Secrets of London
[02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=3932)

Strony: 1 2 3 4 5


[02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 19.09.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Mgła wisiała nad obsypanymi drobnym śniegiem polami a leciutki wiaterek poruszał zamarzniętymi źdźbłami martwych, suchych traw. Szron na szybach malował obrazy kwiatów, których nie widziano od zeszłej jesieni i nie miano zobaczyć jeszcze przez najbliższe tygodnie.
Było zimno, mróz wdzierał się przez najmniejsze odsłonięcia na ciele. Wystawione na zewnątrz nosy momentalnie robiły się czerwone a skapująca z nich woda zamarzała na momencie. Słońce dopiero miało wychylić się zza horyzontu, ale pokrywa nisko płożących się chmur nie zwiastowała zbyt pogodnego dnia. Możliwe, że promyki miały wystrzelić gdzieś na chwilę, ale poranek miał być raczej pod znakiem dalszych opadów.
Ambroise zatarł skostniałe dłonie, pochuchał na nie w nadziei, że się rozgrzeje. Ledwo wyszedł z domu, nawet nie zdążył założyć skórzanych rękawic a już czuł skutki nieprzystępnej pogody. W tym momencie cieszył się z własnej zapobiegliwości i wielu warstw ubrań oraz grubego szalika, którym osłonił większą część twarzy. Nałożył rękawice, poprawił ciężką torbę na ramieniu i potupał kilkukrotnie w miejscu, żeby rozruszać ciało przed wielokilometrową drogą.
Zauważalnie teleportował się na miejsce zbiórki jako pierwszy, więc musiał zaczekać, korzystając z tego czasu postanowił powtórnie upewnić się, że ma wszystko, czego może potrzebować. Dostał zlecenie z dnia na dzień. Zazwyczaj nie przyjmował ofert udziału w ryzykownych terenowych akcjach. Jednakże tym razem coś go podkusiło, żeby rozważyć propozycje. A kiedy usłyszał więcej na temat potencjalnej nielegalnej hodowli cennych roślin w prawdopodobnie nawiedzonym, porzuconym pałacyku w środku lasu momentalnie poczuł większe zainteresowanie.
Proponowano mu naprawdę godziwą gażę za obstawę przedsięwzięcia. Miał być uzdrowicielem i botanikiem oceniającym bezpieczeństwo towarzyszy na podstawie zielarskiej wiedzy. Prócz mglistej wiedzy o nielegalnym przedsięwzięciu, zawartość budynku i jego otoczenia była nieznana. Mogli natrafić na różne dziwne hybrydy lub pułapki w stylu diabelskich sideł na sterydach zanim w ogóle dostaną się do pałacyku. Później nie miało być łatwiej.
Tym bardziej, że cała wyprawa miała na celu odnalezienie dwóch zaginionych badaczy z czarnego rynku, którzy musieli schronić się w budynku przed śnieżycą. Wyłącznie ich kolega wrócił do Londynu, ale nie był w stanie streścić zdarzeń. Niemal od razu wylądował w Lecznicy Dusz. Jego pracodawca musiał sam dowiedzieć się, co się stało z pozostałymi pracownikami. A raczej z towarem, który mieli zabrać z innej części puszczy.
Zapowiadało się zimno i niebezpiecznie, ale korzyści przewyższały potencjalne zagrożenia. Tak sądził. Czekając na pozostałych ludzi z niedużej grupy, którą miał zmontować zleceniodawca, Greengrass energicznie tuptał w miejscu. Prawdopodobnie nie powinien nadwyrężać sił przed długą drogą na piechotę (nie mogli teleportować się od razu na miejsce, bo mieli tylko mgliste wskazówki odnośnie lokalizacji pałacyku), ale inaczej by zamarzł. Bez wątpienia.
Jeśli chodzi o jego przyszłych towarzyszy, Ambroise oczekiwał, że zjawią się niedługo. Razem czy pojedynczo. Nie wiedział o nich nic poza tym, że mieli wspólny cel. Przynajmniej jeden z celów wkraczania do gęstego lasu. Każdy z pewnością miał także własne powody.
Natomiast nie wnikał. Nie zamierzał pytać. Pewnie rzeczy rządzą się swoimi prawami. Zlecenia na pograniczu prawa takie już są.


RE: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 19.09.2024

Miała chęć złapać za miotłę i przy pomocy niej znaleźć się na miejscu zbiórki. Papieros wypalony na balkonie jednak skutecznie odsunął od niej ten pomysł. Było chłodno, zdecydowanie chłodniej niż jej się wydawało. Szkoda, trochę ruchu przed wejściem do lasu dobrze by jej zrobiło. Lubiła czuć wiatr we włosach, kiedy unosiła się nad ziemią, jednak miała świadomość, że przy zbyt niskiej temperaturze to mogło się zakończyć źle, nie chciała dorobić się odmrożeń nim zaczną swoją przygodę, to mogło nieco skomplikować sprawę.

