Secrets of London
[08.07.72] Zielona ręka - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+---- Dział: Klinika magicznych chorób i urazów (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=18)
+---- Wątek: [08.07.72] Zielona ręka (/showthread.php?tid=3782)

Strony: 1 2 3


[08.07.72] Zielona ręka - Florence Bulstrode - 22.08.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Florence Bulstrode przemierzała szpitalne korytarze, mijając po drodze uzdrowicieli, pacjentów i stażystów. To był chyba jakiś sądny dzień nad Mungiem, bo w klinice zapanowała nerwowa bieganina i plenił się chaos - nie taki, jak w noc Beltane, gdy zwożono tutaj rannych Błędnym Rycerzem całymi grupami, a ten powstający ze splotu niefortunnych zdarzeń. Tutaj jakiś magimedyk ścigał pacjenta, który napompowany na podobieństwo balonu umknął mu na korytarz i odbijał się od sufitu. Tam dwie pielęgniarki usiłowały przetransportować do gabinetu bardzo pijanego pacjenta (Florence nawet się nie zatrzymując cisnęła na niego zaklęcie oczyszczające, nic sobie nie robiąc z jego pełnego oburzenia, podpitego głosu, że na to zgody nie wyrażał). Gdzie indziej dwóch stażystów, wyłapywało żaby, z jakiegoś powodu skaczące po korytarzu - na widok Bulstrode, które rzuciła im uważne spojrzenie, umknęli, gubiąc kilka płazów z wiaderek.
Postanowiła, że o te żaby dopyta później. Całą resztę zignorowała, bo takie rzeczy zdarzały się w Mungu, choć z mniejszą częstotliwością, i poziom chaosu zaczynał powoli przekraczać tolerancję miłującej spokój i porządek Florence.
Zeszła na piętro, na którym znajdował się oddział zatruć i niewłaściwego użycia eliksirów. Potrzebowała w tej chwili zielarza, a w klinice takich najlepiej było szukać właśnie tutaj. Szybki rzut okiem na kolejkę pod gabinetem Poppy sprawił, że skierowała się do kolejnego - Greengrass prawdopodobnie miał zmianę, ale nie umówiono mu pacjentów, a miał zajmować się nagłymi przypadkami.
Zapukała, odczekała grzecznie pięć sekund, a potem uchyliła drzwi.
- Ambroise - powiedziała, stając w progu. Jak niemal zawsze jej uzdrowicielska szata (paskudna jak wszystkie szaty w klinice) była nienagannie czysta i niepomięta, jakby ledwo chwilę temu ją wyprano, a potem wyprasowano. Kasztanowe włosy ściągnięto w ciasny kok, z którego nie ośmielił się wymsknąć choćby jeden kosmyk, co uwydatniało twarz, bladą, nieco piegowatą, o regularnych rysach i bacznych, niebieskich oczach, typowych dla jej rodu. – Jeżeli nie jesteś bardzo zajęty, potrzebujemy na naszym piętrze diagnozy zielarza. Obawiam się, że trafił do mnie pacjent obłożony dość nietypową klątwą – zrelacjonowała, przypatrując się mu z uwagą, jakby planowała samym spojrzeniem odczytać jego myśli... albo przyszłość.


RE: [08.07.72] Zielona ręka - Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.08.2024

W standardowych okolicznościach uwielbiał swoją pracę. Nie bez przyczyny spędzał w Mungu większość życia i niemal nigdy nie umykał przed dodatkowymi dyżurami. No właśnie. Tak było zazwyczaj, ale nie dziś.
Skłamałby i to przeokrutnie, gdyby stwierdził, że to był jego dzień. Prawdę mówiąc, to każda upływająca minuta zdawała się potwierdzać, że nie tylko nie był to dzień Ambroise'a, lecz każdy przebywający w Mungu (uzdrowiciel czy pacjent) cierpiał na paskudną przypadłość fatalnej soboty. Była gorsza niż większość standardowych sobót. Gdyby nie zwrócił uwagi na kalendarz, powiedziałby, że już zaczęła się pełnia księżyca, podczas której dyżury na ogół obfitowały w chaos. Na ich nieszczęście (a może jednak na szczęście, kto wie) do tej zostało jeszcze kilka dni. To było coś innego. Jakby jakaś inna siła serwowała im nieustanne rozrywki. Przekorna i złośliwa.
Minęło dużo czasu zanim Greengrass zobaczył wnętrze swojego gabinetu. Od pierwszej sekundy dyżuru musiał odpowiadać na naglące przypadki, toteż gdy tylko zrobiło się trochę spokojniej postanowił w pełni skupić się na nadrobieniu wszystkich zaległości, których nazbierał pokaźną stertę. Zajęty spoglądaniem w magimikroskop i sporządzaniem notatek, niemal nie zwrócił uwagi na pukanie do drzwi. Dopiero ich skrzypnięcie przywołało go do rzeczywistości.
- Florence - kiwnął głową, ani na moment nie unosząc wzroku, żeby upewnić się odnośnie tożsamości gościa. Charakterystyczny ton głosu rozpoznałby wszędzie. Odchrząknął, ledwo powstrzymując ciężkie westchnienie. Nie dał się zwieść temu jak opanowanie brzmiała. Tego dnia sama wizyta koleżanki po fachu zwiastowała konieczność zmierzenia się z narastającym chaosem na korytarzu. Dźwięki dochodzące przez nieszczelność w drzwiach od dawna przygotowywały go na tę okoliczność, ale dotychczas (przez jakieś całe pół godziny jak pokazał rzut oka na zegarek) udawało mu się unikać angażu w łapanie żab i inne ciekawe czynności. Najwidoczniej znów przyszła kryska na matyska. Ponownie chrząknął, niespiesznie odsunął magiczny mikroskop i strzelił knykciami, podczas gdy kobieta wyłuszczała sprawę. Wtedy po raz pierwszy spojrzał na rozmówczynię, uniesieniem brwi dając do zrozumienia, żeby kontynuowała.
- Jeśli nie pomylił ingrediencji jak ci tam - pobieżnie machnął ręka w kierunku drzwi dając do zrozumienia, że chodziło mu o rechoczące zamieszanie, które rozniosło się po niemal wszystkich piętrach szpitala - to masz moją pełną uwagę.
Klątwa była czymś nowym i odmiennym, a więc godnym zainteresowania przerywającego mu aktualne czynności. Jego dotychczasowy dyżur skupiał głównie skrajnie idiotyczne przypadki. Nagłe przez swoje marne skutki, ale bardzo typowe pomyłki i eksperymenty z zamiennikami składników. Zadziwiające ile osób uważało, że kijanka i salamandra to niemal to samo. O kijanki było trudniej, o salamandrę łatwiej... a potem jeszcze dochodziła trywialna kwestia niewłaściwych proporcji i przykładowy przepis na porażkę był już gotowy. Gorący i bulgoczący kociołek z niespodzianką. Voilà!
- To może poczekać - machnął ręka w kierunku biurka i rozłożonych tam różności. Mówiąc to, wstał z miejsca i potarł zaraz palcami kark, marszcząc czoło. - Co sugeruje klątwę? - spytał.
Potrzebował dowiedzieć się jak najwięcej zanim jeszcze zobaczy pacjenta. Część jego kolegów z Munga preferowała wpierw wydać własny osąd a potem uzyskać informacje, ale on twierdził inaczej. Czekała ich droga na miejsce, więc równie dobrze mógł wiedzieć, na co się szykować.


