![]() |
|
[Styczeń 1971] Gdy opada kurtyna - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [Styczeń 1971] Gdy opada kurtyna (/showthread.php?tid=3339) Strony:
1
2
|
[Styczeń 1971] Gdy opada kurtyna - Bard Beedle - 27.05.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Bajarz VII Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie Pierwsze koty za płoty Sesję prowadzi Brenna. Nad Anglię nadciągnęła zima. W Anglii ta często była łagodna - z temperaturą opadającą poniżej zera głównie nocami. To był właśnie jeden z tych chłodniejszych wieczorów, kiedy po zapadnięciu zmierzchu mróz zaczął szczypać w nosy i uszy, a w powietrzu zawirowały płatki śniegu. Jutro ten puch zamieni się w Londynie w błoto, teraz jednak na chodnikach i dachach zaległa cienka warstwa bieli. Także na dachu Teatru Selwynów. Nie odbywały się żadne przedstawienia: tuż przed Yule organizowano szereg występów związanych z tą porą roku, w tej chwili jednak trwała przerwa świąteczna. Dopiero za parę dni miały rozpocząć się próby do kolejnej sztuki, po tym jak Opowieść o Yule zeszła świeżo z afisza po ostatnim przedstawieniu w poranek Yule właśnie. Nie oznaczało to jednak, że teatr Selwynów ciągle świecił pustkami. Korzystając z przerwy dokonano kilku napraw, a teraz kilku zatrudnionych pracowników doprowadzało budynek do porządku. Pośród nich była stała sprzątaczka, Clara Avers. Kobieta nie ukończyła Hogwartu. Miała w sobie dość magii, aby dano jej szansę uczęszczać do szkoły, ale zabrakło jej czy to talentu, czy uporu do ukończenia edukacji. Nie znała się na czarach dostatecznie, by dostać pracę w Ministerstwie czy założyć własny biznes, umiała jednak rzucić chłoszczyć czy wprawić w ruch miotłę, ostatecznie została więc sprzątaczką w teatrze Selwynów. Mugolskie pochodzenie nie kuło w oczy, gdy pojawiała się tylko, kiedy gasły światła, a przecież żaden Selwynów nie schwyciłby za miotłę, by posprzątać scenę. Układ był wygodny, ale… Ktoś chyba obserwował moje mieszkanie, szepnęła parę dni wcześniej Clara do jednej z dziewczyn, zajmujących się kostiumami, i Jonathan przypadkiem usłyszał tę rozmowę. Wczoraj odprowadzałem Clarę do domu i ktoś za nami szedł, stwierdził jeden z ochroniarzy. Jakiś szalony fan obserwował ostatnio tylne wyjście Teatru, a przecież nawet nie trwają próby. Uciekł, kiedy pokazałam go ochronie, narzekała jedna z kuzynek Selwyna ledwo dwa dni wcześniej przy przypadkowym spotkaniu. A ledwo dzień wcześniej, gdy sam Jonathan wpadł do budynku po zmierzchu w jakiejś sprawie, dostrzegł kogoś w świetle latarni, o aurze poprzecinanej ciemnymi nićmi. Mężczyzna teleportował się jednak nagle, gdy zorientował się, że ktoś patrzy w jego stronę: i dwie minuty później na ulicę wyszła Clara. Może się mylili, a może ktoś czaił się na moment, w którym Clara Avers opuści budynek późną porą – i znajdzie się gdzieś na drodze między Teatrem a własnym mieszkaniu w pobliżu jakiejś ciemnej uliczki… RE: [Styczeń 1971] Gdy opada kurtyna - Jonathan Selwyn - 30.05.2024 Jonathan Selwyn zdecydowanie martwił się o Clarę Avers. Jeszcze wczoraj sądził, że to może jedynie paranoja i zbiegi okoliczności, ale jednak wczorajsze wydarzenie jedynie utwierdziło go w przekonaniu, że czarownicy naprawdę mogło grozić niebezpieczeństwo. I trzeba było coś z tym zrobić, bo Jonathan był prędzej skłonny puścić cały Teatr Selwynów z dymem, niż pozwolić, by ci idioci, nazywający się Śmierciożercami (Kto w ogóle wpadł na tę głupią nazwę? Jedli śmierć? Nie, nie jedli. Rozumiał, że w ich głowach mogła to być jakaś "wymyślna" metafora, ale najwyraźniej jednak były