu i nie miał tak na dobrą sprawę żadnych "ale" do tego, co Philip wybierał, ani co chciał żeby spróbował. Prawie nigdy nie miał - poza momentami, kiedy naprawdę mu nie przypasowało to, co słyszał - czyli coś, co miałoby być ostre, albo nadmiernie słodkie. To były rzeczy, których raczej unikał.

- Nie, nie, poproszę. - Przytaknął. Oczywiście, że tego nie zje, ale na biednego nie trafiło i przede wszystkim chciał spróbować. Po to tutaj przyjechał - by doświadczać, próbować, wydać te pieniądze, które skradł i które miały zacząć płynąć z jego pięknego snu - rezerwatu. Nie zamierzał sobie tutaj niczego żałować i to też było widać. Zazwyczaj Laurent był oszczędny do dziwnego niemal stopnia biorąc pod uwagę, jak obrzydliwie bogaty był ród Prewett. Podniósł się z krzesła, oddając jedną z kart kelnerce, która poszła złożyć ich zamówienie. - Zaraz wrócę. Przejdę się tylko na most. - Który w zasadzie było nawet stąd widać, więc nie, nie był to jakiś kawał. Zostawił nawet sandały przy leżaku i zaczął zapinać guziki koszuli, żeby zejść z powrotem na złocisty, miękki piasek.




RE: [12.12.1968] Głos wołający do domu | Laurent & Philip - Philip Nott - 30.10.2023

Philip aż za dobrze wiedział, że pewność siebie buduje się przez lata. Trema bardzo często dotykała nawet najlepszych. Jako świadectwo tego przywoływał z pamięci swoje pierwsze wystąpienie publiczne, które nie wyglądało tak jak te wszystkie, w których wziął udział do tej pory. Doskonale wiedział, że nie każdy się do tego nadawał. Nie każdy zdoła przezwyciężyć swoją tremę, nie u każdego za powodzeniem danego wystąpienia publicznego stoi mały sztab ludzi, odpowiedzialnych za przygotowanie swojego klienta.

Laurent naprawdę miał talent i predyspozycje do stania się gwiazdą estrady, nad pozostałymi rzeczami należałoby popracować. Nad pewnością siebie, która pod wieloma względami stanowiła prawdziwy klucz do sukcesu. Philip znał ludzi z wielu branż, nawet z branży muzycznej i gdyby tego naprawdę zapragnął to mógłby mu od ręki zorganizować rozmowę z kimś z tego środowiska. Showbiznes nigdy tak naprawdę nie gwarantował sukcesu, dlatego trzeba było ciężko na niego pracować na wiele sposobów. Byłby mu w stanie pomóc nieco bardziej, jednak wypracuje sobie pewności siebie za niego. Odpowiednie pochodzenie i pieniądze otwierały wiele drzwi.

Mógłbyś mieć rzesze fanów. Jednego już masz. — Stwierdził z przekonaniem w głosie oraz promiennym uśmiechem. Postrzegał siebie jako fana głosu Laurenta. Młodszemu mężczyźnie ta wycieczka naprawdę dawała się we znaki. — Jako, że sam związałem swoją karierę z rodzinnym interesem to rozumiem wybrałeś taką, a nie inną drogę. — Prawda była taka, że gdyby Laurent chciał spróbować czegoś nowego w swoim życiu to byłoby to w zasięgu jego ręki. W jego również. Pozostawał w przeświadczeniu, że czego by się nie chwycił, to osiągnąłby w tym sukces porównywalny do tego w sporcie. — Jak mówiłem, jestem twoim fanem. — To naprawdę mogło brzmieć nieco zabawnie w jego ustach, jednak taka była prawda. O autograf może go nie poprosi, ale o pieśń owszem.