RE: [08.07.72] Zielona ręka - Florence Bulstrode - 24.08.2024

Florence zmierzyła Ambroisa uważnym spojrzeniem, a potem jej wzrok przesunął się po rozstawionym sprzęcie. Nie wyglądało na to, że robił coś wyjątkowo pilnego, nie było więc już mowy, aby Bulstrode po prostu odpuściła.
Gdy szło o porządek w klinice, umiała być bardzo natarczywa i jeszcze bardziej uparta.
- To że jestem klątwołamaczką i ją zdiagnozowałam. Klątwa zresztą nie jest kłopotem sama w sobie. Już ją zdjęłam - odparła spokojnie, koncentrując wzrok z powrotem na jego twarzy. Umarłaby chyba ze wstydu, gdyby musiała szukać pomocy w takiej sprawie u uzdrowicieli innego wydziału, a potem powstałaby z martwych tylko po to, aby iść się douczyć, bo nie umiałaby zaznać spokoju w grobie. - Kwestia problematyczna to jej pozostałości. Ofiara miała zieloną rękę. Zarówno dosłownie, jak i metaforycznie. Gdy czegoś dotykała, rosły rośliny – wyjaśniła zwięźle. Jej twarz pozostawała spokojna, niemal nieruchoma, chociaż wewnętrznie uzdrowicielka znów poczuła przypływ irytacji, gdy przypomniała sobie jak wygląda jej gabinet. – Niestety pacjent przewrócił się, gdy wchodził do mojego gabinetu, a stres najwyraźniej wzmagał działanie klątwy. Przełamanie zaklęcia nie sprawiło, że rośliny znikły. Pacjent jest już wolny, za to mój gabinet jest w tej chwili porośnięty przez wielkie, ruchome pnącza, które usiłowały mnie udusić – poinformowała, i tym razem w jej oczach błysnęło coś, co świadczyło o... nie, nie o strachu, nie o gniewie, raczej o głębokim niezadowoleniu. Nie wydawała się ani trochę przejęta samym atakiem że stronny roślinności, ale już myśl o tym, że w jej wypieszczonym gabinecie, w którym wszystko stało jak pod linijkę, powstała prawdziwa dżungla, doprowadzała ją do wewnętrznego szału. Ktoś tak miłujący porządek jak Florence, a w wielu sprawach wręcz sztywny, nie mógł znieść chaosu we własnej przestrzeni. Łapanie żab na korytarzu? Proszę bardzo, ale nie pnącza na jej podłodze.
– Coś wyrosło też na ławce, na której siedział na korytarzu, ponieważ z jakichś niezrozumiałych powodów nie pomyślał, że nie powinien niczego dotykać. - Tym razem w jej suchy ton wkradła się nowa nuta, sugerująca, że Florence ma teorię, dla której pacjent na to nie wpadłam. Był po prostu niereformowalnym idiotą, ale Bulstrode takimi ocenami szafowała werbalnie w szpitalu z pewnym umiarem. - Nie znam tych roślin. Muszą należeć do jakichś nietypowych lub są zmutowane. Nie reagują na magię rozpraszającą. Wolałabym aby zerknął na nie ktoś od was, zanim zaduszą jakiegoś pacjenta – wytłumaczyła. Florence potrafiła usuwać skutki zaklęć, ale rośliny nie były jej domeną, a wiedziała, że mogły zareagować różnie na próby pozbycia się ich na tradycyjne sposoby. Jeśli były magiczne, być może niektórych zaklęć czy eliksirów nie należało używać, aby nie osiągnąć efektu odwrotnego od zamierzonego. Było to więc idealne zadanie dla Greengrassa. Wydział, na którym pracował, wymagał dużej wiedzy o florze, a rodzina, do której należał słynęła właśnie że zorientowania w takich tematach.


RE: [08.07.72] Zielona ręka - Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.08.2024

