![]() |
|
[styczeń 1971] Kontrola w ruchu powietrznym - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [styczeń 1971] Kontrola w ruchu powietrznym (/showthread.php?tid=3541) Strony:
1
2
|
[styczeń 1971] Kontrola w ruchu powietrznym - Woody Tarpaulin - 05.07.2024 STYCZEŃ 1971
17 stycznia 1971 roku o godzinie 2:13 od zachodu na wysokości równoleżnika 51º 27', okolice Clevedon, w strefę powietrzną Wielkiej Brytanii wchodzi karoca ciągnięta przez dwa abraksany. Powozi najemny kurier. Z jego głowy włos nie może spaść. Wewnątrz karocy obstawa pod postacią dwóch zakapturzonych, zamaskowanych sylwetek. Ich włos nie jest pod ochroną. W transporcie skrzynia sześcienna o boku 1.5 metra. Jej zawartość nie jest znana żadnej z osób dramatu, w których skład wchodzi dwóch dzielnych członków Zakonu Feniksa o nieskazitelnych charakterach, dwóch okrutnych, zamaskowanych Śmierciożerców oraz dwóch Bogu ducha winnych woźniców. Padał śnieg, padał śnieg, dzwoniły dzwonki sań. Choć, no dobrze, to o dzwonkach nie było prawdą. Powóz typu victoria (inspiracja), na płozach zamiast kół, ciągnięty przez dwa skrzydlate konie, krążył nad laskiem w okolicach Bristolu. Niczym nie zdradzał swojej obecności — ni dźwiękiem, ni światłem. Zasłona nocy i śnieżnej zawieruchy dodatkowo maskowała niewielki pojazd. — Selwyn! — Może i w półotwartym powozie patrolowym hulał mroźny wiatr i śnieg, ale wcale nie tłumaczyły one tego, jak głośno Woody Tarpaulin wydarł się na drugiego zakonnika. Przecież siedział tuż obok, na tej samej ławeczce wewnątrz bryczki. — Gotów? Wiesz, co masz robić? Ściągamy ich na dół, ty zarzucisz woźnicę jakimś swoim urzędniczym bełkotem, a ja czekam, aż karaluchy wypełzną z paki sprawdzić, co się dzieje. Czarodziej podniósł wzrok na nocne niebo, gdzie na śnieżnym tle zamajaczył czarny punkt: karoca, której oczekiwali. Nadchodził czas. Woody okutany był od stóp do głów: ciężki płaszcz wchodzący w zimowe umundurowanie brygadzisty, gryzący wełniany szalik pod samą brodę, solidne rękawice, a wszystko uwieńczone uszatką podbitą futrem oraz goglami lotniczymi chroniącymi oczy od niesprzyjających warunków pogodowych. Spod tego wszystkiego wystawał tylko czerwony nos. Czerwony od mrozu, nie z przepicia, choć… Mężczyzna wyciągnął spod poły płaszcza piersiówkę, odkręcił ją niezgrabnie przez sztywny materiał rękawic i pociągnął solidny łyk. Gorzałka popłynęła po jego gardle piekącym gorącem. — No, to teraz do roboty, panowie. — Wychylił się ze swojego siedzenia i klepnął woźnicę w ramię. — Dawaj, Bob, rozpędzaj to ustrojstwo. A właśnie: kim był siedzący na ławeczce stangreckiej Bob, który dzierżył lejce ich powozu? Kolejna z niewiadomych tego przedsięwzięcia, którego koordynatorem był Albus Dumbledore. Na oko Bob zbliżał się sześćdziesiątki, miał kark spieczony słońcem, skórę pooraną bruzdami i niepokojąco artretyczne palce, które jakimś cudem wprawnie kierowały końmi. Poza tym żuł tytoń i co rusz pluł z kozła za burtę (raz owa plwocina niemal trafiła w twarz Jonathana, co wywołało gwałtowny wybuch rechotu u Woody’ego). Oraz ufał mu Dumbledore. Musieli zaufać mu więc i oni, jako że żaden z zakonników sam powozić nie umiał. Bob bez szemrania płynnie wzniósł powóz na wysokość karocy, rozbłysły latarnie na przedzie ich bryczki. Woody zacisnął palce na krawędzi kanapy, gdy nabierali coraz to większego pędu. Adrenalina