Secrets of London
[15.08.1972] Poranki bywają trudne | Nora & Sam & Leo - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [15.08.1972] Poranki bywają trudne | Nora & Sam & Leo (/showthread.php?tid=3297)

Strony: 1 2 3


[15.08.1972] Poranki bywają trudne | Nora & Sam & Leo - Nora Figg - 21.05.2024

Niby minął tylko jeden dzień, a czuła się tak, jakby nastąpił w jej życiu ogromny przełom. Właściwie to trochę tak było, nie spodziewała się przecież jeszcze wczorajszego poranka, że ta noc minie jej tak spokojnie, że nie spędzi jej jak to miała w zwyczaju przez lata samotnie (no, nie licząc tych, w których Mabel wpychała się jej do łóżka, bo bała się potworów czających się w szafie).

Obudziły ją pierwsze promienie słońca, które przebijały się przez szybę. Odwróciła się wtedy, żeby sprawdzić, czy Sam tutaj z nią jest, czy to nie był kolejny sen, ale spał obok tak spokojnie, nie uciekł, został z nią w Londynie, którego tak bardzo nienawidził. Doceniała to. Dotknęła nici, którą miała na swoim palcu, tej którą wczoraj jej na nim założył. Nadal nie do końca wiedziała, jak sobie to wszystko ułożą, i jak właściwie doszło do tego, że po jednej rozmowie zyskała narzeczonego. Czuła jednak, że dokładnie tak miało być, że decyzja była słuszna, upewniała ją w tym jego obecność w jej łóżku. Nie wyobrażała sobie bowiem życia bez tego mężczyzny, mimo tego, że kiedyś im nie wyszło.

Wymknęła się z sypialni po cichu, nie, żeby chciała go zostawiać, ale miała swoje obowiązki, którymi powinna się zainteresować. Pączki same się nie upieką, a klienci nie nakarmią.

Dlatego też tuż po szybkim prysznicu znalazła się w swoim królestwie, kuchni, gdzie zwyczajowo zaczęła przygotowywać pierwsze wypieki.

Przyjemny zapach roznosił się po cukierni, części mieszkalnej, a nawet ulicy. Zachęcał na pewno czarodziejów mijających to miejsce do tego, by wstąpili do środka. Miała jeszcze trochę czasu nim otworzą, nie pamiętała, które z jej pracowniczych słoneczek ma dzisiaj na rano, ale nie specjalnie ją to martwiło. Dzisiaj się niczym nie przejmowała, bo jej życie nabrało kolorów. Kiedy smażyła pączki nuciła sobie pod nosem jakąś wesołą melodię, dawno nie miała takiego dobrego humoru.




RE: [15.08.1972] Poranki bywają trudne | Nora & Sam & Leo - Samuel McGonagall - 21.05.2024

Całą noc nie zmrużył oka. Czuł się jakby umarł i trafił do raju. Do raju i do piekła jednocześnie to pewne. Dźwięków było milion. I CAŁY CZAS paliło się jakieś światło. Było straszliwie jasno, nie potrafił sobie z tym poradzić, jego nawykły do Doliny umysł wariował, nie mogąc pojąć czy to już ten właściwy moment, czy jest bezpiecznie, czy nie grozi im zagrożenie. Z drugiej strony Nora nasycona jego miłością i uwielbieniem spała spokojnie, więc też nie mógł zasnąć przecież, jeśli mógł palcami jeździć po jej nagim ramieniu, co czas jakiś całować jasne, piękne włosy, i rozmyślać o tym jak to będzie, gdy postawi swój warsztat, jak to będzie gdy na piętrze nie znajdzie się tylko jedna sypialnia, a dwie, dla niego i Nory oraz druga dla małej Mabel, która tak bardzo ucieszyła się na myśl, że mógłby być chłopakiem jej mamy. Czy tak samo entuzjastycznie zareaguje na wieści o zaręczynach? Czy to liczyło się jako zaręczyny, skoro to było tylko jego pióro, a nie złoto, diamenty, szmaragdy, na które nie było go stać. Jego rodzice nie potrzebowali nic więcej niż zaklętej trawy, której trwałośc odświeżali na swoich palcach każdego roku, ale Nora... Nie – przerywał sobie wtedy w myślach, poddając się woli śpiącej partnerki, która przecież prosiła by przestał wywyższać ją ponad miarę i z równą werwą i zaangażowaniem umniejszać sobie. Całował ją wtedy, głaskał po plecach, ciesząc się, że jego twarde opuszki mogą dotykać połaci jej miękkiej skóry i zachodząc w głowę jak to się właściwie stało, że jedno kichnięcie wywróciło cały jego świat do góry nogami.

