Secrets of London
[23.12.1970, mugolski Londyn] Trzeba zabić tę miłość V & A & U - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [23.12.1970, mugolski Londyn] Trzeba zabić tę miłość V & A & U (/showthread.php?tid=2476)

Strony: 1 2


[23.12.1970, mugolski Londyn] Trzeba zabić tę miłość V & A & U - Ulysses Rookwood - 26.12.2023

Pierwsze ataki śmierciożerców
- Augustus & Vespera & Ulysses



Ama Magpie miała w swoim życiu sporo nieprzewidzianego pecha. Najpierw, pewnej grudniowej nocy, na jej drodze zmaterializował się (naprawdę się zmaterializował, jakby to była kwestia jakiejś magii!) trzymający śmierdzącego kapcia w pysku pies z dwoma ogonami, potem usłyszała trzask i zza rogu wypadł właściciel czworonoga. Między pierwszym a drugim wydarzeniem (dokładnie w trakcie tych najwyżej dziesięciu sekund) pośliznęła się na oblodzonym chodniku, siatka z zakupami wypadła jej z rąk a ona upadła i skręciła kostkę. Kolejne trzy godziny spędziła w szpitalu w towarzystwie próbującego ją rozbawić właściciela psa z dwoma ogonami. W taki oto sposób, po przeżyciu dwudziestu jeden lat we względnym spokoju, rozpoczął się dziwny romans Amy Magpie z jeszcze dziwniejszym Ciceronem Shafiqiem.
Była późna noc. Ulysses Rookwood nie doceniał romantyzmu czającego się w tej historii. Stał naprzeciwko niewielkiego domku Amy w mugolskiej części Londynu i patrzył beznamiętnie na rozwieszoną wokół drzwi świecącą girlandę. Była przymocowana trochę krzywo. Wieniec też wisiał krzywo. Ulysses zamknął oczy, próbując odegnać z głowy niechciany natłok myśli. A te były różne. Goniły dziwnymi szlakami i zahaczały o wiele tematów. Ot, na ten przykład: Czemu ludzie nie zadawali sobie nawet tyle trudu, by przymocować świąteczne dekoracje prosto? Czy ich nie drażnił ten brak symetrii? Czemu Ciceron nie usunął podwójnego ogona swojemu psidwakowi? Czemu nie zostawił mugolki zaraz po tym, jak zadbał o to, by trafiła do szpitala? Czemu wrócił do niej następnego dnia? Czemu wdał się w ten bezsensowny romans?
Zadanie, które otrzymał razem z Vesperą i Augustusem było dość proste: zróbcie porządek z Amą Magpie, pokażcie Czarodziejskiemu Światu, że śmierciożercy nie dopuszczą do istnienia takich związków. Czarodziej czystej krwi nie powinien spotykać się z mugolką. A Cicero miał w sobie tyle nieroztropności, że postanowił się nawet z nią zaręczyć. Przynajmniej takie chodziły plotki. W przyszłości pewnie chciał zabrudzić swoją czystą krew potomstwem z takim ścierwem.
Ulysses westchnął. Poprawił stojący kołnierz. Ubrany był całkiem zwyczajnie. Miał na sobie ciemny, długi, czarny płaszcz a pod nim nieśmiertelny garnitur. Z uwagi na pogodę, na to nieprzyjemne pomieszanie śniegu z deszczem, jego buty nie lśniły czystością (co go irytowało i jednocześnie sprawiało, że starał się za wszelką cenę o tym nie myśleć) a na głowie miał kaszkiet.
- Jedno z nas powinno zostać na czatach. Albo chociaż obserwować przez okno, czy Ciceron nie postanowi niespodziewanie odwiedzić kochanki – powiedział cicho. Myślami ciągle błądził wokół Amy, wokół jej ciemnej, hebanowej skóry, kręcących się czarnych jak smoła włosów i dużych, migdałowatych oczu. Irytowała go myśl, że weszła w drogę głupiemu czarodziejowi. I jak rozumiał hierarchię krwi, którą głosił ich ojciec, tak dalej uważał, że z tej dwójki to Shafiq zasługiwał na karę. – Myślę, że już czas poznać Amę Magpie.


RE: [23.12.1970, mugolski Londyn] Trzeba zabić tę miłość V & A & U - Vespera Rookwood - 30.12.2023

Vespera miała gdzieś ich tą miłość, bo w nią najzwyczajniej nie wierzyła, a dowodem na to były jej dwa nieudane małżeństwa. Nie potrafiła sobie wyobrazić siebie jako zakochanej trzpiotki, a tym bardziej nie była w stanie zrozumieć, co Shafiq widział w jakiejś nędznej mugolce. Może i nie była zdania, że powinno się tą Amy zabijać ze względu na to, że omotał ją jakiś czarodziej, ale też nie była zdania, aby czysty ród mógł się mieszać z niemagicznymi osobami.  Nie czuła, że cała ta mugolka była winna w tej sytuacji. Wiedziała jacy mężczyźni byli, jak działali i co potrafili zrobić ze słabym, kobiecym umysłem. Vespera akurat wychowała się wśród wilków, więc uważała siebie za silną, ale taka mugolka? Nie mogła się równać z czarodziejami. Była łatwym celem i po co to wszystko? Dla kilku chwil w łóżku?

