Secrets of London
[16.06.1972] Plot twist | Guinevere & Morpheus - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [16.06.1972] Plot twist | Guinevere & Morpheus (/showthread.php?tid=3026)

Strony: 1 2


[16.06.1972] Plot twist | Guinevere & Morpheus - Guinevere McGonagall - 02.04.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Morpheus Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Y9j3bYj.png[/inny avek]

Plot twist
16 czerwca 1972, południe
– Guinevere & Morpheus –



Przyszła wcześniej. Zawsze była przed czasem, nie dlatego, że spodziewała się jakiegoś poślizgu, czy że miałaby się zgubić we wciąż nie tak znanej jej Anglii, a dlatego, że lubiła się nie spieszyć. Przejść bez biegu do umówionego miejsca, obejrzeć je, dokonać odpowiedniego wyboru w kwestii tego gdzie na ten przykład zasiąść. W przypadku kawiarni, jaką wyprała na to spotkanie, zdecydowała się na miejsce w kącie, jednak nadal przy oknie – lubiła światło, zwłaszcza tak ładnego dnia jak dzisiejszy, natomiast cienie i ciemności też wcale nie były jej straszne. Zależało jej na tym, by nie siedzieć w samym środku pomieszczenia, gdzie potencjalni klienci mogliby przechodzić i trącać ją i jej przyszłego towarzysza nawet przypadkiem. Chciała spokoju i jednocześnie być na widoku – bo choć miała sporo do ukrycia, nie bez powodu nie pisała tak bezpośrednich wiadomości do eksperta, jakiego jej polecono, to mimo wszystko chciała pokazać, że ma dobrą wolę. W końcu to ona potrzebowała pomocy – nie na odwrót. Dzisiejszy wybór tak miejsca, jak i stolika, ale też kawy, którą już spokojnie sobie popijała (w myślach przeklinając na Anglików i ich prawdziwe kawowe bezguście), jak również stroju, pozycji, jaką przybrała… nic nie było przypadkowe. Wszystko było dokładnie wykalkulowane i przemyślane, mimo tego, że Guinevere ceniła sobie pewną spontaniczność. Tak delikatny temat jak przepowiednie, to nie było coś, co zamierzała oddać… przypadkowi – w który zresztą nie wierzyła. Bardzo poważnie podchodziła do swoich korzeni i daru, którym obdarzył ją może nawet sam Horus, egipski bóg, który odcisnął swoje piętno na historii magii tak bardzo, że od jego imienia nazwano dar, jaki odziedziczyli niektórzy czarodzieje; Oko Horusa. Zakładała… nie, była pewna, że Morpheus Longbottom również nosił na czole pocałunek boga nieba. Również – tak jak ona, lecz o jej talencie wiedziało niewiele osób.

Brudnoróżowa, zwiewna sukienka z szyfonu, która ozdobiona była roślinnymi motywami, dobrze leżała na szczupłym ciele i podkreślałaby jej długie nogi, gdyby nie to, że siedziała za stołem, przodem zwrócona w kierunku wejścia do kawiarni, a jedyną ozdobą być delikatny złoty łańcuszek, ginący gdzieś w dekolcie sukienki. Ciemne, długie do pasa, proste włosy, okalały szczupłą twarz; była opalona i to właśnie tym odznaczała się na tle angielskiej społeczności. Nie opalona tak, jak panienka z dobrego domu, która wyszła na dwie godziny na słońce i jej kolor skóry przybrał barwę wściekłego różu, a jak ktoś, kto całe życie malowany był dotykiem słońca, lecz nie mogłaby być nazwana ciemnoskórą, krew jej ojca była w niej silna, nawet jeśli bardziej podobna była do matki. Z pewnością nie wyglądała tutaj, przy tym stole, w tej sukience, jak historyk, którego stereotypem był ktoś z okularami na nosie, ślęczący nad grubymi tomiszczami. Zamiast tego zwiewna panienka, podobna jakiejś nimfie, z ciekawością spoglądała przez okno, a na jej ustach pociągniętych różową szminką, błąkał się zagadkowy uśmieszek. Była pewna, że Longbottom ją rozpozna, bo jakże trudno było ją przeoczyć, mając za tło te wszystkie bledziutkie panny z Wielkiej Brytanii.

Czekała spokojnie, donikąd się nie spiesząc. Nie zerkała też na zegarek, jakby czas nie miał dla niej większego znaczenia. Gdy jednak drzwi do przybytku się otwierały, ona zerkała w tamtą stronę, gotowa nawiązać kontakt wzrokowy z tym, na którego czekała.




RE: [16.06.1972] Plot twist | Guinevere & Morpheus - Morpheus Longbottom - 16.04.2024

Kiedy otrzymał list podpisany Guinevere McGonagall, pomyślał o dwóch rzeczach. Po pierwsze o legendach arturiańskich i żonie króla Artura, która kochała w rzeczywistości jego najlepszego przyjaciela, Lancelota oraz o tym, że byli tym, co pchnęło opowieści z mitów, ku romansom dworskim, o jasnowłosej królowej z proporcem Matki Boskiej w opozycji do wiary przodków. Mariaże dla polityki, miłość poza małżeńskim łożem. Jakież to było nadal prawdziwe w socjecie czarodziejów. Dlatego Morpheus nigdy nie zdecydował się na małżeństwo, pomiędzy innymi kwestiami. Wierność w miłości nie leżała w jego najmocniejszych cechach, dlatego nie deklarował związków. Tańczył z ogniem. Jego własna forma wolności. Radosna niepamięć.

Drugą rzeczą, o której pomyślał, był płowowłosy nastolatek z Kniei, który już nie był nastolatkiem. Longbottom zastanawiał się mocno nad tym, czy roczniki przed nim z Hogwartu, a może i włącznie, były przeklęte. Estella Julius, która stała się jedynie zapomnieniem, rok albo dwa wyżej od niego, Mulciberowie, dumny ród, który ledwo prządł, porzucając Departament Tajemnic, dziwaczny Tom Riddle, który zniknął, tak po prostu, wreszcie Berenika McGonnagall, oszalała kobieta, która postanowiła żyć w nawiedzonym lesie. Jak przez mgłę pamiętał jej rysy twarzy, nie poznałby jej na ulicy na pewno, gdyby ją spotkał.

