![]() |
|
[09.07.72, noc] Starlight in your eyes of blue - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [09.07.72, noc] Starlight in your eyes of blue (/showthread.php?tid=2836) Strony:
1
2
|
[09.07.72, noc] Starlight in your eyes of blue - Brenna Longbottom - 01.03.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz tajemnic IV Rozliczono - Aidan Parkinson - osiągnięcie Piszę, więc jestem Kolejna sesja z kampanii pracowej. – Najciekawszą sprawą, dotyczącą Andrewa, jest fakt, że jakiś czas zanim zginął, sąsiedzi widzieli dwa czy trzy razy, jak przywozi do domu jakąś blondynkę. Nie wiem, czy oś czasu się zgadza, ale to mogłaby być Tatiana. Albo może obaj mieli na oku tę samą dziewczynę i… od niej zaczął się ten morderczy proceder? – relacjonowała Brenna, kiedy wędrowali przez niemagiczny Londyn. Niebo pociemniało już jakiś czas temu, zapłonęły uliczne latarnie, a oni zagłębiali się w tę nieco mniej przyjemną okolicę. Brenna nawet o tym nie myślała, chociaż być może powinna: mugole w końcu też mogli być niebezpieczni. Kula z pistoletu mogła być szybsza niż protego, chwila utraty czujności łatwo skończyłaby się nożem między żebrami. W tej chwili jej myśli pochłaniała jednak ta pogmatwana sprawa. W teorii nic tutaj nie miało sensu. W praktyce działania mordercy wcale nie musiały być logiczne. – Wydaje mi się, że ktoś przetrząsnął jego mieszkanie, ale równie dobrze jakiś krewny mógł szukać czegoś cennego – dodała, a jej spojrzenie powędrowało ku dwóm dziewczynom, stojącym po drugiej stronie ulicy. Jedna była szczupła, bardzo wysoka i ruda, druga była korpulentna i ciemnoskóra. Żadna nie pasowała do wzoru. Żadna nie miała włosów jak ze złota i niebieskich oczu, pełnych gwiezdnego pyłu. So they sprinkled moon dust in your hair of gold And starlight in your eyes of blue Zagrało znów w głowie Brenny – jak grało niemal przez cały dzień. Pokręciła głową, próbując pozbyć się tej melodii z umysłu. I wspomnienia, które tego dnia do niej wróciło. Wciąż i wciąż słyszała te słowa, mieszające się z głosem mordercy, który tak pieszczotliwie zwracał się do Mary. – Pora pogodzić się, że nie rozwiążemy tej sprawy w dzień czy dwa, porozmawiać z „ochroniarzami” i dziewczynami, i zacząć przekopywać się powoli przez wszystko… potrzebowalibyśmy cholernego cudu, żeby… – zaczęła Brenna i urwała. Twarz jej stężała, a potem sięgnęła dłonią ku ręce Aidana i bardzo, bardzo mocno zacisnęła mu palce na nadgarstku, tak żeby przypadkiem nie wyrwał się z jej uścisku. Bo w świetle najbliższej lampy mignęły jej złociste włosy… – Facet na trzeciej. Wygląda bardzo podobnie do Andrewa. W domu było zdjęcie. Nie rób niczego głupiego. Za dużo mugoli – powiedziała cicho. Gdyby się teraz na niego rzucili, obojętnie czy z magią, czy bez niej, on mógłby sięgnąć po różdżkę – byleby uniknąć Azkabanu. A wtedy ucierpieli by mugole, później zaś trzeba by rzucić bardzo wiele zaklęć zapominających. Rzut na scenariusz RE: [09.07.72, noc] Starlight in your eyes of blue - Aidan Parkinson - 01.03.2024 Aidan oczywiście zrobił po swojemu, tak jak chciał. Nie tylko sprawdził gramofon, przetrząsnął jeszcze raz dokładnie mieszkanie denatki, ale również wparował na komisariat, uprzednio podpalając jeden ze śmietników tuż przed budynkiem. Ogień, który miał być na początku malutkim płomyczkiem, dość szybko zajął cały syf, który tkwił wypchany w koszu. Zrobiło się zamieszanie, a on mógł prześlizgnąć się do środka z transmutowaną odznaką. Był zły, bo ani w mieszkaniu nie znalazł niczego, ani na gramofonie nie było