Mi on również dobrze zrobi. — Będąc na zasłużonym urlopie nie odmówi sobie relaksu tego rodzaju. — Zdołałeś odkryć mój niecny plan. — Zażartował w odpowiedzi. W rzeczywistości bardzo chętnie dawał się ciągać Laurentowi przez cały kraj. Nie zaprosił go na tę wycieczkę po to aby spędzali cały czas na terenie hotelu. Chciał pokazać mu ten piękny kraj. — To jak chcesz się czegoś nauczyć to musisz zjadać wszystkie solidne posiłki. — Jako sportowiec przywiązywał ogromną wagę do odpowiedniego odżywiana. Może to przekona tego mężczyznę do zjedzenia wszystkiego. Nad złymi nawykami trzeba było popracować. Po drugie, zawsze lepiej spożywało tak egzotyczny obiad, jeśli osoba siedząca naprzeciwko niego nie dłubała w talerzu. Nie musieli sobie żałować.
Zaskoczyło go to, że Laurent podnosi się z krzesła.

Dobrze, ja poczekam na nasze zamówienia. — Bardzo chętnie poszedłby z nim, jednak skoro zamówili jedzenie to wypadałoby poczekać aż zostanie podane. Odejście ich obu od stolika mogłoby zostać odebrane jako opuszczenie restauracji. Dobrze widział stąd most, na który Laurent zamierzał się udać, poza tym wiedział że on nie każe mu długo czekać na swój powrót.




RE: [12.12.1968] Głos wołający do domu | Laurent & Philip - Laurent Prewett - 31.10.2023

Jego ojciec chyba by osiwiał (jeszcze bardziej, ewentualnie po prostu na nowo), gdyby odkrył, że jego syn nie tylko uskoczył nieco w bok od rodzinnego biznesu, ale nawet całkowicie od niego odszedł. Porzucił całkowicie biznes, rodzinne korzenie i skierował się w stronę... śpiewania. Na coś takiego mogli sobie pozwolić ci, którzy nie mieli takiego ojca. Ewentualnie ci, którzy mieli w sobie odwagę, żeby wybrać własną ścieżkę życia i nie podążać za ideałami, które wpycha w twoje objęcia rodzina. Czy cię wyklną, czy wypalą w gobelinie - nie ma znaczenia. Liczy się tylko to, że żyjesz zgodnie z samym sobą i spełniasz marzenia. Jesteś szczęśliwy. O ile ta kariera to dla ciebie większe szczęście niż więzi rodzinne i to, że pozostawiłeś za sobą spalone mosty. O ile nie podążasz tylko za cyframi na koncie Gringotta, a rzeczywiście za marzeniami. Jednoznaczność decyzji zawsze była trudna. Głównie dlatego, że życie nie składało się z intensywnych barw, a głównie stanowiło skalę szarości. Laurent miał okazję przeczytać kiedyś pewne słowa, że jeśli człowiek chce odnieść sukces w życiu to musi podążać za swoją pasją, nie za tym, co piszą na rachunkach. Coś w tym było. Jednak jako osoba, która dość chciwie trzymała się swoich pieniędzy nie potrafił jednoznacznie tego potwierdzić, albo wręcz przeciwnie - odrzucić. Bo przecież gdyby nie pieniądze to nie mógłby się znaleźć chociażby tutaj, w tym pięknym miejscu i pozwalać sobie na wszystko, na co tylko miał ochotę. Gdyby nie one - nadal tkwiłby w Keswick.

Roześmiał się ze słodyczy płynącej z ust Philipa i nawet zdrowy rumieniec pokazał się na jego twarzy od tych komplementów, jakimi go Philip raczył. Jakoś zawsze potrafił wejść mu z tymi słodkimi słówkami pod skórę, że aż Laurent czuł, jak kwitnie i wręcz się delikatnie zawstydza momentami - jak teraz. Nie był to wstyd na poziomie, na którym by się krył, uciekał, czy tracił głowę, w żadnym wypadku - to była ta zdrowa dawka, która pozwoliła głęboko zakorzenić w sobie przeświadczenie o wyjątkowości słów, jakie się słyszy. Bo przecież kto jak kto, ale Philip nie traciłby swojej energii i czasu na takie komplementy tylko po to, żeby kłamać. To też uwielbiał w tym mężczyźnie - jego szczerość.

- Dziękuję. Jesteś kochany. - Lubił śpiewać dla rodziny, przyjaciół... kochanków i kochanek. Wiedział, że ma głos, którego przeżycia pozwalały na coś więcej niż słuchowe doznania - oto moc głosu syreny. Głos, który mógł być wykorzystany, by komuś sprawić przyjemność, poprawić humor i zachwycić, albo do tego, żeby czynić komuś krzywdę.