Zasnął dopiero przed świtem, umęczony czuwaniem ale też ze wszechmiar szczęśliwy, gdy wszystkie jego demony zasnęły przed nim, pozostawiając mu głowę pełną miłości.

Gdy otworzył oczy zmroził go chłód i brak. Nie ma jej pomyślał, a jego serce momentalnie się zacisnęło, gdy ręką sprawdzał łóżko, czując momentalnie zacisk w gardle. To jednak nie był domek ogrodnika, a jej mieszkanie, wszędzie otaczał go jej zapach. Spróbował się wyciszyć i dopiero po chwili, gdy ostygł szum krwi, wyczuł woń przygotowywanego posiłku, usłyszał jej śpiew i... wszystko momentalnie odpuściło. Odetchnął chwilę, odwrócił uwagę od szczypiących oczu i ruszył do łazienki, by też wziąć prysznic, odświeżyć się bo Bardzo Długiej Nocy.

Kiedy zaszedł ją od tyłu, był pewien, że go nie słyszała. Skradał się jak kot, umiał to robić, zwłaszcza tu w mieście, gdzie wszystko tak hałasowało. Jego jedynym okryciem był ręcznik zawiązany na biodrach, skórę miał jeszcze wilgotną podobnie jak włosy. Dopadł do niej obejmując ją mocno w pasie, przyciskając do siebie i całując na oślep po uchu, szyi, głowie.
– Któż jest najsłodszy, ach któż... mógłbym Cię schrupać całą, tak pięknie, tak obłędnie pachniesz...– miast rozbawienia w głos wdarł się głodny pomruk.


RE: [15.08.1972] Poranki bywają trudne | Nora & Sam & Leo - Leo O'Dwyer - 24.05.2024

Ja nie spałem. Do późna się szlajałem po mieście. Miałem do późna zmianę w Mungu, a potem nie mogłem sobie znaleźć odpowiedniego miejsca do drzemki, bo wciąż intensywnie myślałem o tym, w jaki sposób wybrnąć z tych zaręczyn, co mnie opętały w lesie, a przecież miałem Maykę... A przynajmniej chciałem mieć Maykę. Norce niczego nie brakowało, ale to Maykę chciałem capnąć, złapać już od bardzo dawna, jak tą sprytną myszkę, co się wymykała na każdym kroku z moich łapek, ale... oświadczyłem się Norce. I ją całowałem. I dotykałem. I to było fajne, bardzo fajne, może nawet za bardzo...? Że może nawet brałem sobie do głowy słowa mamy, że ja to powinienem taką kobietę łapać, póki była, a nie się włóczyć po mieście samemu. Te takie stateczne... Dom, tak. Mama tak mówiła, że powinna mnie jakaś baba przywiązać do domowego piecyka.
Miałem gest nie od dziś, więc po drodze kupiłem bukiet róż. Nie byłem pewien, czy w ramach przeprosin, zaoferowania niezbyt ładnego kosza czy też kontynuacji zaręczyn, ale były śliczne. Białe. Jak zobaczyłem te białe kwiaty, to ja sam się w nich zakochałem. Aż zastanawiałem się, czy nie zabrać ich ze sobą do mieszkania, a Norce ściemnić znowu, że mi dziecko przejechali albo że szpital płonie. Cóż, byłem jednakże odważnym kotem, więc przywdziawszy niewinną twarz wparowałem tam chyba niczym ten anioł stróż czy też rycerz na białym koniu samej Noreczki, bo zobaczyłem - nawet z lekką zazdrością - ŻE TEN ZBBIR NIECNY WYCIĄGNĄŁ KU NIEJ SWOJE RAMIONA I JĄ PRZYTULAŁ, I JEJ KŁAMAŁ, I CO KTO TAM JESZCZE NIE MOGŁEM PRZECIEŻ NA TO PATRZEĆ KATASTROFA TOTALNA ŻEBY MI MIAŁA NORECZKA BYĆ PRZEKLĘĘĘTAAAAAAAAAA!!!11111
I tsa... Kto tu był mistrzem kociego skradanie się, gogusiu, Thoranie przebrzydły?!?!?! Wziąłem się zakradłem jako prawdziwy, jedyny w swoim rodzaju kot, może teraz w ludzkiej postaci, ale równie wytrwały i waleczny!!! Zamachnąłem się bukietem tych ślicznych białych róż w kolorze przepysznego mleka i zdzieliłem gościa raz, dwa, a zaraz trzy, cztery, pięć... Nie wiem, czy to bolało, bo kwiatów było coraz mniej w tej mojej garści, ale zaraz się przekonamy. Kiedy uznałem to za mało dosadne, postąpiłem krok do tyłu, zdecydowanie wyciągając różdżkę w kierunku delikwenta. I też Norki, ale jej nie zamierzałem grozić.
- ODSUŃ SIĘ OD NIEJ, ŁAJZO PRZEBRZYDŁA! BO TRANSMUTUJĘ CIĘ W POPIÓŁ! HHHRGHH! - warknąłem i chyba nawet odruchowo chciałem po kociemu zasyczeć, ale trudno. Co z tego wyszło, to wyszło... A koleś niech sobie nie próbuje, bo ja transmutacji jestem królem. Dobra, może na razie księciem, ale do króla mi było niedaleko. A popiół wiedziałem jak wygląda, więc to wcale nie będzie trudne.

