[noc 6/7.08.1972] Ciszej! - Victoria Lestrange - 07.07.2024
adnotacja moderatoraRozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic V
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Życie to przygody lub pustka
noc z 6 na 7 sierpnia 1972
– Brenna & Victoria –
[część wydarzenia Doppelganger na podstawie listu]
Victoria nigdy nie była bardzo cierpliwa, o ile tego nie chciała. Były osoby, których obdarzyła tym zaszczytem, można ich było za to policzyć na palcach jednej ręki. Thoran Yaxley nie należał do jednych z nich. Odkąd całkowicie przeniosła się na Pokątną i odczuła ulgę, że udało się tego dokonać bez większej kłótni w domu, po tym, jak trochę odremontowała tę kamienicę, wymieniła meble, poukładała wszystko, wedle własnej ochoty, zaczęły się dziać… Dziwne rzeczy. Dzwonienie i pukanie do drzwi, za którymi nikogo wcale nie było na początek. Najpierw myślała, że ktoś się pomylił, później, że za wolno idzie do drzwi, ale kiedy nawet po szybkiej teleportacji nikogo nie było… Zaczęła się zastanawiać. Stukanie po ścianach, huki, później wrzaski, do tego wszystkiego doszła też dziwaczna afrykańska muzyka… Nie za bardzo znała sąsiadów z obu stron kamienicy, ale w końcu udało jej się złapać kilka osób, które wynajmowały tam mieszkania. Oczywiście nikt niczego nie słyszał. Och, jakże wygodnie… Udało jej się ustalić z której to strony te wszystkie hałasy dochodzą, skontaktowała się z właścicielem kamienicy, która graniczyła z jej własną… nie był zbyt rozmowy, powiedział jej tylko, że ściana do ściany mieszkanie wynajmuje niejaki Thoran Yaxley. I tyle. Nic więcej.
Jebany Thoran Yaxley. Zdążył już jej zajść za skórę. Zrobił paskudnego psikusa Stanleyowi Borginowi, co oczywiście ona musiała naprawiać (i wykonała przy tym iście paskudną mieszankę, ale przynajmniej podziałało…), a co gorsza skrzywdził zwierzęta Laurenta, o czym dzisiaj poinformował ją listownie. I sukcesywnie podkurwiał ją. Geraldine napisała jej, że Thoran dziwnie się zachowuje, ale zachowywać się dziwnie, a być wrzodem na dupie… Fakt, że dzisiaj w środku dnia znowu się wydzierał o obaleniu rządu i jeszcze napierdalał w różne losowe rzeczy, i gdyby nie to, że musiała iść do pracy, to poszłaby go wyjaśnić. I już rozsierdzona napisała swój do Brenny – czy nie ma przypadkiem czasu, bo już dostaje szału z tym pieprzonym Thoranem Yaxleyem, a później dostała ten list od Laurenta…
A najgorsze w tym było to, co Victoria musiała przyznać, drepcząc tam i z powrotem po swoim salonie, czekając na Brennę (w środku nocy… bo tylko wtedy miała czas, ale Victoria nie zamierzała za bardzo pytać, bo już się… przyzwyczaiła), że miała teraz wrażenie, że te hałasy nie docierały z żadnego konkretnego miejsca. Gdzie się nie znajdowała, tam to szamańskie walenie w bębny (bo teraz to były na powrót dziwne afrykańskie rytmy) brzmiały dokładnie tak samo, nijak nie przytłumione, a jej koty, mała czarna Luna i całkowicie niebieski Błękitny Kwiatuszek, zdawały się tego kompletnie nie słyszeć. Bo teraz oboje leżeli na kanapie (Kwiatuszek bliżej donicy z areką) i po prostu wodzili wzrokiem (i głowami) za łażącą tam i z powrotem Victorią.
Może to jednak ona traciła zmysły? Znowu? na pewno stało za tym jakieś logiczne wyjaśnienie. Brenna mogła tu przyjść tam dziwami wejściowymi, jak i kominkiem w salonie, Lestrange nie była pewna, którą drogę wybierze.
RE: [noc 6/7.08.1972] Ciszej! - Brenna Longbottom - 07.07.2024
- Przepraszam, że tak późno - wyrzuciła z siebie Brenna, wypadając z kominka jakieś sześćdziesiąt sekund po umówionej godzinie spotkania. Włosy wciąż miała trochę wilgotne: nie zdążyła ich wysuszyć całkiem po szybkiej kąpieli, koniecznej po przekopywaniu grządek. - Cała noc dyżur, potem niespodziewane nadgodziny, a potem przekopywalam ze znajomą koszmarnie zapuszczony ogród, bo obiecałyśmy duchowi znaleźć jego naszyjnik. Wiem, jak to brzmi, ale to sama prawda. Nie chciałam jej wystawić - powiedziała, jeszcze trochę zadyszana po szaleńczym bieganiu po domu, gdy szykowała się do wyjścia.
Nie wspomniała, że ogródek próbował je zabić, a naszyjnik był przeklęty głównie dlatego, że zdawało się jej, że to zabrzmi zbyt absurdalnie, a poza tym miały teraz poważniejsze zmartwienia. Thorana Yaxleya I jego afrykańskie bębny na przykład. Brenna po tym porannym, dziwnym spotkaniu nawet nie wahała się odpisując Victorii I już kreśląc list miała w głowie myśl o tym, że noc to właściwie najlepsza porą, bo jak nic trzeba będzie się włamać.