Potrzebował tej krótkiej chwilki dla siebie. Potrzebował chwili na westchnienie tylko do uszu Matki Wody. Obejrzał się jeszcze na mężczyznę, który mu towarzyszył, posłał mu uśmiech i ruszył w kierunku mostu. Miękki piasek był fantastycznym doznaniem, zupełnie inny niż ten, który leżał u plaż New Forest. I w zasadzie wtedy, gdy zbliżył się do linii mostu usłyszał śpiew. Zatrzymał się, spoglądając na roziskrzone, morskie fale przez drobny moment, nim ruszył po drewnianych deskach. Śpiew? Nie nazwałby tego nawet śpiewem. Anielski, tęskny głos, który wibrował pośród fal, wabiąc do siebie, mamiąc i przyciągając. Przenikający prosto do duszy śpiew był tak tęskny, że nie rozróżniał, czy jest to jego tęsknota czy może tego głosu, który roznosił się wraz z szumem fal. Świat dla niego przestał istnieć - bo istniało tylko pragnienie, żeby wrócić do domu. Żeby odpowiedzieć na to melancholijne wołanie, które prosiło o powrót do bezpiecznych, morskich otchłani, gdzie ginęły ludzkie problemy. Był tam - zjawiskowo piękny, może najpiękniejsza istota, jaką Laurent mógł ujrzeć w swoim życiu. Z tymi oczami, w których lazurowe fale wibrowały jak w jego gardle i czarnymi włosami, które przypominały welon Śmierci. Gdyby te oczy mogły być udekorowane słońcem - nie smutkiem... Syrena wynurzała się ledwo z wody, widać było jedynie jej głowę, a potem wysunął ku niemu rękę - zapraszająco. Wołał go do domu.

Blonydn nawet nie wiedział kiedy spadł z końca molo prosto do wody.

Biel wzburzonej wody owinęła się wokół niego tak jak dłonie, które dotknęły jego ciała, jego twarzy i usta, które napotkały jego wargi. To nie było jak pożądanie - raczej jak powitanie. Jak coś, co znałeś, na co czekało się od lat i w końcu, w końcu zdarzyło się znów. Choć przecież Laurent nigdy nie widział tego selkie na swoje oczy. Wyciągnął dłonie w jego stronę, opadając bezwiednie na dno. Tonąc w objęciach i tonąc w tej wodzie. Ten smutek i membranowy głos przelewał się przez niego. A może tak naprawdę... nie widział tu zupełnie nikogo?

Bo kiedy jego plecy dotknęły miękkiego piasku, a on rozchylił zaciśnięte powieki to nikogo przy nim nie było.




RE: [12.12.1968] Głos wołający do domu | Laurent & Philip - Philip Nott - 01.11.2023

Dla Philipa pieniądze stanowiły zawsze środek zamiast celu. W tym jednak nie było nic dziwnego, bo w jego domu rodzinnym nie brakowało pieniędzy i nigdy nie musiał dążyć do ich zdobycia po to aby wyrwać się z biedy. Wypełniony po brzegi galeonami skarbiec pozwalał mu na bardzo wystawne życie, w którym nie musiał snuć marzeń o podróżach w dalekie strony, w którym nie musiał przeliczać każdego galeona i jeśli coś chciał mieć to po prostu wchodził do sklepu z zamiarem kupienia tego. Z racji, że zaprosił Laurenta na tę wycieczkę to był skłonny opłacić cały jego pobyt w tym kraju. Mógł sobie na to pozwolić.

W prosty sposób dbał o dobre samopoczucie swojego towarzysza. W jego słowach nie było ani odrobiny kłamstwa. Dostrzegał ten zdrowy rumieniec na twarzy młodszego mężczyzny, zdradzający delikatnie zawstydzenie. Zrobiło mu się bardzo miło, słysząc te podziękowania i ten komplement. Za ich sprawą znów uśmiechnął się ciepło, z dołeczkami w policzkach.

Czasami się zdarza. — Zażartował. Kiedy chciał potrafił być miły i czarujący, choć przy większości osób była to wymuszona postawa. Przy Laurencie natomiast nie musiał udawać i nie zawsze musiał zastanawiać się nad każdym wypowiedzianym słowem. Nie musiał także przestrzegać wszystkich konwenansów.