Rzut na te moje ciosy, jak bardzo bolesne. I czy trafiałem w ogóle...?
[roll=Z]
[roll=Z]


RE: [15.08.1972] Poranki bywają trudne | Nora & Sam & Leo - Nora Figg - 24.05.2024

Oczywiście, że nie słyszała Samuela. Skupiona była na swoich wypiekach, do tego śpiewała sobie pod nosem, coś obok mogłoby wybuchnąć, a ona zapewne by nie zauważyła. Tak się działo, kiedy się w coś angażowała, nie istniało nic więcej. Zauważyła jego obecność dopiero gdy przylgnął do niej, drgnęła nieco spanikowana, a może bardziej zaskoczona. Szybko jednak się uspokoiła. Chwilowa panika przemieniła się w radość, bo faktycznie tu był. Nie zniknął z jej domu, przytulał ją znowu w tej kuchni. Może przywyknie do tego miejsca? Na pewno by ją to ucieszyło. Ten chwilowy  przypływ czułości skutecznie odciągnął ją od wypieków. Nie miała mu wcale tego za złe, że nieco przeszkadzał jej w pracy. Ta bliskość była bardzo przyjemna, powoli uświadamiała sobie, że będzie go miała w swoim życiu na co dzień, bo przecież się zaręczyli, dość spontanicznie, jednak niczego nie żałowała. Upewniała się w tym coraz bardziej z każdą minutą, którą razem spędzali. Odwróciła się szukając jego ust, oparła swoje dłonie na jego torsie i pozwoliła sobie na krótki pocałunek, bo tęskniła za jego smakiem. Przyjemne ciepło biło od jego ciała. - Będziesz mógł mnie schrupać, tylko trochę później, muszę tego wszystkiego przypilnować. - Przemówił przez nią rozsądek, bo nie mogła sobie pozwolić niestety na żadne opóźnienie. Pączki same się nie upieką, a cukiernia sama nie otworzy, a szkoda, szczególnie, że stał przed nią w samym ręczniku. Mógł zauważyć jej wzrok przeszywający jego ciało.