i alkohol buzowały w jego żyłach, nakręcając czarodzieja do działania. Wyprzedzający ich snop światła ciął nocne niebo, jak pies gończy śledzący czarną karocę. Pozbawieni ładunku byli lżejsi, ich powóz patrolowy był mały i zwrotny, więc w mig zrównali się ze ściganym konwojem. Tarp wstał i wychylił się ku niemu, przykładając różdżkę do szyi na wysokości krtani: — Tu Brytyjskie Ministerstwo Magii — jego tubalny, wzmocniony magicznie głos poniósł się echem przez powietrze między dwoma pojazdami, zwracając uwagę stangreta karocy. — Panie woźnico, proszę posadzić powóz do kontroli. W okolicach Bristolu padał śnieg, padał śnieg, a dwie pary sań (bez dzwoneczków) zaczęły obniżać lot. RE: [styczeń 1971] Kontrola w ruchu powietrznym - Jonathan Selwyn - 06.07.2024 Chociaż ich powóz nie posiadał jeszcze żadnego wartościowego towaru, to był on i tak całkiem bogaty w dwóch przystojnych (Chociaż nie tak samo na skali dobrego wyglądu) czarodziejów, a raczej byłby bogaty, gdyby nie to że po pierwsze mieli zmienione twarze, więc nawet Selwyn nie wyglądał, tak zniewalająco, jak zwykle, a po drugie Woody, jak zwykle, postanowił spaczyć swoją aparycję szkaradną czapką. Tym razem na rosyjskiego imigranta. Oczywiście, nie pomagał również fakt, że oboje ubrani byli w nietwarzowe, bezkształtne płaszcze, ale czego się nie robiło dla sprawy? Prawdę mówiąc, to pomijając te drobne niedogodności, jak i to że Bob niemal nie splunął mu tytoniem w twarz, to Selwyn bawił się znakomicie. Była akcją! Była adrenalina! Była przygoda i to jeszcze taka, gdzie zaraz wcieli się w nową rolę, a przecież aktor na zawsze pozostawał aktorem, nawet jeśli od dawna już nie pracował w zawodzie. Miał jednak na tyle dużo urzędniczego zaprawienia, by doskonale wiedzieć co powiedzieć w celu przejęcia skrzynki. ‐ No dobrze – rzucił do Woody'ego, gdy ten już wygłosił swoją kwestię, a oba powozy zaczęły się obniżać, prowadząc ich tym samym do początku drugiego aktu sztuki. – Wolisz mnie w roli zmęczonego urzędnika, któremu się nie chce, zmęczonego urzędnika, który ma wszystkiego dosyć, więc jest opryskliwy, czy urzędnika, który z jakiś powodów kocha swoją pracę, wydaje się być pozytywnie nastawiony, ale jednak zna swoje powinniści, jego serce tak naprawdę jest pełne mroku, więc nie zawaha się zrekwirować towar? Śnieg wydawał się wirować z tą samą zaciekłością co adrenalina w żyłach Selwyna. W końcu Gryfon pozostawał na zawsze Gryfonem i nawet nadchodząca konfrontacja nie wydawała mu się być czymś z czym nie daliby sobie rady. RE: [styczeń 1971] Kontrola w ruchu powietrznym - Woody Tarpaulin - 16.07.2024 Mina, z którą Woody wysłuchiwał propozycji Jonathana, wyrażała więcej niż tysiąc słów, choć wystarczyłyby w zasadzie dwa: „Tyś ogłupiał?”. Może i podchodzili powoli do lądowania, może i nie był to najlepszy czas na dopiekanie sobie, ale: — Jonathanie, bądź sobą. Jak chłop wsłucha się w to gdakanie, będzie współpracował aż miło, żeby mieć tę interwencję jak najszybciej z głowy. Oba powozy osiadły miękko na skrawku pustego pola pod lasem, po czym skryły się pod koronami drzew uginającymi się od czap śniegu. Młody czarodziej powożący wrogą karocą zsiadł i czekał cierpliwie przy koźle; jeszcze nie było widać śladu ochraniających ładunek Śmierciożerców. Woody opuścił ich własną bryczkę i zdjął rękawiczki, aby jego chwyt na różdżce