nic wartego uwagi. Na płycie również. Znalazł jednak kilka cennych wskazówek w dowodach, które zebrała mugolska policja. Co prawda wyjście z komisariatu było dużo trudniejsze, niż zakładał, ale udało mu się. Był tu, w zaułku, w którym umówił się z Brenną. - Być może - powiedział, odpalając papierosa. Te nowiny nie były dla niego niczym dziwnym, bo przecież w każdej rodzinie były sępy, które po śmierci żerowały na majątku zmarłych krewnych. Najwyraźniej w tym przypadku czarodzieje i mugole niczym się nie różnili. - Odwiedziłem komisariat. Zanim zaczniesz gderać, to podsłuchaj - i nie, nikt mnie nie widział. Zrobiłem to "twoją metodą", okej? No, więc... Pierwszą płytę zgarnęli, tę z hotelu. Zabezpieczyli jasne włosy, krótkie, najpewniej sprawcy, bo ofiary miały długie loki. Zebrali odciski palców, ale albo nie mają ich w bazie, albo jeszcze nie przyszło ewentualne dopasowanie. Oprócz tego znaleźli łańcuszek, złoty, z serduszkiem. Dziwne, żeby dziwka taki nosiła, co nie? W dowodach nie było pieniędzy, a przecież wiemy, że Mary je zbierała. Nie było ich także w jej mieszkaniu. Możliwe, że trzymała je w banku, to by było rozsądne. Ale nie znalazłem też żadnych pokwitowań wpłat. Oprócz tego z pierwszego miejsca zbrodni zabezpieczono taki sam naszyjnik, jak u Mary. Były też obie róże, już zaschnięte. No i narzędzie zbrodni - pończochy. W obu przypadkach były to czarne, dobrej jakości pończochy z pasem. I uwierz mi, że żadna normalna kobieta nie nosiłaby takiego pasa tak po prostu, na co dzień. Musiały więc wiedzieć, że czeka je seks. Zrelacjonował najzwięźlej jak umiał, wtykając papierosa w usta. Typ palił jak smok, wokół niego unosił się charakterystyczny zapach tytoniu nawet w chwilach, gdy nie palił. Przesiąkły nim jego włosy, ubrania, mieszkanie - wszystko. Właśnie miał zamiar go odpalić, gdy Brenna chwyciła go za nadgarstek. Aidan zmarszczył brwi i rzucił jej kose spojrzenie. - A tobie c... - urwał niemal natychmiast, widząc zmianę w wyrazie jej twarzy. Również i jego mimika się zmieniła, gdy usłyszał, że Longbottom kogoś widzi. Jego wzrok powędrował w kierunku, w który wpatrywała się Brenna. Mężczyzna, wysoki, dobrze zbudowany, w drogim garniturze, szedł ulicą. Kierował się do hotelu, w którym Aidan rozmawiał z Candy. Nie było przy nim żadnej kobiety, a on wyglądał, jakby się spieszył. Jeżeli Parkinson nie wierzył w uśmiech losu, tak teraz chyba powinien zmienić swoje przekonania. Wyglądał tak, jak opisywała mu Candy. A więc jednak kręcił się po okolicy. - Nie kojarzę go z żadnych plakatów, nie widywałem nigdzie w magicznym Londynie - powiedział cicho, wyswobodziwszy rękę z uścisku dziewczyny. Schował papierosa z powrotem do paczki, ruszając niemal natychmiast. - Nie zrobię nic głupiego publicznie, Longbottom. Uspokój się. Chodź. No, to nie było takie oczywiste, bo już teraz jego dłoń sięgała do wewnętrznej kieszeni kurtki, by zacisnąć palce na różdżce. Ale nie wyjmował jej, miał ją po prostu w pogotowiu. Jeżeli facet był czarodziejem, a wszystko na to wskazywało, to musieli uważać. Podejść do niego niezauważeni. Tylko... - Jeżeli się teleportuje do pokoju, w którym umówił się z kolejną dziewczyną, to go nie znajdziemy. RE: [09.07.72, noc] Starlight in your eyes of blue - Brenna Longbottom - 02.03.2024 – Dlaczego miałabym gderać? Skoro jesteś tutaj, nie aresztowany, a w Ministerstwie nie słyszałam niczego o wielkiej akcji amnestezjatorów, poszło dobrze – skwitowała Brenna. Czy podobało się jej, że wbił się tam sam i tak ryzykował? Ani trochę. Czy zamierzała