powody czemu zajmowali się atakami na niewinnych, a nie poezją), dopadli jedną z ich pracownic. Na całe szczęście Jonathan mógł sięgnąć na razie po inne metody radzenia sobie z tym problemem, niż ogień i wybuchy. I właśnie dlatego stał właśnie przed Teatrem Selwynów z niejaką Millie Moody i jej kokiem, których poznał dosłownie kilka minut temu. – Pani Avers miała wrażenie, że ktoś ją śledzi, jeden ochroniarz to potwierdził. Z kolei moja kuzynka i ja widzieliśmy tutaj kogoś obserwującego budynek. Nie mogłem przyjrzeć mu się dokładnie, ale wygladał, jakby miał pół mózgu przeżarte przez tę ich robaczywą ideologię – tłumaczył czarownicy szeptem, próbując z całych sił patrzeć się na jej twarz, a nie wymyślną fryzurę. To był bardzo dziwny kok. Taki... Bardziej na sesję zdjęciową w odpowiednich do tego ubraniach, niż do chodzenia na co dzień. Sam wyjątkowo ubrał się dość niepozornie, rezygnując ze swojego czerwonego zimowego płaszcza, na rzecz czarnego, ale wciąż dobrze skrojonego, bo przecież można było być ubranym i dobrze i dyskretnie. A skoro już o przyglądaniu się była mowa, to Jonathan postanowił na niemal dzień dobry zerknąć na aurę kobiety, z którą przyszło mu dzisiaj współpracować. Kto wie, może to po prostu była jakaś źle ukierunkowana artystyczna dusza? Rzut na aurowidzenie [roll=Z] [roll=Z] RE: [Styczeń 1971] Gdy opada kurtyna - Millie Moody - 02.06.2024 [inny avek]https://www.bellazon.com/main/uploads/monthly_2017_03/large-1468251916-b90b0b89fa45402428ffd79de7e2bcee.jpg.5e023e5cf4d312197f179326a4e348c3.jpg[/inny avek] To był przejebany dzień. Zacznijmy od tego, że wczoraj się najebała z ekipą. Dobrze jest się od czasu do czasu najebać, gorzej jak ktoś z Twoich ziomeczków podłoży Ci świnię. Albo konkretniej kaktusa. Nie był to (na szczęście?) dosłowny kaktus, tylko jebany flakonik z szamponem, który napierdoliła sobie na głowę na kacu, nienawidząc świata i okolic, wciąż mając sążnistego pilota i odbijając się od ścian ciasnej prysznicowej klitki. Nienawidziła tego stanu i najlepiej byłoby wlać w siebie dalej alko, żeby przestać się tak chujowo czuć ale dzisiaj obiecała Brennie że rzuci okiem na jednego lalusia, który ponoć był godny zaufania, anty czarnopanowy blabla. Jakiś ministerialny gryzipiórek do obczajki. Nie spodziewała się cudów, ale z kaktusem na głowie ciężko było robić cokolwiek. Można było go próbować odciąć, ale gdzieś czytała że to gwarantuje obrzydliwą migrenę i korzenie i tak zostają pod skóra (obrzy-kurwa-dliwe!), więc lepiej było po prostu przeczekać i poczekać aż samo odpadnie. No ale picuś-glancuś, no trzeba było się ogarnąć. Po krótkim zastanowieniu wzięła przydługie czarne kłaki i stworzyła coś. Fikuśna fryzura całkiem nieźle się trzymała (te igły na coś się przydały), trochę lakieru, trochę magii, objebać brokatem i wyglądała na całkiem celowe uczesanie eksponujące ładną szyję. Narzuciła przyduży męski t-shirt bury sweter, na nogi wciągnęła glany no i obowiązkowo super-duper mroczny płaszcz szpiegoski. Dobrze, że nie musiała na tym evencie populać w szarej, bumowskiej pelerynce. A potem się teleportowała na umówione miejsce – Hej Erik, co tu... – zagadała go podchodząc od tyłu i zastygła w pół zdania i w pół drogi do odpalanego papierosa, gdy gościu się odwrócił. Był starszy, ale podobnej postury. No i był ewidentnie dupkiem. Dupkowatość i snobizm wyzierała mu z oczu. Niewątpliwie zyskał tym zainteresowanie Moody, której życie romantyczne oscylowało wokół bardzo podobnego typu. W tych wszystkich chwilach gdy nie leżała w łóżku i nie użalała się nad sobą. – Emm... Siema, jestem