![]() |
|
[14.08.72| Włości Lysandra] Czerwone jabłuszko, przekrojone na krzyż - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +--- Wątek: [14.08.72| Włości Lysandra] Czerwone jabłuszko, przekrojone na krzyż (/showthread.php?tid=2982) |
[14.08.72| Włości Lysandra] Czerwone jabłuszko, przekrojone na krzyż - Samuel McGonagall - 25.03.2024 14.08.1972
Włości Lysandra Jest taki dom w Dolinie Godryka, który przygarnia wszystkie sieroty i znajdy. Dom, w którym nikt nie ocenia, dom w którym znajdzie się zawsze kawałek suchej podłogi, ubranie na zmianę i miska ciepłej strawy. Dom w którym każdy już po kilku chwilach czuje się jak domownik, otoczony ciepłą uwagą gospodarzy. Prawda była taka, że w Dolinie Godryka były dwa takie domy. I oni obecnie byli w tym drugim. Albo – w zależności od której strony wjeżdżało się do miasteczka – tym pierwszym. Samuel z Neilem dotarli na miejsce niedługo przed świtem. Pomimo bandyckiej pory Lysander rozkosznie zaspany, ale niezmiennie uśmiechnięty przyjął ich, napalił w piecu, dał na rozgrzanie nalewki. Oniryczne spotkanie zawierało mało słów, a dużo ciepłych gestów, tulenia, pocałunków. – Za bolące serca – wzniósł szepczący toast Sam, ale o tej porze odmawiał udzielenia odpowiedzi cóż boli jego. Będzie jeszcze na to czas, choćby jutro podczas roboty. Albo i nie, albo magia tego miejsca, wysyconego artyzmem i uduchowioną sztuką dalece oderwaną od prozy życia, skutecznie przesłoni zmartwienia, odwróci głowę od Kniei i od słodkiej woni skwierczących na smalcu pączków... Koniec końców, po godzinie mężczyźni zdecydowali pospać jeszcze chwilę. Wysuszony Sam z przyjemnością otulił ich niedźwiedzim futrem, będąc najlepszym żywym materacem. Gdy słońce było już wysoko na niebie, a Ula zeszła z piętra, zastała ich jeszcze śpiących, dwoje ludzi i jedną misiową poduszkę, wtulonych w siebie na wzajem. Nie było mowy o lepszym poranku. Rychło zagwizdała parująca woda, herbata i kawa wjechały na stół obok na pędce przygotowanej owsianki. Tydzień temu przyjechały szklane baniaki, w kolejne dni zwożono jabłka, figi i pigwy, a wczoraj doszła w końcu paczka z magicznymi drożdżami. Samuel od rana był podekscytowany, transmutował kamień w profesjonalną osełkę i poprawiał ostrość kozików do obierania. Poszerzył też tymczasowo misy, do których miały lecieć obierki. Białka i Miłka – kozy leśniczego – jeszcze wczoraj były tu przyprowadzone na Wielką Jabłkową Ucztę. Corgi musiała się obejść smakiem, ale też miała co jeść, pośród Lysandrowych kur. – Zaczniemy chyba tradycyjnie, ale ach... zapomniałem o miodzie! – Sam walnął się w czoło osełką, szczęśliwie niezbyt mocno. – Lysandrze załatwisz to proszę? Masz wtyki w najlepszych Dolińskich pasiekach, ja... ja do Kniei po miód nie pójdę niestety... – zmarkotniał tylko na moment, szybko powrócił po swojej prośbie do ostrzenia i tak naostrzonych noży. Zapowiadał się równie długi co piękny dzień. W robocie z pewnością znajdzie ucieczkę i kto wie, może i Neilowi spodoba się powtarzalność tego zajęcia, ruch noża jak mantra, która wypycha wszelkie zmartwienia z pola widzenia. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ban2irE.png[/inny avek] RE: [14.08.72| Włości Lysandra] Czerwone jabłuszko, przekrojone na krzyż - Neil Enfer - 25.03.2024 Nie do końca pojmował co działo się dookoła. Dał się zaprowadzić do domu Samuela, do... Zaraz, gdzie mieli iść? Już nie pamiętał. Z przygnębieniem i niezrozumieniem przyglądał się bliskim powitaniom jakie serwowali sobie mężczyźni, bo... To byli mężczyźni? Ledwo widział na oczy i przez alkohol i przez senność i przez łzy, jakie co chwila chciały napływać stadem do oczu, ale o dziwo udawało mu się je powstrzymywać. Bezmyślnie wzniósł toast, a później tak samo bezmyślnie zasnął w łóżku, które dla dwóch osób i niedźwiedzia było nieco za małe, aby móc swobodnie się rozłożyć. Nie narzekał jednak, dopóki nie przyszedł poranek. Jedna strona ciała rozgrzana od futrzastego grzejnika, druga nieco bardziej zmarznięta pomimo napalenia w piecu, w kominku? Otworzył oczy i ból polibacyjny napadł jego głowę kłując igłami, zmuszając do odleżenia jeszcze kilku chwil zanim umysł pojął, że czas wracać do rzeczywistości. Praca, samochód, zioła, czekający rodzice... Jakim więc cudem wylądował w kuchni razem z tymi tu... Jak im było. Dalej nie pojmował czemu tu jest i nie rozumiał dlaczego jeszcze nie wyszedł, bo chciał wstać i pójść, ale głupio mu było i nie umiał się zdobyć na odwagę. Tak po prostu powiedzieć ,,No na mnie czas"? To jak wyjść przedwcześnie z imprezy. Stał ze szklanką wody i nie wyszedł, choć czuł się tu mocno nie na miejscu, jak przeszkoda, ktoś kto musiał stanąć akurat przy tej szafce, z której każdy czegoś potrzebuje. Z poczuciem winy przerzucał spojrzenia z jednej osoby na drugą, na szklankę wody, na dłonie, na podłogę. Myśli znów go nawiedzały, głównie dlatego, że nie pamiętał w pełni co powiedział i komu powiedział, czy się poryczał? Możliwe, chociaż... Nie... Nie wiedział i chyba nie chciał wiedzieć. RE: [14.08.72| Włości Lysandra] Czerwone jabłuszko, przekrojone na krzyż - Ula Brzęczyszczykiewicz - 27.03.2024 Cydrowy biznes jednak miał dość do skutku. Co było ekscytujące, ale też przerażające. Bo prawdę mówiąc, nie wiedziałam o produkcji alkoholu tyle, by samemu się w to angażować. Ufałam Samuelowi, pewnie wiedział, co robi. Sama nie chciałam sprawiać pozoru specjalisty. We wszystkich rozmowach na ten temat brałam bierny udział, przytakując im tylko i przyjmując wszelkie przydziały pracy, jakie byłam w stanie zrobić. Już jutro mieliśmy zacząć pracę. Ale Lysander w pewnym momencie zniknął z domu i nie wrócił na noc. Trochę mnie to zmartwiło, ale był odpowiedzialnym człowiekiem i nie poszedłby spać w rowie przed tak wielkim dniem. Szybko zasnęłam. A gdy wstałam, ubrałam się i zeszłam na dół i odetchnęłam z ulgą. Lysander był w domu, a wraz z nim Samuel i... ??? Zamarłam w bezruchu. Czy wspominali o dodatkowej osobie? Kto to był? Zdecydowanie nie mogłam ich teraz obudzić. Poruszona falą lęku, cichutko czmychnęłam do kuchni i ostrożnie przygotowałam sobie coś do jedzenia. Niedługo później oni też się obudzili. Zrobiło się głośno, aż dziwnie, bo przecież w tym domu zazwyczaj panuje niesamowity spokój. Samuel wniósł ogromne pokłady energii, ale mi to nie przeszkadzało. Podczas uwijania się nad owsianką i herbatą, udało