teraz stanąć na środku ulicy i rozpocząć wykład? Oczywiście, że nie. Nic by nie dał, poza tym bardziej ją interesowało, czego się dowiedział, a ostatecznie to nie tak, że była za Aidana odpowiedzialna i powinna stać nad nim i mówić mu, co miał robić. Nie był stażystą, nie był jej partnerem, nie był członkiem Zakonu Feniksa, a nawet nie mogła powiedzieć, żeby byli przyjaciółmi, bo przecież nie lubił jej jakoś specjalnie… – W sumie to niekoniecznie. Dziwki też mogą mieć jakąś pamiątkę po kochanku, matce albo po prostu liczyć… na coś więcej – wymamrotała odnośnie wisiorka, ale jak na razie wszystko faktycznie wskazywało na to, że morderca budował jakąś relację ze swoimi ofiarami. Dla zabawy? Bo kogoś mu przypominały? Bo czerpał przyjemność z krzywdzenia ich, kiedy zawiódł ich zaufanie? Wszelkie dywagacje odnośnie motywu, sposobu dokonania zbrodni i tym podobnych minęły jednak jak sen złoty, ledwo mignęły jej te charakterystyczne blond włosy – i przy okazji Brenna zastanowiła się, czy Andrew też nie został wybrany z tego powodu… Co za pojebany skurwiel. Parkinson nie musiał jej mówić, by ruszyła, by sama natychmiast skierowała się w ślad za mężczyzną. – Żeby się teleportować musi przejść do miejsca, w którym nie będzie mugoli. A wtedy go dopadniemy. Jeżeli nie, zapłacę recepcjoniście za wskazanie pokoju, który wynajęła chwilę temu blondynka – powiedziała z pozornym spokojem, chociaż nie była ani trochę spokojna. Szła szybko, z trudem powstrzymując chęć rzucenia się do przodu biegiem. Kiedy wpadli do środka, Andrew odchodził już od lady, kierując się ku schodom. Brenna pomyślała, że z dużym prawdopodobieństwem wynajął zupełnie inny pokój, może nawet na innym piętrze niż ten, w którym umówił się z dziewczyną, a stamtąd teleportuje się tuż pod drzwi… – Zameldujemy się za chwilę. – Wydobyła z kieszeni banknot i rzuciła go na ladę przez recepcjonistę, nawet się nie zatrzymując. Nominał był na tyle duży, że liczyła, że ten nie podniesie rwetesu, że po prostu przeszli dalej, nie dopełniając formalności i nawet nie biorąc żadnych kluczy. Kierowała się prosto na schody, po których wchodził ich „cel”. Nie sięgała po różdżkę. Musieli liczyć się z tym, że to jakaś cholerna pomyłka. Chociaż Brenna szczerze w to wątpiła. RE: [09.07.72, noc] Starlight in your eyes of blue - Aidan Parkinson - 03.03.2024 - Bo to twoja specjalność? - odpowiedział, zaczepnie się uśmiechając. No, po prawdzie to nie była jej specjalność, bo jeśli chodzi o bycie marudą, to akurat on tutaj wiódł prym, ale wiadomo o co mu chodziło. O gderanie w stylu "nie, nie będziemy go bić, Aidan". "Nie, zostaw ten kamień, Aidan. Zachowuj się Aidan". Gorzej niż Stanley, naprawdę. - To liczenie na coś więcej ma sens, słuchaj. W tym sensie, że mogły mieć nadzieję. Nie mówię że każda kobieta taka jest, ale no... Ludzie jak się zakochują, to potrafią ubzdurać sobie różne rzeczy. Dodał. Nie żeby sam coś o tym wiedział, nie? Może i wiedział, ale Brenna tego nie wiedziała, bo Parkinson nigdy nie bujał się z żadną dziewczyną dłużej niż kilka tygodni. Zwykle były to po prostu przelotne związki, których nawet nie można było nazwać związkami. Ot, pojawiały się i znikały, on sam podrywał żywo każdą babę, którą spotkał. Wyjątkiem była praca - to chyba uchroniło chłopaka przed dostaniem kosza nie tylko od Brenny, ale i kilku innych koleżanek z Brygady. Bądź co bądź starał się być jako tako profesjonalny. Longbottom słusznie zauważyła, że najpierw musiał się gdzieś zaszyć. Być może w zaułku, być może na klatce, z dala od