![]() |
|
[21.08.72, Ksieżycowy Staw] W takich miejscach zawsze są boginy - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [21.08.72, Ksieżycowy Staw] W takich miejscach zawsze są boginy (/showthread.php?tid=3102) Strony:
1
2
|
[21.08.72, Ksieżycowy Staw] W takich miejscach zawsze są boginy - Bard Beedle - 13.04.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Bajarz VI Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie Badacz Tajemnic Kampania Zakonu Feniksa: Zagłada Domu Juliusów. Etap I, sesja nr 3. W barda wciela się Brenna L. Księżycowy Staw – poetycka nazwa dla posiadłości, która kiedyś była bez wątpienia piękna i w której toczyło się życie towarzyskie i rodzinne. Teraz, porzucona zupełnie od dziesięciu lat, a niezamieszkana znacznie dłużej, niszczała powoli: jeszcze nie podupadła tak, by nie dało się jej odratować, ale wymagała wiele pracy, aby dało się ją wykorzystywać choćby jako tymczasowe schronienie czy miejsce pracy. Niegdyś należała do Juliusów, majętnej i wpływowej rodziny czystej krwi. Ród jednak wymarł ponad dwadzieścia lat temu, a ich dom przechodził później z rąk do rąk. O Juliusach dawno już zapomniano – podobnie jak o zabawach, kiedyś odbywających się w Księżycowym Stawie. O tym, że kiedyś po ogrodzie spacerowały piękne panie, w salonie przesiadywali goście, po schodach biegały dzieci. Ogród był teraz zarośnięty i zaniedbany, żywopłoty rozpleniły się ponad miarę, chwasty porosły rabaty, dach posiadłości wymagał naprawy, okna salonu były tak brudne, że nie przepuszczały niemal światła, poręczy schodów lepiej było nie dotykać, by nie rozpadła się pod naciskiem. Mimo niskiej ceny nikt dotąd nie interesował się Księżycowym Stawem. Dla Zakonu jednak fakt, że ten znikł właściwie ze świadomości czarodziejów, stanowił tylko zaletę, a niewielka kwota, za jaką dało się go kupić, zaledwie dodatkowy atut. Pozostawało teraz rozejrzeć się po tym miejscu. Sprawdzić, czy w zakurzonych zasłonach nie zamieszkały bahanki, czy na regałach nie pozostały podejrzane, magiczne przedmioty, ocenić, które meble da się jeszcze wykorzystać i co wymaga poważnej naprawy. Ale nie spodziewano się żadnych kłopotów. To był tylko stary dom, prawda? * Mills i Nora miały rozejrzeć się po bibliotece. Brenna przewinęła się przez nią wcześniej i nie zauważyła na pierwszy rzut oka niczego podejrzanego – zdążyła odsunąć zasłony, wzniecając tumany kurzu, i otworzyć stare okna, wpuszczając od środka po raz pierwszy od dekady nieco światła i powietrza. W pomieszczeniu wciąż jednak unosiły się nieprzyjemne zapachy: kurzu, zaduchu, nawet zgnilizny. Juliusowie lub kolejni właściciele musieli niegdyś lubić książki, bo wysokie aż po sufit regały były nimi zapełnione. Ktoś zabrał ich część – było parę pustych półek, pokrytych kurzem, więc stało się to lata temu – choć i tak dziwne, że pozostawiono ich tu aż tak wiele… Poza regałami z książkami w środku znajdowały się jednak także stoliczek i dwa fotele, biurko, szafki o niejasnym przeznaczeniu, sekretarzyk. Nad biurkiem wisiał obraz, przedstawiający jakąś bardzo piękną kobietę na tle rozgwieżdżonego nieba. Podłogę pokrywał dywan – bez wątpienia wymagający wymiany, bo był zniszczony i zakurzony. Kiedyś wzór na nim przedstawiał zapewne konstelacje, teraz jednak wyblakł tak bardzo, że trudno było mieć pewność. Na biurku wciąż stał dzbanek, pełen kwiatów, nie tyleż zasuszonych, co gnijących. Tura do 17.04. Wrzucę wam odpis 17.04, a potem zdecydujecie, czy dalej mam wam wrzucać odpisy, czy wolicie rozegrać same – chyba że już teraz wiecie. @Nora Figg @Millie Moody RE: [21.08.72, Ksieżycowy Staw] W takich miejscach zawsze są boginy - Millie Moody - 14.04.2024 [inny avek]https://images.fashionmodeldirectory.com/images/models/14509/antonina-vasylchenko-400507-fit.jpg[/inny avek] Normalnie współpracowały inaczej. Nora ogarniała rekonesans, żeby potem Miles wiedziała gdzie jebnąć i jak