Morpheus prędko ocenił, że Guinevere należała do kobiet pokroju Eden Lestrange lub Violet Shafiq, wiotkich, jasnowłosych mimoz z ciężkich arystokratycznym akcentem, papierosem na lufce, diamentową kolią noszoną na szyi na co dzień i absolutnym odklejeniem od rzeczywistości, które zagubiły się we własnej percepcji świata. Jemu to nie przeszkadzało, lubił ludzi z obsesjami, którzy potrafili godzinami opowiadać o tym, co stanowiło trzon ich istnienia, o swoich fascynacjach. Lubił ludzi, którzy byli bardzo zakorzenieni w ten czy inny sposób. Zazwyczaj inny.

Czarne oczy Księżyca przesunęły się po gościach kawiarni, ludzko zwyczajnych, by wziąć lekko urywany oddech, gdy natrafił na Różę Pustyni. Ukrytą w kącie, jakby przed wilgocią brytyjskich dni i londyńskich mgieł, rozdzieloną od świata szklaną taflą witryny kawiarni. Zatrzymał się przy barze i poprosił o czarną kawę i mleko w osobnym naczyniu, bez cukru. Wyjął przy tym z kieszeni szaty karty tarota i wyciągnął pierwszą z wierzchu. Szóstka Denarów. Nie wróżyło to dobrze temu spotkaniu. Z drugiej strony, czemu miałoby być dobrze.

Szeleszcząc magiczną szatą w głębokim kolorze żałobnego kiru, wyminął kawiarnianych gości, aby dotrzeć do zajmowanego przez panią McGonagall stolika i pokłonił się jej zdawkowo.

Niewymowny Longbottom, do pani usług — uśmiech, który zwykle błyszczał złotą radością Apollina, teraz srebrzył się blaskiem jego siostry, znacznie bardziej przydymiony, niesięgający oczu wieszcza. Rana nadal była żywa, skryta pod dopasowanym odzieniem i nadmiarowymi fałdami czarodziejskiej szaty, udrapowanymi w eleganckie zakładki, dodając wyraźnej elegancki w gruncie rzeczy prostemu odzieniu. Brakowało mu ozdobności, materiał był matowy, odbiegając od zasady, że należy tworzyć zainteresowanie fakturą, kolorem lub formą. Zasiadł naprzeciwko kobiety, a w jego ramionach rysowała się pewna brawura. Nie bał się usiąść tyłem do tłumu, chociaż wystawiło go to na ataki. Może, koniec końców, był synem swojego ojca.

Kelnerka podała mu kawę, a on nalał do niej odrobinę mleka z dzbanuszka i mieszał, przód, tył, nie wydając ani dźwięku przy tym, patrząc bez mrugania na kobietę w oczekiwaniu na jej słowa i jej sprawę.




RE: [16.06.1972] Plot twist | Guinevere & Morpheus - Guinevere McGonagall - 17.04.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Y9j3bYj.png[/inny avek]

Na pewien sposób Morpheus ocenił ją dobrze: miała swoje obsesje, do nich podporządkowała całe swoje życie. Czy raczej – one to życie pisały, będąc z nim obecne od czasów dziecięcych, gdy jeszcze jako małe dziecko dopiero poznawała świat. Zaglądała do matczynej kryształowej kuli, śledziła ciekawskim spojrzeniem wahadło, którym matka kreśliła wzory widoczne tylko dla niej jednej, próbowała naśladować matkę, gdy ta wróżyła z fusów i uwielbiała bawić się tymi pięknymi kartami karota (choćby tylko dlatego, jak piękne miały rysunki). Symbole i obrazy przyszły do niej bardzo prędko, rozumiała je i odczuwała tak, jakby jej umysł się do nich naginał, a one były jego częścią – i miały w jej życiu znaczenie ogromne, w przyszłych wyborach, ale też w tym pierwszym, nie podjętym przez nią, a przez rodziców: w doborze imion, jakie nosiła.

Wyobrażała sobie pana Longbottoma jako bardzo konkretnego jegomościa, poważnego i oddanego pracy. Próbę miała niewielką, ale tyle tyła w stanie wyczytać z tonu listu, jaki od niego otrzymała, z dat na spotkanie, jakie jej zaproponował, z siły nacisku pióra na pergamin… Silny charakter, bądź silne emocje – jedno z dwóch, a może oba…? Różni ludzie wchodzili i wychodzili z kawiarni, a gdy go zobaczyła – nie była pewna, czy to ten, na którego czeka, czy nie, tym bardziej że podszedł do baru. Straciła zainteresowanie na moment, lecz ruch przykuł jej uwagę – gdy z kieszeni miast sykla wyciągnął karty, na krótką chwilę. Nie, nie miała pewności, że to ten Niewymowny, póki mężczyzna, otrzymawszy swoją kawę, ruszył wprost do stolika, który zajmowała.

Skinęła do niego głową na przywitanie i nawet na momencik odrobinę podniosła się z miejsca, które zajmowała – lecz nie wyprostowała się całkowicie. Uniosła się na tyle, by móc odpowiedzieć tym skinieniem i wystarczającym szacunkiem; nie chciała, by Niewymowny uznał, że siedząc ciągle, obdarza go pewnym lekceważeniem.