- Touché - kiwnął głową. Rzeczywiście. To było aż tak proste, że w żadnym razie nie kwestionował lekko podminowanej koleżanki. Co prawda zaskoczyła go informacja, że klątwy już nie było, ale z tym większym zainteresowaniem oczekiwał rozwinięcia historii.
Jedna z jego brwi powędrowała bardzo wysoko. Jeśli nie był zadowolony z puszczenia pacjenta wolno (a nietrudno było wywnioskować, że nie był i chciałby go zobaczyć nawet z czystej naukowej ciekawości, żeby zadać parę pytań) to nie dał tego po sobie poznać. Nie wątpił, że ktoś tak profesjonalny i oddany wykonywanemu zawodowi jak Florence zrobił dostatecznie szczegółowy wywiad z botanicznym Midasem. Jeżeli pacjent został wyleczony i oddelegowany ze szpitala to oznaczało, że posiadali wszystkie informacje, jakie mógł im zaoferować. Aktywna obecność kogoś, kto narobił niezłego bałaganu nie była niezbędna do sprzątania skutków klątwy. Poza tym zawsze mogli przywołać delikwenta w celu odpowiedzi na dodatkowe pytania, jeśli okazałoby się, że jest to konieczne. Ambroise podejrzewał, że nie będzie.
Cokolwiek uczynił albo czego nie zrobił ten nieszczęśnik, nie był to najbardziej przemyślany rodzaj klątwy. Przynajmniej na oko Greengrassa zawiewało tanim działaniem w afekcie. Upierdliwe, chaotyczne przekleństwo i to z gatunku tych, które przeklinającej albo przeklinającemu mogły wydawać się kreatywną karą, ale nie były nią. Zdecydowanie można było znaleźć bardziej wysublimowane sposoby na zemstę. Takie, które nie strzelały z rykoszetu we wszystkich dookoła i nie rozprzestrzeniały się w nieelegancki, kanciasty sposób. Dobra klątwa (stwierdzenie na wyrost i to kwestionowalne, bo brzmiało jak oksymoron) powinna być znacznie bardziej subtelna. Do tego stopnia, że przeklęty kwestionowałby swoje zdrowie psychiczne.
Czy ta stara ławka nie powinna być z suchego drewna? To dlaczego ma świeżą gałązkę z listkami? Spytam siostrę czy też to widzi a następnie Jak to nie widzi tej gałązki? Przecież tu rosną listki! O tutaj! Prosta droga do Lecznicy Dusz.
Oczywiście, istniało duże prawdopodobieństwo, że chodziło o splot przypadków. Ten niezbyt światły, jak wskazywały słowa Florence, ktoś znalazł się w złym miejscu o złym czasie. Znalazł coś przeznaczonego dla innej osoby. Dotknął rzeczy, której nie powinien. Na stan jego wiedzy o pracy na tamtym oddziale, to zdarzało się częściej niż rzadziej. Wtedy oczywistość i toporność klątwy była bardziej zrozumiała. Natomiast Ambroise wolał bardziej personalną wersję wydarzeń. Wściekłą kochankę z zasuszonymi roślinami. To za moje filodendrony, gnoju skundlony!
- Nie podlał matce paprotek? Nie przynosił kwiatów dla dziewczyny? Deptał zieleń na skwerku? - spytał, choć nie oczekiwał odpowiedzi w podobnym tonie. Wcale nie oczekiwał. Co najwyżej wywrócenia oczami albo westchnienia. Widział, że Bulstrode traktuje całą sytuację jak utrapienie a nie okazję do żartów. Gdyby był na jej miejscu pewnie również nie byłoby mu do śmiechu, ale obecnie mógł pozwolić sobie na nieznaczne drgnięcie kącików ust. Rośliny, jakiejkolwiek by nie były, traktował jak znacznie mniejszy problem od klątw niewiadomego pochodzenia. Nawet najbardziej nieprzewidywalne hybrydy miały co najmniej garść schematycznych cech gatunkowych a z tym można było pracować.
Pewnie gdyby wdał się w dyskusję z Florence, to szybko okazałoby się, że przekleństwa działały w podobny sposób. Powiedziałaby mu coś na zasadzie istnieje standaryzacja oparta na tym i na tamtym, a w związku z nią można wykluczyć lub potwierdzić to lub tamto, a potem leczyć pacjenta tak czy siak, ale ta specjalizacja nigdy go nie interesowała ani nie planował wchodzić w kompetencje koleżanki, która mogła różnorako odebrać zainteresowanie. Nie było pacjenta, nie było aktywnej klątwy, nie było sprawy. Były wyłącznie rośliny skutecznie odkładające swoje trzy pędy do narastającego chaosu w Mungu. Im szybciej się ich pozbędą, tym lepiej.
- Spojrzymy, zobaczymy, wytępimy - powiedział prosto i bez zbytecznego rozdrabniania się. Wolał zobaczyć na własne oczy, z czym mieli do czynienia niż zakładać coś z góry.
Może był wykładowcą, ale doktoryzowanie się nad czymś, o czym jedynie mógł spekulować nie było w jego stylu. Wprost gardził ludźmi, którzy udawali mądrzejszych i bardziej oczytanych niż byli w rzeczywistości. Zadzieranie nosa przechodziło wyłącznie wtedy, kiedy można było wnieść coś mądrego do tematu i tym samym zagiąć rozmówców. W każdym innym wypadku bywało zaledwie śmieszne, godne politowania. Na świecie występowało tyle rodzajów roślin mogących uchodzić za pnącza, że bez wizualnej kontroli nie zamierzał zapewniać Florence, że mogli zrobić z tym coś więcej niż wezwać dodatkowe wsparcie. Był niemal pewny, że skoro klątwa dała się zdjąć to jej pozostałości nie powinny być trudniejsze do wyplewienia, ale zamierzał zawyrokować wyłącznie po dotarciu na miejsce.
- Skąd się napatoczył? Ktoś mu zapewnił tę zieloną rękę czy to niezbyt światły botanik bez talentu? - spytał głównie z czystej ciekawości, bo w pierwszej chwili zapomniał o możliwości, że to czarodziej sam się przeklął. Przypadkiem albo co gorsza celowo, bo wydawało mu się, że ułatwi to pracę.
Zabierając kilka potencjalne potrzebnych rzeczy, włożył je do kieszeni zanim przepuścił Florence w drzwiach i zamknął je za sobą.  Pomimo sztywnienia w kolanie, starał się iść sprawnie, żeby nie dopuścić do zaduszenia kogokolwiek na oddziale. Mung nie potrzebował kolejnych problemów.
- Już pewnie widziałaś, ale uważaj na żaby. Są wszędzie - uśmiechnął się z politowaniem dla umiejętności stażystów, którzy przypadkiem roznieśli ten problem zamiast ukrócić go w zarodku… albo raczej w kijance.


RE: [08.07.72] Zielona ręka - Florence Bulstrode - 26.08.2024

– Ależ skąd. Nigdy w życiu nie zrobił niczego złego, nikogo nie zdenerwował, muchy nie skrzywdził, jego stopa nie zdeptała ani jednego kwiatka, dba o przyrodę, a w wolnych chwilach zajmuje się przeprowadzaniem starszych pań przez ulicę – odparła Florence, i tym razem nawet nie próbowała ukryć ironii, która wkradła się w jej ton. Pacjent podczas wywiadu przedstawiał się niczym anioł wcielony z mugolskich wierzeń, który ofiarą czyjejś klątwy mógł paść wyłącznie na skutek całkowicie bezpodstawnej, ludzkiej złośliwości, i długo nie chciał pojąć, że ustalenie okoliczności jej rzucenia może pomóc w jej szybkim zdjęciu i uniknięciu skutków ubocznych.

Nie żeby Florence była zaskoczona tym, żeby kłamał. Pacjenci często kłamali, najczęściej ponieważ chcieli przedstawić się w lepszym świetle albo wyolbrzymić objawy, by szybciej otrzymać pomoc. Czasem zależało im na ukryciu, że zrobili coś nielegalnego. Mówili na przykład, że wcale się nie pojedynkowali, gdy ona widziała na pierwszy rzut oka, że owszem, pojedynek miał miejsce. Albo że na pewno w ich posiadaniu nie znajdują się żadne podejrzane przedmioty, które mogły być przeklęte, a potem wracali drugi raz z tą samą klątwą.

To jednak z jakim poświęceniem mężczyzna zapewniał, że jest świętym, sprawiło, że Florence nie była w stanie darować sobie kilku ironicznych komentarzy. No doprowady, człowiek bez grzechu.