mocno. Panny miały ze sobą najlepszy kontakt po udanych akcjach, gdzie Moody wyciągała młodą matkę (ja pierdole cały czas zapominam, że Ty masz dzieciaka, kurwa, nie potrafiłabym jak Ty tego ogarnąć, jesteś zajebista!) na alkoholizowane wieczorki taneczno-plotkarsko-tarotowe. Nawet nie proponowała siebie w roli ewentualnej opiekunki do Mabel, obie były co do tego bardzo zgodne. Ale zawsze ich czas był swoistą odskocznią (dla Nory) i przyjemnym uziemieniem (dla Miles). No i Nora zawsze ogarniała coś dobrego do kawy. Jak tu jej nie kochać? Jej pączki były zdecydowanie bardziej miękkie niż te, którymi raczyła się w Bucky's Buns. Teraz jednak sytuacja była inna. Chociaż Moody była przytomna prawie od trzech miesięcy, to wszyscy najbliżsi wiedzieli, że nie jest aż tak dobrze, jak próbowała wszystkim wmówić. I nie chodziło tylko o fakt, że nie mogła pić z powodu stale przyjmowanych leków stabilizujących nastrój. Mildred prawie w ogóle się nie odzywała. Jej złociste oczy przypatrywały się wszystkiemu, jakby była posępnym krukiem wypatrującym padliny. Uśmiech na jej pochudlej, bladej twarzy pojawiał się tylko i wyłącznie w towarzystwie Alastora, jej podkulone ramiona i wycofana postawa mogły ranić bardziej przyjaciół niż leżące w Lecznicy Dusz warzywo. Pozostawała nadzieja. Lekarze mówili: "Zaufajcie procesowi, to trochę potrwa, dojdzie do siebie". Może to nie było najmądrzejsze brać ją na misje, ale po Windermere Miles bardzo jednoznacznie poprosiła, aby nie traktować jej jak kaleki. Może nie wróciła jeszcze na służbę, ale nie zamierzała grzać ławki rezerwowej. Stara, dobra Miles, weszłaby na miotłę ze złamaną nogą, ba! mogłaby mieć obie ręce złamane, a znicz przyniosłaby teamowi w zębach. Dlatego teraz wchodziły do pomieszczenia razem, ramię w ramię, proste zadanie, normalne zadanie. Ubrana była w krwiście czerwony sweter, podkreślający tylko bladość cery okolonej kruczo-czarnymi włosami. Nielegalnie obcisłe czarne jeansy wpadały w wysoką cholewę dwóch ciężkich glanów. Pochudła twarz rozglądała się czujnie po otoczeniu, przy ślicznej, anielskiej blond Norze wyglądała bardzo... demonicznie. W dłoni trzymała swoją różdżkę, z pozornym lekceważeniem obracając ją w palcach, jakby chciała sprzątać, lecz ktokolwiek był w domu Moodych wiedział, że zdecydowanie nie można było zaliczyć jej do "kobiecej ręki" jeśli chodzi o powierzchnie płaskie. – Śmierdzi. – skomentowała krótko i podeszła bliżej regałów, żeby zlustrować grzbiety pod kątem ciekawych tytułów, ale może kto wie... ukrytego mechanizmu prowadzącego do drugiego pomieszczenia. Może i prawie umarła, ale też naczytała się zdecydowanie za dużo pulpowych książek w swoje bezsenne noce, żeby teraz nie spróbować jednego czy dwóch co bardziej podejrzanych tomów pociągnąć do siebie licząc na ciche "klik" i uruchomienie mechanizmu. RE: [21.08.72, Ksieżycowy Staw] W takich miejscach zawsze są boginy - Nora Figg - 15.04.2024 Uwielbiała członków Zakonu Feniksa, wszyscy wiedzieli, że to nie było losowe skupisko ludzi, tylko grupa znajomych, bliskich sobie od lat, którzy pałali do siebie sympatią, a teraz ramię w ramię walczyli o to, aby nie pozwolić poplecznikom Czarnego Dzbana przejąć władzy na czarodziejskim światem. To oni po cichu działali, żeby utrudnić jego manewry. Każdy na tyle, na ile umiał. Oczywiście, że panna Figg musiała się dołączyć, może na tle reszty nie błyszczała tak mocno, wszak jej umiejętności magiczne kulały, no, może poza tą jedną związaną z gotowaniem magicznych mikstur, które warzyła namiętnie w każdej wolnej chwili, teraz jeszcze bardziej intensywnie, aby wesprzeć chociaż w ten sposób swoich przyjaciół. Była przydatna też w dni jak te, kiedy musieli ogarnąć sprawy bardziej przyziemne, jak chociażby sprzątanie kolejnej siedziby. Cieszyło ją niezmiernie, że mogła przydać się na coś więcej, bo było w niej sporo entuzjazmu, bo wierzyła, że te działania mają sens, że