- Ładnie tutaj. I ojej, niebieski? Jest magiczny? - spytała, przyklękając, by przyjrzeć się kotu. Nie pchała do niego rąk, podobnie jak nie próbowała pogłaskać od razu Luny, chociaż lubiła zwierzęta: a może właśnie dlatego. Zwierzaki miały same prawo decydować, czy życzą sobie być dotykane, czy nie. Zaraz jednak Brenna oderwała wzrok od kota i skupiła już spojrzenie, nagle poważniejsze ma Victorii. Kreśląc jej wiadomość napisała zaledwie skróconą wersję historii i należało ją rozwinąć. - Yaxley. Znam go ze szkoły. Utrzymywaliśmy kontakty i po niej, sporadyczne, ale raczej przyjazne. Zawsze był w porządku. Nie widziałam go od paru miesięcy. Dziś nad ranem, schodząc z patrolu wywlekłam go pobitego z alejki przy Pokątnej. W powietrzu coś wisiało, aż sama poczułam się dziwnie, brak dowodów dostatecznych, by wzywać aurorów, a on odmawiał złożenia zawiadomienia, ale moim zdaniem rzucono tam coś nieprzyjemnego. Potem zachowywał się... dziwnie. Jak nie on. Jakby koniecznie chciał zrobić mi na złość, a nawet jeśli zaszłam mu za skórę, to zaskakujące, ze tak się starał, gdy miał obity nos, był chwilę wcześniej półprzytomny i ktoś potraktował go magią - zrelacjonowała, nie odrywając spojrzenia od Victorii. Brała początkowo dzisiejszy przypadek za głupi wybryk, objaw niechęci wobec niej, dotąd skrywanej, ale to co napisała Lestrange wskazywało na to, że tkwi w tej sprawie coś więcej. Może chciał zrobić na złość i jej, a może... skoro nikt inny tego nie słyszał... i jeszcze było to przedziwne podobieństwo do Samuela, przez co Brenna zaczęła zastanawiać się, czy Gerard nie miał małego skoku w bok...
Uśmiechnęła więc do drugiej kobiety, tym uśmiechem sugerującym, że coś knuje.
- Nie odpowiada na pukanie, tak? Wiesz, rano mocno oberwał, nie oglądał go uzdrowiciel, potem dziwnie się zachowywał, może zasłabł. Moim zdaniem mamy obywatelski obowiązek sprawdzić, czy nic mu nie dolega.
RE: [noc 6/7.08.1972] Ciszej! - Victoria Lestrange - 07.07.2024
Mało było rzeczy, które Victorię dziwiły w związku z Brenną – znały się… no praktycznie całe życie, wiedziała ile Longbottom ma w sobie energii i żywotności oraz jak wielkie posiada umiejętności do pakowania się w kłopoty albo turbo dziwne sytuacje. To i dyżur, nadgodziny i grządki z naszyjnikiem ducha k o m p l e t n i e jej nie dziwiły. Domyślała się nawet, że jest w tym wszystkim drugie dno, tylko posłała Brennie Wielce Wymowne Spojrzenie, zerknęła na nią od góry do dołu, od dołu do góry iii…
– Daj spokój, to ja ci zawracam głowę pierdołami – tak naprawdę to nie były żadne pierdoły, ale w obliczu wszystkiego innego, Brenna wcale nie musiała do niej o tak nieboskiej godzinie wpadać. – Słuchaj, może chcesz się coś napić – patrzyła na Brennę krytycznie, bo już widziała, że była w biegu, nawet włosów nie wysuszyła, to co tu mówić o chwili na odsapnięcie? – Wody? Herbaty? A może wolisz kawę? – po nocce, nadgodzinach… ona w ogóle spała? Nie wyglądało na to. Może jednak kawa to będzie najlepszy pomysł…
Salon, w którym się znajdowały, był na pierwszym piętrze mieszkania w kamienicy. Przestronny, utrzymany w raczej brązowej tonacji – jedna ściana była kremowa, pozostałe ciemne, było to pomieszanie drewna i kamienia, a meble również były raczej ciemne, co najwyżej rozjaśnione ewentualnymi dodatkami. Ona miała po dwóch stronach pokoju – wychodziły na Pokątną, ale też na tyły kamienicy, teraz zasłonięte były ciemnymi i grubymi zasłonami sięgającymi aż do ziemi. Czego na pewno było tu dużo to kwiatów – małych, dużych, stojących na meblach, albo na podłodze. Część Brenna na pewno kojarzyła z domu w Dolinie Godryka, część była nowa; sukulenty, palemki, w całym domu było chyba kilkanaście różnych odmian kalatei, łańcuchy serc i inne. Na jednej z szafek w salonie stała kolorowa psianka, trująca jak diabli, ale za to zdecydowanie ożywiała cały pokój, w którym panowało raczej ciepłe, nieco przytłumione światło stojących lamp. Na środku, w centralnej części była kanapa, okupowana teraz przez dwa koty, dwa fotele i niski stolik kawowy.