- Bez wątpienia został celowo przeklęty, to nie był efekt żadnego nieudanego eksperymentu. Celowo wybrano go na ofiarę. Przekleństwo spektakularne, mające zwrócić uwagę, stosunkowo łatwe do przełamania, ale starannie rzucone i niestandardowe, prawdopodobnie autorki wytwór rzucającego. Sądząc po zachowaniu pacjenta, doskonale wie, kto je rzucił i nie zamierza się do tego przyznawać - zrelacjonowała Florence rzeczowo, bo wprawdzie nie wiedziała, jak miało to pomóc Grenngrassowi w zajęciu się roślinami, ale być może jakoś mogło. A ona jako uzdrowicielka miała wbite do glowy: uzdrowiciel pyta, to mu odpowiadasz, ponieważ mogło to mieć znaczenie podczas pozbywania się problemu. - Oczywiście, zapewne dlatego, że jest dobrocią wcieloną i wolałby, aby nikt nie miał problemów, bo bezpodstawnie go skrzywdził - dodała, i o ile wcześniejsze słowa wypowiadała suchym tonem, o tyle teraz w jej głosie pobrzmiewał sarkazm. - Zdawał się nie lubić roślin. Cóż, mnie bez wątpienia nie powie nic więcej, ale jeżeli potwierdzisz, że pnącza w moim gabinecie są niebezpieczne, zamierzam powiadomić o sytuacji Brygadę.

Może gdy oni zapukają do jego drzwi, mężczyzna będzie bardziej skłonny do zwierzeń. Pod spojrzeniem Florence się skręcał, na ironiczne uwagi krzywił, ale nie zdradził niczego. Jeżeli jednak klątwa mogła zagrozić osobom postronnym, była to już sprawa dla Brygady, a Florence była skłonna przekazać im tę z dziką satysfakcją.

Wyszła na korytarz. Nie biegła: nie chodziło nawet tylko o to, że Ambroise mógłby nie nadążyć, Florence po prostu rzadko biegała gdziekolwiek. Ktoś musiałby się najmniej wykrwawiać albo spadać z miotły na jej oczach, aby zerwała się do biegu. Szła jednak stosunkowo żwawym krokiem, chociaż gdy mijała kilka żab skaczących korytarzem w panice, wiele ją kosztowało, aby po prostu je zignorować.

- Czy wiesz, skąd się tu wzięły? - spytała, kiedy pozostawili je za sobą i schodami ruszyli na piętro jej wydziału. Przeklętą ławkę mogli zobaczyć już z daleka: porosła trawą oraz kwiatami, jak w jakiejś bajce z mugolskiego Disneya. Gabinet Florence pozostawał w tej chwili zamknięty.


RE: [08.07.72] Zielona ręka - Ambroise Greengrass-Yaxley - 26.08.2024

Ambroise niemal parsknął.
- Przyznaj, jeśli zachowywaliby się tak jak zazwyczaj opowiadają, tym bardziej chciałoby się ich przekląć - wywrócił oczami, to był odpowiedni moment, żeby tak zrobić. Oczywiście, aż za dobrze znał te wszystkie opowieści pięknej treści. - W ramach tego, żeby nie zawyżali standardów nieosiągalnych dla wszystkich innych ciężko pracujących ludzi - dodał z przekąsem. - Ja na przykład po pracy muszę przez to starannie dbać, żeby były na tym samym poziomie. Robić same złe rzeczy, denerwować ludzi, krzywdzić muchy, deptać kwiatki, niszczyć naturę. Ledwo mam chwilę, żeby wpychać starszych panów pod mugolskie pojazdy i odbierać pogróżki od niezadowolonych krewnych, bo ogród płonie czwarty raz w tygodniu - zacmokał. Nieczęsto pozwalał sobie na tak otwarte żarty w sytuacji, w której powinien przejmować się dobrem i bezpieczeństwem oddziału, ale raz na jakiś czas należało rozluźnić atmosferę. Florence była dostatecznie spięta, żeby darował sobie podtrzymywanie klimatu sztywnego niezadowolenia. Wystarczyło, że czekała ich przeprawa z naprawianiem skutków klątwy, a on chciał wpierw dowiedzieć się jak najwięcej.
Po części próbował wywnioskować, w jakiej energii będą się poruszać (złej to wiadomo, ale różne złe emocje różnie napędzały rośliny). Z drugiej strony był zaciekawiony z czysto plotkarskiego punktu widzenia. Codziennie mierzyli się z ciekawymi przypadkami na różnych oddziałach, ale zawsze był nieoficjalny przypadek tygodnia. Na ten moment pnącza rywalizowały z żabami. Dwa duże pokazy jednego dnia i ani jeden z jego oddziału. Gdyby nie był zmęczony różnymi innymi przypadkami zatruć, które leczył, mógłby się poczuć urażony. Nie mieli niczego barwnego już od miesiąca.
- Żona albo kochanka - zawyrokował bez mrugnięcia okiem. Jasne, mógł się mylić. Nie widział pacjenta ani nie rozmawiał z nim, ale chyba mogli zgodzić się, że opis sugerował zbrodnię pełną silnych uczuć. Mało kto potrafił odczuwać tak mocne i skrajne emocje, co skrzywdzona kobieta. Chciała go ukarać. Skrzywdzić, ale nie zabić. Tym bardziej, że klątwa była prosta do złamania. - Tak. Wiem. Założenie na wyrost - ale najprostrze wyjaśnienia były najczęstsze. Teoria o wściekłej czarownicy pasowała jak ulał. Może aż za dobrze? Ta myśl zbiła go z tropu, bo jako fan teorii spiskowych musiał dopuszczać do siebie, że zbyt oczywiste wyjaśnienia były przykrywkami dla bardziej zagmatwanych. Może nie powinien zagłębiać się w temat. Z tego wszystkiego najważniejsze na teraz były rośliny.
- No, zobaczymy, co z tą Brygadą - odmruknął do nikogo konkretnie. Nie był wielkim zwolennikiem angażowania stróży prawa w jakiekolwiek sprawy, ale czasami nie można było ich uniknąć. W tym wypadku coś pod skórą mówiło mu, że to mogła być konieczność. Co jeśli klątwa nie była wyłącznie nauczką a jakąś formą (samo)obrony? Pnącza w naturze miewały rolę odgradzającą coś od czegoś. Koniecznie musiał na nie spojrzeć. Do tego stopnia, że niemal machnął ręka na stan ławki. Raczej była nieszkodliwa.
- Urazy magizoologiczne. Jakiś pacjent próbował przemycić nielegalnie kupione kijanki pod swoim - szukając odpowiedniego słowa, aby nie być nieprofesjonalnie wulgarnym (tę część zachowywał na rozmowy poza pracą), ledwo powstrzymywał uśmieszek. Taki, jakiego można byłoby się spodziewać u rozśmieszonego nastolatka, ale kto by się dziwił. To było całkiem przezabawne. - Po prostu poczynił krok w kierunku zmiany religii a żaby okazały się zwykłymi rzekotkami na turbo eliksirach - kontynuował niezmiernie zadowolony z zaprezentowania całkowicie nieprzydatnej wiedzy teologicznej z magizoologiczną. - Stażyści dali im dodatkowego kopa przez pomyłkę w tworzeniu antidotum. I przypadkiem roznieśli je chyba po prawie wszystkich piętrach. Rozdeptane zamieniają się w skrzek, skrzek w kijanki, kijanki w żaby i tak dalej.
Niezbyt często mógł być tą pierwszą osobą, która przekazywała interesujące informacje. Miał wrażenie, że Florence zazwyczaj wiedziała szybciej. Tym razem prawdopodobnie miał farta (walkę z klątwą i pnączami trudno nazwać fartem, ale to zignorował) albo poziom absurdu był tak duży, że dzielono się tym z każdym z personelu kto chciał słuchać. Znalazł się w dobrym miejscu o dobrym czasie, żeby usłyszeć o nowym pacjencie ze skrzekiem pod napletkiem.
- Te tutaj wyrosły przed czy po tych w gabinecie? - spytał, gdy doszli do ławki. Nie potrzebował wiele, żeby zmienić temat. Robił tak zawsze, gdy w grę weszło coś bardziej interesującego. Tak się złożyło, że bliższe spojrzenie na rośliny (te same, które z daleka ocenił jako nieinteresujące, myląc się) zmieniło podejście uzdrowiciela.
- Ciekawe - mruknął do siebie. Różdżką przesunął od jednego brzegu siedzenia do drugiego i w drugą stronę - Zachowują się nieoczywisto.