Miles. Robimy dzisiaj razem hę? – zaciągnęła się mocno papierosem, mrużąc złociste oczy i obcinając go bezczelnie od czubka głowy po czubki palców u nóg i z powrotem. Lubiła takie niespodzianki. Ciekawa była, czy Brenna chciała ją tutaj jebnąć jakimś shipem w głowę. Być może zgodnie z oczekiwaniami, gdy tylko oczy Jonathana przywykły do wykrywania aur zobaczył, że Moody płonie jak wiedźma na stosie. Dosłownie. Tuż przy niej ogniki aury były pomarańczowe a dalej przechodziły w karminową, impulsywną czerwień. – Dobra to jaki jest plan? Śledzimy ją, a jak zobaczymy debila co ją śledzi to ładuje mu się na plecy i cyk na przesłuchanie? W czym w ogóle jesteś dobry, poza zajebistym wyglądaniem? – dopytywała, pozostawiając dla siebie, że pewnie nie w pościgach, bo w tym wieku i w zawodzie gryzipiórka mało było możliwości, żeby dbać o kondychę. Nie przeszkadzało jej to, w puszczeniu wodzy fantazji. Jak dla niej, mógł po prostu leżeć. RE: [Styczeń 1971] Gdy opada kurtyna - Bard Beedle - 02.06.2024 Płatki śniegu wirowały w powietrzu, osiadały na wymyślnym koku Millie (skryty pod nim kaktus zapewne nie znosił dobrze takich mrozów) i na eleganckim płaszczu Jonathana. Ktoś minął ich, spiesząc we własnych sprawach na ulicy Pokątnej, ale w taką pogodę i późną porą w okolicy nie było bardzo wielu przechodniów. Czy była to dobra pora i dobre miejsce na atak? I tak, i nie. Większość ludzi zapewne bałaby się zareagować, ciężko jednak pozostać niezauważonym. Ale za Clarą ktoś chodził. Może czekał na okazję lub próbował wybrać odpowiednie miejsce…? Tylne drzwi otworzyły się i z budynku wyszła Clara. Była odziana w nijaki płaszcz, na pewno raniący estetyczne odczucia Selwyna, ale jako sprzątaczka na pewno nie zarabiała dużo i zakładała go na siebie po całym dniu pracy – nawet jeżeli w sprzątaniu pomagały jej zaklęcia. Odwróciła się i starannie zamknęła klucz, a potem zaciągnęła ochronny czar. Aura kobiety była przygaszona i emanowała pewną nerwowością, podobnie zresztą jak jej cała postawa i zachowanie – rozejrzała się, a kiedy jej wzrok zatrzymał się na nich, odruchowo skuliła ramiona i wsunęła dłoń do płaszcza. Musiała dostrzec dwie ciemne sylwetki, i choć w mroku nie wiedziała, z kim ma do czynienia i czy nie są przypadkowymi osobami, spotykającymi się na ulicy, i tak chyba poczuła się zaniepokojona. Zeszła ze schodów na tyle szybko, na ile mogła, nie ryzykując potknięcia na stopniach śliskich od śniegu, mimo tego, że niedawno sama je zamiatała, a potem posypała piaskiem, i później bardzo szybkim krokiem ruszyła ulicą. RE: [Styczeń 1971] Gdy opada kurtyna - Jonathan Selwyn - 02.06.2024 – Jonathan Selwyn – skinął głową w jej stronę, uważnie przyglądając się od stóp do głów czarownicy. Hm... Gdyby nie ten kok... Ale przynajmniej ładnie eksponował jej szyję. Płaszcz kobiety też nie był tragedią. Widywał gorsze. – Czekamy jeszcze na kogoś? – Jego uwadze przecież nie umknął fakt, że kobieta nazwała go Erikiem, a jeśli chodziło jej o tego samego Erika, który pierwszy przyszedł mu na myśl, to rzeczywiście w teorii z daleka mogli wydawać się podobni. Nawet jeśli jeden z nich, chociaż starszy, był zdecydowanie lepiej ubrany i mógł poszczycić się zdecydowanie bardziej promienistym uśmiechem. No ale mniejsza o to. Szybko wyjaśnił jej co się dzieje, a potem przed jego oczami czarownica rozpłonęła niczym stos, na którym kiedyś próbowano zabić ich poprzedniczki. Albo zapałka jeśli się zwracało uwagę na tę fryzurę. Pomarańcz i czerwień... A więc zdecydowanie miał przed sobą naprawdę interesującą osobowość. Uniósł brwi na jej pytanie, a