wygrają te wojnę, prędzej, czy później, bo cholera jasna dobro ZAWSZE zwycięża i już. Kiedy więc została poproszona o to, żeby pojawić się w tym starym domu nie odmówiła. Zostawiała Klubokawiarnię pod opieką swoich cudownych współpracowników (liczyła na to, że nie spłonie) i zjawiła się na miejscu o umówionej porze. Jak przystało na prawdziwą pierdołę musiała skorzystać z pomocy brata, bo przecież sama nie była w stanie się teleportować. Nie byłaby sobą, gdyby nie przygotowała na tę okazję kartonu pączków, który zostawiła na wejściu w jednym z pomieszczeń, na bardzo mocno zakurzonym stole. Liczyła, że wesoła brygada będzie się nimi częstować, kiedy zacznie burczeć im w brzuszkach. Jakoś tak wyszło, że trafiła z Millie do biblioteki. Dawno jej nie widziała, starała się jej jednak jakoś specjalnie nie przyglądać, bo wiedziała, że swoje przeżyła, nikt tak naprawdę nie wiedział do końca co, może wyspowiadała się z tego Alastorowi, Norka jednak nie chciała wtykać nosa w nieswoje sprawy. Nie lubiła się narzucać, jakby coś to Moody przecież wiedziała, że jest i może przyjść do niej zawsze, ze wszystkim. Była trochę taką Zakonową mamą, u której każdy mógł znaleźć nieco ciepła. Figg nie peplała, bo nie do końca wiedziała, co powinna mówić. Wyglądała zwyczajnie, znaczy, jak na siebie zwyczajnie. Ubrana w różową sukienkę, która ledwie zasłaniała jej tyłek, może trochę nawet przypominała landrynkę, w butach na wysokim obcasie, w których poruszała się zgrabnie niczym sarenka. Nie pasowała do tego miejsca, wcale, ale nie wydawało jej się to robić na niej żadnego wrażenia. - To fakt, ale zaraz przestanie, trzeba to miejsce doprowadzić do porządku, bo tu nie da się przebywać. - Och, nie znosiła syfu, kurzu. Bardzo dobrze, że padło na nią, bo na pewno wysprząta wszystko dokładnie, kto, jak kto, ale ona należała do tych bardzo szczegółowych osób, w tych przyziemnych sprawach. Miała w dłoni różdżkę, chociaż co tu dużo mówić, ta różdżka i tak raczej średnio była w jej dłoniach przydatna, znała jakieś tam zaklęcia, Chłoszczyść opanowała do perfekcji, bo z niego najczęściej korzystała, ale to było na tyle, z drugiej strony, czy coś więcej mogło się jej przydać w tym miejscu, przecież nie było tu żadnego zagrożenia. Zbliżyła się do okna, wydawało jej się, że dobrze im zrobi, jeśli wpuszczą do tego miejsca nieco świeżego powietrza, pozbędą się smrodu, przynajmniej na chwilę. RE: [21.08.72, Ksieżycowy Staw] W takich miejscach zawsze są boginy - Bard Beedle - 15.04.2024 Nic nie kliknęło, gdy Mills sięgnęła po pierwszą książkę – okazało się, że to bardzo stare, ilustrowane wydanie baśni Barda Beedle’a. Wyjęcie kolejnego, grubego woluminu, również nie otworzyło żadnego tajnego przejścia, za to ten wymknął się jej z dłoni i upadł na podłogę: okazało się, że to album. Otworzył się na zdjęciach dzieci, w większości podpisanych – cieniutkie kawałki pergaminu umieszczono pod fotografiami, wklejonymi do środka. Juliusowie. Księżycowy Staw nie został kupiony od nikogo o nazwisku Julius, żadna z nich nie pamiętała, aby znała jakiegokolwiek przedstawiciela tej rodziny, czy choćby o nim słyszała – musieli więc nie mieszkać tu od wieków. A jednak poprzedni właściciele z jakichś powodów nie usunęli stąd ich rzeczy. Kobieta z portretu nie poruszała się. Jej srebrzyste oczy wpatrywały się wciąż w jeden punkt. Za to chwilę później dwie rzeczy wydarzyły się jednocześnie. Gdy Millie przypatrywała się grzbietom książek – dość szybko mogła zauważyć, że interesowano się tutaj historią, zwłaszcza Rzymu, astronomią oraz chyba klątwami, bo o tych dziedzinach traktowała lwia część woluminów na półce – zbliżyła się do przejścia między regałami. Te były ustawione w jednym miejscu jeden za drugim, tak że ten tuż przy ścianie ginął niemalże w ciemnościach. I Moody mogłaby przysiąc, że coś, ktoś, się tam poruszył: że dostrzegła jakiś ruch w najciemniejszym kącie pomieszczenia. Nie