wind. Tam, gdzie ludzkie oko nie sięga. Przyspieszył kroku, ale tylko odrobinę, bo przecież nie mogli zwracać na siebie zbyt dużej uwagi. Ale jeżeli im się wymknie, to po nich. Niby Brenna miała plan, ale cholera, ten plan miał dziury. Przecież mugole nie byli aż takimi... Ok, cofnął to, co przed chwilą pomyślał w chwili, gdy koleżanka rzuciła na ladę recepcyjną funty i pobiegła na schody. Przecież ten typ po prostu skinął głową, a pieniądze schował szybkim, chytrym ruchem do własnej kieszeni z bezczelnym lisim uśmiechem. Jeżeli tak wyglądało to społeczeństwo, to on się nie dziwił, że tylu psycholi chodziło po świecie. Ha tfu. Również nie sięgał po różdżkę, chociaż był przygotowany do takiego ruchu. Naprawdę go korciło, ale musiał się powstrzymywać. Tak samo jak od biegu, bo blondyn, który był przed nimi, wcale się nie spieszył. Odwrócił się tylko w ich stronę, a Parkinson, wiedziony przeczuciem, otoczył talię Brenny swoją ręką. - Kochanie, nie tak szybko. Ze spokojem, zdążymy ze wszystkim - uśmiechnął się promiennie, decydując się na skupieniu całej swojej uwagi na kobiecie. Mężczyznę dostrzegał tylko kątem oka. Puścił w międzyczasie oko do Longbottom, żeby ta się tylko nie zdenerwowała, że ją tak bezczelnie obłapia na schodach. Przecież to wszystko dla sztuki, dla przykrywki. Może mu dać w ryj później, jak już złapią tego chorego pojeba. Blondyn przeszedł przez dwa piętra, by w końcu skręcić w główny korytarz. Aidan i Brenna byli o pół piętra za nim. To był właśnie czas, by przyspieszyć, by w końcu puścić biedną kobietę i rzucić się pędem do góry, zanim drzwi nie zamkną się za mordercą. Bo to musiał być on, nie było innej wątpliwości. Słyszeli już szczęk wyjmowanego klucza z charakterystycznym brelokiem, który dołączano do każdego klucza od pokoju tutaj. A wciąż mieli kilka sekund na wyskoczenie zza rogu. Tylko czy zdążą chociaż zerknąć, do którego pokoju wchodzi? RE: [09.07.72, noc] Starlight in your eyes of blue - Brenna Longbottom - 04.03.2024 - Myślałam, że moja specjalność to bycie biurowym pajacem, ale dopiszę sobie gderanie w rubryczce zdolności w CV - obiecała Brenna, ani trochę nieprzejęta oskarżeniami o bycie gderaczem. Czy mogła podejrzewać, że Aidan wie o takich rzeczach coś więcej? I tak, i nie. Zwracała uwagę na ludzi w swoim otoczeniu, owszem, lubiła zapamiętywać różne drobiazgi, w rodzaju tego, kto na kogo narzekał i kto zawsze wychodził na lunch widząc, że robi to taka Rhynda albo jaką kawę pijał. Ale wbrew pozorom w tych potokach słów i pytań rzadko wypytywała o sprawy naprawdę osobiste, jeżeli nie była z kimś blisko, plotki powtarzała tylko w najbliższym gronie, a tym wysłuchiwanym niekoniecznie dawała wiarę. Jej znajomość z Parkinsonem ograniczała się głównie do pracy, więc nie miała pojęcia, z kim i jak długo bujał się po niej. Ani że był podrywaczem, który trochę ograniczał się w Biurze - na szczęście dla nich obojga tu próbował odrobiny profesjonalizmu, a ona nie była w jego typie, bo pewnie żadnych zabiegów nie potraktowałaby poważnie i uraziła jego miłość własną albo uderzyła w pewność siebie. Ani że tak naprawdę wzdychał do panny, za związek z którą z pewnością by go z Parkinsonów wydziedziczono. I jedno, i drugie stanowiło dla niej tajemnicę. Mugole niekoniecznie byli bardziej naiwni niż czarodzieje, przynajmniej w oczach Brenny. Wszystko zależało jednak od miejsca, czasu i okoliczności. W takich hotelach jak tutaj rzadko zadawano pytania, a Longbottom, po której niby na co dzień pieniędzy nie było widać... tak naprawdę przywykła, że