dokładniej to na jego ostatnią część. Czy to był moment na to, aby popisać się tym co umiał? Tak, to był zdecydowanie ten moment, aby popisać się tym co umiał, zwłaszcza, że te słowa o zajebistym wyglądzie popchnęły go do tego, aby coś sprawdził. Zdjął z siebie na chwilę ochronę, którą zapewniała mu oklumencja i zerknął na nici, które, prawdopodobnie, już wytworzyły się pomiędzy nimi. Rzut na nici (percepcja) [roll=Z] [roll=Z] Uśmiechnął się na to co zobaczył, podszedł bliżej do Miles i nachylił się do ucha czarownicy, tak aby tylko ona go słyszała. – Twoja karminowa nić wobec mnie naprawdę mi pochlebia moja droga, ale proszę cię, wiem, że to będzie trudne, ale postaraj się, aby twoje oczy były dzisiaj skupione na prześladowacach pani Avers, a nie mojej osobie. – Z tymi słowami, odsunął się od czarownicy, oczywiście nawet nie wspominając o tym, że jego własna nić lecącą w stronę Miles, zaczynała przybierać barwę mniej intensywnej czerwieni. Zaintrygował go ten ogień, który miał przed sobą. – To właśnie pani Avers – powiedział na widok zaniepokojonej czarownicy wychodzącej z teatru. Uniósł rękę w geście powitania, mając nadzieję, że to nie wystraszy jej jeszcze bardziej. – Widzisz kogoś w pobliżu? Jeśli ktoś będzie próbował ją zaatakować to możesz na niego skakać. Byleby go powstrzymać. Ja niestety ten etap mam już za sobą. A teraz chodźmy. – Miał tylko nadzieję, że nie wystrasza biednej kobiety na śmierć. Ani, że potencjalni napastnicy nie wezmą ich samych za napastników i znikną, myśląc, że ktoś inny z tej grupy postanowił się tym zająć RE: [Styczeń 1971] Gdy opada kurtyna - Millie Moody - 06.06.2024 – Czekamy? Co? Nie, po prostu... – złociste oczy ześlizgnęły się raz jeszcze po jej towarzystwie przewidzianym na ten mały wypad – Spodziewałam się kogoś innego, potem myślałam, że jesteś kimś innym. Nic... odkrywczego, ja to co chwila jestem mylona z jakimś dzieciakiem. Ostatnio nowy próbował mnie legitymować, bo sądził że zwiałam zeszkoły, także wiesz... jak ma się dwa metry, a ja pracuje zwykle z detektywem, który ma dwa metry, no to kurwa, jak się nie pomylić. Choć teraz tak jak patrze, to nie masz takich barów jak on. Papierkowa robota co? Bo nie chcę zwalać na wiek, faceci ponoć jak wino – drażniła go ciekawa reakcji. Nie rozkręciła się jeszcze na stówencję, ale powiedzmy że miała dobry humor no i wypadałoby najpierw uratować pannę, a potem dorzucić do pieca, żeby sprawdzić jak szybko będzie uciekał. Wyciągnęła z kieszeni srebrną papierośnicę, na której wieku wciąż szalał sztorm targający biedny bryg. Co jakiś czas nieboskłon rozświetlał piorun, pamiątka po tym jak jebło ją w Hogwarcie. Prezent od brata, szczęsliwy talizman. Zapaliła skręta nie to, że nie było jej stać na fajki, ostatnio się przerzuciła na własne, bo smaczniejsze i zaciągnęła powoli obserwując sytuację. Musieli śmiesznie wyglądać, ona taka mała on taki wielki. Z drugiej strony kurwa, siła przyzwyczajenia – przy Aliku czy Eriku nie wyglądała dużo lepiej. No teraz dodawała sobie kaktusem. Znaczy... kokiem. Koktusem? W pierwszej chwili nie zrozumiała gdy powiedział o niciach, ale gdy dotarło do niej, że jest nicio i pewnie też aurowidzem, bo to jakoś tak wśród ludzi których znała szło w parze, chuchnęła mu w twarz dymem i oblizała się. – Słuchaj to raczej Ty się do mnie tak nie pochylaj, tylko gały wlepiaj czy widzisz czarne nitki na czarnym tle biegnące do tej panienki. Pokażesz paluszkiem a ja skoczę gdzie tylko będziesz chciał. Brzmi jak doskonały plan. Coś konkretnego chcemy robić z tymi dupkami? Mam ich zrzucić z wieży czy