– Guinevere McGonagall – przedstawiła się z grzeczności, a jej akcent nie pozostawiał złudzeń, że pochodziła zza granicy. Słowa układała z pewną melodyką i śpiewnością, zaś niektóre zgłoski, o czym za chwilę Morpheus będzie miał okazję się przekonać, wymawiała twardo – nadal jednak płynnie i wyraźnie, szybko. Guinevere obdarzyła mężczyznę ciepłym, choć nieco powściągliwym uśmiechem – ten jednak był szczery i jej jasnobrązowe oczy też ten uśmiech przekazywały. – Miło mi pana poznać. Dziękuję, że znalazł pan czas – zaczęła, nie komentując nic na temat psucia kawy mlekiem, choć obserwowała jego ruchy i zdecydowanie nawet nie próbowała ukryć, że mu się przygląda, może nawet z odrobiną sceptyzmu. Była to tylko chwila… Chwila, bo zaraz spojrzenie kobiety skupiło się na jego twarzy, na oczach – nie próbowała uciekać. Być może Longbotoom nie pomylił się tak bardzo porównując ją do Eden Lestrange czy Violet Shafiq, bo z pewnością spojrzenie Egipcjanki niosło w sobie siłę… ale też spokój. – Proszę mi też wybaczyć tę tajemniczość, zależy mi na dyskrecji, a nie chciałam ryzykować, że list wpadłby w niepowołane ręce – z pewnością mężczyzna mógł zrozumieć takie wytłumaczenie? Ginerwa uśmiechnęła się nieznacznie i położyła dłonie na stoliku, splatając ze sobą palce. – Czyta pan Proroka Codziennego? – zaczęła, może dość niewinnie i nieco owijając w bawełnę. – Być może natknął się pan na krótki artykuł dotyczący odkopanych ruin wioski w Walii. Wioski, jak przypuszczamy, w przeszłości zamieszkanej wyłącznie przez czarodziejów – artykuł pojawił się w gazecie tego samego dnia, którego Ginny wystosowała list do Longbottoma – to był jednak tylko… przypadek. Jeśli jednak nie czytał, to Ginny była gotowa wyciągnąć tamten numer gazety z torebki i podać mężczyźnie. Ministerstwo częściowo było zamieszane w tę sprawę, bo musieli zmodyfikować pamięć kilkoro mugolom i odgrodzić teren wykopalisk na przyszłość.

McGonagall zakładała, że Morpheus potrafił łączyć wątki i że zrozumie, że to w tamtym miejscu natknęła się na przepowiednię, z którą miała taki problem. Ale problem ten… Ach. Był raczej niestandardowy.

– Czy spotkał się pan już z przepowiednią, której nośnik uległ zniszczeniu zaraz po tym, gdy została… odczytana? Czy raczej… dokonał samozniszczenia – zapytała po krótkiej pauzie, w której znowu przez moment spoglądała na sprofanowaną mlekiem kawę. Jej własna filiżanka, co rozumie się samo przez się, również zawierała kawę. Czarną jak egipska noc.




RE: [16.06.1972] Plot twist | Guinevere & Morpheus - Morpheus Longbottom - 18.04.2024

W połowie mieszania w filiżance, zorientował się, co jest nie tak. Nie była to żadna drastyczna zmiana w otoczeniu ani magiczną wizja, która ostrzegała go dodatkowo przed współpracą przed kobietą, chociaż karty dobitnie powiedziały mu, co o tym myślą, nawet jeśli postanowił je zignorować. Zamawiając herbatę z mlekiem zapatrzył się na odsłonięty łuk pomiędzy zagięciem szyi i ramieniem Guinevere, w kolorze, a jakże, kawy z mlekiem, złota skóra, lśniąca w przydymionym słońcu Londynu, która tak go zahipnotyzowała jednym gestem, że powiedział o kawie. Teraz musiał wypić swoją słoną porażkę w samokontroli.

Oparł łyżeczkę prawie bezgłośnie o spodek.

Nawykłem do lakonicznej, ogólnikowej i skrytej korespondencji, tak jak omijania potrzeby zaznajomienia się z powodem takiego wyglądu, o ile nie jest to absolutnie niezbędne w konsultacjach.

Morpheus znał zasadę, że ten, kto mniej wie, lepiej śpi. Zapewne dlatego jego twarz permanentnie zdobiły ciemne kręgi pod oczami. Jako pracownik Departamentu Tajemnic z bardzo długim stażem pracy, nie dziwił się temu, że ktoś trzyma karty blisko siebie i nie chce ich odsłaniać, tak wyglądała jego codzienność. Ci, którzy krążyli obsydianowymi korytarzami przedostatniego piętra w głąb Ministerstwa, tkali dookoła siebie ułudę, a w niej krył się teraz również Morpheus. Nie tylko dlatego, że był zobowiązany nie wyjawiać sekretów, ale również dlatego, że mógł uosabiać oczekiwania co do jego osoby, poważnego maga w kirze, skupionego na pracy i niczym więcej. Praca dawała mu spokój. Zajmowała umysł.

Przybliżył filiżankę do ust i upił mały łyk. Mleko zabiło owocową kwaśność kawy, wypłaszczając smak i nadając płynowi dziwnej folii tłuszczu. Postarał się nie skrzywić. Nie było to koszmarne połączenie i rozumiał, dlaczego pojawiło się na europejskich stołach, ale nadal żałował swojego błędu.

Pytanie zaskoczyło go nieco, bo zabrzmiało na bardzo wyrwane z kontekstu. Przytaknął.

Owszem, czytam. — Pokiwał głową na resztę jej wypowiedzi. A więc krnąbrna Walia, która nieszczególnie łatwo się asymilowała z resztą Anglii, chociaż dużo mniej agresywnie, niż Irlandia czy Szkocja. Mugolskie problemy należały do podobnych do tych magicznych, a tymczasem monarchia dryfowała, słaba, upadająca. Oglądali rozpad Imperium Brytyjskiego i kolejne ruchy separatystyczne, rozdzielanie się kolonii od głównego ciała. — Ah, tak. Byłem zaskoczony, nie widząc nazwiska przedstawiciela z Departamentu Tajemnic na liście zajmujących się sprawą badaczy. Z drugiej strony, pani nazwiska również nie było pośród tych wypisanych w artykule.

Przekrzywił głowę na bok, lekko, może kilka stopni, aby nieco zmiękczyć swój wygląd, co nie było najłatwiejsze, bo nadal nie mrugał. Ciemnobrązowe, prawie czarne jeziora spozierały na Gunevere, jakby chciał zajrzeć w jej duszę. Całkowicie skupiony na kobiecie, w intensywności obecności sprawiał wrażenie, jakby zatrzymał cały świat, aby jedyną ważną osobą we wszechświecie była McGonagall.

Nieortodoksyjna metoda, lecz sama technika zachowywania przepowiedni w obecnej formie nie jest dostatecznie stara, aby być uniwersalną, zwłaszcza w takim miejscu, jak zapomniana przez świat i opuszczona przez kilka stuleci wioska.* Czy ma pani resztki pojemnika?


*Informacja bazująca na fragmencie wiki, gdzie wspomniane jest, że Dumbledore już żył, gdy je zaczęto tworzyć.