Stała pomiędzy swoimi braćmi, na głowie miała ciemny, kobiecy kaszkiet, ze skórzanym zdobieniem, ciemną suknię ukrytą pod czarnym, ciepłym płaszczem. Wpatrywała się w krzywo zawieszone ozdoby na budynku, co wręcz powodowało u niej dreszcz i chęć poprawienia ich. Skrzywiła się nawet na ten widok, ale nikt tego nie mógł dostrzec. Ręka wręcz świerzbiła, aby rzucić zaklęcie i to wszystko poprawić. Żałosne. Gdy Ulysses się odezwał jej wzrok padł na swojego bliźniaka. Najlepiej, aby to on został na czatach. Był dobry w pojedynkach, potrafił magię bezróżdżkową, więc bez problemu w razie potrzeby pozbędzie się Cicerona, będzie bardziej przydatny tutaj, a nie przy rozmowie z mugolką.

– Zostajesz? – jej ton jednak bardziej brzmiał stwierdzająco niż pytająco. Doskonale znała Augustusa i wiedziała jakie były jego zalety. Spojrzała zaraz potem na Ulyssesa lekko skinąwszy mu głową, że się zgadza. Ruszyła przodem, bo wiedziała, że jej aparycja była bardziej przyjemna nawet jeśli sama Vespera nie należała do osób przyjemnych z charakteru. Nacisnęła na dzwonek czekając, aż Amy otworzy drzwi.




RE: [23.12.1970, mugolski Londyn] Trzeba zabić tę miłość V & A & U - Augustus Rookwood - 31.12.2023

Stałem i wpatrywałem się ten przeklęty wieniec na środku drzwi. Został zawieszony krzywo, tak krzywo, że nie potrzebowałem narzędzi by to stwierdzić, więc tym bardziej było to bolesne. Byłem perfekcjonistą i wszelkie takie oznaki zaniedbania wprawiały mnie w niemały dyskomfort, a jak znałem swoje rodzeństwo, tak obstawiałem, że im również pojawiała się gęsia skórka na widok tych wszystkich kolorowych, niechlujnie zawieszonych ozdób.
Nie spieszyło mi się. Najchętniej odwlekałbym w czasie przekroczenie progu domu Amy Magpie i, cóż, wykonanie tego, co nam zostało przykazane. Może nawet mój dyskomfort wcale nie brał się jedynie z tych tandetnych ozdób, tylko... wizji, którą natrętnie odganiałem ze swojego umysłu? Nie potrafiłem sobie nawet tego wyobrazić, jak gdyby ktoś nałożył na mnie magiczną blokadę, jak gdyby nie pozwalał mi widzieć aż tak czarnych, morderczych scenariuszy. A jednak. Stałem tu, rozkaz był jasny, a ja wrosłem w pluchę pod swoimi stopami. Nawet słowa Ulyssesa w żaden sposób mnie nie przebudziły do życia, do działania. Potrafiłem jedynie stać, wpatrywać się w dom Magpie i krzyczeć w myślach, że to ja, to właśnie ja zostanę na zewnątrz.
W przeciwieństwie do rodzeństwa, nie miałem żadnego nakrycia głowy by nie niszczyło mojej nienagannej fryzury. Nawet drobne płatki śniegu nie były w stanie przekonać mnie do noszenia czegokolwiek na głowie, za wyjątkiem Śmierciożerczej szaty, ale tę wkładałem możliwie jak najrzadziej, więc...
Więc tylko kiwnąłem głową na słowa Vespery. Tak, zostaję. Tak, zrobię wszystko by was chronić. Tak, skryję się i poczekam aż to wy wykonacie brudną robotę.
- Będę na zewnątrz. W razie czego zajdę go od tyłu - stwierdziłem jedynie przyciszonym tonem, a kiedy Vespera dziarsko ruszyła w kierunku mugolskiego domu, ja ruszyłem w kierunku drzewa nieopodal, jakichś ozdobnych krzewów. Będąc bliżej nich, pokusiłem się na wyciągnięcie maski z wewnętrznej kieszeni płaszcza i skrycia pod nią swojej twarzy. Byliśmy tu, cóż, służbowo, a też nie chciałem się chwalić, że tu pan Rookwood bawił się w podglądacza albo co. Właściwie, to już lepiej było zostać ogłoszonym podglądaczem, aniżeli mordercą, ale... Powinienem się skupić.
Nie wyciągałem różdżki. Jeszcze. Spoczywała wygodnie w specjalnej dla niej kieszeni. Z reguły nie chwaliłem się magią bezróżdżkową, nawet w klubie pojedynkowym, ale rodzeństwo akurat należało do powierników tej tajemnicy.
Skryłem się w cieniu i czekałem, obserwując okolicę, ale również spoglądając w okna domu panny Magpie.