O zleceniu dowiedziała się kilka dni temu. Oczywiście zgodziła się zaangażować, cóż było nielegalne, mogła im się stać krzywda - nie trzeba było jej dwa razy namawiać. Geraldine Yaxley nigdy nie odmawiała wzięcia udziału w takiej przygodzie. Kochała adrenalinę, więc gdy tylko pojawiała się możliwość to z niej korzystała. Nie chciała żałować tego, że coś ją ominęło.

Nie do końca wiedziała, czego powinna się spodziewać, postanowiła więc zabrać ze sobą swoje standardowe wyposażenie. Kuszę, którą uwielbiała, był to chyba jeden z jej ulubionych przedmiotów jeśli chodzi o sprzęt związany z polowaniami oraz kilka sztyletów. Miała je poukrywane w różnych częściach garderoby, tak, aby niezbyt rzucały się w oczy. Wiedziała, że czeka ich długa wyprawa, dlatego ubrała się ciepło, chłód mógł spowalniać ruchy, osłabić ją, na to nie mogła sobie pozwolić.

Yaxleyówna teleportowała się kawałek od miejsca spotkania. Chciała jeszcze się przejść. Zimowe poranki miały swój urok. Mróz, który skrzypiał pod ciężkimi butami, promienie słońca odbijające się od śniegu, para unosząca się z ust. To wszystko było na swój sposób piękne, chciała się tym chociaż chwilę rozkoszować, no i miała zamiar dobudzić się po nie do końca przespanej nocy.

Nie miała pojęcia ile osób będzie liczyła grupa, z którą będzie miała współpracować. Znała swoją rolę, miała ich obronić przed ewentualnym niebezpieczeństwem, czyli nic nowego, liczyła nawet, że pojawi się im na drodze jakiś stwór, którego będzie mogła zabrać niczym trofeum.

Naciągnęła kaptur na głowę, bo wiatr nie należał do przyjemnych, policzki już zdążyły jej się zarumienić od niego i od mrozu. Nie udało jej się schować pod kapturem długiego warkocza, więc zgrabnie sobie fruwał, kiedy się poruszała.

Zmierzała przed siebie pewnym krokiem, wyprostowana i dumna. Gotowa na przygodę, ciekawa swoich towarzyszy. Podczas takich zleceń można było nawiązać naprawdę interesujące znajomości, które mogły jej się przydać w przyszłości. Dobrze było kojarzyć takich jak ona, nie do końca prawych, raczej ślizgających się między tym co legalne, a nie.

Dostrzegła sylwetkę pośród niczego. Najwyraźniej nie była pierwsza. Ktoś już tutaj czekał. Przyspieszyła kroku, nieznacznie, tak, żeby ta osoba tego nie zauważyła, chciała sprawdzić bowiem, kim była ta osoba. Panna Yaxley nie miała w sobie za grosz cierpliwości.

Znalazła się w końcu przed mężczyzną, który na coś czekał, cóż, założyła, że czeka na nią, bo przecież to było miejsce, w którym mieli się spotkać przed wyruszeniem do lasu. Przystanęła i wreszcie spojrzała na niego. Mimo tego, że większość twarzy miał zakrytą szalikiem, to poznała go po oczach, już wcześniej zapamiętała dokładnie ich kolor, zielone, kojarzyły jej się z wiosną, z roślinami wracającymi do życia po zimowym śnie.

- Greengrass. - Powiedziała lekko, najwyraźniej chciała się z nim w ten sposób przywitać. Dawno się nie widzieli, okoliczności tego spotkania nie zdziwiły jej nawet jakoś specjalnie, przeczuwała, że jest jedną z osób, która tak jak ona lubi kroczyć na granicy tego, co dobre i złe.