RE: [16.06.1972] Plot twist | Guinevere & Morpheus - Guinevere McGonagall - 18.04.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Y9j3bYj.png[/inny avek]

Nic dziwnego, że Morpheus nie od razu zorientował się, co dokładnie zamówił, skoro przyglądał się jej, a nie napojowi, w którym tam spokojnie mieszał. Jednak McGonagall widziała w jego ruchach precyzję, jakby wszystko było wyliczone co do milimetra; niemalże jakby i w jego życiu nie mogło być miejsca na żaden przypadek – jednak nic takiego nie było prawdą. Choćby to spotkanie, pomimo tego, że jak najbardziej umówione, to już zaczynało się przypadkami… i wypadkami. A także porażką, choć gdyby zapytać Ginewrę, to nazywałaby ją gorzką, a nie słoną.

– Rozumiem więc, że jestem na tym polu mało oryginalna – uśmiechnęła się ponownie, krótko, gdy odpowiedziała tym malutkim żarcikiem, który w większości kpił z niej samej i tego sekretu, który zrobiła wokół. Miała ku temu jednak bardzo dużo powodów, biorąc pod uwagę, co dokładnie odkryli w tej wiosce i jakie były ich następne wnioski. Chciała jak najbardziej ograniczyć ewentualne zainteresowanie niepowołanych osób trzecich, tym bardziej mając na uwadze nastroje, jakie obecnie panowały w Anglii. A te były iście waleczne, zaś jej imię, choć nosiła je po legendarnej królowej, żyjącej w czasach wojny i walk, było tylko tym – imieniem i nie nosiła jego widma na swych barkach; nie planowała żadnej zdrady, ani nie chciała niczyjej krzywdy.

– Osoba, która go pisała, skupiła się na tych bardziej znanych nazwiskach, a ja tutaj jestem niemalże anonimowa. Do Anglii przeniosłam się ledwie pod koniec kwietnia, bardzo bym się zdziwiła, gdyby nagle znano mnie z imienia, nazwiska czy dokonań naukowych – a pełniła rolę uzdrowiciela. W takich przedsięwzięciach należało brać pod uwagę wszelkie wypadki związane z pułapkami, klątwami, nieznaną magią i tak dalej. Można też było wejść na grabie, jak to kiedyś przekornie wywróżyła kierownikowi grupy. To, że była też dyplomowanym historykiem magii było dodatkowym atutem, bo mogła wnieść do odkryć również inne spojrzenie, nie tylko zatroskanej medyczki, która musi opatrzyć komuś ranę. A to, że dodatkowo była konsultantem w sprawie wróżb i przepowiedni, które nader często się przydarzały w takich miejscach… ale ona też potrzebowała konsultacji, bo nie była żadną alfą i omegą.

Znała ten odruch, tego przekręcenia głowy, bo sama często tak robiła, ale nie dlatego, by zmiękczyć odbiór swojej osoby a dlatego, że… tak często robiły koty. A w jej osobie było coś takiego, kociego właśnie. Kocia ciekawość może. Dokładnie ta, która tego kota zabiła. I takie właśnie odniosła wrażenie, gdy Morpheus tak intensywnie się w nią wpatrywał, mrugając zdecydowanie za rzadko, by było to zdrowe – że wykazywał ciekawość. Ginny też była ciekawa, zaintrygowana; bo nigdy nie miała okazji rozmawiać z Niewymownym.

– Została po nim ledwie kupka popiołu – przyznała po chwili i sięgnęła do swojej torebki, by wydobyć z niej małą fiolkę. Wypełniona była właśnie tym – popiołem, który udało się zebrać, gdy już wszyscy oprzytomnieli i zrozumieli co się właściwie stało i gdy zabezpieczono inne rzeczy, by nie zajęły się ogniem. Było już wtedy niestety za późno dla zwoju, który zapłonął i spalał się, jak ta kometa lecąca po nieboskłonie. – Tylko tyle. To był zwój zapisany jakimś kompletnie nieznanym dla naszego tłumacza i eksperta od run językiem. Nie zareagował ani na próby rozpraszania zaklęć, ani na klątwołamanie, na nic właściwie – zareagował… ale dopiero na Guinevere, na nic i na nikogo innego. Kobieta wyciągnęła do Morpheusa fiolkę, by mógł ją sobie obejrzeć. Ale popiół… jak to popiół. Nie wyglądał jak nic specjalnego. – Zwój sam zapłonął, czym nas zaskoczył, dlatego nie udało się go uratować – a może takie miał zadanie, by się to nie udało?




RE: [16.06.1972] Plot twist | Guinevere & Morpheus - Morpheus Longbottom - 18.04.2024

Najwygodniejsze życie znajdowało się pomiędzy prawdą oraz kłamstwami.

Raczej przezornie rozsądna. Żyjemy w ciekawych czasach. — Chińskie przekleństwo pasowało bardzo dobrze do nastrojów w Wielkiej Brytanii. Krwawa Niedziela w Irlandii, strajk górników, najwyższy poziom bezrobocia od II Wojny Światowej, walki z Czarnym Panem podczas Beltane, Dominium Cejlonu zmienia się w Republikę Sri Lanki, protest w Dery na początku miesiąca zmienia się w regularne walki, bunty żywiołów, przeklęta wioska na skraju świata i mroczne przepowiednie. Zdawało się niemal, że z każdym dniem świat spowija coraz większy mrok, a to, co działo się w magicznym świecie aurą promieniowało na mugolskie społeczeństwo. To kolejna wojna, którą widział za swojego życia, a bierność doskwierała mu coraz bardziej.

Z imionami była taka zabawna sprawa, że potrafiły przepięknie pasować i jednocześnie zupełnie wywracać oczekiwania na temat człowieka. Morpheus, fantazyjne imię nadane przez matkę, wyglądające komicznie pretensjonalnie obok Jeremiaha czy Derwina, bóg snu, który szybował na skrzydłach i mógł zmienić swoją formę w dowolnego człowieka. Tymczasem wieszcz, nie dość, że cierpiał na chroniczną bezsenność, to miał okropny lęk wysokości i nie znał się wcale na żadnych formach transmutacji, nie wspominając o metamorfomagii.