mogła jeszcze tego zrozumieć, ale tam właśnie rodził się jej największy strach. Nora zaś, która zbliżyła się do okna przekonała się, że jej chłoszczyć bardzo się tutaj przyda, bo szyby gwałtownie wymagały mycia. Ale przy okazji znalazła się blisko sekretarzyka, i kiedy go mijała… z zewnątrz dobiegło… stukanie? Jakby ktoś pukał od środka, niezbyt głośno na razie, a raczej tak, jak robiło się to w drzwi, chcąc, aby ktoś cię wpuścił do środka… Tura do 19.04. Mills, zgodnie z ustaleniami, opisz swojego bogina. Nora, możesz to zrobić bądź po prostu daj odpisać Millie pierwszej, zobacz jej bogina, a twojego opiszę ja w kolejnym poście. RE: [21.08.72, Ksieżycowy Staw] W takich miejscach zawsze są boginy - Millie Moody - 16.04.2024 Rozczarowanie sunęło niespiesznie po opiętych jeansem łydkach, splatając się z matowym zobojętnieniem. Była stabilna, przywykła już do tego stanu, do życia pozbawionego nadmiaru, barw, smaku, chęci... Pomimo uczucia takiego jakby jej głowa otulona była grubą, transparentną watą, wychwyciła ruch za plecami przy ich jedynym źródle światła. – Otworzysz? – zapytała sucho. Potrzebowały tu trochę powietrza, stęchlizna nawet na standardy Moody była uciążliwa, choć może po prostu nozdrza przyzwyczaiły się do sterylnego jaśminu, którym pachniała podłoga Lecznicy Dusz? Głuche uderzenie, drobinki kurzu wznoszące się w smudze światła. Album ze zdjęciami upadł, odsłaniając nieznajome twarze. – Tyle kupców, a żaden nawet nie wniósł swoich książek tutaj. – powiedziała, nie siląc się na podniesienie leżących zdjęć. Zaraz, zaraz to zrobi, a może nigdy, może trzeba było te zdjęcia spalić, pożegnać dusze, o które już nikt nie dba, dusze zapodziane na dworcu limbo, czekające na swoją stację, ostatnią stację rezygnację. Miała wrażenie, że przez rozchylone wargi wychodzi para, a mroźny dreszcz na samo wspomnienie Szarości niechybnie przeszedł przez kręgosłup, wciąż odznaczający się pomimo tego, że nabrała ciała, w końcu chciała, żeby ją jak najszybciej wypuścili, musiała być grzeczną dziewczynką, musiała jeść, pić, brać leki i... Wejść dalej w labirynty słów i znaczeń, przejrzeć najnowszy nabytek jej stada. Kolejne książki, starożytność, klątwy, coś idealnie dla świeżego nabytku, choć jego data ważności była zdecydowanie bliższa niż ich. Trzeba będzie powiedzieć Papie Morfinie, że może być... – Wpadłem na moment przekazać Ci, że Twoje rzeczy są już wypierdolone za okno – męski, suchy głos oznajmił beznamiętnie, a w najciemniejszym kącie biblioteki zapłonął pojedynczy czerwony punkt. Żar zapalonego papierosa wznosił się powoli, jak flara na nocnym nieboskłonie, na moment przed eksplozją, tak piękna, tak przerażająco oznajmiająca światu o beznadziei przegrywanej walki... Wyłonił się z mroku, rosły, odziany w czerń. Srebrzyste "M" lśniło na pasie, na którym wspierał kciuk wolnej ręki w udawanej swobodzie. Druga dłoń, trzymająca papierosa, zdobna złocistym kręgiem na serdecznym palcu, odsunęła się od ukochanej twarzy, która teraz wykrzywiona była niechęcią i pogardą. Wyglądał dumnie, odpicowany, z przystrzyżonym wąsem, zaczesanymi w tył włosami z elegancką okiełznaną falą. Nawet krzywy nos zdawał się pasować, dopełniać, mówić o bohaterstwie, a nie odniesionych porażkach. Wyglądał bogato. Wyglądał obco. Książka, którą trzymała w dłoniach wypadła z jej dłoni, gdy dotarł do niej sens usłyszanych słów, a ona sama zamarła w bez ruchu, jak łania na szosie, której osią istnienia i gwałtownie nadchodzącego końca był dwa ostro błyszczące w śliskich gałkach ocznych światła. - Myślałaś, że nie się nie dowiem? – pokiwał głową z niedowierzaniem strzepując popiół, tak jak teraz strzepywał ją ze swojego życia, pozbywając się brudu, pozbywając się gówna, które przylepiło się do podeszwy pociągniętego lakierem aurorskiego buta. – Brzydzę się Tobą Mills i nie chcę Cię nigdy więcej widzieć, rozumiesz? Wypierdalaj z mojego domu i nie