tylko nastraszyć? – zapytała niewinnie, ciskając petem na ulice. Prawie naciągnęła kaptur na głowę. Prawie. Koktus mógłby jednak wyglądać jeszcze bardziej podejrzanie taki sterczący. [inny avek]https://www.bellazon.com/main/uploads/monthly_2017_03/large-1468251916-b90b0b89fa45402428ffd79de7e2bcee.jpg.5e023e5cf4d312197f179326a4e348c3.jpg[/inny avek] RE: [Styczeń 1971] Gdy opada kurtyna - Bard Beedle - 06.06.2024 Gdy oni rozmawiali, Clara Avers przyspieszyła, oglądając się na nich przez ramię, a jej aura zamigotała niepokojem (i znikła, gdy Clara oddaliła się na tyle, że talent Jonathana już tam nie sięgał). Chwilę później znikła za zakrętem, skręcając w swoją zwykłą trasę w stronę domu. Nie znajdowali się jednak na tyle daleko, aby ewentualne dogonienie jej stanowiło problem, zwłaszcza że było dość ślisko, nie było więc większych szans, aby po zniknięciu im na moment oczu mogła ruszyć dalej biegiem. Gdzieś w mroku w oddali dostrzegli ruch – jakaś sylwetka skręciła dokładnie w tę samą uliczkę, co Clara. Selwyn nie widział jej z tej odległości na tyle uważnie, aby móc przyjrzeć się aurze, a oni nie mogli być pewni, czy to jeden z jej prześladowców, czy może zwykły przechodzień, przypadkiem idący w tym samym kierunku? Ruszając w ślad za nią, mogliby zobaczyć, jak ta oddala się wzdłuż ulicy, już kilkanaście metrów od nich. Jak idzie za nią ten człowiek, którego wcześniej dostrzegli. Millie zdało się też, że zauważyła jakiś cień, zbyt głęboki, w jednym z zaułków na drodze Clary – jakby ktoś się tam czaił. Ale może tylko ktoś na kogoś czekał? /Dla jasności: stoicie przy zakręcie, Clara jest kawałek dalej, ktoś za nią idzie. Nieco przed nią w zaułku/ślepej uliczce Millie wydaje się, że ktoś stoi. Nie wiecie w tej chwili, czy któraś z tych osób to potencjalny napastnik/ RE: [Styczeń 1971] Gdy opada kurtyna - Jonathan Selwyn - 06.06.2024 – Wino nie musi być silne, by być podziwiane. Ma znacznie inne, cenniejsze walory – skomentował tylko z uśmiechem. Nie miał barów, jak Erik. Pff... I co z tego, gdy życie obdarzyło go wieloma innymi atutami, a też przecież nie był zapuszczonym urzędnikiem z brzuszkiem. Jonathan był wręcz przekonany, że zmieściłby się jeszcze w swój strój ślubny, chociaż na wszelki wypadek wolał nie próbować. Zaraz... Czy ona zasugerowała, że jest stary? Uśmiechnął się zaczepnie. – Pytałaś się mnie moja droga rozpalona wiedźmo karminu co potrafię, więc ci odpowiedziałem – powiedział nic nie robiąc sobie z dymu (Naprawdę? Petem mu w twarz? Akurat kiedy testował nowe perfumy! Skandal!) odruchowo poprawiając swój płaszcz, jakby chciał się upewnić, czy na pewno dobrze wyglądał. Chętnie droczyłby się z nią dalej, podobała mu się ta sztuka, jeszcze bez znanego zakończenie, w której nagle oboje zaczęli grać na przeciwko siebie. Niestety mieli ważniejsze sprawy na głowie. – Mówisz, że jesteś detektywem? Albo pracujesz z detektywem?Zawsze mogą dokonać obywatelskiego zatrzymania, widząc że chcą zrobić krzywdę pani Avers, a potem znalazłem ciebie. – Czy coś takiego. Najwyżej będą improwizować. Nie do końca miał jakikolwiek plan będąc szczerym. – A tak poza tym ten kok lepiej by się prezentował w bardziej wieczorowych stylizacjach. Lub gdybyś miała włosy pokryte brokatem. A potem ruszył przed siebie, bo naprawdę nie było na to czasu, jednocześnie, jeśli miał taką możliwość, próbując ponownie rzucić na nici, tym razem już nie po to, aby się popisać, a po to aby wypatrzeć, za radą Millie, ale to nieistotne, czy w stronę pani Avers nie lecą żadne osmolone linie. Rzut na nici [roll=Z] [roll=Z] RE: [Styczeń 1971] Gdy