Tego, co wydarzyło się później również nie przewidziała. Nie spodziewała się, że Leo przyjdzie tutaj tak wcześnie. Jego reakcja na przyłapanie jej z Samuelem ją przeraziła. Odsunęła się do tyłu, bo O'Dwyer najwyraźniej postanowił zdzielić Sama kwiatami. Kwiatami, Merlinie, one musiały być dla niej. Nie spodziewała się, że te oświadczyny to były na serio, bo gdy wróciła do cukierni to jej przeszło to dziwne uczucie, które opętało ją w Windermere, to nie tak, że nadal nie lubiła Leo, tyle, że nie tak bardzo jak jej się wydawało. Może zrobił sobie nadzieję? Nie miała pojęcia o co chodziło, czuła się winna. - Leo! Zostaw go! - Krzyknęła jeszcze bardzo głośno, a rzadko kiedy zdarzało jej się to robić. Nie miała pojęcia, czy w ogóle jej posłucha, bo cóż, ten chłopak, jak przystało na prawdziwego kota zawsze chodził własnymi ścieżkami.




RE: [15.08.1972] Poranki bywają trudne | Nora & Sam & Leo - Samuel McGonagall - 24.05.2024

Później... no nic musiał obejść się smakiem, choć jeszcze kilka pocałunków, kilka ugryzień udało mu się złożyć na tej miękkiej skórze, słodszej niż cokolwiek co Nora oferowała klientom swojej cukierni.

Powiadają, że miłość otumania i zapewne była to najprawdziwsza prawda. A może to ten uliczny hałas, kocie nie licz, że nie usłyszałby Sam tej szarady, gdybyście się spotkali nie na ubitej, a na leśnej ziemi. Każdy szelest, każda gałązka, każdy wiatr przynoszący obcy zapach... Tutaj jednak dał się podejść, otumaniony Norą, przerażony Londynem. Tutaj hałasy były inne, a otworzone drzwi, mogły być nimi wszędzie.

Kwietne razy spadały na jego głowę raz za razem i czy bolały? Powinny. Kolce rozcinały skórę, mierzwiły włosy. Ale Samuel przywykł do tego, on, nosiciel klątwy ziemi, który od czasu pewnego pijackiego listu pewnej całkiem trzeźwej już teraz damy zaliczał okładanie z wielkich grubych kolczastych pnączy i parzących wyziewami kwiatów mniej więcej co dwa dni. Jeden bukiet w tą czy drugą nie robił mu różnicy, ale co robiło mu tę różnicę, to to że ktoś zaatakował go tutaj, a przez to i mógł zagrażać Norze. Może i nie był to jego teren, a teren jego kobiety, Sam czuł się jednak w obowiązku go pilnować. W końcu była jego narzeczoną.

I pewnie by zaryczał i pewnie zęby wbiłyby się w śliczne ciało buńczucznego Leosia, ale... no cóż różdżka została u góry, nie spodziewał się jakiegokolwiek zagrożenia, tutaj w jej gnieździe (cóż miłość otumania). Na pewno gdy otrzeźwieje, obieca sobie, że nigdy więcej nie popełni tego błędu, a na razie miast unieść ręce do góry skoczył do delikwenta, by zwalić go na ziemię i wybić różdżkę tradycyjnym argumentem siłowym. Może szkoda, że szum krwi zagłuszał cokolwiek było mówione. Może by się zorientował, że coś tu nie gra. Adrenalina jednak decydowała w tym momencie za niego.

Aktywność fizyczna III plus tam walka wręcz wiadomo, na wywalenie Leosia na ziemię i wytrącenie mu różdżki.
[roll=Z]
[roll=Z]


RE: [15.08.1972] Poranki bywają trudne | Nora & Sam & Leo - Leo O'Dwyer - 29.05.2024