waż się więcej w nim pokazywać. – powiedział cicho, ale tym swoim mocnym głosem, co zabrzmiało trochę jak pomruk. Boleśnie znajomy, apodyktyczny, ostateczny rozkaz. A przecież wiedział, że zrobi wszystko, o co ją poprosi, zrobi wszystko, co każe jej zrobić. Przecież wiedział, że pójdzie za nim do piekła i z powrotem, piersią zasłoni jego pierś. Przecież wiedział, że tak jak ona nie kochał nikt. Wiedział, teraz wiedział... Powieki nie mrugały, nie zwilżały rozszerzonych z przerażenia oczu, pierś nie unosiła się, w zamarciu, w bezdechu, a tylko serce waliło jak oszalałe, łomotało, walcząc o przetrwanie ciała, zmuszone walczyć znów o życie, którego tak rozpaczliwie łapało się od czasu niebytu, jeszcze nieśmierci, ale już nieegzystencji. Wróciła, bo on chciał, żeby wróciła. Ale teraz wiedział. Teraz jej nie chciał. – Myślałem, że będzie z Tobą lepiej po tym wszystkim, ale... żałuję, że się obudziłaś. Wolałbym mieć kartonową siostrę w lecznicy niż kurwa Ciebie w zasięgu wzroku. – Na potwierdzenie swoich słów podszedł dwa kroki, stukając obcasami o drewniane wysłużone deski starego domu Juliusów, po czym cisnął w nią papierosem, cisnął nią jak papierosem, jak niepotrzebnym, wypalonym śmieciem, którego w końcu mógł się pozbyć. [inny avek]https://images.fashionmodeldirectory.com/images/models/14509/antonina-vasylchenko-400507-fit.jpg[/inny avek] RE: [21.08.72, Ksieżycowy Staw] W takich miejscach zawsze są boginy - Nora Figg - 16.04.2024 - Postaram się. - Na pewno spróbuje to zrobić, tyle, że z jej niewielkim wzrostem mogło być to problemem. Westchnęła ciężko, bo nie dosięgnęła do klamki, nie była w stanie nawet otworzyć głupiego okna, co za upokorzenie. Miała na uwadze to, że będzie musiała tutaj wrócić z porządnym zestawem do szorowania okien, bo te wyglądały na takie które potrzebowały czegoś więcej, niżeli zwyczajnego Chłoszczyść, szkoda, że ludzie tak bardzo zapuścili to miejsce. Kiedyś musiało być naprawdę piękne. Nie słyszała historii o jego poprzednich właścicielach, tak naprawdę nie wiedziała o tym pałacyku nic, a szkoda, może jak wróci to zainteresuje się tematem i dowie się czegoś więcej. Nie skomentowała słów Millie, ruszyła przed siebie dalej, a jej uwagę przykuł sekretarzyk, który jakby prosił się o to, żeby go otworzyć. Stukał, czy to możliwe, żeby coś siedziało w środku? Nie wydawało jej się, może był zaklęty? Nie skłoniło jej to specjalnie do przemyśleń. Jak przystało na dorosłą, samodzielną kobietę postanowiła go otworzyć, aby sprawdzić, co jest w środku. Wtedy stało się coś dziwnego. Miała wrażenie, że przez niego się gdzieś przeniosła, tylko gdzie, czy to była Strażnica, ale dlaczego, po co? Zrobiła krok do przodu i wtedy to zobaczyła. Wielki, okrągły stół, przy którym się spotykali. Jedno z wielu spotkań podobnych do tych, które już odbyli. Tyle, że tym razem coś się zmieniło. Wokół stołu siedzieli wszyscy jej najbliżsi, wyglądali, jakby spali, ale dlaczego wszyscy spali? Brenna, Erik, Morpheus, Patrick, Thomas, Alastor, Millie, Vincent, Mavelle, Dora, ta młoda Ruda, a poza tym jej rodzice, Thomas, Mabel i Samuel, co właściwie oni robili w Strażnicy, dlaczego też tutaj byli, przy tym stole. Ogarnął ją zimny dreszcz, nie miała pojęcia, co się dzieje. Dlaczego znalazła się w tym miejscu, i dlaczego oni byli tu razem? Co się właściwie wydarzyło? Podeszła bliżej, a raczej podbiegła, do małej słodkiej Mabel, bo przecież to ona była najważniejszą istotą w jej życiu. Dotknęła jej i wtedy dotarło do niej, że jest martwa. Oni wszyscy byli martwi. Z jej ust wydobył się jęk, głośny jęk, jakby obdzierano ją ze skóry, trzymała w dłoniach swoją córkę, która miała nie zaznać dorosłego życia, umarła. Nie pomogła jej, nic nie zrobiła, a do tego straciła ich wszystkich, osunęła się na nogach, trzymając w dłoniach swoją ukochaną córkę i zaczęła łkać nad swoim smutnym losem. RE: [21.08.72, Ksieżycowy Staw] W takich miejscach