mi się złapać za okulary, które trzymałam na komodzie przy drzwiach wyjściowych. Chociaż przy Samie i Lysandrze czułam się swobodnie z odkrytą twarzą, wolałam nie straszyć nowego kolegi. Chociaż ten poziom swobody był niczym w porównaniu z tym, jak sprawnie ta dwójka ogarniała poranek. Jak gdyby wspólne rozpoczęcie dnia i przygotowanie pracy było ich rutyną. Z tego powodu żaden z nich nie raczył poruszyć nurtującego mnie pytania, czyli, kim, na zakręcony ogonek Tatusia Świnki, jest ten trzeci chłopak!? Rzucałam mu ukradkowe spojrzenia spod moich wielkich okularów przeciwsłonecznych. Wydawał się jeszcze bardziej zagubiony niż ja. W końcu miałam tą przewagę, że byłam na "swoim" terenie. Poza tym, wyglądał, jakby był z zupełnie innego świata. Sam idealnie pasował do sceny rodzajowej, jaka się tu rozgrywała. Lysander też, aczkolwiek, gdybym go nie znała, mogłabym twierdzić inaczej. A ten trzeci chłopak również wyglądał zbyt artystycznie, żeby bawić się w cydrowanie. Gdy Sam z pasją rzucił się na noże, a Lysander poszedł po miód, podeszłam ostrożnie do nieznanego przybysza. — Uhm... Ehm... Jestem Ula tak w ogóle... — przedstawiłam się, cała czerwona na twarzy. Było mi niesamowicie niezręcznie. Bo w końcu kręciliśmy się tu obok siebie już z godzinę, a dopiero teraz nadszedł moment przedstawienia. Ale lepiej później, niż wcale. Nie mogłam udawać, że go tu nie ma. Szczególnie, że sam sprawiał wrażenie, jakby jego dusza ewaporowała się z każdą sekundą. Skłoniłam się lekko, żeby mieć pretekst do nie patrzenia mu w twarz. Fit RE: [14.08.72| Włości Lysandra] Czerwone jabłuszko, przekrojone na krzyż - Ariel - 01.04.2024 Świtało, gdy obudził go charakterystyczny stukot drobnego kamyczka odbijającego się od szyby. Nieśpiesznie przekręcił się na bok i zaczął nasłuchiwać; powieki miał jednak ciężkie, a ciało wciąż rozkosznie bezradne po okrutnym wyrwaniu go z objęć Morfeusza (bynajmniej Longbottoma). Ponownie zapadał więc w sen, kiedy dźwięk się powtórzył. I znów. Podniósł się więc z łóżka i zaspany wyjrzał przez otwarte okno. — Nie zamykałem na noc drzwi — wyszeptał, bez zbędnych pytań akceptując obecność towarzyszącego młodzieńca. Zupełnie tak, jakby był starym dobrym druhem. Jak przez mgłę pamiętał późniejsze pośpieszne naciąganie na siebie ubrań, by ostatecznie w rozpiętej koszuli wylądować w ramionach Samuela. Lubię cię troszkę bardziej niż wszystkich innych, zdawały się mówić spragnione dotyku dłonie i głodne pocałunków usta, teraz nieco onieśmielone pod wpływem nieznajomego chłopca. Nalał im po kieliszku swojej nalewki. Za bolące serca, jak powiedział Sam. Ariel nic na to nie odpowiedział, choć wbił w niego spojrzenie pełne zmartwienia. Nie będzie męczył go trudnymi pytaniami, ale w ciągu najbliższych tygodni będzie bacznie obserwował jego rzeźby. Kiedy boli serce, sztuka staje się piękniejsza. Drugą kolejką zapijali więc zmartwienia. Trzeci toast wznieśli za sukces cydrowego przedsięwzięcia. Czwarty... albo to był piąty? Za co był w takim razie czwarty? Nie miało to znaczenia, gdy złożył lekką głowę na ramieniu przyjaciela. *