był pewniejszy. Gdy zakonnicy szli ku karocy, Tarp nie spuszczał oczu z jej paki, z której w każdej chwili mogli wyłonić się zaalarmowani przeciwnicy. Ich powóz opuścił również Bob, który człapał kilka kroków za głównymi bohaterami, poprawiając nerwowo czapkę. Jeszcze nim znaleźli się w zasięgu słuchu woźnicy z poszukiwanego konwoju, Woody nachylił się do swojego partnera zbrodni i poinstruował go cicho: — Mów dość głośno i wyraźnie, żeby ci na pace usłyszeli, że coś jest na rzeczy. Lepiej będzie jeśli ich stamtąd wypłoszymy i zajmiemy się nimi na otwartej przestrzeni. Łojąc się w tym klaustrofobicznym wozie, możemy uszkodzić ładunek. Gdy podeszli do karocy, woźnica skinął im obu z szacunkiem głową: — Panie władzo. Jakiś problem? — zapytał młody kurier. Woody pozostawił kwestię zagadania chłopaka w rękach Selwyna. Sam dyskretnie próbował zajrzeć przez malutkie szybki karocy na pakę, wypatrując zarówno ładunku, jak i jego ochrony. Nieopodal kręcił się ze wzrokiem wbitym w ziemię Bob, tak na wszelki wypadek, gdyby coś poszło nie tak i potrzebowali jego wsparcia. RE: [styczeń 1971] Kontrola w ruchu powietrznym - Jonathan Selwyn - 30.07.2024 Jonathan wywrócił oczami. Eh... No niektórzy po prostu nie znali się na życiu i było to widać. – Urzędnicy akurat radują się, gdy mogą ze mną porozmawiać, bo wiedza, że będzie to najbardziej fascynującą rozmowa zawodowa w ich życiu – mruknął, podszywając swoje słowa udawaną urazą. Zaraz jednak powóz dotknął ziemi, a on przybrał maskę poważnego urzędnika, śladem za Woodym zdejmując rękawiczki i wyciągając wcześniej przygotowany kwestionariusz, który miał mu pomóc w odgrywaniu roli. Śnieg chrzęścił im pod nogami, gdy zbliżali się do swojego celu, a Selwyn oderwał wzrok od młodego kuriera, tylko po to, by rzucić swojemu towarzyszowi krótkie spojrzenie. Mów głośno i wyraźnie. Wychował się w rodzinie związanej z teatrem, był prefektem zmuszonym do częstego wydawania poleceń, przez chwilę był aktorem, od lat pracował polityce, wygłaszał przeróżne przemówienia jako ambasador, reprezentując ich społeczeństwo we Francji, a teraz był zastępcą jednego z biur w Ministerstwie Magii, a ten go upominał, by mówił głośno i wyraźnie. Jakby tego nie wiedział! Na szczęście dla Woody'ego był teraz w roli i nie zamierzał z niej tak łatwo wychodzić. – To się jeszcze okaże – odburknął chłopakowi szorstkim tonem głosu, zamiast typowego dobry wieczór, patrząc z góry (i to doslownie) na swojego rozmówcę. Obrzucił znudzonym spojrzeniem czarodzieja, jak i powóz, a potem przeniósł spojrzenie na zabezpieczony zaklęciem kwestionariusz, tak aby nie zamoczyły go wirujące wokół nich płatki śniegu. – Został pan zatrzymany w ramach wyrywkowej kontrolii. – Kontroli? Jestem tylko kurierem. – Kurierem? Świetnie, w takim razie proszę podać swoje imię, nazwisko, dokument identyfikujący, a także co pan przewozi i wszystkie stosowne zezwolenia na transport. I jeszcze... – wskazał wolną ręką na pojazd. – Według paragrafu szóstego, artykułu trzynastego drugiej nowelizacji ustawy o zawodzie kurierskim z dnia piętnastego października 1970 roku wszystkie pojazdy kurierskie powinny mieć w widocznym miejscu odpowiedni numer indetyfikujący najpóźniej do pierwszego stycznia tego roku pod groźbą kary grzywny o wysokości tysiąca galeonów. Mamy siedemnasty stycznia proszę pana – gadał głośno i