RE: [08.07.72] Zielona ręka - Florence Bulstrode - 27.08.2024

– Zupełnie cię nie rozumiem, Ambroise – powiedziała Florence. Ton miała niewzruszony, twarz jak wykutą w kamieniu, nie drgnął na niej choćby jeden mięsień. Mogłoby wydawać się, że zaraz spróbuje go zganić za żarty nie przystające do poważnej sytuacji: potencjalnie czarnomagicznej klątwy i zagrożenia w jej gabinecie. Nic takiego jednak się nie stało. – Dlaczego czekać aż wyjdzie się z Kliniki? Ja staram się dobrze spożytkować także czas pracy i dbać o reputację już tutaj, stażyści i współpracownicy są przecież doskonałymi ofiarami.
Bulstrode mogła wydawać się nadmiernie sztywna i właściwie taka bywała, ale pod chłodnym spojrzeniem kryły się całkiem spore pokłady poczucia humoru, nawet jeżeli niekiedy nieco wisielczego i nie zawsze zrozumiałego dla otoczenia.
Żona albo kochanka: założenie statystycznie dające spore szanse na trafienie, ale tak jak zaraz Greengrass sam stwierdził, postawione na wyrost. Tylko w tym tygodniu Florence przyjmowała mężczyznę, którego nogi zżerały buty, które wręczył mu w ramach żartu przyjaciel, a potem usuwała efekty źle rzuconych zaklęć z pewnej kobiety, do której żal miał brat. Często winnymi były kochanki i żony, ale bywały i sąsiedzkie kłótnie, rodzinne awantury, konflikty między współpracownikami, a i ofiarami nieraz padały mugolaki – z czystej złośliwości.
Nie zamierzała jednak w tej sytuacji tego wszystkiego wykładać, bo Ambroise raczej to wiedział, a miał lekkie skłonności do tworzenia różnych teorii spiskowych i zwykle nie było warto się o te wykłócać.
– Jedną z najpaskudniejszych, czarnomagicznych klątw, jakie zdejmowałam, rzucono na pewnego urzędnika. Musiałam zeznawać w Wizengamocie, dobrze więc pamiętam tę sprawę i wiem, w jaki sposób się zakończyła. Podejrzewano jego brata, partnerkę, kogoś, kogo wniosek odrzucił w pracy… okazało się, że był zupełnie przypadkową ofiarą. Znalazł się w złym miejscu, w złym czasie. Poszedł na obrzeża Nokturna, szukając tam rzadkiego eliksiru, akurat gdy żona sprzedawcy chciała na kimś wypróbować autorką klątwę. Nie spodobało się jej, że patrzył na nią, jak uznała, z pogardą – stwierdziła Florence w pewnym zamyśleniu. Nie że spodziewała się, że to był taki przypadek. Jej „anioł wcielony”, niesłusznie przeklęty, nie czułby się pewnie w obowiązku zapewniać, jaką był chodzącą doskonałością, pozbawioną jakichkolwiek wrogów, gdyby nie miał pewnych podejrzeń.
Ona sama nie miała żadnych problemów z przekazywaniem takich rzeczy Departamentowi Przestrzegania Prawa, kontakty z nimi też były dla niej czymś naturalnym. Kiedyś pracował tam jej ojciec, teraz obaj bracia i najlepszy przyjaciel. Mogła zdjąć klątwę, potwierdzić jej rzucenie, sprawdzić, w jaki sposób została utkana, podać możliwy zakres skutków ubocznych i komponenty konieczne do utkania takowej, ale szukanie winnych nie było już zadaniem Florence. Uważała, że powinni zostać ukarani… tyle że nie przez nią. Ona miała zająć się ofiarami.
– Cudownie. Trzeba będzie zorganizować eksterminację – osądziła, bo miała dziwne wrażenie, że jeśli nie weźmie się za dyrygowanie akcją ktoś kompetentny, ona, znaczy się (tak, miała o sobie wysokie, może nawet zbyt wielkie mniemanie), to nie pozbędą się żab do kolejnego miesiąca. A ona nie życzyła sobie znajdować żabiego skrzeku w łazienkach. Chwilowo jednak pierwszeństwo miały rośliny.
Zatrzymała się przed ławką. Sięgnęła po różdżkę, tak na wszelki wypadek, gdyby trawa nagle postanowiła kogoś pożreć, ale nie rzucała na razie żadnych zaklęć, pozwalając Greengrassowi obejrzeć rośliny.
– Dotykał tej ławki, zanim wszedł do mojego gabinetu. Nie wiem, w którym konkretnie momencie pojawiły się te kwiaty, ponieważ zobaczyłam je dopiero, kiedy zdjęłam już klątwę i musiałam z pacjentem wyjść od siebie, bo pnącza zaczęły wymykać się spod kontroli. Zakładam, że roślinność na ławce była pierwsza.
Zmarszczyła lekko brwi.
- Co dokładnie rozumiesz przez "nieoczywisto"?