Uparł się, że zrobili wszystkim śniadanie. Nawet Uli, która zdążyła już coś zjeść. Trzeba mieć siły do pracy, mówił poważnym tonem, nakładając każdemu z nich porcję swojego popisowego dania, jakim była jajecznica z gotowaną kiełbaską i twarogiem. W małej kuchni pachnącej suszącymi się pod sufitem ziołami było nieco tłoczno i gwarnie, jednak Ariel sprawiał wrażenie niezwykle szczęśliwego w otaczającym go chaosie. — Nie ma problemu, znam kogoś, kto robi doskonały miód — odparł beztrosko, kończąc posiłek, po czym zapiął nieszczęsną koszulę i wyjął spod stołu koszyk, do którego włożył kilka nalewek; bez wątpienia na wymianę — Mieszka kawałek za Doliną, więc trochę to potrwa. Nie czekajcie na mnie z pracą! Pomachał wszystkim na pożegnanie, a potem ruszył ścieżką rozciągającą się wzdłuż słoneczników. Opuszczam was na jakiś czas, całuski :* RE: [14.08.72| Włości Lysandra] Czerwone jabłuszko, przekrojone na krzyż - Samuel McGonagall - 01.04.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ban2irE.png[/inny avek] Odwrócił się w kierunku Lysandra zbierającego się do drogi, a widząc go niemalże jedną nogą poza progiem własnego domu, z koszykiem w ręku i słonecznym uśmiechem na ustach, sam parsknął śmiechem, porzucając noże i w dwóch sprężystych krokach zbliżając się do drobniejszego od siebie mężczyzny. Jego palce od razu powędrowały do krzywo zapiętych guzików, rozpinając je w skupieniu, mimo że stali tuż przy już otwartych drzwiach. – Wszyscy wiedzą, żeś jest artystą Lysandrze. Nie musisz światu tego oznajmiać własnym ubraniem. – Strofował go w rozbawieniu, w lekkości pretekstu, który pojawił się do tego by móc w pewnym oddaleniu od pozostałych przywitać się i pożegnać w tej samej minucie. Dłonie przebyły drogę ku dołowi, by zacząć raz jeszcze na powrót wracać do góry, tym razem ustawiając tak barwne kółeczka adekwatnie do właściwej obszytej białą nicią dziurki. Guzik pod kołnierzem pozostawił odpięty dla komfortu mężczyzny, a potem dłonie zsunął po obojczykach tak, by ująć oba lekko zapadnięte policzki i spojrzeć w oczy gospodarza. – Dobrze, że babcia nie zostawiła Ci czerwonego kubraka z kapturem, bo bałbym się, że w drodze napadną Cię wilki. – powiedział z troskliwością, zarezerwowaną głównie dla zwierząt i mieszkańców tego domu. Szorstkimi kciukami pogładził symetrycznie linie kości policzkowej, po czym pochylił się ku Lysandrowi i ucałował gładkie czoło. Na pomyślność wyprawy, na to by nie zapomniał w niej głowy. – Będziemy czekać na Ciebie, uważaj na siebie Motylu. – dodał, pochylając się i delikatnie muskając wargami jego usta, tak dla lepszej motywacji, tak by wrócił jak najszybciej. – Potrzebuję Cię tutaj... – dodał szeptem, siląc się na uśmiech, choć ten nie sięgał lekko zeszklonych oczu. Gdy Samuel wrócił, zdawał się być nieobecny myślami, zapatrzony w leżące na stole, pozostawione przez siebie ostrza. Umysł mu ciążył, zbierało mu się na kichanie po wczorajszym siedzeniu na burzy, ale powstrzymał odruch. – Neil wolisz obierać jabłka czy kroić? – zapytał nie odwracając głowy, głucho, jakby mówił to co powinien powiedzieć, choć wcale a wcale o tym nie myślał. Zamiast jabłek, miał ochotę zatopić ostrze w miękkim drewnie. Znaleźć w nim odpowiedź na dręczące dusze pytania. Zrozumieć co się