zawsze są boginy - Bard Beedle - 17.04.2024 Nora słyszała gdzieś za sobą głosy, gdy płakała nad ciałem Mabel - Millie rozmawiała z kimś między regałami, obojętna na to, że właśnie w drugiej części pomieszczenia pojawiły się trupy. Mała Figgówna spoczywała nieruchomo w ramionach Nory, zimna już, a z jej ust wypłynął strumyczek krwi, kiedy kobieta poruszyła drobnym ciałkiem. Wszyscy byli martwi. Tylko skąd martwa Mabel w domu Juliusów? Skąd martwi Erik i Brenna, skoro ledwo chwilę wcześniej minęły Brennę, wypadającą z tego pomieszczenia? Longbottom zerknęła tutaj przecież, jakby bała się wpuścić Millie i Norę gdzieś, gdzie nie wejdzie najpierw, ale nie sprawdziła wszystkiego dość dokładnie... Czy Erik nie wchodził po schodach na górę? Kolejny ruch. Za plecami Nory wciąż znajdowała się biblioteka Juliusów. I z odsuniętej lekko szuflady biurka powoli wyłonił się wielki kot: tak bardzo znajomy i tak bardzo obcy, bo jego futro nie było zadbane, a wypadało kłębami, bo pyszczek zaczynał już gnić. – Zostawiłaś mnie na śmierć, Nora - powiedział Salem z wyrzutem, zeskakując na podłogę. Ostrożnie omijał szkło, leżące na posadce: ktoś kiedyś musiał strącić szklankę albo inne naczynie pozostawione na blacie biurka i zostawił to tak, nigdy nieposprzątane. – I zastąpiłaś mnie. * Alastor Moody kopnął książkę, leżącą na podłodze. Było ich tutaj, między regałami, kilkanaście: jakby ktoś swego czasu strącił je z półek. Coś w tym geście zdawało się sugerować, że auror najchętniej kopnąłby w ten sposób swoją siostrę. Sprawił, że znikłaby mu z oczu, tak jak ten tomik poezji, który wpadł pod jeden z regałów. I z ciemności pod regałem, jakby wywabione tym ruchem, zaczęło coś wypełzać. Millie mrugnęła: w jednej chwili byli tutaj ona i jej brat. W drugiej chwili byli tutaj ona i dwóch jej braci, Alastor i Alastor, stojący po obu jej stronach, obaj jakby nie zauważający siebie nawzajem, obaj wpatrujący się w nią, tylko w nią. A gdzieś z tyłu, z miejsca, gdzie była Nora, dobiegał czyiś płacz i czyiś głos – chociaż dla Miles, skupionej na Alastorze Moodym, zdawał się zbyt daleki, aby mogła rozróżnić wypowiadane słowa. Tura do: 21.04. @Millie Moody @Nora Figg RE: [21.08.72, Ksieżycowy Staw] W takich miejscach zawsze są boginy - Millie Moody - 17.04.2024 [inny avek]https://images.fashionmodeldirectory.com/images/models/14509/antonina-vasylchenko-400507-fit.jpg[/inny avek] Magiczny świat był pełen potworów, a najgorsze były te, które potrafiła wygenerować własna głowa. Strach ewoluował wraz z człowiekiem, zyskując coraz to nowszy koloryt, rozbudowane siatki skojarzeń, obaw, ale też bazując na rozciągliwych, lepkich korzeniach. Ciemność, osamotnienie, śmierć. Magiczny świat miał stanowczo zbyt wiele możliwości grzebania w ludzkiej głowie, żeby nie wspomnieć o zmyślnie dobranym zielu, kadzidłach, eliksirach, tradycyjnych narkotykach, ale też oparach jakiś alchemicznych gówien. Magiczny świat był pełen iluzji, pełen złośliwych istnień spaczonych nadmiarem możliwości, które z lubością testowały kruche umysły innych. Magiczny świat był też pełen wariatów, a Mildred po kilku miesiącach w Lecznicy Dusz, za taką wariatkę właśnie się uważała. Koszmary... Lepiące duszne nocne mary nie mogąc przyjść do niej nocą przychodziły za dnia. Wyszła już do świata rzeczywistego, przebiła błonę, Alastor wezwał ją, wyszarpnął z objęć stagnacji. To było zobowiązanie. To była obietnica. To było kochanie, którego dzisiaj chciał się wyprzeć, bo serce jego należało do kogo innego. Ale zaraz potem pojawił się drugi Alastor. Równie piękny, równie wyidelizowany oczyma oplecionej jednostronnym uczuciem Millie. Tym razem był szczuplejszy, przygarbiony, odziany w czerń. Na ziemię upadła czarnoksięska maska obficie skropiona krwią, białe odsłonięte przedramie lśniło wypalonym znakiem Czarnego Pana. – Chciałbym powiedzieć, że musisz wybrać, ale wiem, że twoje czarne serce już dawno