wyraźnie, przypominając sobie ton, z którym się mierzył, gdy w ramach swojego biura musiał interweniować w przypadku problemów z kontrolą na granicy. RE: [styczeń 1971] Kontrola w ruchu powietrznym - Woody Tarpaulin - 12.08.2024 Woody przepadał za wdawaniem się w przekomarzanki z Jonathanem, ale nie przyznałby się do tego, choćby mu zadek przypalali gorącym żelazem. Nie każdy był bowiem amatorem przyjmowania wymyślanych przez niego namiętnie potwarzy, więc tym bardziej cenił tych, którzy to robili. Albo przynajmniej go tolerowali. Nie zamierzał swoją wcześniejszą uwagą, broń Merlinie, sugerować, że Jonathan Selwyn będzie mamrotał i seplenił do kuriera, ale przezorny zawsze ubezpieczony. Zależało mu na tym, żeby wszystko poszło po ich myśli albo przynajmniej nie spierdoliło się koncertowo, czyniąc z myśliwych zwierzynę. Wkrótce przekonał się, że swoje przestrogi wygłosił w rzeczy samej na wyrost: z przyjemnością słuchał, jak Selwyn rozgrywa młodego kuriera, zarzucając go urzędniczym żargonem. Muzyka dla uszu, gdy woźnica zaczął mieszać się i jąkać, wisienką na torcie zaś było nerwowe rozglądanie się na boki. Tarp niemal czuł, jak zimny pot wstępuje młodzikowi na plecy. Czyż jego niedopatrzenia formalne zaowocują utratą licencji? Solidny był jednak z tego Selwyna chłop. — Mam. Mam wszystko, chwilę — mamrotał kurier, rzuciwszy się do schowka pod siedzeniem. Wyciągnął plik papierów przewozowych w tekturowym folderze i przekazał je gorliwie Jonathanowi. Również Woody ciekawsko podszedł bliżej, aby łypnąć okiem na formularze. — Czyli jeśli otworzę tę pakę, znajdę tylko skrzynie pełne proszku Fiuu, ta? — zapytał, unosząc brew. Otrzymawszy odpowiednie zapewnienia, posłał drugiemu zakonnikowi dłuższe spojrzenie, po czym ruszył ku bagażnikowi, aby przekonać się na własne oczy. Różdżkę trzymał w pogotowiu. Jeśli ich informacje się sprawdzą i w środku rzeczywiście będzie dwóch czarnoksiężników do ochrony, musi być gotów do defensywy, gdy tylko między drzwiami pojawi się najmniejsza szczelina. Coś na pace skrzypnęło, zakołysała się lekko, konie zarżały. Woody ostatni raz upewnił się, że Selwyn ma na niego oko, po czym zamaszystym ruchem otworzył bagażnik. W środku nie było niczego poza poszukiwaną skrzynią. Nie zobaczył, lecz usłyszał posłane w niego od tyłu zaklęcie. W ostatniej chwili rzucił się ciężko na deski bagażnika, chowając za drzwiami powozu. Dwóch śmierciożerców wyłoniło się z drugiej strony pojazdu. Musieli teleportować się na zewnątrz chwilę przed tym, nim czarodziej sprawdził ładunek. Kurier krzyknął w przestrachu i zaczął wycofywać się ku ścianie lasu, brnąc po kostki w śniegu. Bob trzymał się wciąż z dala od linii ognia, lecz gotów wesprzeć Jonathana i Woody’ego, gdyby sprawy przybrały nieoczekiwanie paskudny obrót. RE: [styczeń 1971] Kontrola w ruchu powietrznym - Jonathan Selwyn - 18.08.2024 Jonathan bawił się doskonale, rozgadując się coraz bardziej, gdy kurier zaczynał się jąkać. Może i połowę z tego co mówił wymyślał na poczekaniu, ale grunt, że przewoźnik wpadał w jedynie większą konfuzję i zaniepokojenie. Zresztą, gdyby zaczął się z nim kłócić, że takiego i takiego rozporządzenia nie ma to przecież i tak wywołałoby to więcej zamieszania, na które liczyli. Musiał jednak przyznać, że zabawniejsze były jednak słowne przepychanki z Woodym, bo ten przynajmniej jakoś na nie odpowiadał, ale