działo, bez konieczności rozmowy, w samym akcie niespiesznej destrukcji, z której finalnie wyłaniało się... coż. Zwykle zwierze, rzeźbił wszak to co chciał. Teraz jednak czuł pod skórą, w głębi własnego kośćca, że jeśli znajdzie odpowiednią kłodę, nada jej inny kształt. Formował mu się niespiesznie podpowiekami. Jeszcze był czas. – Bo mi to jest obojętne. – Chwycił koziki, oszczędzając je już dalej osełce i podszedł do rozmawiających, którzy pozostali w chacie. – Żeby to miało sens, musimy obrobić dzisiaj, chociaż z 50 kilo. Jesteście gotowi? RE: [14.08.72| Włości Lysandra] Czerwone jabłuszko, przekrojone na krzyż - Neil Enfer - 01.04.2024 Czuł się obserwowany i to paskudnie mocno, chociaż wiedział, że nie było tak źle, chyba, a może było? Mieli powód na niego patrzeć, w końcu pojawił się bez powodu w ich domu, pijany, poszedł spać, a teraz był tu gdzie był i siedział cicho. Powinien był coś powiedzieć, ale nie powiedział, jak miękka buła, jaką był. Z resztą sam też obserwował ich, byli... Dziwni, na pewno nie w jego typie, nie było to złe, po prostu nie żył z ludźmi, jak oni, przyzwyczaił się do czegoś innego, jego standardy polegały bardziej na... Wegetowaniu przy biurku z dala od ludzi i jedynie fantazjowaniu o spotkaniach z nimi. Na kacu nie umiał się odnaleźć, szczególnie w ich... Kim oni dla siebie co cholery byli? A kim on był dla Morpheusa? Nikim, to była dobra odpowiedź, zabawką można by powiedzieć, do wyżywania się kiedy inny kochaś jest w pracy. Za dużo goryczy w sobie ma i musiał się pilnować, żeby przypadkiem nie ulało się jej trochę na ziemię. Chciał do domu, wyfukać się w poduszkę, połamać jakieś świece, żeby przetopić je jeszcze raz, dodając róży, żeby się płomieniem zadusić gdy jego mieszkanie będzie płonąć. Nie, nie mógł się zabić, pogrzeb jest za drogi, a rodzice na pewno chcieliby mu zrobić. Do tego z emocji ojciec może umrzeć, a matki na dwa pogrzeby nie stać. Obserwując zachowanie Samuela zrobiło mu się niedobrze, ale nie z obrzydzenia, a zazdrości i no dobra, było w tym obrzydzenie, ale do samego siebie i swoich standardów, które leżały na ziemi, zakopując się w niej jak wąż pustynny w piach. Spojrzał spanikowany na dziewczynę, która nie dosyć, że na niego patrzyła, to jeszcze do niego zagadała. Czy oni mają łazienkę? Mają w niej okno przez które się przeciśnie? Mógłby tak uciec. Jasne, jeszcze by utknął tyłkiem i musieliby go wyciągać, a to by było żenujące. Więcej by nogi w tym lesie nie postawił, a chciał stawiać, bo dobre były tu zioła. Spojrzał spanikowany na Samuela, na dziewczynę i pokiwał jej głową żywo na jej słowa. To był moment na przedstawienie się, ale świadomość tego przyszła o kilka dobrych, tłustych sekund za późno i teraz było niezręcznie mówić cokolwiek. Może ta ucieczka przez łazienkę nie była takim złym pomysłem? No i pojawił się kolejny temat. Co wolał robić? Wolał wrócić do domu. Do tego atmosfera zrobiła się dziwna. Aż znów głupio było mu odpowiedzieć widząc stan Samuela. Może sobie tylko dopowiadał pewne rzeczy? -Mi też.