RE: [23.12.1970, mugolski Londyn] Trzeba zabić tę miłość V & A & U - Ulysses Rookwood - 27.01.2024

Ulysses obrzucił młodszego brata dłuższym spojrzeniem, gdy zrozumiał, że to on zostanie na czatach. Kiwnął głową, myśląc o tym, że był to najlepszy możliwy wybór. Augstus był silniejszy od Vespery. Operował też magią bezróżdżkową, więc gdyby musiał, mógłby zaatakować Cicerona zupełnie niepostrzeżenie. Ruszył za siostrą, gdy ta skierowała się ku drzwiom mieszkanka Amy Magpie. Stanął tuż obok i obserwował jak Vespera nacisnęła na dzwonek do drzwi.
Ding – dong. Ding – dong. Ding – dong. Słyszeli jak powtarzalny, niezbyt głośny dźwięk zabrzęczał gdzieś w środku. Ulysses uniósł rękę, jakby walczył ze sobą, czy nie poprawić tego krzywego wieńca i w ostatniej chwili zrezygnował z tego pomysłu. Chwilę później do ich uszu dobiegł głos zbliżających się kroków. Skrzypnął zamek w drzwiach, gdy Ama przekręcała klucz i naciskała na klamkę.
Pokazała im się omieciona łuną jasnego światła z naściennych lampek. Poza zwykłym, wyciągniętym swetrem i jakimiś domowymi spodniami, miała na sobie biały fartuszek z wyraźnymi śladami mąki. Utytłane nią miała też ręce, choć starała się je starannie wytrzeć o fartuch.
- Tak? – zapytała zaskoczona ich widokiem.
Ale jak mogłaby nie być zaskoczona? Przecież widziała ich po raz pierwszy w życiu. Kim dla niej byli? Dwójką bladych, ciemnowłosych i eleganckich ludzi, którzy jakimś cudem znaleźli się przed drzwiami jej niewielkiego domku.
- Ama Magpie – powiedział Ulysses. Jego słowa powinny być pytaniem, ale ton głosu brzmiał raczej jak potwierdzenie tego co wiedział. Nie było w nim nawet grama niepewności. – Musimy porozmawiać. O Ciceronie.
I jakby spodziewając się, że kobieta nie będzie wcale chciała z nimi rozmawiać, wsunął czubek wypolerowanego buta między drzwi a framugę, blokując Amie szansę na zamknięcie ich. Pewnie mógłby pozwolić jej zamknąć drzwi. Nie potrzebowali Magpie by dostać się do środka jej domu, ale z jakiegoś powodu Ulyssesowi zależało na tym, by sama wpuściła ich do środka.
- Czy coś mu się stało? – zapytała, marszcząc przy tym brwi.
Wyglądała zupełnie inaczej niż oni. I nie chodziło tylko o jej strój, czy mugolską krew płynącą w jej żyłach, ale – chyba przede wszystkim – o to jak wyraźnie malowały się emocje na jej twarzy, jak błyszczały jej ciemne oczy: najpierw zaskoczeniem a teraz troską. Ulysses mimowolnie zacisnął usta w jeszcze cieńszą linię.
- Wejdźmy lepiej do środka – rzucił, teraz już pewniej wpychając but między framugę a uchylone drzwi. Amy cofnęła się odruchowo, on sięgnął po klamkę, otworzył drzwi szerzej, najpierw wpuścił do środka Vesperę a potem wszedł sam. Znaleźli się w wąskim, krótkim korytarzyku, na którego końcu znajdowało się wejście do kuchni. Czuli dochodzącą stamtąd silną woń migdałów i cynamonu.
- Coś mu się stało, tak? – zapytała Amy i teraz w jej głosie wyraźnie zabrzmiała panika.
Ulysses otworzył usta, ale nie bardzo wiedział, jak odpowiedzieć na pytanie Magpie. Nie. Jeszcze nie. Może w ogóle nie. Za chwilę tak. Za chwilę ją straci. Każda z tych odpowiedzi była tak samo prawdziwa i nieprawdziwa. Posłał Vesperze krótkie spojrzenie, jakby liczył na to, że zabierze głos.
- Czy ty wiesz kim jest Ciceron Shafiq? – zapytał po paru sekundach.
- Kim jest? – Ama nie zrozumiała pytania. – Jest pisarzem.
Ulysses skrzywił się.
- Nie o to pytam. Czy powiedział ci skąd pochodzi?