teraz przynajmniej miał potwierdzenie, że wciąż potrafił być genialnym aktorem. Przejął od czarodzieja teczkę z dokumentami, jedynie przeglądając je z rosnącym niezadowoleniem, jakby właśnie przegladał sztukę początkującego dramaturga, szczerze przekonanego o tym, że jest kolejnym literackim objawieniem narodu. Gdy Woody wymienił z nim spojrzenie Selwyn skinął głową i wcisnął kurierowi jego dokumentację, szykując się na nieuniknioną konfrontację i niby od niechcenia sam podszedł do wozu, gotowy w każdej chwili osłaniać swojego towarzysza wyrywkowych kontroli kurierskich. Coś skrzypnęło, konie wyraźnie zaczęły się niepokoić, Woody otworzył drzwi i... Nic. Hm. Albo to oni pomylili pojazdy, albo to tamci uciekli porzucając pakunek. To pierwsze rozwiązanie byłoby dość żenujace dla nich, a to drugie dla ich przeciwników. Nie że istniało w ogóle coś takiego jak nieżenujący śmierciożerca, ale to była inna sprawa. Ktoś wypowiedział zaklęcie. Selwyn nawet nie czekał, a szybko, śladem na Woodym, rzucił się w tamtą stronę, by znaleźć się blisko kolegi w brzydkiej czapce, tak by stanąć przy drzwiach pojazdu i rzucić tarczę ochronną, która miała odbijać nieproszone zaklęcia, co też szybko się stało, gdy próbował dosięgnąć ich kolejny czar jednego z dwójki ich przeciwników. RE: [styczeń 1971] Kontrola w ruchu powietrznym - Woody Tarpaulin - 22.08.2024 Kolega w stylowej czapce nie zamierzał bynajmniej pozostać atakującym dłużny. Korzystając z przewagi uzyskanej dzięki tarczy Selwyna, odpłacił się im falą mającą odepchnąć czarnoksiężników od wozu, aby Woody i Jonathan mieli szansę wybrać lepsze pozycje do odpierania natarcia. Jeden z zakapturzonych mężczyzn poleciał daleko, niemal ku linii drzew, lądując plecami w śniegu; drugi zdążył częściowo rozproszyć zaklęcie, został odepchnięty jedynie o małych parę metrów i wciąż stał na nogach. To jednak wystarczyło. Woody wykorzystał moment ich rozsypki, aby na powrót zatrzasnąć drzwi paki, a następnie ręką dał znak swojemu woźnicy, aby ten wkroczył do akcji. Po chwili ich uszu doleciało donośne wiśta wio Boba, po czym stary czarodziej klepnął jednego z wierzchowców w zaprzęgu, który ciągnął powóz zakonników. Abraksany ruszyły. Znały drogę powrotną. Rozpędzające się konie rozwinęły skrzydła, pusta bryczka wzniosła się w powietrze, a sam woźnica ruszył ku ławeczce stangreta w karocy, którą zamierzali przejąć. Z tyłu, przy bagażniku, trwała przez cały ten czas intensywna wymiana zaklęć pomiędzy Zakonnikami a Śmierciożercami. Noc pod bristolskim laskiem rozrywały rozbłyski i barwne smugi pozostawione przez magię. Śnieg i ciemności utrudniały ugodzenie przeciwnika; starcie pozostawało wyrównane. — Zbieramy się! — rzucił do Jonathana Tarp. Na ławce woźnicy z przodu, gdzie powozić miał Bob, było miejsce dla jeszcze jednej osoby. Na tyłach karocy, przy bagażniku, była również druga ławeczka. Pozostawała także opcja podróżowania w bagażniku, jak to zrobili dwaj zakapturzeni milusińscy, ale Woody wolał szersze pole manewru, biorąc pod uwagę, że czarnoksiężnicy nie pozwolą im z pewnością ot tak oddalić się z karocą. — Idź do niego do przodu. Ja osłonię tyły — zaoferował, stawiając kolejną tarczę, aby pozwolić Jonathanowi bezpiecznie się przemieścić. RE: [styczeń 1971] Kontrola w ruchu powietrznym - Jonathan Selwyn - 24.08.2024 Było coś absolutnie