– Dzięki – Victoria uśmiechnęła się wyraźnie i spojrzała miękko na swoje koty. – Nie, nie, to zwykły kot. Wzięłam go ze sobą na Lammas z Kociego Azylu, nazywa się Błękitny Kwiatuszek – niebieski kot łypnął żółtymi ślepiami na Brennę, a jego uszy poruszyły się na dźwięk swojego imienia, ale nie ruszył się z miejsca. Leżał nadal w pozycji bochenka chleba na poduszce, jak najbliżej palemki jak tylko się dało. – Jakieś dzieci rzuciły na niego zaklęcie i zupełnie nie da się tego cofnąć, więc po prostu… No jest niebieski. Nic mu to nie przeszkadza na szczęście, to tylko kolor futra, ale świeci się w ciemności, wiesz? Jak gwiazdka – Victoria mówiła o kocie z wyraźną czułością, za to mała Luna – czarna kotka na oko dwu-, może trzymiesięczna aż się podniosła i zeskoczyła nieco niezgrabnie z kanapy, żeby jak najszybciej dostać się do Brenny i obczaić ten nowy okaz ludzki. Była ewidentnie ciekawska. – A to Luna – wyjaśniła krótko, uśmiechając się pod nosem. Victoria wyraźnie promieniała w towarzystwie tych dwóch mruczków.
– Bójka w zaułku? Może to coś związanego z tymi hasłami które ryczy raz na jakiś czas na całe gardło. Wiesz, o obaleniu rządu, a potem nakurwia w losowe instrumenty jakby tworzył jakąś wyjątkowo irytująca muzykę – cmoknęła zirytowana. – Ale wiesz co ten tępy chuj zrobił? – Victoria, oczywiście, musiała umieć się w ten sposób wyrażać, inaczej nie byłaby w stanie dogadać się z koleghami z BUMu czy innymi aurorami, ale prywatnie bardzo rzadko wyrzucała z siebie takie wyrażenia. Ale wyglądało na to, ze coś ją wyjątkowo męczy, swędzi od środka, że jest rozsierdzona jak kotka, a to nie był stan, w który wpadała łatwo, bo naprawdę bardzo bardzo dobrze kontrolowała swoje emocje i maskowała twarz, by niewiele wypływało na wierzch. – Laurent do mnie napisał. Kilka dni temu byłam u niego i ktoś oskubał jego feniksa tak na ZERO, musieliśmy z nim iść do magizoologa, a potem zresztą został u mnie do rana na wszelki wypadek. Ktoś wysmarował Dumę farbą, nałożył hipogryfom opaski i się dziobały. A potem ktoś abraksanom zrobił numer i obrócił kolana do tyłu tak, że nie mogły chodzić. I wiesz kto to zrobił? Thoran pierdolony Yaxley – a nie napisała tego Brennie w liście, bo jeszcze wtedy o tym zwyczajnie nie wiedziała. Dowiedziała się… W sumie to niedawno i od tamtej pory była jeszcze bardziej wkurwiona niż wcześniej. Wypuściła powietrze przez nos głośno, aż płatki jej nosa zafalowały, naprawdę zezłoszczona. – Nie, nie odpowiada. Na walenie w ścianę też nie. Dzisiaj w ciągu dnia też napierdalał, a jak wróciłam ze zmiany to słyszałam te zjebane afrykańskie bębny, ale od jakiegoś czasu jest cicho. Może śpi. A może zasłabł, chyba faktycznie słyszałam stamtąd jakiś łoskot, a potem się wszystko urwało – może się znudził, zmęczył, albo sobie poszedł. Albo faktycznie mogło mu się pogorszyć, skoro Brenna mówiła, że rankiem stało się coś dziwacznego. Ale prawda była taka, że już od dawna chciała się dostać do tego mieszkania, choćby po to, żeby się przekonać, co ten typ knuje, bo to wszystko nie było normalne.
RE: [noc 6/7.08.1972] Ciszej! - Brenna Longbottom - 08.07.2024
Drugim dnem historii były mordercze stokrotki i zmutowane krzaki, ale Brenna przecież niewiele mogła poradzić na to, że po Beltane rośliny jak Anglia długa i szeroka zaczynały się buntować... no nie mogła tego przewidzieć, a poza tym nikt nie zginął, więc wszystko było w porządku, tak?
Liczba kwiatów w mieszkaniu nie była żadnym zaskoczeniem, bo Victoria zawsze je kochała. Brenna nie znała się na nich na tyle, aby rozpoznać tę rzadsze czy trujące, mogła więc tylko docenić, że ładnie wyglądają i podziwiać ogrom pracy, jaki trzeba było włożyć w ich utrzymanie oraz pewnie zabezpieczenie przed kotami. Ona sama miała w pokoju raptem jedna doniczkę, a roślinki pod Warownią co najwyżej czasem pomogła pielić - na szczęście Dora, Frank i skrzatka zajmowali się nimi bardzo entuzjastycznie, więc nie miała wyrzutów sumienia z powodu własnych zaniedbań.
- Nie brzmi jak pierdoła, zwłaszcza jeśli tylko ty to słyszysz - powiedziała, pozwalając Lunie powąchać swoją dłoń, a potem sięgając, by delikatnie ja pogłaskać. Najwyraźniej Kwiatuszek była prawdziwą damą, a czarna kotka tą ciekawską. - Nie trzeba, wypiłam dziś już cztery kawy, piąta i zacznę chodzić po ścianach. Chociaż hm, może i tak będę chodzić po ścianach?
A przynajmniej po parapetach, jeszcze nie znała dobrze sytuacji i nie była pewna, jaką metodę dostania się do mieszkania Thorana Victoria chciała wybrać.