RE: [23.12.1970, mugolski Londyn] Trzeba zabić tę miłość V & A & U - Vespera Rookwood - 05.02.2024

Starała się nie patrzeć na krzywe ozdoby, ale miała podobny odruch jak Ulysses, gdy jej wzrok napotkał krzywy wieniec uniosła dłoń ku niemu, ale nim zdążyła go poprawić drzwi się otworzyły i pojawiła się urocza mugolka, więc szybko cofnęła dłoń i uśmiechnęła się w sposób przymilny. Inaczej nie mogła jej określić, była dziwnie inna od niej samej, taka ciepła jak światło kominka w nocy. Chyba właśnie tego oczekiwali jej właśni mężowie, tej samej emocjonalności na twarzy, mdlenia, gdy ktoś wyznaje ci miłość, ale dla Vespery takie rzeczy były odległe, nie potrafiła tak patrzeć i nigdy nie chciała tego robić. Wydawało jej się to słabe, trudne… nie pasujące do jej istnienia. Pozwoliła Ulyssesowi mówić, pozwoliła mu się przepuścić. Rozejrzała się po korytarzu, w którym się znaleźli. Tu również te paskudne, krzywe ozdoby zawieszone na ścianach, poustawiane na komodzie, czy też na balustradzie schodów. Starała się nie patrzeć na to wszystko, czując jak zimny dreszcz przechodzi przez jej ciało na myśl o tym, że jednym sprawnym ruchem różdżki mogłaby naprawić ten niedoskonały dom. Spojrzenie skierowała na Amy. Słodką, małą Amy.

Kobieta popatrzyła na nich niepewnie, z lekkim przestrachem. Nie była pewna, czy powinna o tym mówić, w końcu była to tajemnica, tak. Oboje mogli dostrzec na jej twarzy idealnie, słabo ukryte zawahanie, nie potrafiła chować swoich emocji. Była zbyt szczera, zbyt czysta, aby móc kłamać.

– Tak – odparła krótko nie wyjawiając zbyt dużo, ale Vespera domyśliła się, że nie chciała od razu zdradzić sekretu Cicerona. – Kim jesteście?

– Chcemy ci… pomóc, kochanie – odparła próbując brzmieć w miarę ciepło. Kłamstwo i manipulacja była jej znana, znała też emocje i jak na nich oszukiwać, ale wykorzystywała to tylko do jednego; do osiągnięcia swojego celu, a nie do rozkochania w sobie mężczyzn.

– Czy mu coś grozi? – ponowiła pytanie.

– Może wejdziemy dalej? Salon? Kuchnia? – Amy oblizała nerwowo usta, ale wprowadziła ich do kuchni, która była pełna w mące i ewidentnym chaosie. – To nie jemu coś grozi, a tobie. Amy, Ciceron przez wasze spotkania skazał cię na coś złego… – powiedziała łagodnie. Nie chciała jej wystraszyć, ale z drugiej strony nie chciała się z nią bawić.

– Nie rozumiem. Ciceron mówił tylko o tajemnicy waszego świata, nie mówił o zagrożeniach… Nikomu nie mówiłam o tym kim jest. Naprawdę. Nie zagrażam tajemnicy waszego świata.

– Ciceron jest egoistą. Ty i on nigdy nie powinniście być razem, nigdy nie powinniście się poznać. To jest zakazane, moja droga, ale chcemy ci pomóc. Musisz zniknąć z Londynu, bo inaczej grozi ci śmierć – spojrzała w jej oczy, a Amy wytrzeszczyła swoje własne na nich z przerażeniem. Jej dłoń powędrowała do drewnianego wałka jakby chciała się nim przed nimi obronić, ale trzymała go zbyt lekko jakby zdawała sobie sprawę, że nie ma z nimi szans. – Spokojnie, nie chcemy cię skrzywdzić. Uwierz, że jakby o to nam chodziło to byśmy nie byli tacy… grzeczni. Nie chcemy cię skrzywdzić, bo to nie twoja wina, że się w nim… zakochałaś, rozumiesz? On wiedział jakie jest ryzyko, a jednak skazał cię na ten los… Amy, kochanie musisz nam zaufać – odparła powoli, starając się dobierać słowa tak, aby jej nie wystraszyć. Rzadko to robiła, rzadko atakowała, aż tak bezbronną osobę.




RE: [23.12.1970, mugolski Londyn] Trzeba zabić tę miłość V & A & U - Augustus Rookwood - 25.02.2024