RE: [08.07.72] Zielona ręka - Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.08.2024

Nie przyznałby się do tego, ale na sekundę wprawiła go w konsternację. Następnie w zaskoczenie. Zaś potem przyprawiła o przekorny uśmieszek i towarzyszące temu parsknięcie.
- Imponujące oddanie - stwierdził Ambroise, po czym chrząknął - Il Mostro Italiano - znów przykrył to kaszlo-chrząknięciem, jak gdyby nigdy nic. Nie miał pojęcia jakim przezwiskiem obdarzyli go stażyści (miał nadzieję, że chociaż równie śmiesznym), ale Bulstrode mogła pochwalić się całkiem zabawnym określeniem. Nawet jeśli nie zgadzał się z tym, żeby była przesadnym potworem. Niewątpliwie szanował jej oddanie pracy i utrzymaniu porządku tam, gdzie należało. Tym bardziej, że dzięki temu miała okazję uczestniczyć w wielu interesujących wydarzeniach, dzieląc się doświadczeniami.
Przez całą opowieść wpatrywał się w nią z zainteresowaniem, doskonale wyczuwając, że raczej nie potrzebowała komentarzy z jego strony. Odezwał się dopiero wtedy, kiedy nadeszła na to pora i powrócili do bieżących problemów.
- Przedtem warto złapać jedną czy dwie do badań. To też pokonało naszych drogich stażystów - nieznacznie potrząsnął głową - bo musisz wiedzieć, moja droga Flo, że te naszprycowane eliksirami rzekotki są zrozumiale bardziej wrażliwe na urazy mechaniczne. Złapiesz taką zbyt mocno i puf! trzymasz w ręce skrzek puf! ścigasz sto nowych żab. Rozumiesz, że chciałbym wiedzieć, co dostała matka prażaba - nie pytał. Wiedział, że od czasu do czasu dzielili naukową ciekawość.
Prócz tego trzeba było wiedzieć, co zrobić z problemem pomnażania nowych płazów z tych zabitych. Kiedy ostatnio słyszał jakieś wieści, ktoś miał zamiar skontaktować się z odpowiednimi służbami porządkowymi. Jak widać, tych nadal nie było, więc albo to nie doszło do skutku, albo nikt tam nie uznał ich problemów za priorytet. Czyli standardowo. Ambroise byłby zdziwiony, gdyby od razu zażegnano problem. W tym wypadku, skoro żaby nadal opanowywały szpital, niespecjalnie żałował swojego braku zaangażowania. Sami pracownicy urazów magizoologicznych mieli związane ręce. Co powinni zrobić inni uzdrowiciele? To było całkiem bezcelowe, jeśli nie mieli otrzymać rychłego wsparcia. Pozostawało starać się omijać plaży i robić co innego.
Skoro mógł zająć się innym kłopotem, zamierzał to zrobić. Kto wie, może pnącza były mięsożerne i mogliby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu dzięki rzucaniu w nie żabami. To byłoby tak dobre, że aż niemal nieprawdopodobne. Mimo to nie tracił zapału. Z wewnętrznym entuzjazmem podszedł do badania pierwszych roślin powstałych z klątwy. Przesuwając różdżką niemal nie zwrócił uwagi na zadawane mu pytanie.
- Widzisz, nie używam ani odrobiny magii poza tą naturalnie emitowaną przez różdżkę a one i tak za nią podążają. Spójrz na sposób w jaki obracają płatki. Są bardzo wrażliwe na strzępki czarów. Nawet jak na to, skąd powstały - odpowiedzia. Cały czas nie odrywał wzroku od ławki. Dawno nie widział, żeby coś tak bardzo… musiał znaleźć odpowiednie określenie. - Łaszą się do różdżki.
To był bardzo wieloraki znak. Nie wiedział jak powinien go odbierać. Im dłużej testował rośliny, tym więcej reagowało. Po chwili każde źdźbło trawy i każdy kwiatek dosłownie tańcowały za różdżką.
- Weźmy pod uwagę kilka opcji zanim zaczniemy coś robić - spojrzał na Florence. Upewniał się, że ma pełne zainteresowanie. - Logiczne, że wyrosły przed pnączami. Skoro miał zieloną rękę to ławka nie była wyjątkiem. Pytanie czemu te tutaj są łagodne a tamte chcą kogoś udusić - zamyślił się, bo to nie był wytwór przypadku. Koleżanka zapewne potwierdziłaby taki wniosek, ale nie czuł potrzeby, żeby się tym dzielić.
- Pnącza stały się pnączami, bo używałaś magii, żeby pozbyć się klątwy. To była forma samoobrony. Naładowałaś rośliny magią, więc stały się mniej przewidywalne i mocniejsze. Te tutaj mogą zrobić to samo. Dlatego nie użyjemy więcej magii. Jak zwykłe rośliny, niepodlewane wodą czy w tym wypadku zaklęciem umrą same z siebie - sam sobie przytaknął, ale zaraz kontynuował. W żadnym razie nie powinni spocząć na laurach. Najprostsze założenia mogły być omylne.
- Albo te tutaj też były pnączami, ale zdjęcie klątwy zadziałało i skutki zaczynają cofać się od tych najstarszych do najświeższych. Pnącza w gabinecie były później, więc mogły zmienić się i złagodzić chwilę temu. Albo za chwilę. Ogólnie to znaczy, że mogą mieć przyspieszony cykl rozwojowy. A wtedy poczekamy, nie podlejemy ich, same zginą. Albo pozbywamy się logiki i zakładamy, że wyrosły po pnączach, bo wszystkie statystyki poszły obronę klątwy, w pnącza w gabinecie. Te tutaj nie miały szansy na rozwój. Klątwa została zdjęta. To by znaczyło, że nie są groźne. Nie zostało im wiele, próbują łykać resztki magii z różdżki, więc zaraz same znikną albo będą bardzo łatwe do sprzątnięcia, gdy pozbędziemy się tych tam - stwierdził, przez ten cały czas mówiąc bardzo szybko i nie zastanawiając się nad tym czy brzmi zrozumiale. Głównie wypowiadał na głos to co myślał, próbując poukładać to sobie w głowie.
- Nie sądzę, żeby były niebezpieczne, ale nie warto ryzykować. Pod wpływem magii mogą się rozrosnąć i zmienić w to samo co w gabinecie. Albo po sprzątnięciu tamtych mogą dostać magicznego kopa. Nie wiemy jak są połączone. Poza tym są za ładne. Ktoś może na tym usiąść i pożałować. Na moje oko, trzeba je wstępnie odgrodzić. Bez użycia magii. Zaryzykujemy i najpierw zajmiemy się gabinetem, później tym tutaj. Zgoda?
Pytanie było tylko formalnością, ponieważ mieli do czynienia z gabinetem Florence. Gdyby nie to, pewnie nawet wolałby poradzić jej pozostanie na zewnątrz.