Tak, to była ulica, to było miasto, pełne różnych hałasów, które mi w żaden sposób nie przeszkadzały, żeby działać podług własnego instynktu, więc się szykuj tępa leśna istoto na bitwę stulecia, bo nie odpuszczę łatwo, a jak będzie trzeba, to skrzyknę nawet swoich kocich przyjaciół, a jak będzie trzeba, to jeszcze cały Kongres Podziemny, bo ja tam miałem pełno przyjaciół. Może jeszcze to do nich nie dotarło, ale sam poczuwałem się jako osoba, która może na nich liczyć tak, jak oni mogli liczyć na mnie. Znowu zasyczałem.
Kwiaty za wiele nie dały, a szkoda, bo były piękne. Piękne, ale nie nadawały się do walki w zwarciu. Trudno. Odrzuciłem na podłogę tę resztkę, co została i dobyłem różdżki, grożąc jakże dumnie typowi. Pewnie gdybym miał teraz sierść na sobie, to by była najeżona w opór, ale miałem tez włosy, a one... One jeszcze były ładnie ułożone, ale chyba nie na długo, skoro zaraz miało przejść do rękoczynów. Tyle że pan Thoran się tak zwalił, tak debilnie oczywiście, że zdążyłem zwinnie uskoczyć i go jeszcze wyśmiewać.
- Drugi raz nie dam ci się podejść! Widziałem na własne oczy, co się stało z tą dziewczyną! NIE POZWOLĘ CI SIĘ OŚWIADCZYĆ JUŻ ŻADNEJ INNEJ, PO MOIM TRUPIE! - wykrzyczałem i nawet tupnąłem nogą na podpisanie tych słów, ich powagi. Postanowiłem się również bronić, bo nie wiedziałem, co jeszcze przyjdzie mu do głowy, a że był nago i tylko z tym ręcznikiem, to postanowiłem mu zmodyfikować nieco kanaliki na skórze, co to zamiast potu, zaczną intensywnie produkować ślimaczy śluz. W tej chwili uwielbiałem to, że Pani Bulstrode kazała mi wciskać do głowy te wszystkie uroki. Mogły się na coś przydać, podobnie jak anatomia. Hahaha! Niech wtedy tak sprytnie ustanie na nogach!
- Norka, uważaj! To zły czarnoksiężnik jest! - rzuciłem do niej, bo nie uszło mojej uwadze, że się na mnie wydzierała. Takich tonów nie można było nie usłyszeć, a tym samym zlekceważyć. Tak wydzierała się na mnie moja mama, kiedy za bardzo podpadłem. Tym razem jednak działałem tu w dobrej wierze i chciałem, żeby to wiedziała by przypadkiem nie dostać rykoszetem.

Rzut na transmutację. Zamiast upiększania, poproszę dla Sama intensywny śluz zamiast potu
[roll=PO]
[roll=PO]


RE: [15.08.1972] Poranki bywają trudne | Nora & Sam & Leo - Nora Figg - 29.05.2024

Nie tylko Sam się tego nie spodziewał. Nora spoglądała na walkę dwóch nastroszonych kogucików ze zdziwionym spojrzeniem i otwartą szeroko buzią. To nie miało się tak skończyć, znaczy to się dopiero zaczęło, więc wolała nie myśleć nawet o tym, co zamierzają tutaj robić. W oczach wyobraźni widziała już zniszczoną kuchnię, jej miejsce pracy, jej cały dobytek. Nie, na pewno na to nie pozwoli, czy tego chcieli, czy nie zamierzała interweniować.

Złożyło się tak, że panna Figg miała przy sobie różdżkę, bo korzystała z magii przy okazji gotowania, w końcu jej pączki były czymś więcej niż tylko wypiekami, sięgnęła więc po nią zwinnym ruchem, na tyle na ile w ogóle potrafiła być zwinna ta słodka pierdoła.

Dotarły do niej słowa Leo. Sam się komuś oświadczył, komuś innemu? Konsternacja, czy to w ogóle było możliwe. Po tym wszystkim, co jej powiedział. Nie, chyba nie. Dlaczego miałby to zrobić. Spojrzała na niego krótko, później na swoją różdżkę. Leosiowi coś się musiało wydawać, na pewno. Ufała Samowi, tego była pewna.

Nie zdążyła jednak zareagować, bo narawny kot postanowił machnąć różdżką. Wyczarował coś, coś paskudnego, ależ był w tym wszystkim zawzięty.

- Leo, zapewniam cię, że Sam nie jest czarnoksiężnikiem, to mój narzeczony, ręczę za niego. - Nie zamierzała jednak czekać. Machnęła różdżką, jakby wiedziała co robi - chociaż wcale tak nie było i szepnęła zaklęcie, żeby wyczarować tarczę przed Samem, żeby nasz kocur nie mógł po raz kolejny zrobić mu krzywdy, liczyła na to, że to zapobiegnie katastrofie.