Podniosła się z podłogi, marszcząc brwi na opowieści o obalaniu rządu, tej całej perkusji i wreszcie przekleństwo. Nie że ją szokowało, sama w niektórym towarzystwie nie klęła prawie wcale, w innym jakoś odruchowo robiła to często, a na Nokturnie słyszało się różne wiązanki, ale Thoran musiał mocno zaleźć Victorii za skórę i...
- Chuj - powtórzyła za nią, nagle zagniewana. Jej zrobił tylko durny dowcip, który Brenna uznała za irytujący, nie wart jednak niepotrzebnych nerwów, ale to? Yaxleyowie byli łowcami, po cichu trudnili się kłusownictwem, w tym wypadku jednak chodziło o czyste znęcanie się i to nad cudzymi zwierzętami. Systematycznie i okrutne. W dodatku najwyraźniej obrał sobie za cel Laurenta. - Cholera, feniksa przecież nie tak łatwo dorwać, janczur też nie stał spokojnie, kiedy go przemalowywano, sprawienie, by dźwięki słyszała tylko jedna osoba też nie brzmi jak prościutkie zaklęcie, hipogryfy przecież powinny zacząć szaleć, gdy ktoś obcy się zbliży, a to wszystko razem brzmi jak jakieś szaleństwo. Tori, może jego coś opętało w to przeklęte Beltane?
Demony, doppelgangery, to nie było coś, na co Brenna mogła wpaść ot tak, ale Beltane popsuło tyle rzeczy, że wniosek nasuwał się sam. Thoran zachowywał się jak wariat i w dodatku magia, jakiej używał, nagle stała się jakoś... potężna. Nie pamiętała, aby był aż tak szalenie utalentowany.
– I jeszcze… – zawahała się nagle, ale teraz jasne było, że na włamaniu się nie skończy. Na Thorana miały kilka paragrafów i chociaż wejście do jego mieszkania pozostawało bez nakazu nielegalne, to nie można było pozwolić mu ot tak biegać na wolności. – Nie wiem, o co chodzi, bo to kurewsko dziwne, ale gdy dziś na niego wpadłam po tej długiej przerwie, zorientowałam się, że wygląda strasznie podobnie do mojego znajomego. Może nawet mignął ci na potańcówce. Jakoś nigdy nie zwracałam na to uwagi, a to samo w sobie dziwne. Trzeba uważać, żeby przypadkiem nie wepchnąć za kratki Sama za Thorana. Jego ojca… ojca Sama to znaczy… nikt nie zna. Na mój gust mogą być jakoś spokrewnieni.
Nie chciała rzucać na wyrost oskarżeń wobec istnienia nieślubnego dzieciaka Yaxleyów, ale cholera, to podobieństwo aż biło po oczach i Brenna nie chciała, aby Victoria dojrzawszy w Dolinie McGongalla się na niego rzuciła w imię Laurenta.
RE: [noc 6/7.08.1972] Ciszej! - Victoria Lestrange - 09.07.2024
Małej kici ewidentnie spodobał się zapach, jaki wyczuła i dała się pogłaskać, a nawet zaraz sama zaczęła podskakiwać i zaczepiać. W tym małym ciałku drzemało aż zbyt wiele energii i niewiele trzeba było, by kociaka zachęcić do zabawy, zresztą jak padała spać to też tylko na chwilę, bo przecież było tyle ciekawych rzeczy… Teraz to Brenna była tym nowym, ciekawym okazem, którego trzeba było okrążyć i obdarować uwagą.
– Mogłoby ci się przydać – stwierdziła po prostu, bez choćby mruknięcia okiem, ale fakt, cztery kawy to już bardzo dużo, zaraz więc zrezygnowała z tego pomysłu. – To mogę ci dać wodę, bo widzę, że biegasz z prawie wywieszonym jęzorem – jak pies w upale, choć w tym przypadku to jednak bardziej wilczyca. Jeśli tylko Brenna sobie zażyczyła, to Victoria na moment teleportowała się do kuchni po szklankę wody i zaraz do niej wróciła.
[a] – Do Fuego jeszcze nalepił karteczkę, że jest gotowy na rosół – skrzywiła się wyraźnie, dodając kropkę nad i w tej historii, która wyraźnie wytrąciła ją z równowagi. Jak to tak pozbierać do kupy, to już nie były niewinne żarty, a wyłaniał się obraz człowieka… mocno, mocno skrzywionego. I być może nawet stanowiącego dla innych zagrożenie.
– Może – opętało… Może. Brzmiało jak „psikusy” wyjątkowo wkurwionego i złośliwego poltergeista, który też posiadał niesamowitą moc – oczywiście tak porównując, bo poltergeisty, na ile wiedziała, nie wchodziły w czyjeś ciało i nim nie sterowały. To, co się tu działo, brzmiało dużo, dużo poważniej.