RE: [08.07.72] Zielona ręka - Florence Bulstrode - 28.08.2024

Florence za plecami obdarowywano różnymi określeniami. Fernah Slughorn, Cameron Lupin i ich znajomi choćby przywoływali Generał Ład i Porządek, ale zdarzały się także miana znacznie mniej pochlebne, właściwie nigdy jednak nie wypowiadane prosto w oczy. Bulstrode nie dbała o nie, może dlatego, że od lat dziecinnych miała o sobie bardzo wysokie mniemanie i nie umiałaby dopatrzeć się błędów w swoim postępowaniu, zapewne nawet gdyby takie popełniła. Perfekcjonizm sprawiał, że sama dla siebie była surowym krytykiem, ale jednocześnie za mało dbała o zdanie większości populacji, aby troszczyła się o tę krytykę, którą wyrażali oni.
– Przychodzi mi naturalnie – odparła Florence gładko.
Zmarszczyła odrobinę czoło na tę jego opowieść. Nie mogło chodzić tylko o dziwne okazy płazów – na takiej faunie zresztą zupełnie się nie znała – bo wtedy nie namnażałyby się żywe z tego, co już umarło. Taki efekt mogła osiągnąć wyłącznie nekromancja, a nawet wskrzeszenie byle żaby nie mogło przebiec ot tak, bez włożenia w to właściwej porcji energii. To zaś oznaczało…
- …prawdopodobnie więc to w ogóle nie są żaby, a efekt zaklęcia transmutacyjnego – stwierdziła, już z nieco większym zainteresowaniem spoglądając na płaza, który skakał po korytarzu. Magiczne zwierzęta nie były jej specjalizacją, ale efekty czarów już jak najbardziej, nawet jeżeli raczej zajmowała się zdejmowaniem tychże z ludzi niż eksperymentami naukowymi. – W takim wypadku byłoby interesujące, jakich składników użyli, żeby je utrwalić. To może być jakaś wariacja klątwy i wcale nie chodzi o żaby same w sobie.
Bardzo chętnie zażądałaby od tych stażystów, którzy umknęli z wiadrem, aby je do niej przynieśli, wraz z zawartością, a potem znalazła osobę, od której to wszystko się zaczęło. Niestety, nawet gdyby naprawdę chciała wziąć się za badania nie tylko po to, aby oczyścić korytarze kliniki, przywracając ład i porządek, a także ze względu na naukową ciekawość, nie miałaby teraz gdzie ich przeprowadzić. Oczyszczenie jej gabinetu i potwierdzenie, na ile klątwa była niebezpieczna (a przecież w innych miejscach bytności tego człowieka też mogły zostać jakieś pnącza – twierdził wprawdzie, że nie, ale Florence nie wierzyła w ani jedno jego słowo) było istotniejsze.
Gdy Ambroise oglądał rośliny, Florence mierzyła ławkę takim spojrzeniem, że gdyby wzrok miał magiczną moc, to mebel – wraz z porastającymi go roślinkami – obróciłby się w proch. Niestety, nic takiego się nie stało.
– Mogło to wynikać też z czasu kontaktu. Poza tym w moim gabinecie był zestresowany, a to wydawało się pogłębiać działanie klątwy. Te rośliny mogą być spokojniejsze i nie tak rozrośnięte, bo tylko przez moment dotknął ławki. U mnie najpierw dotknął futryny, potem się przewrócił, wstawał, podpierając się dłońmi, a potem dotknął jeszcze leżanki, chociaż bardzo wyraźnie instruowałam, że to jest dokładnie to, czego ma nie robić.
Mina Florence mówiła teraz więcej niż tysiąc słów. Kiedyś, w pewnej animacji Disneya, dokładnie taką miał przybrać wujaszek Skaza, gdy informował świat, że otaczają go idioci.
Odetchnęła, wydobyła z kieszeni fartucha notatnik, napisała na nim parę słów, NIE ZBLIŻAĆ SIĘ, NIEBEZPIECZEŃSTWO – a potem przyczepiła do ściany tuż nad ławką. Bez większej nadziei, że to wszystkich powstrzyma, ale może tych rozsądniejszych owszem, i selekcja naturalna zrobi resztę. Nie miała też zamiaru rzecz jasna odgradzać potem tej ławki niemagicznie, ani jej sprzątać – była uzdrowicielką, do diaska, nie robiła takich rzeczy bez udziału magii. Niech się tym zajmą woźni albo stażyści, ewentualnie uzdrowiciele z wydziału Greengrassa – miała niejasne wrażenie, że niektórych ten przypadek może bardzo zainteresować i zechcą pobrać próbki.
Potem wyciągnęła klucz i różdżkę. Otworzyła drzwi gabinetu i niemal natychmiast ustawiła tarczę – i jakieś dwie sekundy później w tę zastukało brązowo-zielone pnącze, wyrastające z futryny. Ambroise może i sugerował ostrożność z magią, ale Florence nie zamierzała dać się udusić, a pnącze ewidentnie chciało zaatakować.
Cały ich gąszcz pokrywał też podłogę, zaraz za wejściem, w miejscu, w którym upadł pacjent. Leżanka nie była widoczna z tej perspektywy, ale uzdrowicielka wiedziała, że znikła zupełnie, spowita ciasnym płaszczem roślinności.
Zachowywały się trochę jak diabelskie pnącza, ale były chyba znacznie słabsze… tyle że światło nie działało na nie równie skutecznie, bo padało z korytarza. Zapewne musiały więc powstać właśnie w wyniku tejże klątwy i w istocie nie istniały w naturze. Może za jakiś czas znikłyby same, ale póki co się na to nie zanosiło…