Byłem skryty w mroku, w cieniu drzew i krzewów. Otoczony właściwie przez ich dobroduszne ramiona; niezbyt czyste, mokre gałęzie, ale dające pewną swobodę ruchu, prywatność. Osłonę, przede wszystkim. Dodawały mi komfortu, jednocześnie go zabierając, ale... to nie było istotne, kiedy obserwowałem moje rodzeństwo, zamierzające właśnie zapukać do drzwi Amy Magpie.
Rozmawiali z nią. Już, teraz. Uchyliła im drzwi i wyglądało to na całkowicie normalną wizytę, normalne przywitanie, zaproszenie do środka. Niestety, wcale to takim nie było. Zestresowałem się, jak gdyby ta mugolka była w stanie cokolwiek im zrobić. Wątpiłem w to szczerze, ale jednak jakaś obawa siedziała z tyłu mojej głowy, kiedy znikali za drzwiami domostwa. Już ich nie widziałem. Żadne z okien nie pozwalało mi obserwować sytuacji ze środka, więc miałem aby nadzieję, że Ciceron nie będzie na tyle bezczelny by się teleportować bezpośrednio do jej domu. Co jeśli się na to odważy...? Może powinienem podejść bliżej?
Ale jednak stałem w miejscu, w którym stałem. Odwróciłem wzrok od domu Amy by rozejrzeć się po jego okolicy. Wokół siebie. Nie mogłem pozwolić na to, by ktoś mnie zaskoczył, ale wokół panowała cisza, przerywana jedynie przez pojedyncze świsty wiatru czy szczeknięcia psa gdzieś w oddali. Losowe przypadki, w żaden sposób nie sprowokowane przez moją obecność czy tą ewentualną Cicerona... Zaś śnieg bądź też plucha nie pozwoliłaby na bezszelestne zbliżenie się do mnie, więc patrzyłem ponownie na dom i na jego chodnik, na ciemny asfalt drogi.
Swoją drogą, ciekaw byłem, czy Ciceron był dużym przeciwnikiem? Może inaczej, wyszkolonym w sztuce pojedynków. Wydawał się być szarakiem, nudnym czarodziejem, który zanadto nie potrafił się wyróżnić z tłumu umiejętnościami magicznymi. Pisał, podróżował, bałamucił mugolki - ewidentnie tylko tyle. W razie czego nie będzie dla mnie zbyt dużym wyzwaniem... Z jednej strony fajnie, z drugiej - zawodząco. Uwielbiałem pojedynki, a te spontaniczne były przy moim trybie życia skrajnymi przypadkami. Może powinienem się z nim pobawić jak kot z myszą, aczkolwiek... zależało nam na sprawnym załatwieniu sprawy, a ja, cóż, bywałem odpowiedzialny.
Cisza. Nawet nie słyszałem żadnych odgłosów z domu Magpie... Negocjowali czy było już po niej...? Spięty poprawiłem maskę i zaraz zacisnąłem dłonie w pięści. Miałem wrażenie, że to trwało wieki, a przecież jeszcze chwilę temu stali na zewnątrz. Powinienem być bardziej cierpliwy, tak.
Cóż, nie musiałem długo czekać. Usłyszałem trzask i zaraz namierzyłem wzrokiem postać, która pojawiła się nieopodal miejsca, gdzie też my mieliśmy okazję przystanąć jeszcze chwilę temu. Ciceron we własnej osobie. Wymknąłem się ze swojego miejsca, teleportowałem tuż za nim by nie został ostrzeżony przez pluchę.
- Stój, Ciceronie. Jeden fałszywy ruch, a zginiesz szybciej niż ta twoja mugolska wywłoka - wysyczałem, a mój nowy towarzysz mógł poczuć na swojej szyi niemiłe ukłucia. Niebezpiecznie ostre igły czekały tylko by go zdekapitować. Czy byłbym do tego zdolny...? Niekoniecznie, ale Ciceron o tym nie wiedział.


RE: [23.12.1970, mugolski Londyn] Trzeba zabić tę miłość V & A & U - Ulysses Rookwood - 25.02.2024