Miała zamiar zająć się jeszcze usunięciem tego dziwnego śluzu, który swoją drogą wyglądał na ślimaczy z jego ciała, bo musiało to być okropnie niekomfortowe, ale tym zajmie się za chwilę, wszystko po kolei.

- Może zacznijmy od początku, Leo to jest Sam, Sam to jest Leo. - Próbowała złagodzić sytuację.


Potężne rzuty na rozproszenie i tarczę

[roll=O]
[roll=O]


RE: [15.08.1972] Poranki bywają trudne | Nora & Sam & Leo - Samuel McGonagall - 29.05.2024

Ten obślizgły typ uniknął jego szarży, nie leżał twarzą do ziemi i nie skamlał przeprosin. Ten oślizgły typ kłamliwie zarzucał mu oświadczyny z jakąś innąkobietą. Ten oślizgły typ uczynił z niego oślizgłego typa! Samuel już czuł zew krwi i choć obiecał sobie miesiąc temu, że więcej nie ugryzie nikogo w formie niedźwiedziej, tak teraz ów obietnice nieco wywietrzały mu z głowy. Ręka drgnęła ku kieszeni spodni, gdzie trzymał różdżkę, tylko... no tak, nie było jej tam teraz, bo przecież zamiast ubrań miał wciąż ręcznik, który cudem tylko i siłą woli trzymał mu się na ślizgających się biodrach. Dosłownie mikrosekundy dzieliły go od tego, by rzucić się w stronę wyjścia i czmychnąć do góry po różdżkę, a potem wrócić tu w swojej bardziej adekwatnej do bitki skórze i szerzyć sprawiedliwość, bronić swojego honoru i oczywiście uratować Norę, choć ta... zdawała się znać tego prychającego oszczerstwa chłopaka i...

...och nazwała go swoim narzeczonym...

Prawdziwy rollercaster emocjonalny, zakończył się nieoczekiwanym spuszczeniem pary. Sam, który pewnie za moment znów będzie musiał wziąć kąpiel (ciekawe czy Nora dałaby się namówić na współudział?) opadł na krzesło i podparł brodę o rękę patrząc się maślanie na swoją wybawicielkę. Poczuł błogosławieństwo jej magii, zobaczył zacięty wyraz na twarzy i może trochę odejmowało mu to męskości , no bo w końcu kobieta go ratowała, jak to on miał ratować ją, to jednak po pierwsze w nocy nie narzekała, że czegoś mu brakowało, po drugie... mmm... narzeczony, jak to słodko brzmiało w jej ustach.

– To pewnie ten demon. Cały czas mi się to zdarza. – powiedział tonem absolutnie nieprzystającym do treści, bo wciąż patrzył z uwielbieniem na swoją księżniczkę. Wojowniczą księżniczkę.


RE: [15.08.1972] Poranki bywają trudne | Nora & Sam & Leo - Leo O'Dwyer - 30.05.2024