opada kurtyna - Millie Moody - 07.06.2024 [inny avek]https://www.bellazon.com/main/uploads/monthly_2017_03/large-1468251916-b90b0b89fa45402428ffd79de7e2bcee.jpg.5e023e5cf4d312197f179326a4e348c3.jpg[/inny avek] – Wolę swój bimber, ale jak chcesz możemy się potem umówić na wspólną degustację, żebyśmy mogli wspólnie ocenić, które walory lepsze. – Może mówiła poważnie, może żartowała. Tymczasem przysunęła się bliżej i wsunęła szczupłą dłoń pod ramię Jonathana, opierając się nieco o jego ramię. – Już zestresowaliśmy biedną Clarę, pokażmy jej że para jest niegroźna, a i też potencjalni agresorzy założą, że jako wracające z randeczki łebki, nie będziemy chcieli mieszać się w kłopoty. – Wydawała się całkiem swobodna z tym, że właśnie przylepiła się do obcego faceta, w ramach oczywiście misji oczywiście ratunkowej. Przyjemne z pożytecznym, to zdecydowanie była jej ulubiona przykrywka. – Jestem brygadzistką, także panie obywatelu proszę się nie martwić o swój pełen walorów tyłek, Brygada czuwa. – Cmoknęła uwieszając się na nim bardziej, jakby już była nieco wstawiona. Dla przykrywki oczywiście. – Mówisz o koktusie? Brokat to będzie jego najmniejszy problem, więc po wszystkim możesz sypnąć od serca tatuśku. A teraz focus na misji a nie na mojej fryzurze – zakomenderowała i odetchnęła głęboko jego wodą kolońską czy pewnie wykurwiście drogimi perfumami sprowadzanymi z najdzikszych zakątków świata. Och lubiła takich rosłych, czyściuchowych, dupków. Zabawne było jednak, kiedy nagle się okazywało, że są po tej samej stronie barykady. Najprawdopodobniej. Tymczasem w ręce którą nie obejmowała Jonathana, trzymała różdżkę ukrytą w głębokiej kieszeni, gotowa w każdej chwili rzucić na panią Clarę tarczę, gdyby ktoś rozpoczął atak magiczny. Może i nie była najlepszą czarownicą świata, ale rozjebywanie, znaczy rozpraszanie szło jej całkiem nieźle. RE: [Styczeń 1971] Gdy opada kurtyna - Bard Beedle - 09.06.2024 Pomiędzy Clarą, a idącą za nią osobą, nie istniała żadna nić. Albo talent zawiódł tutaj Selwyna, albo byli sobie obcy, a człowiek ten był tylko przypadkowym przechodniem, kimś, kto nie miał dla sprzątaczki w teatrze żadnych odczuć, pewnie nawet nie dostrzegał jej istnienia. Gorzej, że mieli tu przypadkowego świadka i w jego towarzystwie mogli mieć utrudnione działanie, by go nie narażać… albo napastnik odłoży ewentualne plany na inną okazję? Gdy jednak zbliżyli się nieco i Jonathan mógł wyraźniej dostrzec osobę stojącą w zaułku (nie miała płaszcza ani maski, jedynie głęboko naciągnięty na głowę kaput i szalik zasłaniający część twarzy, może był to tylko naśladowca, a może ktoś, kto chciał działać dyskretnie), dostrzegł cieniutką, ledwo widoczną nić, jaka łączyła go z kobietą. Bez wątpienia zabarwioną złymi intencjami. Clara obejrzała się. Może wybieg z udawaniem pary nie podziałał, a może chodziło o tego mężczyzna, bez żadnej nitki, który szedł tuż za nią, dość szybkim krokiem. Jej aura już wcześniej wskazywała na nerwowość i teraz chyba poniósł ją strach, narastający powoli w ostatnich dniach, gdy była przekonana, że ktoś ją śledzi. Być może uznając, że mężczyzna idzie za nią, skręciła gwałtownie, dokładnie w tę uliczkę, w której stał ten człowiek w kapturze, planując być może uciec do jednej z bram kamienic (niewykluczone, że kogoś tu znała, i planowała zapukać do sąsiadów – sama mieszkała zaledwie kawałek stąd). Prawą dłoń wepchnęła do kieszeni, pewnie po różdżkę, ale Jonathan wiedział doskonale, że kobieta nie miała szans sama się obronić. Mężczyzna w kapturze odbił się od ściany i też wsunął dłoń do kieszeni. |