Dobrze kryć się u boku Shafiq'ów, roztaczają tyle blasku dookoła siebie, że nie widać, jak daleko sięga ich cień, popularność rzadko przynosi więcej korzyści niż przeszkód— powiedział z rozbawieniem w spojrzeniu, które przestało być tak puste i lśniło sympatią. Brzmiało to jak potaknięcie powiązane z aprobatą, sugerującą, że mężczyzna miał do czynienia z członkami rodziny obdarzonej darem języków i ceni sobie jego członków, ale nie dało się ocenić stopnia zażyłości, ani o kogo chodziło. Może Shafiq'ów nie było aż tylu, co Longbottomów, ale zdecydowanie odznaczali się szerokimi znajomościami. Każdy kiedyś potrzebował tłumacza.

Może i ciekawość zabiła kota, ale satysfakcja przywróciła go do życia. Dlatego Morpheus sięgnął po fiolkę i ujął ją delikatnie między palcami. Miał duże dłonie jak na kogoś, kto nie wykonuje pracy fizycznej, idealne do tasowania kart tarota, które miały nieco większy rozmiar niż te do gry.

Kiedy przesypywał popiół z jednego końca fiolki do drugiego, jakby czytał z piasków czasu, cóż mógł też zawierać zwój, który pożarł samego siebie. Na ten moment wzrok przesunął się z kobiety na mały przedmiot, trzymany z estymą świętych relikwii i dewocjonaliów ubieranych przez młode dziewczęta przed paradami religijnymi. Lico Niewymownego przybrało nieco marsowy wygląd, ze zmarszczką między prostymi brwiami i arogancko wygiętymi w dół ustami. 

To, o czym pani opowiada, przeczy podstawowej cesze przepowiedni. One chcą być słyszane. Twórcy zapisu musieli uznać ją za tak niebezpieczną, że chcieli ją metaforycznie usunąć z istnienia lub była zapisem dedykowanym dla konkretnej osoby, osoby z konkretnym zestawem umiejętności, tak zwanego wybrańca lub pochodzącej z określonej linii genetycznej. Czy mogłaby mi pani przybliżyć konkretny przebieg sytuacji, w której doszło do samospalenia? Najlepiej zaś od odkrycia artefaktu do jego zniszczenia. Nie potrzebuję nazwisk konkretnych osób, jedynie wyróżniki, może używać pani fałszywych imion, proszę ich tylko nie pomieszać.

Nie komentował ewentualnych zdolności osób, które badały zwój, nie poprosił też kobiety o wspomnienie; chociaż on bardzo otwarcie podchodził do dzielenia się myślami i korzystania z myślodsiewni, rozumiał, że jest to pewnego rodzaju tabu, którego wielu nie chciało łamać. 




RE: [16.06.1972] Plot twist | Guinevere & Morpheus - Guinevere McGonagall - 19.04.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Y9j3bYj.png[/inny avek]

Lawirowanie pomiędzy prawdą a kłamstwem mogło być jednak trochę męczące, chyba, że miało się pamięć absolutną. Potrzeba zapamiętania w czym się skłamało, w czym tylko lekko nagięło rzeczywistość, a gdzie powiedziało prawdę i tylko prawdę, to brzmiało jak przepis na wieczne zmęczenie i wpędzenie się w paranoję. Czy więc było to wygodne? Może wygodniej było po prostu nie mówić nic, zamiast kłamać.

– Wielu na pana miejscu użyłoby nieco innych słów, by opisać obecne czasy – zauważyła, choć wcale nie musiała tego mówić. Lecz chciała nawiązać jakąś rozmowę, może nie tylko o sprawach biznesowych, skoro nadarzała się taka okazja. Ginewra miała bardzo otwarty umysł, była też kobietą bardzo postępową, a jako historyk, miała porównanie do innych czasów, mniej czy bardziej odległych. Historia lubiła się powtarzać. – Na przykład niebezpieczne, mroczne, krwawe, pełne strachów – zaczęła wymieniać, by ostatecznie spuścić w końcu wzrok z Morpheusa i delikatnym ruchem złapać za uszko swojej filiżanki, którą uniosła do ust, by upić dwa łyki. Kontynuowała dopiero, gdy już odłożyła naczynie na spodeczek. – Ale ma pan rację, odpowiednie słowo to właśnie ciekawe. To są takie czasy, o których historycy będą się rozpisywać, będą prowadzone badania, analizy… – uśmiechnęła się do mężczyzny, może nawet odrobinę psotliwie. Nie kpiła sobie, skądże znowu, po prostu nie uważała, że należy się pogrążać w atmosferze beznadziei tych czasów i sytuacji, jaka panowała wśród angielskiej société (rzecz jasna tej magicznej, nie mugolskiej). Odrobina żartu czy uśmiechu jeszcze nikomu nie zaszkodziła, a wręcz mogła pomóc, zaś Ginny potrafiła się uśmiechać tak, jakby sama była tym słońcem – całą sobą.

– Może otworzyć trochę dróg czy drzwi, ale w gruncie rzeczy to prawda. Nie śmiałabym błyszczeć bardziej niż kierownik naszej grupy, to jego chwila na zaznanie rozpoznawalności – rzeczywiście brzmiało to tak, jakby Longbottom znał kogoś z tej rodziny, ale nie było to wielce dziwne. Gin była dobrze nauczona z historii Anglii, ale także z nazwisk rodów czystej krwi – tych należących do Nienaruszalnej Dwudziestki Ósemki. Jako szanujący się historyk, nie wiedzieć tego, to byłaby prawdziwa potwarz. I bardzo by się zdziwiła, gdyby pan Longbottom nie miał z Shafiqami nigdy do czynienia, brzmiało wręcz nierealnie. – Lecz jeśli boi się pan, czy rzeczywiście jestem członkiem grupy archeologicznej, to mogę panu pokazać część umowy. Moja obecność tam jest tak samo autentyczna jak to, że potrzebuję konsultacji – to nawet nie tak, że uważała, że Morpheus miał wątpliwość co do jej autentyczności, natomiast przyszło jej to do głowy w toku tej rozmowy. Nie chciała na tym polu żadnych niejasności czy wątpliwości, w gruncie rzeczy to ona potrzebowała pomocy i jej szukała, dlatego swoje karty wykładała na stół… te metaforyczne karty rzecz jasna, nie te do tarota.