Pokręciłem głową, bo mnie Norka wcale nie słuchała, a to ważne było. Krótkie komunikaty, używałem krótkich komunikatów tak, jak to tłumaczyli na szkoleniach, ale nie docierało, więc tylko podejrzliwie zmierzyłem tego gościa, co go Norka wyswobodziła z moich czarów. Szkoda, bo były genialne... CHWILA, MÓWIŁA O NARZECZEŃSTWIE Z TĄ MENDĄ?!
Och, kurwa. Ale mnie niemalże ścięło. Momentalnie zrobiło mi się duszno, bo się o Norkę w tej chwili śmiertelnie obawiałem. Wyglądała normalnie, jeszcze nic nie sprawiało, co by miała się unieść w górę i zamilknąć w dogłębnym szoku. Czym prędzej doskoczyłem do niej i zacząłem szukać pierścionka po kolejnych jej palcach, a kiedy ujrzałem jakąś nitkę, nitkę, której nigdy wcześniej tam nie było, postanowiłem ją przerwać swoimi zębami.
- Zdejmij to. Nie słuchaj go. Jakieś brednie mówi. Kilka dni temu wciskał mi kit, że chce się oświadczyć takiej jednej, jak miałem - wybacz - krótką zmianę w Dziurawym Kotle. Podałem jej w cieście pierścionek od niego. Dziewczynę tak przeklęło, że leży na oddziale. Wszyscy specjaliści ręce rozkładają. Nie wiedzą jak jej pomóc - odparłem do Norki poważnym tonem, tak nienormalnym jak na Leoleoleo, bo Leoleoleo to kot rozbawiony, żywiołowy był, a nie poważny-poważny, ale sytuacja tego wymagała. Norka nawet wziąłem potrząsnąłem by się ocknęła. Nie widziałem tu tego gościa wcześniej. Może już ją omamił i robiła wszystko, co jej kazał. Mogło tak być.
Odwróciłem się do niego i wskazałem na niego groźne różdżką.
- Odczaruj ją, potworze jeden! To nie jest moja Norka! - warknąłem do niego. Wciąż ściskałem w dłoni różdżkę, więc niech tylko spróbuje ten dziad się podnieść, to rzucam zaklęcie na liny wiążące, ciasno i nieprzyjemnie wiążące. Nie zamierzałem dać się zaskoczyć, więc ja uważnie obserwowałem i dobrze wyciągałem wnioski, czy tam czegoś nie knuje.

Rzut na AF, na pozbycie się nitki z palca Norki
[roll=Z]

Rzut na kształtowanie, wyczarowanie liny, gdyby Sam zrobił fałszywy ruch z tego krzesła
[roll=N]


RE: [15.08.1972] Poranki bywają trudne | Nora & Sam & Leo - Nora Figg - 30.05.2024

Norka może nie była specjalnie silna, nie była wybitną czarownicą, jednak jak widać, gdy jej na czymś zależało, to jakimś cudem wszystko szło po jej myśli. Udało jej się wyczarować tarczę, która miała oddzielić mężczyzn, która miała spowodować, że nie zrobią sobie krzywdy. To było dla niej dość istotne, nie chciała, żeby ktokolwiek ucierpiał podczas tej sprzeczki, szczególnie, że najwyraźniej, ani ona, ani Sam nie do końca wiedzieli co się dzieje.

Sam usiadł. Kamień z serca, to by oznaczało, że może faktycznie zbliżają się do końca tego nieporozumienia, zaczęła widzieć nadzieję. Leo jednak nie odpuszczał. Wtedy jednak dostrzegła w Samuelu jakąś zmianę, to, co później powiedział tylko to potwierdziło. Demon? Jaki znowu demon, dlaczego demon miałby mieć jakikolwiek związek z jej narzeczonym? Coraz więcej niewiadomych.

Zdziwiło ją, że O'Dwyer zaczął mówić do niej poważnym tonem. Nie robił tego nigdy, nie pasowało jej to do niego. Wtedy zupełnie niespodziewanie zerwał jej z dłoni nić, którą dostała wczoraj od Samuela. Nie byle jak, bo zrobił to swoimi zębami. Panna Figg nie miała szansy zareagować. Tuż po tym, jak się to zdarzyło krzyknęła jednak, nie miała w zwyczaju się unosić, ale sytuacja tego wymagała. - LEO, znam Sama od lat, nigdy by nikogo nie skrzywdził, to na pewno nie był on. - Ton jej głosu powędrował ku zdecydowanie wyższym rejestrom, gdy Norka przechodziła w krzyk, to zaczynała trochę skrzeczeć.

- Leo, mówię ostatni raz, albo się uspokoisz, albo wypad z mojej kuchni i wróć, jak wszystko przemyślisz. - Wykrzyczała jeszcze, kiedy kolejne zaklęcie poleciało w stronę Samuela. Nie miała zamiaru pozwolić na to, żeby został przywiązany do krzesła. - Przepraszam Sam, nie wiem, co w niego wstąpiło. - Szepnęła mu jeszcze cicho na ucho, kiedy do niego podeszła. Ponownie machnęła różdżką, żeby tym razem pozbyć się tych lin.



[roll=O]
[roll=O]
rozpraszanie