[a]Victoria zastanowiła się na ostatnie słowa Brenny. Thoran, który wyglądał podobnie do jeszcze kogoś innego…
– Ten Sam… Dobrze go znasz? I Thorana? – jeśli znała ich obu i nie zauważyła tego nigdy wcześniej, a dopiero teraz, po tym jak nie widziała go długo… Victoria pisała do Geraldine, próbując delikatnie wybadać temat i nawet ona przyznała, że jej brat bliźniak dziwacznie się zachowuje. Ale… Skoro wokół niego działy się takie dziwne rzeczy… – Może wcale nie są do siebie podobni. Co jeśli w kolejnym „żarcie” – tu zamachała w powietrzu dłońmi, robiąc cudzysłów – Ukradł jego tożsamość i kolejnym wcale nie tak prościutkim zaklęciem każe ludziom myśleć, że nic dziwnego się nie dzieje, bo tak było zawsze? – cholera, ona była oklumentką, a jednak słyszała rzeczy, których inni nie słyszeli, więc? Dodać do tego to, co stało się w New Forest i… jeszcze to śmierdzące zaklęcie, którego nie chciał zgłosić. – Pasowałoby do reszty tych… nazwijmy to psikusami, nie? – zirytowała się jeszcze bardziej, co było widać, bo znowu zaczęła krążyć po salonie, tym razem w obecności Brenny.
– Nie wejdziemy tam głównymi drzwiami, o nie – mruczała pod nosem. – Z mojego balkonu można wejść na ten należący do jego mieszkania, a stamtąd… – magią spróbować otworzyć drzwi, albo cokolwiek, być może nie miał zabezpieczonego domu? Na to tak po prawdzie liczyła. Mógł nie być zabezpieczony, bo go tylko wynajmował. Mina Victorii wskazywała na to, że była bardzo zdeterminowana.
RE: [noc 6/7.08.1972] Ciszej! - Brenna Longbottom - 10.07.2024
Pozwoliła atakować swoją rękę i zaczepiać, nawet gdyby na skórze miał zostać ślad pazurków. W Warowni zbyt wiele było psów, aby adoptowali też kociaki, ale Brenna ogólnie lubiła zwierzęta, a kociak był absolutnie uroczy.
- Woda będzie w porządku, dzięki - powiedziała, a gdy dostała szklankę, wypiła zawartość pośpiesznie, nie tyle dlatego, że tak chciało się jej pić, a bo nie chciała tracić czasu.
Na słowa odnośnie kradzieży tożsamości spojrzała na Victorię zdumiona: to było.. trochę zbyt nieprawdopodobne, aby o tym w ogóle pomyślała. Ale i czy nieprawdopodobne nie było to, że przez jedenaście lat nie zauważyła ich podobieństwa...?
- Taka magia... w ogóle istnieje? - zapytała z wahaniem. - Mógłby upodobnić się do niego, nawet zaczarować mnie, ale przecież ma rodzinę, zna go mój brat, cholera, jaki czarodziej dałby radę zaczarować nas wszystkich?
Tyle że Thoran nie był czarodziejem. Był demonem. Victoria miała rację, ale Brenna się tego nie domyślała.
- Znam Sama odkąd miał piętnaście lat. Jest młodszy ode mnie I poznałam go, kiedy Thoran już skończył szkołę. To na pewno dwie różne osoby. Yaxleya pamiętam ze szkoły...
Urwała na moment.
Jak dobrze go znała?
To była ta sama konfuzja, co podczas rozmowy z Heather. Nie była tak naprawdę pewna. Pamiętała, że rozmawiali w szkole i że byli kiedyś na wspólnych wakacjach z Erikiem i jego rodzeństwem. Wiedziała, że w pewnym momencie przestali się widywać - on miał inne zainteresowania, a ona zrobiła się bardzo ostrożna wobec krewnych Borginów. Geraldine nie przypominała ich w ogóle, ale Thoran...
...właściwie dlaczego sądziła, że nie zrobiłby takich rzeczy?
- Chyba wcale go nie znam, skoro chce przerabiać feniksy na rosół - powiedziała, kręcąc lekko głową, nagle potrójnie zdeterminowana, aby dorwać sukinsyna. Laurent, problemy sprawione Victorii, ale też coś jeszcze: chciała wiedzieć, dlaczego po wyjściu z tego zaułka tyle rzeczy nagle... się nie zgadzało.
- Brzmi jak doskonała przygoda, nie skakałam z balkonu na balkon od... no od jakiś trzech tygodni. Wchodzę w to - zapewniła niemal radośnie, ale potem się zatrzymała w pół ruchu ku balkonowi, przypomniawszy sobie, dlaczego kiedyś to ją lewitowano na krokwię, nie odwrotnie. - Może ja przejdę pierwsza i spróbuję otworzyć drzwi od środka? - zapytała z wahaniem. Jeśli balkon był zabezpieczony przed zewnętrzna teleportacją to oznaczało przełażenie na pewnej wysokości, a Victoria nigdy nie lubiła wysoko położonych miejsc. Nie zamierzała jednak się upierać, jeśli Victoria postanowi, że da radę, to znaczy, że da.
RE: [noc 6/7.08.1972] Ciszej! - Victoria Lestrange - 10.07.2024
Ślady pazurków jeśli jakieś zostaną, to zapewne niewielkie. Kociak swoje pazurki miał jeszcze miękkie, bardziej przypominały ukłucia igiełek, niż to, co potrafiły dorosłe koty. Zresztą Luna zaraz zrobiła fikołka i zaczęła „atakować” nogę Brenny, szybko odwracając się z plecków na brzuch. Ale do łowczego, to było jej bardzo daleko, między innymi dlatego, że myślała, ze jeśli schowa się za nogą donicą, to wcale nie będzie jej widać.