Przez moment w ciszy przyglądała się, jak Morpheus ogląda fiolkę i pozostałości po tajemniczym zwoju. Zauważyła, jak duże miał dłonie, a fiolka wydawała się być dziecinnie mała, jak zabawka, którą wcale nie była. Pozwoliła mu zebrać myśli, sformułować kolejne zdania, gdy sama też patrzyła, jak ten popiół przesypuje się z jednego końca naczynia, na drugi.

– Kiedy w końcu udało nam się dostać do podziemnego kompleksu, w pierwszej kolejności zajęliśmy się zabezpieczaniem i katalogowaniem manuskryptow, zwojów, notatników i tak dalej. To są przedmioty, które najłatwiej przypadkowo uszkodzić, powietrze, jakie dostaje się do wcześniej na długie lata czy stulecia "zabezpieczonego" pomieszczenia – tutaj Ginny palcami zrobiła ten cudzysłów w powietrzu. – Albo wilgoć, potrafią doszczętnie zmiękczyć papier i sprawić, że cokolwiek zapisano, stanie się absolutnie nieczytelne. A czasami te pergaminy po prostu rozpadają się w dłoniach. To był żmudny proces, jak każdy tego typu, pogrupowanie zapisków kategoriami, miejscem znalezienia, stopniem degradacji i tak dalej. Z większością radzi sobie nasz tłumacz, albo specjalista od starożytnych run, czasami tylko potrzeba konsultacji numerologia – albo wróżbity… – Wszystkie znaleziska są dokładnie badane przez klątwołamacza, czasami kilka razy. Dodatkowo próbujemy też rozpraszania magii na wszelki wypadek – zdarzały się też pułapki, potrzeba było kogoś, kto znsl się na mechanizmach… ale to nie był temat potrzebny przy kartce papieru. – Ten konkretny zwój czekał na tak zwanej ławce rezerwowej. Jeszcze nie odpowiednio opisany i zaklasyfikowany, trzeba było pomyśleć co dokładnie z nim zrobić, zanim zostanie przeniesiony w bardziej bezpieczne miejsce i do bardziej kontrolowanych warunków, niż te polowe w obozie archeologicznym. Czekały, bo jak mówiłam, były zapisane językiem, którego nasz tłumacz nie był w stanie zrozumieć – i jakieś to musiało być dla Shafiqa irytujące… czyż nie? Patrzeć na coś i nie rozumieć ani słowa. – Zwój był lekko uszkodzony i całkowicie nieprzetłumaczalny – wolała powiedzieć więcej, niż mniej, ale rzeczywiście opuściła wszelkie imiona i nazwiska. – Spojrzałam na niego zupełnym przypadkiem. Znaki, litery, symbole… cokolwiek tam było… zaczęły się poruszać po pergaminie, układać w słowa, potem zdania, a potem znowu rozpadać. Były tam i chciały być przeczytane, i jednocześnie trzeba było im na to pozwolić. Nie potrafiłam na głos przeczytać żadnych słów i jednocześnie cały sens był jasny i klarowny od początku. A później… hmm – Guinevere zawiesiła się i zapatrzyła na Morpheusa, ale ten mógł być pewien, że ta wcale na niego teraz nie patrzy. Czy raczej… patrzy – ale go nie widzi. Nie, patrzyła gdzieś… ponad, w przeszłość, w obrazy, które wtedy wyrysowaly się przed jej oczami, jakby sama to widziała. – To nie były słowa, to znaczy nie tylko. Obrazy, głos, szept właściwie, zapachy, dotyk wiatru na policzkach, przyspieszone tętno i huk tak straszny i wielki, jakby walił się budynek, w którym stoję, a byłam w namiocie… i ból. Okropny ból głowy, jakby chciał rozsadzić czaszkę, szept prosto do ucha… i wtedy wszystko zniknęło, a zwój zapłonął – tak to właśnie wyglądało. Napędziła Cathaloei niezłego stracha, tym bardziej że po wszystkim wyglądała naprawdę źle, jakby cały dzień pracowała w jakichś kamieniołomach, wysiłek tak wielki… – Kiedy odwracalna wzrok od zwoju, to ustawało, musieliśmy przerwać w trakcie i zawołać medyka. Kiedy zwój płonął, obecne były trzy osoby, w tym ja, rzecz jasna. Nie sądzę, żeby zwój był przeznaczony konkretnie dla mnie. Po pierwsze ta wioska została zniszczona… dobre osiemset lat temu, a po drugie urodziłam się w Egipcie, nie w Anglii – ale może chodziło o kogoś… kto miał odpowiedni dar. Może.




RE: [16.06.1972] Plot twist | Guinevere & Morpheus - Morpheus Longbottom - 24.04.2024

Pławił się niemalże w tym słońcu jej osoby, chociaż nieświadomie zupełnie. Jego własny blask przygasł, stał się matowy, zszarzały warstwową żałoby i pragnienia zemsty, więc zamiast swój własny urok, pielęgnował bardziej ostrze wyobraźni. Nie chciał należeć do centrum wydarzeń, do strony, ale świat samodzielnie postawił go w uniformie białych blotek na szachowej planszy. Trwał w tle, w balansie własnych opinii oraz dyplomatycznego milczenia, aż do momentu, gdy gwałtowna zmiana kierunku zadziała się w jego sercu, polaryzując jego osobę w dramatyczny sposób. Jedna wiadomość. Jego brat nie żył i nikt nie mógł go przywrócić do życia. Dobrze było więc pławić się w słodyczy jej obecności, świeżej, jak wiosenne hiacynty, lecz o orientalnym, nieco cytrusowym zapachu heliotropów. Żałował, że dzieli ich aromatyczna kawa i stolik, kusiło go, aby poznać perfumę, jakiej używała.

Zanim pojawił się na spotkaniu, krótko sprawdził, kim jest kobieta. Zboczenie zawodowe, wiedzieć więcej, niż inni. W obecnym czasie weryfikowano dość dokładnie różne przyjazdy i prace, a przecież kobieta nosiła rozpoznawalne w socjecie nazwisko, więc łatwo było zerknąć do odpowiednich miejsc, zwłaszcza że jemu wystarczyło niewiele. Data urodzenia i tyle. Nie miało to nic wspólnego z wiekiem, a zbiorem liczb, które miały tworzyć ścieżkę tarota. Proste połączenie archetypów, wraz z numerologicznym symbolem oraz szerszym profilem astrologicznym mógł wyraźniej wybrać komuś najlepszą drogę życiową. Kosmogram Morpheusa, jego karty i cyfry mówiły o tym, co ukryte, o mistycznej drodze wiedzy. Lubił szukać odzwierciedleń ścieżek w ludziach, dlatego je sprawdzał. Guinevere McGonagall patronował Eremita i Księżyc, którzy reprezentowali poszukiwania swojej prawdy, rozniecania własnego światła i eksplorowania tajemnic. Biorąc pod uwagę jej udział w badaniach archeologicznych oraz usposobienie, zdawało się to nawet bardziej niż trafne. Te dwie karty bardzo kontrastowały ze sobą. Głębokie pragnienia i przemijające obrazy, płynność pomiędzy snem i marzeniem oraz analityczność, dokładność w detalu, cierpliwość.