Ulysses stał nieruchomo i patrzył na rozmawiającą z nimi mugolkę, czując się mniej więcej tak, jakby coś umierało w jego środku. Nie pochwalał związków między mugolami a czarodziejami. Sprzeciwiał im się z całej siły tym mocniej, im bardziej widział, ile potrafiły wyrządzić krzywdy. I tu, paradoksalnie, myślał o krzywdzie mugoli, bo to nie była dla nich nigdy równa walka.
Ama, choćby nawet zaczęła ich w tym momencie gorąco nienawidzić, nie mogła ruchem nadgarstka wyczarować ognistego deszczu, który by ich spopielił. Ale Magpie nawet nie próbowała tego zrobić. Po prostu stała zmieszana i przestraszona, dalej bardziej bojąc się o Cicerona niż o samą siebie.
Jak można było być tak głupią dziewczyną? I jak bardzo chciałby mieć w swoim życiu kobietę, która kochałaby go z taką niezmąconą wiarą, jaką Ama pokładała w Shafiqu? Skrzywił się. I tak wyglądał niesympatycznie – bo ani jego garnitur, ani uczesanie, ani bladość policzków nijak nie pasowały do tego nieuporządkowanego, zwyczajnego, ale pełnego życia i ciepła domu. Po tym skrzywieniu musiał wyglądać fatalnie, jak człowiek który brzydzi się, choć tak naprawdę tylko on był tutaj obrzydliwy. Zwilżył językiem spierzchnięte wargi.
Vespera dobrze sobie radziła z rozmową. Pokierowała nią we właściwą stronę. Zarysowała dramat, który mógł się okazać losem Amy. Pokazała jej niebezpieczeństwo. Teraz powinien wejść on i zaoferować pomoc. Magpie nigdy nie zrozumie, że tego wieczoru pomoc białej zagubionej owieczce zaoferowały trzy wilki.
- Chcemy ci pomóc – wtrącił się, zgadzając z siostrą. Głos mu nawet nie zadrżał, choć ewidentnie kłamał, bo to co chciał zrobić mugolce gorsze było od śmierci. Chciał ją pozbawić pamięci. Wymazać ukochanego Cicerona i zastąpić go napraszającym się szaleńcem, przez którego musiała uciekać z Londynu. Ale pomóc brzmiało niegroźnie i miło, dużo lepiej niż: przyszliśmy zniszczyć ci życie.
- Jak… jak pomóc? – zapytała. Jej duże, migdałowate oczy stały się jeszcze większe. Spoglądała to na Ulyssesa to na Vesperę bez cienia zrozumienia.
- Ukryjemy cię za pomocą magii przed niebezpieczeństwem. – Sięgnął do kieszeni marynarki, by wyciągnąć stamtąd malutkie wahadełko. Zakładał, że Ama tak słabo orientowała się w działaniu magii, że nie mogła od razu dostrzec podstępu czającego się w jego ofercie.
A potem? Potem gdy już usiądą na kanapie i zacznie to, po co przyszedł, będzie już za późno. Hipnozie ulegali potężni, wprawieni w obronie, czarodzieje. Kim była przy nich malutka Ama Magpie?
- A Ciceron? Nic mu się nie stanie?
- Ciceron będzie bezpieczny. – Chyba. Był młody i czystokrwisty. Za parę miesięcy zapomni o Amie i znajdzie sobie jakąś czystokrwistą czarownicę za żonę. Tak czy inaczej, historia tej dwójki już była pieśnią przeszłości.
Mugolka kiwnęła głową. Ulysses wyciągnął do niej rękę, by odprowadzić kobietę na jej własną kanapę, w jej własnym salonie. Nie mogli dać jej czasu na to, by się zastanowiła i zaczęła zauważać nieścisłości w tym, co mówili. I jeszcze bardziej, nie mogli dać czasu Shafiqowi, żeby przybył na odsiecz i uratował swoją dziewczynę. Gdy już siedzieli na kanapie, Rookwood uniósł wahadełko przed oczy Magpie.
- Spójrz na nie, Amy – poprosił. – Wszystko dobrze się skończy.
A potem zrobił to, co zrobił już wiele razy wcześniej. Powoli i metodycznie zaczął modyfikować jej wspomnienia. Nie chodziło o to, by jedne zastąpić drugimi, ale by w istniejących pozamieniać szczegóły. I Ciceron nigdy nie zabrał jej do szpitala, ale pozwolił swojemu psu na to, by ją pogryzł. Nie okazał jej wsparcia, ale jej groził. Nie zapraszał jej na randki, ale śledził ją, choć nigdy tego nie chciała. Tak, nie był czarodziejem, ale był zwykły świrem jakich pełno było na tym świecie. Musiała uciec z Londynu. Powinna jak najszybciej zabrać dokumenty i udać się do Dover i promem do Calais, we Francji. Tam będzie mogła zacząć swoje życie na nowo.
Matowe spojrzenie Magpie nabrało życia, gdy skończył. Podniosła się z kanapy i niewidzącym wzrokiem zaczęła pośpiesznie zbierać swoje rzeczy. Zdawała się zachowywać tak, jakby w ogóle nie zdawała sobie sprawy z tego, że Ulysses i Vespera wciąż znajdowali się w jej domu. Cisnęła fartuszek na podłogę w korytarzu i pobiegła na górę po dokumenty.
- Spalimy to miejsce jak tylko wyjdzie z domu – powiedział do siostry.
Pozostawało mu mieć nadzieję, że Augustus zadba o to, by wybiegająca z domu Ama nie natknęła się na Cicerona.


RE: [23.12.1970, mugolski Londyn] Trzeba zabić tę miłość V & A & U - Vespera Rookwood - 27.02.2024

Gdy Ulysses przejął inicjatywę Vespera usunęła się dając mu miejsce na jego rolę. Obserwowała dziewczynę, a w jej własnym sercu narastał gniew. Nie rozumiała tego, co robili dorośli czarodzieje takim ludziom jak Ama. W końcu mugole byli trochę jak małe dzieci, nieświadome, niewinne, niepotrzebne, słabe, po co czarodzieje mieszali z nimi krew? Vespera nie współczuła dziewczynie losu, ale gniew w niej się tlił przez to jak ta kobieta była ufna, słaba. Było to dla niej żałosne. Gdy Ulysses usiadł z nią na kanapie sama Rookwoodówna zaczęła obserwować swoje otocznie. Przesuwała zdjęcia, ozdoby, wazoniki tak, aby zająć czymś ręce i usunąć z głowy to nerwowe kołatanie serca na widok tych wszystkich niedoskonałych rzeczy. Była przy tym cicho, aby nie przeszkadzać Ulkowi w jego zadaniu, aby mógł jej wmówić, że jej życie było nieidealne. Patos. Vespera poradziłaby sobie w takiej sytuacji, nie uciekała, ale Magpie była słaba, niedoskonała. Nie popierała takich związków, nie akceptowała, dla niej Ama była brudna, osłabiłaby krew czarodziejów płynącą w czystych żyłach Shafiqa. W końcu jej brat skończył, a Vespera mogła popatrzeć jak kobieta nieprzytomnie zbiera się do opuszczenia tego miejsca. Śledziła jej ruchy z uwagą i czekała na moment, aż Ama opuści dom. Jej wzrok padł mimowolnie na okno i podeszła do niego, aby zerknąć dyskretnie przez zasłonkę. Ciceron się pojawił. Mieli naprawdę mało czasu. Liczyła, że Augustus ogłuszy go, a oni spalą ten dom i przyczynią się do czegoś dobrego. W końcu kobieta zeszła z torbą zawieszoną na ramieniu, była mała, wzięła tylko potrzebne rzeczy. Ruszyła do frontowych drzwi, ale cofnęła się jakby coś przemyślała i wróciła do kuchni. Opuściła dom tylnym wyjściem. No tak, w końcu miała stalkera. Mógł przecież siedzieć i obserwować okno sypialni wychodzące na ulicę. Vespera ruszyła za nią, aby upewnić się, że kobieta oddali się jak najszybciej.