– Nie ma rzeczy niemożliwych, Bren. Spójrz na mnie – słowa swojej babci, z którą Laurent kontaktował się na początku czerwca. Mocno zapadły jej w pamięć. Każdą granicę da się przekroczyć. Wierzyła w to całą sobą, a widząc różne dziwny na świecie… Tak. Uważała, że taka magia istnieje, w tej czy innej formie. – Może to jakiś rytuał? Może to po to te wszystkie afrykańskie, szamańskie mumbo-jumbo, nie wiem – nic tu nie było normalne. No ale jak spojrzeć prawdzie w oczy, to… Czy to się nie sklejało w całość? Czy nie było w tym wszystkim luk, które wcale nie rzucały się w oczy od początku, ale jeśli zebrać kilka takich sytuacji do kompletu… – Za pomocą magii jesteśmy w stanie zmienić wspomnienia innych, niektórzy potrafią czytać w myślach. Ale przypomnij sobie, co działo się na Perle Morza. Albo w czasie Beltane. Jeśli tamte rzeczy mogły mieć miejsce, to dlaczego ten zjeb nie mógł… rzucić jakiegoś wielkiego zaklęcia, które miesza ludziom w głowach i percepcji? A jeśli coś go opętało… To może tym bardziej – zresztą… Skoro Brenna do tej pory była przekonana, że ten Sam i Thoran to dwie różne osoby, a teraz nagle… wyglądali tak samo, a nigdy nawet nie przeszło jej to przez myśl… Czy to nie było pewnym dowodem samym w sobie? Że widząc Thorana nie pomyślała, że coś tu nie gra, a że wszystko jest w należytym porządku. – Może był w Afryce? Może tam się cos stało i wrócił już odmieniony… i stąd te afrykańskie rytmy? – szukała już teraz po prostu każdego wyjaśnienia dla tego absurdu. Jak nie to napierdalanie w losowe instrumenty, to jakieś szamańskie uga-buga.
Victoria uśmiechnęła się przepraszająco do Brenny. Między innymi dlatego potrzebowała partnera w zbrodni – mogłaby się tam sama spróbować dostać, ale po pierwsze nie wiedziała, co tam zastanie, a gdyby już nie mogła stamtąd wyjść…? W dwie osoby było bezpieczniej. A po drugie… cóż. Potrzebowała pomocy, bo tak – nadal miała lęk wysokości.
W tej sytuacji pomocne było to, że to było tylko pierwsze piętro… Co prawda wysokie, jak to w kamienicach, ale nadal pierwsze, no i Victoria już się zastanawiała, co zrobić z tym fantem. Wymyśliła sobie, że wyczaruje magiczną siatkę pod balkonami – w razie jakby miała spaść i… liny, żeby czuć się nieco pewniej i bezpieczniej. Ale może udałoby jej się po prostu teleportować na ten drugi balkon i udawać, że wcaaale nie jest na wysokości, a te siatki i liny to jakby jednak teleportacja nie była możliwa? Wiedziała, że musi zacisnąć zęby, bo zwyczajnie nie było innej drogi.
– Balkon jest tutaj – podeszła do jednej z zasłon i rozchyliła ją odrobinę. – Będę za tobą… – dodała nieco mniej pewnie, ale zaraz wzięła głęboki wdech i głośno wypuściła powietrze. – Dam radę, muszę – wydawała się być bardzo o tym przekonana. – Luna, Kwiatuszek, bądźcie grzeczni – pozwoliła Brennie wyjść pierwszej, a sama ruszyła zaraz za nią, stając na razie przodem do drzwi własnego mieszkania. Wyciągnęła różdżkę i pociągnęła drzwi do siebie, by się przymknęły, a w razie czego można je było otworzyć pchnięciem ręki. Dopiero kiedy się odwróciła i spojrzała z jednego balkonu na drugi (bo wskazała też Brennie właściwy kierunek), zaczęła zastanawiać się nad swoimi wyborami życiowymi.
Bo balkon? Przełażenie po balkonie? Co ją do licha ciężkiego podkusiło… Ale wiedziała też, że to nie racjonalne myśli, a strach. Przymknęła na moment oczy, próbując uspokoić oddech. Nicciniebędzienicciniebędzienicciniebędzie.
RE: [noc 6/7.08.1972] Ciszej! - Brenna Longbottom - 11.07.2024
– Życie stało się jakoś strasznie skomplikowane, odkąd Voldemort i śmierciożercy postanowili rozerwać zasłonę między światami – westchnęła Brenna i ostatni raz pogłaskała małą Lunę. Wojna trwała od dawna, ale to w sabat wszystko przyspieszyło i zaczęły się te… wariactwa. Już nawet nie chodziło o same mordy na polanie, lecz i pokłosie. Rytuał miłosny działający w przedziwny sposób, widma w Kniei, wichura, Zimni, rośliny szalejące w całej Anglii, to co stało się w Stonehange podczas Lithy.
Było tak, jakby jakaś równowaga została zachwiana i świat stawał na głowie.
Może faktycznie coś zaczęło opętywać ludzi, a Thoran Yaxley zyskał nagle dziwne moce. Albo coś zostało wtedy uwolnione…? I zyskał jakieś przedziwne moce przez… bębnienie?
(Tu nawet miała niechcący rację. Afrykański demon, który został odpieczętowany zapewne przez Beltane…)
A może pozwalała ponieść się wyobraźni.
W każdym razie te wszystkie przedziwne zjawiska i ocieranie się o nienaturalne nawet dla czarodziei moce momentami Brennę zwyczajnie przerastały.