wybrało. Czas zabijać Millie. Czas wziąć los w swoje ręce i zrobić z tym porządek. – warczał ku niej rozkazy, a przerażony kręgosłup wysyłał impulsy, znajome impulsy bezwzględnego posłuszeństwa. Dlatego kurwa jeszcze kilka lat temu siedziała z Alastorem układając głupie rymowanki, żeby poznać, żeby wiedzieć kiedy to będzie on, a kiedy pieprzony doppelganger. On nie wiedział, ale ona była w pełni świadoma, że gdyby kazał jej zabić to nie zadawałaby pytań. Piorun w jego dłoniach. On sprawiedliwością, ona narzędziem. – Głucha jesteś czy tępa? Nic dziwnego kurwa, że nie awansowałaś nawet na detektywa. Matka musiała się zeszmacić z jebanym listonoszem, nie wierzę, że jesteśmy tej samej krwi pozbawiona ambicji szmato – sarkał tymczasem elegancik, który wiedział wiele, ale tak jak myśli i lęki Mildred były ze sobą mocno splątane, tak i sens wypowiedzi powoi zatracał się. – Zabij ich na co czekasz, wystarczy zadrzeć szatę na głowę i zacisnąć mocno, aż usłyszysz to słodkie chrupnięcie w karku. O tym śnisz o tym marzysz Mills, za każdym razem gdy łapiesz ich, a potem musisz wypuszczać – krok, dwa, trzy do tyłu. Czy zapomniała wziąć dzisiaj leki? Zaczęła chichotać nerwowo, wiedząc już że ten i ten drugi i kto wie och może zaraz zobaczy trzeciego, że oni nie są prawdziwi, tak jak nie była prawdziwa rozlewająca się czerń po ścianie, tak jak nie było gardło leżącej w pokoju cicho wiedźmy rozorane ołówkiem, bo chrapała za głośno. Nie nie, to nie jest prawda, to tylko sen, znów śni i musi, musi koniecznie się obudzić. Gdzie jest jej anioł, on jej powie, on wychłoszczyczuje czy jak do chuja nazywało się to zaklęcie od czyszczenia, no wyczyści jej myśli, roześmieje się perliście, wsadzi pączka w ryj i każe nie zmyślać. Dobra stara Nora, gdzie ona kurwa jest. – Nora puchatko złota! – reality check, to właśnie powinna sobie zaaplikować prosto czopkiem w tyłek, chociaż przy tych ciasnych rurkach dopiętych szwem absolutnie magicznym mógłby być problem. A czopki w gardło chyba jednak szkodzą. Mierzyła z różdżki to do jednego to do drugiego i podjęła decyzję że poprzednie zawołanie mogło być po prostu za ciche. – NORA KURWA GDZIE JESTEŚ?! Otworzyłaś okno bo ja... ja tu widzę sam zaduch jebany! Dwa zaduchy jebane! – krzyknęła znów wycofując się do "głównej" części biblioteki, do okna, do światła, do kolorów, do barw, którymi potrzebowała obmyć swoją twarz. Jak mówił jej ten cały Black (jaki normalny psychiatra ma tak na nazwisko kurwa, człowiek na samą myśl popadał w depresję) jakie to były te kotwice na rzeczywistość? Liczenie i zmysły, chyba oczy były pierwsze. RE: [21.08.72, Ksieżycowy Staw] W takich miejscach zawsze są boginy - Nora Figg - 17.04.2024 To było okropne. Nie potrafiła im pomóc. Była tak strasznie beznadziejna, że wszyscy zginęli, dlaczego to ona przeżyła? Dlaczego to ona musiała trzymać ciało małej Mabel w ramionach. Zawiodła, zawiodła ich wszystkich. Tak, jak spodziewała się, że się stanie. Była słaba, nie potrafiła ich uratować. Jej życie straciło sens, w tym momencie, po co miała stąpać po tym świecie? W jakim celu. Skoro wszyscy jej najbliżsi odeszli. Czuła bezsilność, okropną, tuliła mocno do siebie ciało dziewczynki, której miała stworzyć najwspanialszy świat. Zawiodła, na wszystkich możliwych płaszczyznach. Jej szloch był głośny, jednak nie na tyle głośny, żeby nie przebijał się przez niego głos Millie. Tyle, że ona przecież też nie żyła, też była przy tym stole. To spowodowało, że panna Figg zaczęła się uspokajać, przecież znajdowali się w wielkim starym domu, prawie wszyscy, jeszcze przed chwilą. Była tu i Brenna i Erik i Morpheus, to niemożliwe, żeby wybili ich tak szybko, jak kaczki, a Mabel, Mabel przecież była teraz u Lizzy. Wtedy usłyszała ruch, odwróciła się, żeby zobaczyć kto, lub co go spowodowało. Salem. Tylko, jak to było możliwe? Przecież jego faktycznie zawiodła, przecież on odszedł podczas