-rzucił tylko, patrząc to na niego, to na dziewczynę. Może powinien wyciągnąć z kieszeni kartę pod tytułem ,,Mój ojciec umiera, muszę jechać". Pokiwał Samowi głową na pytanie, nie wiedząc co ma robić i co obędzie robić. Jakby nie patrzeć, to naprawdę powinien wrócić do domu, w końcu mówił rodzicom, że jedzie nazbierać ziół. Taki właśnie jest z niego odpowiedzialny człowiek. pasem po dupie dostanie, ot co, szmatą przez pusty łeb. Nie dziwi się, sam by się sklepał za takie rzucanie słów na wiatr. Na pewno się o niego martwią. RE: [14.08.72| Włości Lysandra] Czerwone jabłuszko, przekrojone na krzyż - Ula Brzęczyszczykiewicz - 04.04.2024 Byłam zajęta czymś innym, gdy Samuel żegnał się z Lysandrem, jak gdyby ten wyruszał na daleką wyprawę w nieznane. I bardzo dobrze, bo kolejnej dozy konfuzji bym nie wytrzymała. Wystarczył ten chłopak, który nie potrafił mi odpowiedzieć na niezadane pytanie dotyczące powodu jego przebywania tutaj. A może chociaż podałby swoje imię? Ale i tego nie otrzymałam. Samuelowi odpowiedział, ale była to najmniej lubiany typ odpowiedzi na pytanie "A czy B". Cóż za niezręczność. Najlepiej będzie, jak zajmę się czymś i zostawię tą dwójkę z problemem. — Zacznę obierać... — rzuciłam i szybkim krokiem znalazłam się przy przygotowanych już skrzyniach z jabłkami. Pogoda dzisiaj była taka sobie, dlatego organizowaliśmy się w środku. Zasiadłam na małym stołeczku i zaczęłam obierać jabłka. Obierki w jednym kawałku wpadały do blaszanej miski ustawionej pomiędzy moimi stopami. Mimowolnie pomyślałam o wróżeniu z nich, ale to chyba nie miało sensu dzisiaj. Ciekawe, czy pan Longbottom zna inne metody wróżenia z jabłek. Westchnęłam cichutko. Od kilku dni czytałam podręcznik do wróżbiarstwa, ale nie było to aż tak fascynujące jak słuchanie prawdziwego znawcy na żywo. Może prowadził gdzieś jakieś okazyjne seminaria? Muszę chyba częściej zaglądać do Proroka. Tam powinni pisać o takich wydarzeniach. Obierka za obierką, wszystkie długie jak moje włosy. Byłam mistrzem obierania, jak każdy, kto spędził tyle czasu co ja na tej czynności. Zastanawiałam się już, co z nich potem zrobię. Część można zasuszyć na przekąski, część zjeść jeszcze w trakcie pracy... a część pewnie i tak rzuci się zwierzętom, bo zbrzydnie nam ich widok w którymś momencie. RE: [14.08.72| Włości Lysandra] Czerwone jabłuszko, przekrojone na krzyż - Samuel McGonagall - 08.04.2024 Ze wszystkich miejsc w Dolinie Godryka, wydarty Kniei półdzikus najbardziej ukochał ten dom. To nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Czuł się tu chciany i kochany, czuł się potrzebny, czuł że jest miejsce na robotę, ale też miejsce na odpoczynek. Czuł że jest tu miejsce dla niego. Dlaczego więc po przymusowym przesiedleniu nie pojawił się od razu u drzwi Lysandra? Odpowiedź była oczywista, jeśli tylko znało się Sama bardziej niż przelotnie. On po prostu lubił się opiekować, lubił roztaczać aurę zaradności, lubił być schronem pod którym mogły ukryć się zagubione zwierzęta. I choć sam oddałby część swej leśniczówki dla Motyla czy Sarenki, tak nigdy przenigdy nie poprosiłby ich o pomoc. Z resztą było już za późno... Przyjął ofertę pracy u Longbottomów, która ciążyła mu teraz jak kamień młyński u szyi, ale nie sposób było się wycofać. Pozostawało liczyć, że Nora jak zawsze z pierwszym