banknot albo moneta mogą bardzo wiele problemów załatwić i miała to szczęście, że z pieniędzmi zupełnie nie musiała się liczyć. I przynajmniej tym razem się nie myliła, bo nikt nie próbował ich zatrzymać. - Skarbie, mam tylko godzinę, zanim mąż wróci - odparła głośno i marudnie na jego słowa, ani myśląc w tej chwili się oburzać na to, że objął ją w pasie. Po pierwsze, przyjaciele i znajomi obejmowali ją całkiem często, i nigdy się niczego w tym nie doszukiwała - było to może dziwne w rodach czystej krwi, gdzie maniery na takie zachowania rzadko pozwalały, ale ona obracała się w różnym towarzystwie. Po drugie, nie była aż tak durna, by nie wiedzieć, o co mu chodziło... Niewiele myśląc przyspieszyła, ledwo ich "ofiara" znikła za rogiem i dał się słyszeć szczęk klucza. Nie byli w hotelu sami: ktoś szedł gdzieś piętro niżej, z jakiegoś pokoju dobiegały dźwięki kłótni, na pierwszym piętrze ktoś mówił coś na korytarzu, być może do sprzątaczki. Ale też nie było tu tłumów, a większość ludzi w takich miejscach wolała nie wtykać nosa w nieswoje sprawy. Kluczem było więc pozbawienie tego gościa różdżki. - Och, bardzo przepraszam! - wykrzyknęła, wypadając zza rogu i absolutnie celowo wpadając na gościa z impetem. Drzwi do jego pokoju stały już otworem i zderzyli się z nimi. Wyciągnęła ręce, by chwycić za przedramiona, niby to w próbie złapania równowagi, a w rzeczywistości chcąc go przytrzymać na miejscu i utrudnić sięgnięcie po różdżkę. - Zaraz, to pana pokój? Nam też dano klucz do 59! RE: [09.07.72, noc] Starlight in your eyes of blue - Aidan Parkinson - 04.03.2024 Miał to szczęście, że Brenna należała do myślących jednostek. Pewnie nigdy by jej tego nie powiedział, bo co za dużo, to niezdrowo, ale czasem doceniał, że nie była tępa jak but. Wzmocnił uścisk tylko po to, by ją pospieszyć. Nie mieli przecież wcale tak dużo czasu. Jedna sekunda, dwie - i facet by zniknął. Gdyby nagle Brenna nie wypruła do przodu, jakby coś ją oparzyło, a potem nie zderzyła się z blondynem. Mężczyzna sapnął, zaskoczony. Gdyby klucz do pokoju nie tkwił już w zamku, to pewnie by go upuścił. Prawą dłoń trzymał na klamce, którą puścił odruchowo, chcąc sięgnąć chyba do kieszeni? Ale Longbottom go powstrzymała. Jego twarz wykrzywił najpierw grymas zdziwienia, a potem złości. - Puść mnie, durna! - syknął, podwijając ręce tak, by znalazły się pomiędzy jego ciałem a ciałem Brenny. - Jak masz problem, zejdź na dół do recepcji. Widać było, że blondyn nie należał do typu cierpliwych, miłych gości. Zareagował agresywnie, nieprzyjemnie. W jego niebieskich oczach widać było wściekłość. Zupełnie jakby w czymś mu przerwali. - Hamuj się, prostaku - zza pleców Brenny wyrósł Aidan. Z równie widoczną wściekłością w tak samo niebieskich oczach. Nie wątpił, że Longbottom sobie poradzi, ale nie potrafił tkwić w tej roli, którą sobie sami narzucili. A może w niej jednak tkwił? W końcu kto by nie bronił swojej kochanki przed jakimś blond dupkiem, który właśnie zaczynał się z nią szarpać? Mężczyzna prychnął, nic nie robiąc sobie z pojawienia się Parkinsona, a następnie spróbował odepchnąć Brennę. Mocno, brutalnie i zdecydowanie. Wkładając w to całą swoją złość na to, że zepsuli mu idealny plan i robili zamieszanie pod drzwiami pokoju. rzut na odepchnięcie AF [roll=N] RE: [09.07.72, noc] Starlight in your eyes of blue - Brenna Longbottom - 04.03.2024 Jasne włosy, niebieskie oczy. Ewidentnie jakaś uraza. A może i "naturalnie" tak wyglądał, to podobieństwo do Andrew było trochę przypadkowe, i chodziło o matkę albo