– Poczekaj aż na niego wskoczę, dobrze? I hm… może zaczniemy od tego… – mruknęła, wyglądając przez balkon Victorii, oceniając na ile niebezpieczne będzie przedostawanie się z niego do sąsiedniej kamienicy (bywało na szczęście gorzej) i potem wiodąc spojrzeniem po okolicy. Było dość ciemno i późno, ale w blasku latarni nie będą zupełnie niewidzialne, a jeszcze tego brakowało, aby potem chodziły głupie płotki, że panna Lestrange włamuje się do sąsiadów. Brenna więc najpierw wyciągnęła różdżkę i stuknęła nią sama siebie, za pomocą transmutacji upodabniając ubranie i samą siebie kolorystycznie do ściany kamienicy – a jeśli Victoria nie protestowała, zrobiła to i z nią.
Dopiero potem ukryła różdżkę w kieszeni i wspięła się na gzyms.
Brenna na szczęście była dość sprawa fizycznie, a wspinanie się stanowiło jedną z jej ulubionych rozrywek od małego. Wprawdzie wchodząc na okoliczne drzewa i dachy w Dolinie Godryka nie sądziła, że przygotowuje ją to do przyszłej kariery włamywacza, ale nie zamierzała narzekać. Po chwili zeskoczyła na balkon Thorana i zamarła na nim na moment, natychmiast sięgając po różdżkę: czekając czy nie uaktywni się jakieś ochronne zaklęcie albo spoglądając przez drzwi balkonowe nie zobaczy zapatrzonego na nią Yaxleya, siedzącego nad tymi swoimi afrykańskimi bębnami.
Nic jednak jej nie trafiło, a gdy zerknęła przez szybę, widziała tylko ciemność.
Brenna podniosła się więc i pomachała Victorii, tak by ta mogła dostrzec ten ruch mimo kolorów. I różdżkę trzymała w pogotowiu, gotowa w razie czego asekurować kobietę magią.
RE: [noc 6/7.08.1972] Ciszej! - Victoria Lestrange - 12.07.2024
– Zawsze takie było. Teraz po prostu widać to jakoś bardziej – nie potrzebowała Beltane, by wiedzieć, jak bardzo życie bywa skomplikowane: wystarczyło spojrzeć na Sauriela. Na to, że jego własna rodzina poświęciła jego życie wampirowi – kto normalny robił takie rzeczy? Życie własnego dziecka?! W imię… w imię czego? Bo to przecież było właśnie tym: morderstwem. A potem… wrócił do życia. To było skomplikowane. Albo te wszystkie rzeczy, których dopuszczali się Śmierciożercy. Albo rewolucja Gellerta Grindelwalda. Albo wszystkie inne rzeczy, jakie działy się na przestrzeni dziejów historii. – Może dlatego, że bierzemy w tym udział, a nie czytamy w nudnej książce do historii, ani nie przysypiamy od monotonnego głosu profesora Binnsa – to była tylko refleksja nad tym, co się działo, wywołana słowami Brenny, a ostatecznie Victoria po prostu lekko pokręciła głową i z nową determinacją wbiła spojrzenie w drzwi na balkon.
– Jasne, poczekam – tak było bezpieczniej i czuła się lepiej – skryć się za plecami Brenny, nie dlatego, że w ogóle potrzebowała się za kimś chować, ale w tym wypadku, tego irracjonalnego, debilnego strachu wolała, gdy ktoś przetarł szlak, a ona mogła skopiować ruchy… do pewnego stopnia. Na ile więc mogła, trzymała się na linii mieszkania z balonem, pilnując, by nie spoglądać nigdzie w dół, a po prostu na Brennę, jak ona sobie razi. Nie protestowała, gdy i w nią wcelowała różdżką i pozwoliła, by opłynęło ją zaklęcie, a potem patrzyła, jak przyjaciółka zgrabnie przełazi na drugi balkon. Najwyraźniej nie było tam niczego niebezpiecznego, bo po chwili wypatrzyła znak.
Lestrange wzięła głęboki oddech, potem wypuściła powietrze, nadal z oczami zafiksowanymi w Brennę podeszła aż do kunsztownie i ozdobnie wykonanej barierki, złapała się jej oburącz, a potem podciągnęła się, przekładając nogę, potem drugą… Mocno się trzymała, aż w końcu odwróciła się ostrożnie, pamiętając, by nie patrzeć w dół, ale wzrok sam jej uciekł, zrobiła to mimowolnie i serce od razu mocniej jej zabiło, miała też wrażenie, że krew jej odpływa z twarzy.
Zamarła z oczami utkwionymi w ulicy, w dziurze pomiędzy jednym balkonem a drugim. Zaraz zaczęła też oddychać płytko, szybko.
Zamknęła oczy.