podmuchem jesiennego wiatru odejdzie do Londynu, do swoich wielkich spraw i wspaniałej kawiarni. Do swojego życia w którym nie było kształtu niedźwiedzia w który mógłby się wpasować. Nie było kształtu takiego, jaki był tu. Po prawdzie był to powód, dla którego zabrał tu Szczeniaka. Francuski Piesek, teraz zapodziany kundel, znał to spojrzenie bitego, uwiązanego na sznurze psa, który nie mogł uwierzyć, że ręka, która po niego sięga chce go pogłaskać a nie zdzielić kolejny raz. Wychudzony, nieszczęśliwy. Byli razem jak stowarzyszenie nieumarłych poetów, godrycka bohema artystów nie mających celu i życia pasującego do społecznych norm. Błękitne ptaki, tak jak pióra jego krogulczych skrzydeł. Samuel czuł wzbierającą miłość do nich, i wzbierający ból wobec niezręczności jaka przetaczała się nad ich głowami. Podszedł więc do Neila i uściskał go mocno. – Hej, przestań. Robota pomoże Ci zapomnieć. Chcesz, możemy od razu się napić. Ula, leczymy dzisiaj zbolałe serca, chcesz się dołączyć w ramach empatii, czy współodczuwania nie ważne, ale dzisiaj jest ważny, ważny jabłkowy dzień. Razem tworzymy historię tego miejsca, a to co wyjdzie spod naszych rąk podlane łzami, będzie czymś co przeleje się przez każde gardło w tej okolicy. – mówił to cały czas przytulając do siebie Neila, jak kilka godzin wcześniej czynił to w niedźwiedziej formie. Choć ludzie zwykli zapominać, że pod grubym futrem skryty jest Sam, to Sam nigdy nie zapominał. Dla niego bycie niedźwiedziem, człowiekiem czy ptakiem zlewało się w jedno, jakby tylko zmieniał ubranie. Więc jeśli Neil poprzedniej nocy wtulał się w grube futro, dlaczego teraz jakkolwiek byłoby mu niezręcznie w uścisku szczupłego wysokiego blondyna, który jeszcze kilka tygodni temu zastraszał go na tyłach baru "U Lizzy"? – Chodź kochana, grupowy uścisk, a potem śmierć i zagłada tonom jabłuszek!– uśmiechnął się smutno wyciągając ramię po Ulę, żeby i ją utulić. To pomagało. Tego nauczył go Motyl, który wyfrunął ku łąkom szukać słodkiego nektaru. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ban2irE.png[/inny avek] RE: [14.08.72| Włości Lysandra] Czerwone jabłuszko, przekrojone na krzyż - Neil Enfer - 08.04.2024 Czasami rzeczy się nie udają i to nie jest wcale złe, po prostu nie wszystko musi do siebie pasować. Tak czuł się teraz. Niezręczność i dyskomfort, jedna osoba wywoływała to w drugiej i na odwrót. Czasami trzeba zacząć od nowa, w innych okolicznościach, a czasami trzeba porzucić głupie pomysły na jakie wpadło się pod wpływem mocnego alkoholu. Takie było jego podejście do obecnej sytuacji. Co jak co, ale w nocy wspólne krojenie jabłek brzmiało jak świetna zabawa, no dobra... Nie jak świetna zabawa, już wtedy czuł, że praca nie pomoże mu pozbyć się dziwnych myśli, a raczej da chwilę produktywności pozwalającej na głupie rozważania. Nie spodziewał się jednak, że będzie tu jeszcze jakaś dziewczyna i że Samuela i tego drugiego chłopaka łączy coś TAKIEGO. Tak się obnosić! Przy obcych! Sam by tak chciał, ale miał najwidoczniej nieco więcej rozumu i wiedział co wypada, co nie wypada, na co można sobie pozwolić w towarzystwie, a już na pewno wiedział, żeby nie narażać w ten sposób