– Pewnie zamówi ten mugolski transport na lotnisko – odparła – zacznijmy od góry, aby Ciceron wiedział, że Ama nie miała szans – spojrzała na schody i ruszyła na górę.

Kolejne niedokładnie zawieszone ozdoby, poplątane, łatwopalne lampki. Dziwne tradycje. Przeszło jej przez głowę i ruszyła do sypialni. Spojrzała jeszcze za Ulyssem, aby sprawdzić, od czego on zacznie. Rzuciła zaklęcie podpalające wprost na te światełka, które miały rzekomo dodawać temu miejscu uroku, a w rzeczywistości przyprawiały Vespera o dodatkowy zastrzyk gniewu. Ogień zaczął powoli rozprzestrzeniać się po sypialni, a sama Vespera wycofała się i rzucała drobne zaklęcia na resztę łatwopalnych przedmiotów w tym domu. Mugole byli słabi, nie potrafili przenieść się w sekundę z jednego miejsca na drugie, a jednak tworzyli takie sztuczne, dziwne ozdoby, które przy byle iskrze mogły zapłonąć żywym ogniem.




RE: [23.12.1970, mugolski Londyn] Trzeba zabić tę miłość V & A & U - Augustus Rookwood - 27.02.2024

Ja - w przeciwieństwie do mojego rodzeństwa - nie współczułem mugolom ani nie miałem wobec nich jakichkolwiek ciepłych uczuć czy przemyśleń. Zdawali się być zbędnymi istotami, wręcz przeszkadzającymi czarodziejom w normalnej egzystencji, aczkolwiek nie potrafiłem sobie wyobrazić śmierci Amy Magpie... Może inaczej, obawiałem się tego obrazu, tej sceny, jak i możliwości, w której to ja zadaję cios ostateczny.
Śmierć była dla mnie czymś potężnym, czymś ostatecznym, czymś, co aktualnie leżało poza moim zasięgiem. Bałem się zadać ten cios. Obawiałem się, w jaki sposób na mnie wpłynie, do jakich wniosków doprowadzi... Kto wie? Może nawet pojawiało się pytanie, czy nie oszaleję? Od niedawna pracowałem z trupami, przekładałem liczne martwe ciała, które znalazły się u mnie z różnych powodów. Badałem je z niejakiego oddalenia emocjonalnego, jako obserwator. Po prostu sprawdzałem. Po prostu kroiłem. Po prostu rzucałem zaklęcia weryfikacyjne. Nic więcej. Na koniec wsuwałem do szuflady, pisałem raport i koniec. Może trochę fascynacji w tym było, ale bardziej z punktu widzenia medycznego i magicznego, a nie podjarania się samym aktem śmierci, jej przyczyną czy też osobą, która się do tego przyczyniła. Jeszcze nie oszalałem... Chyba.
A jednak coś mnie skusiło do pracy w kostnicy. Coś zachęciło mnie do tego by iść droga antropologii, która wcale nie była jakąś starą dziedziną nauki. Coś nowego, coś łączącego ze sobą wiele różnych dziedzin, a jednak dających tak wiele informacji. Nawet nie tyle co na temat śmierci samej w sobie, ale na temat historii samych denatów, ale... Wszystko jednak sprowadzało się do aktu śmierci, do tej ostateczności, którą mogłem zadać w każdej chwili, stojąc za Ciceronem i mając jego szyję dosłownie na widelcu. Co prawda, dosyć wymyślnym, a jednak... Pojedynki napawały mnie energią, ale nie byłem w stanie. Czy może jednak byłbym...? Może jednak już byłem szalony?
- Ama... Zostawcie ją w spokoju! Ona nic nie zrobiła! - mówił coś Ciceron. Do mnie. Z tego, co się orientowałem, rodzeństwo zamierzało puścić ją żywą. Taki był plan. Podobnie jak mi, nikomu nie było blisko do zadania ciosu ostatecznego, a jednak... Co, jeśli plany wezmą diabli, jeśli nie uda im się jej zmanipulować i... ją zabiją? Cóż, wszystko sprowadzało się do tego, że dla Cicerona miała być martwa, więc stałem, wbijając się delikatnie w jego szyję by zamilknął, nie był taki hardy, taki do przodu. Właściwie czekałem też na znak, że mogę robić swoje.
- Hahaha. Ona już jest martwa - powiedziałem pewnym siebie głosem, jakby nie należał do tego pewnego obaw Augustusa Rookwooda. Odrobina adrenaliny czy po prostu akcja? Bliżej nieokreślona siła pchnęła mnie do przodu, do grania skrzypiec, tej pewności, której z reguły mi brakowało, którą zgubiłem jakoś po szkole. Ponownie bylem panem sytuacji, więc się zaśmiałem podle, rzuciłem mu stwierdzeniem, które nie miało pokrycia w rzeczywistości. Prawdopodobnie nie miało pokrycia, ale to nie było istotne. Kłamcą byłem idealnym. Ojciec mnie tego nauczył. Cała nasza rodzina była tak zakłamana, że nie można było nie być kłamcą, przebywając w ich otoczeniu. I te sekrety... Takie na bogato.
- Uważaj sobie, Shafiq, w jaki sposób dobierasz kochanki. Nieodpowiednie kandydatki wrzucimy do grobu - szepnąłem mu niemalże na uszko, po czym dom zaczął płonąć. Jak na zawołanie. Jakbyśmy z Vesperką byli połączeni falami, aczkolwiek nic z tych rzeczy nie miało miejsca. A szkoda. Nasze bliźniactwo byłoby już absolutnie nierozerwalne, a tak nie bylem jeszcze świadom, że jakiś Black wtargnie w jej życie aż zanadto i porwie mi ją z domu rodzinnego.
- Od razu cieplej na sercu - odparłem niczym rasowy psychopata i porzuciłem poprzednie zaklęcie na rzec potężnego uderzenia w głowę. Tak, żeby stracił przytomność, ale również sobie zapamiętał tę sytuację, kiedy się obudzi.
Padł nieprzytomny. Może mogłem poczekać na Mroczny Znak na niebie, ale nie mogłem pozwolić na to by zaczął się wyrywać ku ukochanej. Swoją drogą, ja bym to zrobił. Nie stałbym zdjęty strachem. Walczyłbym. Walczyłbym całym sobą o istotę najbliższa mojemu sercu... Taki oto był poziom miłości naszego niedrogiego Cicerona Shafiq. Może tak naprawdę jej nie kochał? Może nic dla niego nie znaczyła, tylko się nią bawił...? Tym lepiej, że dziewczę sobie ucieknie. O ile ucieknie.
Pochyliłem się nad nim by sprawdzić jego stan. Zapewne niebawem się obudzi, ale będzie już za późno. Nas już nie będzie, a Znak może jeszcze majaczył na niebie.