siostrę? Tego to już przyjdzie się im dowiedzieć podczas przesłuchań... Czy spodziewała się tak nieprzyjemnej reakcji? Chyba nie - głównie dlatego, że nie spodziewała się niczego, działała wiedziona instynktem, i nie zdziwiłoby jej teraz ani gdyby facet zareagował uprzejmie, bo nie chciał zwracać na siebie uwagi, ani gdyby próbował dać jej w twarz. Liczyło się nie pozwolenie, żeby im tutaj spierdolił - i aby sięgnął po różdżkę. Zakładała, że tego drugiego przy mugolach nie będzie chciał robić, ale gdzieś teraz, pomiędzy tym momentem, gdy powstrzymała go przed ruchem, który rozpoznać mógł każdy czarodziej, a próbą popchnięcia jej, w głowie Brenny zrodziła się myśl, że może wcale nie musiał. Może celował w zauroczaniu, w przeciwieństwie do nich, i znał się na hipnozie. To też mogłoby wyjaśniać, dlaczego stosunkowo łatwo zacierał za sobą ślady, udawał Andrewa i jeszcze oczarowywał te dziewczyny... Zamiast spróbować umknąć, wywinąć się czy uderzyć, to pchnięta przez mężczyznę po prostu schwyciła go tak, by pociągnąć za sobą - i chociaż walnęła o futrynę plecami bardzo boleśnie, to podłożyła mu nogę i popchnęła tak, by wpadł do pomieszczenia. Klucz wciąż tkwił w zamku, drzwi jednak były otwarte i zamierzała z tego skorzystać. Nie miał już szans im uciec, wciąż sądził, że ma do czynienia z dwójką mugoli, wszak Brenna właśnie wdała się w bójkę, nie sięgała po różdżkę, i w tej chwili Brygadzistka chciała przede wszystkim usunąć się z widoku. Tak by ktoś wyglądający na korytarz nie postanowił jakimś cudem interweniować albo by jakiś gość idący na górę ich śladem nie oberwał przypadkowym zaklęciem, gdyby ich "Andrew" zdołał je jakimś cudem rzucić, zmuszając ich do wymiany ognia. Sobie rzucam pod edycję na af [roll=PO] [roll=PO] RE: [09.07.72, noc] Starlight in your eyes of blue - Aidan Parkinson - 05.03.2024 Aidan się nie zastanawiał nad tym, czy mężczyzna miał jakiś uraz do swojego wyglądu, bo przecież kolor włosów i oczu zgadzał się z kolorami u ofiar. Może to miało głębsze znaczenie, a może po prostu facet był pierdolnięty. Będzie myślał nad tym później, bo w tej chwili nie było na to czasu. Brenna szarpała się z blondynem, a on nie bardzo mógł jej pomóc ze względu na ścisk, który robili w przejściu. Parkinson przesunął się, by zasłonić sobą scenę, rozgrywającą się przy drzwiach, tak na wypadek gdyby ktoś postanowił wyjrzeć z innego pokoju. Ale najwyraźniej Longbottom nie potrzebowała pomocy i myślała tymi samymi kategoriami, co on, bo gdy rąbnęła o framugę, to podcięła typa i popchnęła go w głąb pokoju. Aidan doskoczył do mężczyzny, który wyrżnął się na plecy. Nie zwracał uwagę na wystrój pokoju, ale gdyby zwrócił, to i tak by pewnie nie zauważył niczego szczególnego. Był niewielki, w środku znajdowało się duże dwuosobowe łóżko, stolik z krzesłem, szafka nocna na której była lampka. Łóżko było pościelone, jakby dopiero co blondyn odebrał klucze do pokoju. Żadnej walizki, żadnych prywatnych przedmiotów, świadczących o tym, że ktoś ten pokój zajmował. Parkinson wziął zamach, by kopnąć leżącego - tak po prostu, bez skrupułów, bo ten właśnie zaczął zbierać się z ziemi. Mężczyzna sapnął, gdy czubek buta wbił mu się w brzuch, wywołując mroczki bólu przed oczami. Wyciągnął jednak rękę, by chwycić czarodzieja za nogę, ale nie zdołał go przewrócić. Z jego gardła wydobył się głuchy warkot wściekłości, a lewa ręka zwinięta w pięść wystrzeliła w kolano Parkinsona. W tej chwili nie myślał o tym, żeby sięgać po różdżkę, tylko o tym, żeby sprowadzić go do parteru i przetoczyć się