wizerunku osoby na jakiej mu zależy, dlatego na potańcówce nie zbliżał się do Morpheusa bardziej niż było to wymagane, dlatego jedynie patrzył z zazdrością na coś czego nigdy nie doświadczy, chyba, że w zaciszu domowym, w samotności, z zasłoniętymi zasłonami. Gdyby tylko był kobietą... Wszystko wyglądałoby inaczej. Spiął się cały widząc, jak Samuel do niego podchodzi, jak go obejmuje mocno, nie puszczając o wiele sekund za długo. Mimo tego nie wyrywał się, stał tylko dawał się przytulać, aż w końcu sam owinął się dookoła mężczyzny rękoma. Kolejny który nie będzie jego na wyłączność. Z resztą o czym on myślał, to nie tak, że był nim zainteresowany. A może i był... Wiedział, że to desperacja, ostatnio wszystko nią było. Nie myślał trzeźwo, ale nie chciał sobie jeszcze bardziej pozwolić na rozluźnienie przez kolejne toasty wzniesione w domku. Jeszcze palnie coś niemiłego, zrobi głupotę, czy opuści gardę. Wtulił się w niego bardziej, zaciskając dłonie na materiale na jego plecach słysząc, że do uścisku zaprasza też i dziewczynę. Obściskiwać się z kimś kompletnie obcym? Wystarczy mu jedna obca osoba do jakiej się obecnie przytula. Nie powiedział jednak ani jednego słowa, które by zakazywało dziewczynie podejścia do nich. Niech robią co chcą, bo kiedy wyjdzie stąd i już nigdy nie wróci przestanie to być jego problemem. Weźmie prysznic i uczucie dotyku zniknie, jak zawsze. Wypierze ubrania pozbywając się zapachu i wszystko to zmieni się w zwykły bezsensowny sen. RE: [14.08.72| Włości Lysandra] Czerwone jabłuszko, przekrojone na krzyż - Ula Brzęczyszczykiewicz - 08.04.2024 Samuel chciał zaopiekować się załamanym chłopakiem. Jakie to urocze z jego strony, ale też zupełnie naturalne. Był strażnikiem lasu. Oczywiście, że brał pod skrzydła wszelką zbłąkaną zwierzynę. Postanowiłam nie rozważać powodów przybycia tu obcego chłopaka. Najwyraźniej Sam miał powody, by go tu zabrać i ufałam mu. Chłopak nie zdawał się być kryminalistą, z resztą w tym domu nie było wiele łupów do ukradnięcia, czy ważnych nazwisk do likwidacji. To był dom bezcenny — bogaty w miłość, sztukę i wspomnienia, które dla złoczyńców nie miały żadnego znaczenia. Uśmiechnęłam się i zaklaskałam nieśmiało na przemowę o jabłkowym dniu. — To bardzo uroczyste słowa na rozpoczęcie pracy. Doceniłam jego zapał, ale sama nie chciałam się przyłączać do związanych z tego aktywności. Szczególnie nie, kiedy nieznajomy chłopak już oplótł Sama swoimi ramionami. To by było niesamowicie niezręczne, gdybym się tam znalazła. Dla dobra siebie i nieznajomego, musiałam odmówić. — Może innym razem, już zaczęłam obierać i mam ręce od jabłek, rozumiesz... — zaśmiałam się niezręcznie, wystawiając dłonie do przodu na potwierdzenie swoich słów — nawet jeśli niczego nie dało się na nich zauważyć, i wróciłam naprędce do obierania. To miał być radosny dzień spędzony w otoczeniu dwóch przemiłych czarodziejów, ale znikąd pojawił się ten smętny chłopak. Starałam się nie myśleć o nim, bo też wiele nie dało się wymyślić, ale ta paskudna niezręczność opływała okolicę. I miałam wrażenie, że Samuel kompletnie zdawał się tego nie zauważać. A jeśli po prostu nie zważał na to — dlaczego to robił? |