Uspokój się, uspokój się, USPOKÓJ SIĘ! – powtarzała sobie w myślach, a potem nawet bardzo cicho zaczęła to mamrotać pod nosem, tak cicho, że wiatr raczej nie miał szans ponieść tego dalej. Musisz to zrobić! Wiedziała, że musi, że nie ma tutaj wyboru, że trzeba sprawdzić tego cholernego pieprzonego Thorana i nie ma tutaj miejsca na jakieś głupie strachy, bo przecież w swoim życiu widziała gorsze rzeczy niż widok ulicy z pierwszego piętra kamienicy. To nie jest aż tak wysoko, Vika – powtarzała sobie. To tak, jakbyś znowu próbowała wleźć na daszek nad gankiem, a potem do swojego pokoju – chociaż fakt, że na Pokątnej było to trochę wyżej, niż w jej rodzinnym domu. Trwało to chwilę, ale w końcu wzięła się w garść i otworzyła jedno oko – rzecz jasna nic się po drodze nie zmieniło, i nadal mocno trzymała się barierek za sobą i w końcu zacisnęła zęby i odepchnęła się, by złapać się zaraz balustrady drugiego balonu… Wiedziała przecież, że w razie czego Brenna jej pomoże. Po chwili podciągnęła się, już całkowicie odrywając od swojego balkonu, a niedługo później, gdy poczuła grunt pod stopami, westchnęła cicho z ulgą. Dłonie jej drżały, nic nie mogła na to poradzić, ale się udało. I ze zdziwieniem zauważyła, ze ta odległość pomiędzy jednym a drugim balkonem nie była wcale taka wielka, jak jej się przed momentem wydawało.
Po chwili sama zajrzała przez oszklone drzwi do wnętrza drugiego domu, ale nic stąd nie było widać… Naprawdę musiały wejść do środka.
Starała się uspokoić oddech i zaraz wydobyła z kieszeni swoją różdżkę, by na dobry początek rozproszyć ewentualne zaklęcia, które mogły być tutaj rzucone.
Upewniwszy się, że jest czysto, kiwnęła do Brenny głową, że mogą wchodzić.
Rozpraszanie
[roll=PO]
[roll=PO]
RE: [noc 6/7.08.1972] Ciszej! - Brenna Longbottom - 13.07.2024
– Wcześniej to były… zwykłe rzeczy, zwykłe problemy – powiedziała Brenna, niepewna, czy w ogóle potrafi ubrać to w słowa. – Może i poważne, jak śmierć kogoś bliskiego, może czasem też… rzadkie, jak pogryzienie przez wilkołaka, dzieciak rozerwany przez wampira w bocznej uliczce albo dwa opętania w jednym domu, ale jednak no… coś co się może zdarzyć, po prostu normalnie jest raczej rzadkie. A teraz stare rytuały działają inaczej i doprowadzają ludzi do szaleństwa, pęka granica z Limbo, pojawiają się potwory wysysające młodość i w całej Anglii rosną zmutowane rośliny, a podczas Lithy ludzie mają dziwne halucynacje albo oglądają oblicze bogini, która chyba nie jest zbyt zachwycona tym, co się stało. To nie na moją głowę.
Czytanie o tym w powieściach przygodowych było czymś zupełnie innym niż uczestniczenie, a książki były tylko książkami, wytworem wyobraźni. Brenna może i przysypiała na lekcjach historii magii, ale czasem coś wpadło jej w ucho – i to zwykle były rebelie goblińskie, czasem jakieś walki czarodziejów, ale nie przypominała sobie niczego o magii oplatającej całą Anglię i wywołującą szaleństwo roślin ani o ludziach, wchodzących do Limbo czy o zabijaniu bogiń.
I co gorsza przeczuwała, że to tylko początek.
Włamanie od mieszkania Thorana Yaxleya było przy tym wszystkim przyjemnie… przyziemne, nawet jeśli wymagało skakania z balkonów całkiem spory kawałek nad tą ziemią. Przynajmniej dopóki nie myślała, że może faktycznie coś odmieniło podczas Beltane i jego. Ale wciąż: kłopotliwy sąsiad, wkurwiający gość, atakujący zwierzęta czy robiący jej żarty był czymś, co po prostu mogło się zdarzyć.
Brenna obserwowała każdy ruch Victorii, z wyciągniętą różdżką, gotowa rzucać zaklęcia, a gdy tylko ta znalazła się w zasięgu, wychyliła się przez balkon by ją asekurować i pomóc dostać się bezpiecznie do celu. Napięcie opadło z niej, ramiona rozluźniły się, kiedy Lestrange też znalazła się na balkonie Thorana.
Odczekała spokojnie aż Victoria skończy rzucać zaklęcia, a gdy nic nie wybuchło im w twarze, sama rzuciła czar, popychając za jego pomocą drzwi balkonowe. Nie weszła od razu do środka, najpierw zaglądając w ciemność pokoju, chcąc zorientować się, czy Thoran Yaxley nie chrapie na przykład na kanapie.
– Jak dawno słyszałaś te bębny? – spytała bardzo cicho, trochę skonsternowana, bo nie widziała ani Thorana, ani żadnych bębnów, ani… w ogóle niczego, co wskazywałoby na to, że ktoś tutaj mieszkał. Machnęła różdżką, wrzucając do środka najpierw kilka kamyczków: nie spodziewała się może, aby takie mieszkanie było niezwykle dobrze chronione, ale Thoran zdawał się władać jakąś dziwną magią.
Nic się jednak nie stało i Brenna wreszcie przekroczyła próg, wciąż powoli. To że w tym pokoju niczego nie widziała, nie oznaczało, że w mieszkaniu nie było innych pomieszczeń. Tylko czy skoro Victoria słyszała te bębny tak wyraźnie, nie powinien grać na nich tutaj, skoro ten pokój graniczył z jej kamienicą przez ścianę…? Czy zdążył się wynieść tego wieczora?
|