RE: [08.07.72] Zielona ręka - Ambroise Greengrass-Yaxley - 28.08.2024

Na tej płaszczyźnie mieli jasność, ponieważ Ambroise także niespecjalnie przejmował się opinią innych na swój temat. Zresztą. W zależności od środowiska, które by o niego spytano, odpowiedzi mogłyby brzmieć zupełnie inaczej. Nie do końca żartował, kiedy wspominał, że najgorsze cechy charakteru zachowywał na czas spędzony poza szpitalem. To, że tutaj był przykładnym uzdrowicielem nic nie znaczyło w większej perspektywie. Nawet jeśli nie nazywano go tu Frustrance Bólztrudem, gdzieś musiał mieć jakieś mało kulturalne przezwisko. Gdyby je usłyszał, pewnie nawet by to docenił. Kreatywność ludzi nie znała granic.
Dokładnie tak samo jak światłość Florence, która nagle postanowiła zaskoczyć go jednym prostym zdaniem.
- Nie wziąłem tego pod uwagę - odpowiedział ze zmarszczeniem czoła.
Zdecydowanie zbyt głębokie na jego faktyczny wiek zmarszczki były dowodem na to, że (niezależnie od tego co zawsze mówił) niejednokrotnie dało się zbić go z tropu. Gdyby rzeczywiście jakoś głęboko interesowała go ta sprawa, mógłby poczuć się urażony, że to Florence wpadła na tak prosty i oczywisty trop. Wtedy w żadnym wypadku nie przyznałby jej racji. Nie ot tak ani nie wprost.
- Nielegalny zakup na Nokturnie poszedł gorzej niż założono? - mruknął do nikogo konkretnie, wcale nie oczekiwał odpowiedzi, ta naturalnie musiała być twierdząca. - Klątwa, nekromancja, możliwe, że też inne gówno - nawet jeśli nie okazywał tego w widoczny sposób, właśnie poczuł się jak niedoświadczony uczniak.
Powinien dojść do tych samych wniosków na długo przed nią. Tymczasem wystarczyła chwila, żeby Florence wyprzedziła go we wszystkim, co dotyczyło tematu. Co gorsza, zrobiła to w bardzo zdawkowy sposób. Codzienna praca przy klątwach miała z tym wiele wspólnego, ale Ambroise nie lubił marnych wymówek. Zdążył kilka razy ochrzanić się w myślach.
"Naszprycowane eliksirami" mu w dupę. Oczywiście, że to nie były wyłącznie eliksiry. Nadmierna pewność siebie prowadziła do błyskawicznej lekcji pokory, której nie chciał odbywać. Nie lubił, kiedy ktoś wpadał na właściwy trop z taką łatwością jaką zaprezentowała koleżanka. Zapewne mógł dać sobie trochę mniej batów w związku z tym, że to była Florence. Ze wszystkich uzdrowicieli miał ją za jedną z najbardziej światłych osob, ale...
... z drugiej strony to była Florence. Jeśli ktoś mu wjeżdżał na ambicję to była Florence. Kurwa, mógłby się mniej biczować, gdyby to był jakiś Lupin czy coś, inny farciarz stażysta.
Jasne?
Jasne.
Na żałosny posmak goryczy miał w kieszeni miętówkę wątpliwego pochodzenia. W tym wypadku nie prezentował salonowej kultury. Cukierek był lekko rozpuszczony, nadkruszony i pokryty drobnymi kłaczkami. Ni to kurzem, ni to włóknami materiału. Zanim Greengrass wsadził go sobie do ust, strzepnął kilka większych, mniej przyklejonych paprochów. Niewiele to dało, bo landrynka nadal nie wyglądała jadalnie, ale posmak mięty orzeźwiał.
- Ktoś miał to zgłosić, ale widać nie był skuteczny - kląsknął językiem o podniebienie. - Być może będziemy mieć dwa prezenty dla Brygady.
Trudno byłoby zbagatelizować taką okazję. Niechybnie mieliby tu dodatkowe towarzystwo i tuzin papierów do wypełnienia. Ambroise nie znosił papierologii, wzdrygając się na samą myśl. To znaczy zanim uświadomił sobie, że był jedną z ostatnich osób, od których można byłoby chcieć wypełniania druczków i raporcików. To nie on skutecznie rozpoznawał klątwy. Jeżeli miało mu to oszczędzić nudnej roboty nie ze swojego oddziału, mógł zapewnić każdego, że nawet nie znał definicji słowa "klątwa". W takim wypadku nie upierał się przy byciu specjalistą.
Choć tu chodziło o żaby. Jeżeli miał być szczery, nie mógł pominąć roślin terroryzujących oddział panny Bulstrode. Zadeklarował pomoc, więc wziął na głowę wszystkie konsekwencje. W tym sterty pisemnych ekspertyz, jeśli włączą w to władze. Dzisiejsze raporty jawiły się jako nieskończone godziny notowania.
- Można byłoby myśleć, że miał nogi z drewna - skomentował z uniesionymi brwiami. Zawsze zaskakiwali go pacjenci, którzy na wyraźne ostrzeżenia, że mają na coś uważać albo czegoś nie robić reagowali skrajnie głupio. Nawet nie chodziło o to, że był specjalnie zaskoczony ignorowaniem poleceń. Nie. Rozumiał stres i tego typu kwestie. Był nieodmiennie zaskoczony tym, ile krzywdy potrafili narobić sobie lub innym dookoła siebie, kiedy próbowali nic nie narobić. Zupełnie tak, jakby uważaj, uważaj, uważaj, uważaj wyłączało ich instynkty samozachowawcze.
Chyba nie musiał komentować, że zastanawiał się, jakim cudem ten człowiek dotarł tak daleko? Klątwa nie musiała próbować go zabić. Nie musiała się aktywować. Równie dobrze mogła być, leżeć spokojnie i obserwować jak delikwent sam robi sobie krzywdę.
- Znakomicie - skomentował starania Florence w zabezpieczeniu ławeczki. Mieli czyste ręce, jeśli chodzi o zadbanie o ostrzeżenie. Poza tym, gdzie indziej można było dostać błyskawiczną pomoc po zignorowaniu napisu, jak nie w szpitalu? Nieempatyczne, ale prawdziwe. Mieli większe problemy niż czyjś analfabetyzm.
Szczególnie, że teoria o słabnięciu pnączy sama się wykluczyła. Wystarczyło otwórz drzwi i chaos niemal wylał się na zewnątrz.
- To nie diabelskie sidła - skomentował to, co było raczej jasne. Roślina wyglądała bardzo podobnie, ale wystarczyło zwrócić uwagę na otoczenie, żeby wykluczyć pozorną oczywistość.
Już na pierwszy rzut oka pnącza nie reagowały źle na światło. Miały nieznacznie inny kształt liści. Wybarwienie było niemal identyczne, ale trochę bardziej zielone. Dokładnie tak jak powinno być w przypadku rośliny odpornej na słońce. Ambroise zmarszczył brwi.
- To wygląda jak rozrośnięty fruwokwiat - był skonsternowany - ale fruwokwiaty są bezsprzecznie nieszkodliwe - na razie nie przekraczał magicznej bariery postawionej przez Bulstrode. Wychylił się w przód na tyle, na ile mógł i zmrużył oczy. - A te bardziej brązowe części? Widzisz? - Nie oczekiwał potwierdzenia. Kontynuował niemal od razu. - To nie są naturalne przyrosty. Zupełnie tak, jakby ktoś skrzyżował fruwokwiaty i wnykopieńki.
Co gorsza, biorąc z nich najbardziej uodporniające cechy.
- Potrzebuję pomyśleć - powiedział, po czym prewencyjnie ubiegł koleżankę. - Tak, tak. Zrobię to szybko.