satysfakcjonującego w widoku odrzucanych przez zaklęcie Śmierciożerców, zwłaszcza gdy jeden z nich upadł na śnieg, rozsypując wszędzie lodowate drobinki. Może zimno odmrozi mu mózg i przez to trochę zmądrzeje. Niestety Śmierciożerca wstał, a z samego faktu, że postanowił rzucić w nich kolejnym zaklęciem, Selwyn wnioskował, że chyba jednak nic, a nic nie zmądrzał. – Ja miałem ochraniać tyły – mruknął nieco niezadowolony, bo ochranianie tyłów brzmiało zdecydowanie bardziej heroicznie, niż jazda z przodu, ale przecież nie zamierzał się kłócić o coś takiego w samym środku walki. Tak samo, jak dzielnie, dzielnie bo przecież naprawdę ciężko było powstrzymać się od komentarza, nie zamierzał dodawać, że gdyby Woody miał na sobie swój klasyczny kapelusz, nie potrzebne byłoby żadne zaklęcie rozpraszające, bo ich przeciwnicy i tak nie byliby zdolni do rzucania żadnych czarów, zbyt zapatrzeni na tę nieboską abominację. Dlatego też po prostu skinął głową, rzucił kolejny czas, ktory niestety nie przebił się przez ochronę ich przeciwników, ale przynajmniej ich czymś na chwilę zajął i szybko ruszył do przodu, by usiąść wraz z Bobem, który już szykował się do wylotu. Gdzieś tam kątem oka, Selwyn dostrzegł że pomiędzy drzewami spoglądał na nich tamten kurier, ale widząc że walka dalej trwała, a jego powóz zostawał właśnie przejmowany, najwidoczniej się poddał i postanowił ponownie uciec z miejsca zdarzenia, za im ktokolwiek zdążył zareagować. Chyba całkiem słusznie. No chyba że był z nimi w zmowie. Wtedy to było to typowe tchórzostwo popleczników największego idioty w historii magii. – Musimy ruszać! – krzyknął w stronę towarzysza, chcąc dać mu znać, by szybko pakował się na swoje miejsce. Czarnoksiężnicy jednak zdecydowanie nie chcieli dać im odlecieć tak po prostu, a może któryś z nich najzwyczajniej na świecie nie miał zbyt dobrego cela, bo nagle, stojący jeszcze na ziemi powóz, zaczął bardzo dziwnie się trząść, jakby wpadł we wredne powietrzne wiatry, lub ktoś postanowił zrobić sobie z niego zabawę pod tytułem Kto najdłużej utrzyma się na wozie i z niego nie spadnie. – Amatorka – mruknął pod nosem ich woźniaca, ale Selwyn nie miał czasu na zgodzenie się (bo przecież wszystko co robili Śmierciożercy było amatorką), zbyt zajęty rzucaniem szeregu różnych zaklęć rozpraszajacych, które mogłyby uspokoić ich wóz, jednocześnie trzymając się ręką poręczy, aby z niego nie zlecieć. RE: [styczeń 1971] Kontrola w ruchu powietrznym - Woody Tarpaulin - 05.09.2024 Woody nic sobie nie robił z postękiwań niezadowolonego Selwyna, ponieważ zajęty był pilnowaniem, aby nie oberwać ani nie pozwolić przeciwnikom za mocno się zbliżyć. Sądził, że uda im się podnieść powóz szybciej, lecz wystąpiły komplikacje. Gdy usłyszał, jak karoca trzeszczy, zaklął pod nosem, ale nie miał możliwości dołączyć do Jonathana w próbach odczarowania jej. Mógł jedynie kibicować mu w duchu i mamrotanych pomiędzy zaklęciami ciepłych słowach dopingu (pospiesz się no, wypacykowany skurczybyku). Szczęśliwie dla nich, starania mniej stylowego z Zakonników próbującego uspokoić rozchwiany pojazd przyniosły finalnie skutek. Karoca osiadła na powrót w śniegu. Bob nie marnował ani chwili więcej, trzasnął lejcami, a konie ruszyły, nabierając powoli rozpędu. Woody obrócił wówczas głowę ku toczącej się wciąż jeszcze przy ziemi karocy, po czym zebrał się na ostatni — jak miał nadzieję — wysiłek i cisnął w zakapturzoną dwójkę mocniejszym zaklęciem. Kilkoma długimi susami doskoczył wozu, chwycił się barierki przy ławeczce i patrzył zachwycony, jak wznoszą się w niebo. — Yeehaw! — zakrzyknął dziko, unosząc triumfalnie różdżkę nad głową. Gdyby miał kapelusz, zamachałby nim w powietrzu jak prawdziwy kowboj. Choćby tylko po to, żeby wkurwić Jonathana Selwyna, który miał to szczęście, że nawet gdyby próbował komentować jego ubiór, przez zawieruchę prawdopodobnie nie byłoby nic słychać. Próżno było jednak liczyć, że rozwścieczeni przeciwnicy puszczą ich tak łatwo. Po chwili nad ramieniem Tarpa śmignęło zaklęcie, które trzasnęło w drzwi bagażnika, osmalając je solidnie. Kolejne już leciały w ich stronę, na co zakonnik odpowiedział tarczą, lecz… Nagle coś głucho łupnęło za jego plecami. Natychmiast odwrócił się, aby zobaczyć łopoczącą na budzie karocy czarną opończę. Jeden z przeciwników teleportował się na dach i przywarł do niego płasko, jedną rękę kurczowo zacisnął na krawędzi dachu, drugą dzierżył różdżkę wyciągniętą ku Jonathanowi. — Nie myśl o tyłach, zajmij się ochroną środka — zakrzyknął Woody do swojego towarzysza w nawiązaniu do jego wcześniejszych utyskiwań. Ponownie musiał mu zaufać, pilnując niezmiennie tych zasranych tyłów przed pozostałym przy ziemi Śmierciożercą. Liczył, że zrzucenie czarnoksiężnika z karocy nie będzie trudne. Dach był mokry i śliski od rozpuszczonego śniegu, pędzili przez nocne niebo, a śnieg smagał ich twarze: to nie były warunki sprzyjające rodeo na szczycie mknącego w przestworzach wozu. RE: [styczeń 1971] Kontrola w ruchu powietrznym - Jonathan Selwyn - 19.09.2024 Jonathan, jak na najlepszy nabytek Zakonnu jaki tylko Brenna mogła zrekrutować, oczywiście poradził sobie z zadaniem opanowania zaklęcia, które utrudniało im odlot i śmiał nawet stwierdził, że poradził sobie z tym zadaniem lepiej, niż poradziłby sobie Woody, ale nie że się chwalił, ani zaniżał czyny kolegi od porywania pojazdow. W końcu drugi czarodziej był naprawdę inteligenty, zdolny do szybkich reakcji, dobry w zaklęciem, a każdy przeciwnik niewątpliwie bladł na jego widok, przypominając sobie o własnych modowych wpadkach które miał za młodu. Z kolei widząc Jonathana nabywali kompleksów, że pokonuje ich ktoś kto zdechdowanje wyglądał lepiej od nich. Jakby się nad tym zastanowić to razem stanowili dość dobre duo. Woody, całkiem zgrabnie jak na siebie, skoczył na wóz i już mkneli w powietrzu, a Jonathan czuł triumf, że ten akt sztuki zakończył się tak pomyślnie. Ale! Ale jednak nastąpił pewien plot twist! Jaka to była tragedia, że miał zmieniona twarz, nawet jeśli chodziło o jego własne dobro, bo tak to ten bezczelny Śmierciożerca nawet nie zrozumie z jak przystojnym przeciwnikiem i jego kolegą, przyszło mu przegrać. Jonathan, na słowa Woody'ego, chwycił mocniej różdżkę i... Zawahał się, bo przez jego głowę przemknęła nieproszona myśl, czy jeśli zrzuci tamtego z powozu, to ten to przeżyje. Nienawidził Śmierciożerców i ich zgniłej ideologi, po prostu nienawidził, ale jednak... Nie. Jeśli go nie zrzuci, to misja zakończy się niepowodzeniem i jeszcze coś im się stanie. Szybko, próbując więcej nie myśleć, rzucił zaklęcie, które miało uderzyć przeciwnika siłą sztuczmor wytworzonego wiatru, z dachu, tak by stracił swoją przyczepność i po prostu zleciał. |