Nie potrzeba. Mogę być ministerialnym urzędnikiem, ale rozumiem w pełni, że często prawo stoi na przeszkodzie ku zgłębieniu prawdy, a nie ma nic ważniejszego, niż ona, w całym swoim pięknie i chwale, nawet jeśli innym wydaje się odrzucająca — iskierki łobuzerstwa pojawiły się w oczach Morpheusa. Powiadano, że każdy, kto pracuje w czarnych murach przedostatniego piętra w piwnicach Ministerstwa, jest odrobinkę szalony. Jednym z największych strachów Longbottoma była Lecznica Dusz, jej oddział zamknięty, gdzie utknie na zawsze, spętany kaftanem bezpieczeństwa, pośród bieli ścian i bezkresnej samotności, bez własnego ducha, tylko jako żywa powłoka, ledwie świadoma tego, co się z nią dzieje.

Z pani opowieści wynika, że przepowiednia była zabezpieczona nie tylko zaklęciami, skoro tyle przetrwały, ale też wieloetapowymi przygotowaniami z użyciem więcej, niż tylko klasycznej formy magii. Zapewne wspierały ją jakieś składniki, możliwe, że wplecione w sam manuskrypt. Prawdopodobnie to ówczesne procesy weryfikacji tożsamości. Osoba spisująca, zapewne jasnowwidz, chciał przed kimś ukryć treść, albo upewniś się, ze manuskrypt trafi na odpowiednią osobę. Nadal jest pani McGonagall, a animagia z mojej perspektywy należy do dziedzin najbliższych starożytnych magii, ze względu na folklorystyczne przedstawienia ludzi-zwierząt, pięknych fae i bogów, zmieniających swoje formy i tak dalej.

Upił znów paskudnej kawy. Za słodka nawet jeśli nie posłodził.

Tym, co mogło ją otworzyć, to predyspozycje do jasnowidzenia, pokrewieństwo lub wieszcz był nader potężny i widziała tak daleko w przyszłość, aby wybrać właśnie panią.

Zawiesił na chwilę głos, pozostawiając przestrzeń na chwilę pustą współczuciem. Wybrankowie jasnowidzów prowadzili ciekawe życia, lecz tragicznie smutne. Edyp. Helena ze Sparty. Król Artur. Ser Gwain.

Pergamin mógł spłonąć z dwóch powodów. —  Morpheus uniósł dłoń i wyprostował mały palec. — Po pierwsze, ponieważ przepowiednia przestała być potrzebna albo —  tu wyprostował palec serdeczny —  metoda była niedoskonała i dało się ją odczytać tylko raz.




RE: [16.06.1972] Plot twist | Guinevere & Morpheus - Guinevere McGonagall - 30.04.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Y9j3bYj.png[/inny avek]

Kochała ludzi, wszelkie istnienie i ostatnie co chciała, to wyrządzić komukolwiek krzywdę. Starała się dostrzegać w ludziach co najlepsze, więc widziała też pewien blask bijący z Morpheusa, nawet jeśli sam uważał, że przygasł, że by zszarzały. Tak, nie uśmiechał się, ale nie uszło jej uwadze, że nie jest mrukliwy, że jest całkiem zainteresowany tematem. Przyglądała mu się, odrobinę zaintrygowana i zafascynowana. Dystyngowany mężczyzna, na pewno starszy od niej, ale w żadnym wypadku stary – w kwiecie wieku, z nazwiskiem starego czystokrwistego rodu… Nie uszło jej uwadze, że nie nosił obrączki. Jak to możliwe? Nie układało mu się w życiu, a może podobnie do niej pragnął wolności? Ginewra miała Anglików za sztywniaków z kijem w dupie wsadzonym wyjątkowo głęboko. Protokoły, pozory, garnitury, gorsety, małżeństwa z przymusu i rozsądku, a nie własnej chęci… Miała czasami wrażenie, że jakby powiedzieć przy takich „otwarty związek”, to by się przekręcili i zeszli na zawał… A jednak niewielu czarodziejów czystej krwi pozostawało niezamężnych, mieli swoje „zobowiązania” – o których też mogłaby mówić długo; bo Anglicy, zamiast się uczyć z historii, to popełniali szereg błędów, byle tylko zachować swoją „czystą” linię krwi. Ale to nie mogło się dobrze skończyć. To nigdy się dobrze nie kończyło – jako Egipcjanka, doskonale zaznajomiona z historią starożytnego Egiptu, wiedziała o tym sporo i miała bardzo jasną opinię o inbredzie, popartą naukowymi zresztą badaniami. Angielscy czarodzieje pod tym względem tkwili w jakimś wyjątkowo ciemnym i wygłuszonym zaścianku, skoro nadal mieszali się między sobą od pokoleń.

– Prawo ma swoją prawdę, historia – swoją, a fakty bywają bardzo odmienne od jednego i drugiego. Nie bez przyczyny mówi się, że to zwycięzca pisze historię, prawda? – och, zauważyła te iskierki, to światło w jego oczach, i nie mogła nie odpowiedzieć. – Rząd zawsze musi obrać jedną stronę, jedną ze ścieżek, która będzie pasowała do całej narracji, jaką chce stworzyć – po prostu zgadzała się ze słowami Morpheusa, a sama była tylko biernym obserwatorem wydarzeń przeszłości, odległych od dzisiaj grubą warstwą gruzu i jeszcze grubszą nicią czasu, a czasami i przestrzeni – zależy, czego człowiek chciał się dowiedzieć. – To… prawda, że nie zawsze jest ładna – uśmiechnęła się, łapiąc się na tej niezamierzonej grze słów.