RE: [23.12.1970, mugolski Londyn] Trzeba zabić tę miłość V & A & U - Ulysses Rookwood - 27.02.2024

Ulysses nie patrzył już na Amę. Nie żegnał spojrzeniem uciekającej mugolki. Jakby się odciął od całej tej historii. Stał nieruchomo jak posągowa statua i przyglądał się jednej z rodzinnych fotografii Magpie. Musiała zostać zrobiona po ukończeniu przez tą studiów. Stała w todze, z triumfalnie trzymanym dyplomem w ręku. Towarzyszyła jej uśmiechnięta matka (podobieństwo między nimi było oczywiste). Młody Rookwood machinalnie złapał za ramkę zdjęcia i położył ją na płasko, by nie patrzeć na obie kobiety. Głupia, nieruchoma fotografia a jednak zapiekła go do żywego.
- Dover. Pojedzie do Dover – rzucił machinalnie. Znał plany Amy Magpie na pamięć, bo sam jej je wtłoczył do głowy. A potem kiwnął oszczędnie głową, dając tym samym znak siostrze, że akceptował jej plan.
Ruszył za Vesperą na górę, by palić resztki życia Amy. Postępował podobnie do siostry, szukając tego co wydawało mu się najbardziej podatne na zwarcia. Pilnował jedynie, by ogień nie zajął schodów i by zdążyli we dwójkę po nich zbiec na dół. Już na dole wrócił do miejsca, gdzie leżała ramka ze zdjęciem i to w nią wycelował pierwszy ognisty pocisk, dopiero kolejnym uderzył w stojący na komodzie telewizor.
- Szatańska Pożoga – rzucił w pewnym momencie w stronę Vespery. Im dłużej znajdowali się w tym domu, tym większa była szansa na to, by któryś z mugolskich sąsiadów wezwał policję i straż pożarną. – Rzucisz? - Niech ten pieprzony dom wygląda jak pochodnia. – Będę przed domem. – Kończąc to zdanie z trzaskiem się aportował.
Już na zewnątrz, odszukał Augustusa. Posłał bratu pełne uznania spojrzenie, gdy zobaczył w jakim stanie był Ciceron. Obydwaj zaczekali na Vesperę, by posłać w niebo Mroczny Znak i rozpłynąć się w ciemnościach.