po raz kolejny, zwiększyć dystans. Z drugiego końca korytarza dało się usłyszeć stłumione pytanie. - Co to było? Słyszałaś to? rzuty RE: [09.07.72, noc] Starlight in your eyes of blue - Brenna Longbottom - 05.03.2024 Gdy Aidan wpadł do środka i zaczął szarpać się z mężczyzną, Brenna po prostu wyszarpnęła klucz z zamka i zatrzasnęła drzwi. Miała nadzieję, że nie natkną się tutaj na jakiegoś dobrego samarytanina, tego jednego jedynego sprawiedliwego w hotelu, gotowego wparowywać do cudzych pokojów i narażać własne bezpieczeństwo w imię udzielenia pomocy. Innymi słowy, dobrze, żeby nie było tutaj żadnej mugolskiej wersji Longbottoma. Wszystko zajęło parę sekund, ale i tak nie zdążyła zobaczyć ani kopniaka, który wymierzył Parkinson, ani jak tamten walnął Aidana pięścią w kolano. Skupiona na tym, co działo się tu i teraz, nie usłyszała też głosów na korytarzu - nie musiała, wiedziała, że nie są tu sami, i dlaczego straciła cenną chwilę na zamknięcie drzwi, nim obróciła się i płynnym ruchem skoczyła po prostu na leżącego na podłodze mężczyznę. Skoro chciał sprowadzić walkę do parteru, proszę bardzo. A że Brenna nie była niską dziewczynką i wpakowała się na gościa z pełnym impetem, to uderzenie na pewno bolało. Ich oponent chciał ją odepchnąć i był przy tym całkiem sprawny, ale ona na swoje szczęścia miała dobre osiem lat doświadczenia w unieruchamianiu ludzi, którzy dać się unieruchomić nie chcieli. Umknęła przed próbą wymierzenia jej ciosu w twarz i wykręciła mu jedną z rąk. Pod edycję, af [roll=PO] A tutajrzut npca, przerzucony. I jeszcze raz na af npca tutaj nie tam, bo z Livką miałyśmy dyskusję, czy jak na wszystkie staty w postach, to staty npca też w postach [roll=N] RE: [09.07.72, noc] Starlight in your eyes of blue - Aidan Parkinson - 05.03.2024 Zabolało. Cios w kolano może nie był specjalnie mocny, ale na pewno odczuwalny, bo aż mu twarz wykręciło z bólu. Oko za oko, czy tam kopniak za kopniak. Nie spodziewał się jednak, że blondyn będzie taki zajadły. Z reguły czarodzieje olewali wszelkie ćwiczenia, dotyczące sprawności fizycznej. Nie dbali o to, by w razie czego móc się bronić w inny sposób niż przy pomocy różdżki. Ten tu był inny. Być może miał jakąś przeszłość, która zmusiła go do tego, by wyćwiczyć pewne obronne odruchy? A może był szlamą? Oni przecież myśleli zupełnie innymi kategoriami, niż większość czarodziejów czystej krwi. Mężczyzna szarpał się, ale Brenna była szybsza. Miała większe doświadczenie i wiedziała w jaki sposób bić ludzi i najwyraźniej jak wykręcać im ręce tak, żeby ich unieruchomić. W sumie dobrze że ktoś był obok niego, bo mógłby skończyć gorzej niż z bolącą nogą, gdyby był sam. Parkinson skorzystał z okazji i kolanem (tym drugim, które nie bolało) docisnął plecy faceta, by przestał się w koncu szarpać jak pstrąg wyrzucony na pomost, a następnie sięgnął do paska. - Masz prawo zachować milczenie, cośtam cośtam, Brenna dokończ bo nigdy nie pamiętam tej formułki - zatrzasnął kajdanki na jego nadgarstkach, odpowiednio odsuwając głowę, bo blondyn spróbował na niego splunąć. - Kurwa, jaki zajadły. Gdyby trafił, wkurzyłby się. A tak ocharał się sam. Chociaż godne podziwu było to, że nadal próbował, chociaż nie miał szans z dwójką ludzi przeciw sobie. - To napaść! Nic nie zrobiłem! - krzyknął, chyba nieco głośniej, niż powinien. Przecież wciąż byli w miejscu pełnym mugoli, nawet jeśli byli oni za zamkniętymi drzwiami. Na ich szczęście nikt nie dobijał się do drzwi. Najwyraźniej postanowili się nie wtrącać, co było mądrym posunięciem. |