W czasie, w którym Laurent potrzebował chwili dla siebie, podano im kawę. Postanowił wypić swoją, zamierzając w razie czego zamówić drugą. Uchwyciwszy spojrzenie Laurenta, uśmiechnął się do niego znad wysokiej szklanki z kawą. Obserwował go ze swojego miejsca, nie zamierzając mu przeszkadzać w chwili potrzebnej mu samotności. Zapewnił go, że niedługo wróci i nie miał podstaw mu nie uwierzyć. Naprawdę nie musieli spędzać ze sobą każdej chwili co do minuty. Nie zamierzał go poganiać, co nie oznaczało, że nie chciał czekać na niego na długo. Poszli coś zjeść przed powrotem do hotelu. Zaskoczyło go, że Laurent wpadł do wody. Wiedział, że jako selkie pozostaje wrażliwy na głos morza, jednak nie wydawało mu się aby zapomniał o wszystkim, co mieli razem zrobić w tym momencie i pozostałych planach na resztę wieczoru. Gdyby chciał popływać to zdecydowanie nie zrobiłby tego w ubraniu. Postanowił to sprawdzić, pozostawiając na stole dwie kawy. Ktoś na pewno go zobaczy, jak zmierza w stronę mola.

Po dotarciu na miejsce nie widział w wodzie Laurenta, dlatego postanowił zdjąć koszulę i zsunąć ze stóp klapki. Wskoczył na główkę do wody, nurkując na moment. Gdy się wynurzył na ułamek sekundy wytworzył wokół swojej głowy bańkę powietrza i dopiero się zanurzył pod powierzchnię wody, rozglądając się za swoim towarzyszem. Udało mu się go dostrzec po chwili, opadającego na piaszczyste dno. Popłynął ku niemu, najszybciej jak był w stanie. Pierwszą rzeczą, którą zrobił po dopłynięciu było wytworzenie podobnej banki powietrza wokół głowy Laurenta, który pomimo bycia selkie, nie posiadał skrzeli ułatwiających mu oddychanie pod wodą.

Pochwycił go mocno za ciężką od wody koszulę, przyciągając ku sobie i odrywając go od dna. Mógłby samemu spróbować nakłonić go do samodzielnego płynięcia ku powierzchni, samemu ciągnąć go ku górze ale był też szybszy sposób. Zamierzał użyć magii aby wydostać ich z wody. Jedynie musiał się upewnić co do tego, czy są bezpieczni. To nie były pierwsze jego wakacje w tym miejscu i znający angielski miejscowi mugole niekiedy przestrzegali turystów przed syrenami, które nie były wyłącznie legendą. Będąc czarodziejem nie mógł nie potraktować ich poważnie.




RE: [12.12.1968] Głos wołający do domu | Laurent & Philip - Laurent Prewett - 01.11.2023

Wydawało się, że z niektórymi rzeczami jesteśmy pogodzeni. Dobrze się trzymasz, hej, jak leci? Tak, tak, wszystko dobrze. Te same uśmiechy i te same ułożone myśli, że wszystko jest w porządku. Jeśli dopuścisz do siebie myśl, że nie jest w porządku to będą się działy rzeczy takie, jak te.

Utoniesz.

A przecież selkie nie tonęły.