Słuchała go uważnie, wpatrując się weń ze skupieniem i zaintrygowaniem. To wszystko, co miał do powiedzenia, przekazania… część przyszła jej do głowy, a część zupełnie nie. Składniki wplecione w manuskrypt… Nie zastanawiała się nad tym wcześniej. Teraz jednak poddała się zadumie; czy Cassandra Blackwood chciała ukryć treść tej przepowiedni? Czy może chciała się upewnić, że zostanie w przyszłości usłyszana? A może… Może jedno i drugie, biorąc pod uwagę to, co stało się z wioską. Uniosła wyżej krwi, gdy Longbottom wspomniał o animagii i uśmiechnęła się, unosząc jeden kącik ust w górę – była pod wrażeniem, tym pozytywnym. Strzelał? Poszedł za stereotypem? Czy…

– Widzę, że odrobił pan zadanie domowe – powiedziała, po czym zachichotała cicho. – Mam na myśli to o animagii – sprawdził ją w Ministerstwie? Widniała tam, przyjechała, dopełniła wszelkich formalności, zarejestrowała się jako animag… – Nie mogę być z nią spokrewniona, a przynajmniej… Nie sądzę. Z tego co mi wiadomo, cała wioska została zrównana z ziemią, co prawda nie wiem, ilu miała krewnych, ale wiem na pewno, że część z nich tam zginęła. A biorąc pod uwagę, jak w tamtych czasach wyglądało rozmieszczenie miast czy ludności, śmiało można założyć, że mieszkali tam całą rodziną – więc pokrewieństwo skreślała. Czy Cassandra była tak potężna, że przewidziała, że się tam znajdzie? Mogła być… Te cholerne filary… Może wpływały na jej moc? Nie wzięła tego wcześniej pod uwagę. Ale w takim razie, dlaczego ona? Dlaczego nie Cathal, albo ktokolwiek inny? Predyspozycje do jasnowidzenia… Cathal zdążył ją już wtedy zapytać, czy jest jasnowidzką, i jemu przyszło to do głowy; nie była, ale… Cóż. Nie była… – Nie jestem jasnowidzem – powiedziała spokojnie, przyglądając się mężczyźnie z zaintrygowaniem. Była w nim dostojność, ale też pewna psotliwość i musiała przyznać, że jej się to podobało. Tak jak sposób, w który mówił, opowiadał. Teraz zaś zapatrzyła się na jego palce, gdy pokazywał możliwości. Osobiście cały czas myślała, że to ten pierwszy wariant, jakoś nie przyszło jej do głowy, że mogło chodzić o to, że metoda była niedoskonała. Ale może właśnie tak było. – Muszę przyznać, że poruszył pan opcje, nad którymi się dotąd nie zastanawiałam – splotła palce dłoni ze sobą i w ten sposób podparła swój podbródek, gdy zapatrzyła się na Longbottoma. – Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam – pamiętałaby. Choć prawda była taka, że jej matka była – znaczy nadal jest – jasnowidzką i uważała, że Ginewra też dar posiada, lecz marnuje, ale ona widziała dla siebie inną drogę. Nieczęsto się tym chwaliła tym, którzy nie wiedzieli, nie znali bądź nie słyszeli o jej matce.




RE: [16.06.1972] Plot twist | Guinevere & Morpheus - Morpheus Longbottom - 13.05.2024

Kwestia małżeństwa Morpheusa była bardzo prosta. Nie, to złe określenie. Najpierw zapierał się, że i tak umrze młodo, więc nie warto niczego dla niego planować, później przeżywał wyraźnie widoczne załamanie nerwowe, więc matka dała mu spokój. Niedługo później zginęła starsza siostra wieszcza, co odsunęło ewentualne plany jeszcze dalej w kalendarzach rodziny, a później zaczęły się kolejne rodzinne perypetie. Młody Longbottom okopał się w swoich przekonaniach, a mając już wnuki, rodzice aż tak bardzo nie naciskali, powoli przekuwając swoją uwagę na młodsze pokolenie. Cenił sobie swoją wolność. Teraz za to obawiał się, że zwiążę się z kimś i zniknie, pochłonięty przez Departament Tajemnic lub swój własny dar. Zawsze uważał, że jasnowidzowie mają termin ważności.

Preferuję być tą osobą w tłumie, która wie wszystko o wszystkim. Z doświadczenia wiem, że kontekst jest niesamowicie przydatny, dlatego, owszem, odrobiłem zadanie domowe — uśmiechnął się do niej szczerze, zęby błysnęły nieco przydługimi kłami, prawie jakby był wampirem, a nie miał wadę zgryzu. Wyraźnie dbał o swój wygląd i w przeciwieństwie do wielu Brytyjczyków w swoim wieku, nie cierpiał na przerzedzającą się linię włosów, zaburzało ją jedno miejsce, po prawej stronie, centymetr od pasma szarej siwizny, gdzie miał małą bliznę od uderzenia w dzieciństwie w stół. 

W takim razie, rozważyłbym też ostatnią możliwość, że przepowiednia dogorywała i magia słabła, więc została ukazana zgodnie z założeniami objawień, które potrzebują świadków. Ostatnie hurra i śmierć, niczym spadającej gwiazdy. Jest w tym coś romantycznego.

Dopił kawę. Na dnie filiżanki leżały fusy. Nie zajrzał do nich, celowo. Wiedział, co zobaczy, z pełną świadomością, że to ułudy jego umysłu, te szare kosmyki szaleństwa i oderwania od rzeczywistości. W końcu to, że był tu i teraz nic dla niego nie znaczyło, bo nie istniało żadne tu i żadne teraz. Czas nie postępował po sobie, nie należał do tego, co trwa w prostej linii. Dlatego Morpheus nie bał się tych, którzy wchodzili do głów. Nie sądził, by czarodziej, który zechce to zrobić, wyszedł z jego umysłu taki sam.

Nie poznam jej treści, prawda? — zapytał, bez wyrzutu w głosie. — Czy takie pytania dopiero na drugiej randce?

Oparł podbródek na dłoni, którą wcześniej wliczał, w sposób, w jaki jest przypisywany zwykle nastoletnim uczennicom Hogwartu, które wzdychają do nowego profesora Obrony Przed Czarną Magią.