Beltane, widziała ciało, został przygnieciony belkami stoiska. Zawiodła go również, bo przecież powinna być tam z nim, powinna była go ochronić. Nie do końca wiedziała, co się tutaj dzieje. - Ty zginąłeś, nie zostawiłam cię, wywiał mnie wiatr. - Próbowała jakoś się wytłumaczyć kotu, który może nieco był podobny do jej Salema, jednak nigdy nie wyglądał tak okropnie. Do jej uszu dochodził chichot Millie, dlaczego się śmiała? Dlaczego się śmiała skoro leżała martwa przy tym stole, ależ nie, to nie mogła być ona, bo odezwała się do niej. Ona była tutaj, ciągle, w tym zaniedbanym domu. - Millie, co się dzieje. - To musiała być iluzja, okropne koszmary na jawie. Zrozumiała. Uczyli się przecież o tym w szkole. Tyle, że złudzenie było tak bardzo realne i uderzało w te najdelikatniejsze miejsca. Uniosła się na nogi, przestała trzymać w dłoniach to martwe ciało, które nim raczej nie było. Szukała wzrokiem Mille, ona na pewno ją obroni, na pewno jej pomoże, ona była silna, nie była słaba, jak ona. - Nie dosięgłam do okna. - Powiedziała cicho, bo trochę jej było za to wstyd, że nawet tego nie umiała dobrze zrobić. - Tutaj jestem. - Machnęła przy tym nawet ręką w powietrzu, żeby jakoś zaznaczyć swoją obecność. RE: [21.08.72, Ksieżycowy Staw] W takich miejscach zawsze są boginy - Bard Beedle - 18.04.2024 – Wiedziałaś, że coś się stanie. A jednak mnie tam zabrałaś - powiedział Salem, a potem miauknął rozdzierająco, jego ciałem wstrząsnęły torsje. Opadł na podłogę, pomiędzy odłamki szkła, błyszczące w promieniach słońca, przesączającego się przez brudne lustro. Nieruchomy. Martwy. Mabel, leżąca na ziemi. Też martwa. Krzyki Millie wypełniły pomieszczenie, gdy cofała się spomiędzy regałów, ku Norze. Mogła dostrzec teraz ciało kota, leżące na posadce i pannę Figg, która poderwała się, również zbliżyła w jej stronę. Dostrzegała łzy na policzkach Nory, jej oczy, zaczerwienione od niedawnego płaczu. Małą Mabel przysłaniało teraz przed wzrokiem Moody biurko – widziała tylko, że coś tam leży. I... Obie widziały Alastorów. Dwóch Alastorów, jeden elegancki, drugi w szacie śmierciożercy, którzy wyszli za kobietą spomiędzy szafek, obaj mówiący jeden przez drugiego. - Czego się drzesz? Kurwa, jesteś zupełnie pojebana, przynosisz mi wstyd, jeszcze przed Norą - warknął ten pierwszy. - Na co jeszcze czekasz? Zabij ją, pozbądź się jej! – zażądał ten drugi. Wystarczyło odwrócić wzrok na moment. Ciemność wyłoniła się spod jednego z foteli, druga z jednej z szafek, o niewiadomym przeznaczeniu. I po chwili kolejne dwie osoby nadchodziły z dwóch stron. Trzeci Alastor, zapatrzony w siostrę, odziany w elegancki garnitur, w krawat, w białą koszulę, starannie uczesany. Millie nigdy nie widziała go w takim stroju, nawet gdy ubrał się jak najlepiej na jeden z bali Longbottomów. Brenna, żywa, ale w ubraniu pokrytym krwią, z twarzą wykrzywioną wściekłością, zwracające spojrzenie płonących gniewem oczu na Norę. Nora chyba nigdy nie widziała u niej takiego wyrazu twarzy: Mills pewnie mogła, gdzieś w pracy, gdzieś na jakiejś akcji Zakonu Feniksa. – Nie chciałem ci mówić wcześniej, bo trochę się bałem, że spróbujesz nam przeszkodzić – powiedział trzeci Alastor, i stanęli teraz w rządku, trzech jej braci, trzy strachy, wszystkie o tej samej twarzy. – Ożeniłem się wczoraj wieczorem. Zabrali cię tutaj, żebyś się nie dowiedziała. – Nie chcemy cię już w Zakonie – warknęła Brenna do Nory. – Rozmawiałam o tym z Erikiem i zgodziliśmy się, że jesteś bezużyteczna. Twój pierdolony eliksir nie zadziałał i Erik został ranny. – Dziś wieczorem wyjeżdżamy w podróż poślubną. – Przyszłam ja, bo on nie chce cię widzieć, poza tym, cóż, jak wspomniałam, jest ranny. Przez twoje partactwo. – Wyprowadzam się do niej. Nie chcę, żebyś się do niej zbliżała. Moja żona za tobą nie przepada, a teraz to ona jest najważniejsza. Tura do... a nieważne i tak odpiszecie wcześniejXD @Millie Moody @Nora Figg |