Wyciszony świat był błogosławieństwem. Tylko ten ból serca i tęsknota za czymś, czego nie miałeś i mieć nie będziesz, poszukiwanie dotyku, który tylko czynił cię bardziej nieporadnym. Dotyku, którego nie mogły zastąpić żadne ręce. Nie miał ochoty się wynurzać. Tu było tak dobrze, cicho i spokojnie. Świat połamanych skrzydeł zastąpiony objęciami przyjemnie ciepłej wody, która nie podrażniała jego oczu. Bezwład istniał tylko dlatego, że mu się poddał. Myśl o wynurzeniu się zupełnie nie istniała w jego głowie. Myśl o tym, że kawa stygła i że przecież ktoś ponad wodą na niego czekał. Ktoś, z kim tę podróż odbył, kto będzie się martwił, kto zauważy to zniknięcie. Obrócił głowę w kierunku głębin. Piasku, który nie prowadził do brzegu a dalej - ku otwartym przestrzeniom, choć ograniczona była falami. Wolność definiowana była dla Laurenta intensywniej oceanicznymi wodami niż lotem na grzbiecie abraksana. Wolność... Wydawało mu się, że widział jeszcze ruch zanikający między wbitymi w ziemię skałami, że usłyszał jeszcze ostatnie smutne nuty. Uniósł się w wodzie i sięgnął po to, co każda selkie zrzucała chcąc przybrać ludzką postać. To, co niejeden i nie dwóch czarodziei ukradło pięknym syrenom, żeby nie mogły im uciec do wody - jak kanarki z klatkach, tylko niekoniecznie złotych. To był ten moment, kiedy jego uciekająca, smutna pieśń została przerwana dźwiękiem wzburzonej wody i jego oczy zwróciły się na Philipa zanurzającego się w wodzie. Spojrzał z lekkim strachem w kierunku, gdzie zniknęła mu syrena, za którą chciał podążać, ale chyba Nott nie miał takiego pomysłu. Odsunął się od mężczyzny, który chyba chciał go łapać i machnął różdżką, żeby stworzyć bezpieczną bańkę powietrza. Uśmiechnął się aż z tej uroczej postawy, którą sobą Philip zaprezentował. Bohater. Jego własny bohater na białym koniu, który chciał uratować tonącego! Laurent jednak nie dał się pochwycić - odsunął się jeszcze dalej, żeby umknąć jego ramionom i nasunął futro na swoje ramiona.

W mrugnięciu oka zamiast blondyna w wodzie unosiła się biała jak śnieg, niezwykle smukła (bo chuda) foka, której czarne jak perły oczy błyszczały błogosławieństwem Matki Wody.

Nieporadne na lądzie stworzenie było królem zwinności i szybkości wśród morskich fal. Laurent przepłynął okrążenie wokół Philipa i sam wpłynął mu pod ramię, żeby wyciągnąć go ponad powierzchnię wody. Sam zresztą złapał w nozdrza powietrze, gładko wysuwając się na bok, nurkując, by znów się wynurzyć i spojrzeć na Philipa. Specyficzny dźwięk wydobył się z jego strun głosowych - pocieszny i pełen radości.




RE: [12.12.1968] Głos wołający do domu | Laurent & Philip - Philip Nott - 03.11.2023

W wyobrażeniach Philipa ten wieczór miał wyglądać zupełnie inaczej - nie uwzględniał w ich wspólnych planach takiego incydentu zagrożenia życia i zdrowia, konieczności ratowania Laurenta. Nie zawahał się jednak przed wskoczeniem do wody z zamiarem podjęcia próby ratunku. Udał się na tę wycieczkę z nim i to z nim zamierzał wrócić do Anglii, co oznaczało że nie mógł pozwolić na to aby zabrało go morze. Prócz Laurenta ratował także ten wieczór, bo tam czekały na nich pyszne dania tajskiej kuchni i jeszcze wiele atrakcji. Nie chciał z tego wszystkiego rezygnować.

Przemiana Laurenta w fokę była dla niego niezwykłym doświadczeniem przez to, że jak dotąd nie miał możliwości ujrzeć swojego towarzysza w tej właśnie postaci. Może nie był na to właściwy moment, jednak przyglądał się Laurentowi ze szczerym zainteresowaniem oraz z zachwytem. Uśmiechnął się delikatnie. Okręcił się w wodzie, wodząc spojrzeniem za mężczyzną pod postacią tak słodkiego stworzenia jakim była foka. Mocno objął Laurenta ramieniem, pozwalając się wyciągnąć powierzchnię wody. Otaczające jego głowę bańka powietrza pękła po wynurzeniu się. Roześmiał się słysząc ten specyficzny dźwięk.

Zdecydowanie jesteś w swoim żywiole, foczko, ale wystarczy tego dobrego na chwilę obecną, nie uważasz? — Zapytał niefrasobliwie, z uśmiechem. Podpłynął bliżej niego, wyciągając dłoń w stronę głowy Laurenta, chcąc go pogłaskać po łebku. Nie mógł się od tego powstrzymać. Może Laurent nie będzie mieć mu tego za złe.