RE: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 20.09.2024

Na pierwszy rzut oka mógł wyglądać na rozproszonego i zajętego rozgrzewaniem się w przejmującym zimnie w małym zagajniku kilkanaście metrów od faktycznego lasu. Wiedział, że to miejsce zostało wybrane zamiast łąki, żeby zapewnić im większą dyskrecję, ale wciąż był odsłonięty na spojrzenia. Mniej więcej domyślał się kierunku, z którego mogła nadejść reszta towarzystwa, więc od czasu do czasu spoglądał w tamtą stronę, cały czas kątem oka obserwując otoczenie. Z takimi zleceniami było różnie. Nie zaczęli wyprawy, ale to nie znaczyło, że było bezpiecznie. Mógł wyglądać na rozluźnionego, ale był gotowy na różne okoliczności.
Nie potrzebował wiele czasu, żeby zorientować się, że już nie był sam. Jeszcze mniej, żeby otaksować spojrzeniem nadchodzącą kobietę. Praktycznie wcale, aby uświadomić sobie, kim była, nawet pomimo kaptura. Kojarzył ten sposób stawiania kroków i postawę. Najwyraźniej już wróciła do zdrowia albo przynajmniej próbowała zapewniać o tym ludzi i siebie. Kiedy stanęła przed nim i odezwała się neutralnie, spojrzał na nią bez żadnego konkretnego wyrazu w oczach. Ot. Całkowicie neutralnie.
- Geraldine - kiwnął głową.
Mimo ciepłego szalika zasłaniającego większość twarzy, jego oddech i tak parował w zetknięciu z mroźnym powietrzem. Wydostawał się niedużymi szparami w osłonie i tworzył chmurki.
Nie będąc już sam, Ambroise przestał potuptywać w miejscu i bezwiednie oparł się plecami o najbliższe drzewo tuż za nim, zaczynając zginać i prostować palce w grubych, skórzanych rękawiczkach. Nie było to łatwe, toteż skutecznie pochłaniało znaczną część uwagi. Mężczyzna czuł się całkiem swobodnie, było to widać w niewymuszonym sposobie, w jaki się opierał czy w cichym pogwizdywaniu (jeszcze nie byli w lesie, więc sobie na to pozwolił, kategorycznie nie gwizdał w głuszy) gdzieś zasłyszanej melodii. Nie czuł potrzeby wdawania się w dyskusję. Jedynie kątem oka obserwował poczynania kobiety.
Wyglądała znacznie lepiej niż wtedy, kiedy widzieli się ostatnio. Jako uzdrowiciel prawdopodobnie powinien spytać ją o stan zdrowia i samopoczucie, ale sądził, że zostałoby to opatrznie odebrane. Poza tym nie był teraz kulturalnym pracownikiem Munga albo ojca kobiety, tylko zleceniobiorcą z szarej strefy. Obowiązywały go inne reguły postępowania. Praktycznie na momencie na jej widok doszedł do wniosku, że im mniej będą rozmawiać, tym lepiej.
Teraz jeszcze byli sami, więc teoretycznie mogli wymienić kilka uwag o pogodzie albo innych uprzejmości. W grupie planował nie dawać znać, że mieli jakąkolwiek wspólną historię. Im mniej informacji o sobie, tym lepiej. Nawet jeśli miał się pojawić jeszcze ktoś, kogo Greengrass znał, priorytetem było zachowanie milczącej, neutralnej współpracy.


RE: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 20.09.2024

Neutralność w ich przypadku wcale nie była taka oczywista. Może nawet ją trochę denerwowała, bo znowu zachowywali się trochę jak obcy. Z drugiej strony bez sensu było kontynuować rzucanie w siebie nieprzychylnymi komentarzami, które do niczego nie prowadziły. Wypadało podejść do sprawy profesjonalnie, skoro mieli już ze sobą współpracować. Tak, to był jej plan na ten dzień. Współpraca, na tyle na ile była potrzebna, nic więcej.

Pojawili się tutaj z tego samego powodu - chcieli zarobić, chociaż w jej przypadku jak zawsze nie chodziło tylko o korzyści finansowe, to był bardzo przyjemny dodatek. Potrzebowała od czasu do czasu znaleźć się w niebezpieczeństwie, nic się nie zmieniło. Najwyraźniej wypadek, który przeżyła całkiem niedawno wcale nie zmienił jej podejścia do życia. Nic się nie nauczyła.

Sięgnęła po papierosa. Zdawała sobie sprawę, że to ostatni moment, w którym będzie mogła sobie na niego pozwolić, później nie będzie na to czasu, zresztą zapach tytoniu potrafił zwracać uwagę stworzeń. Wsadziła sobie fajkę w usta i odpaliła ją swoją mugolską zapalniczką, zajęło jej to dłuższą chwilę, zapalniczka prawie jej wypadał, bo ręce jej nieco skostniały. Powinna jednak ubrać rękawiczki, zapewne zrobi to, jak w końcu zapali. Zaciągnęła się dymem, głęboko, a po chwili wypuściła niewielką chmurkę tego, co zostało.

Nie miała pojęcia, czy powinna wysilić się na jakiś small talk, bezpieczniej było chyba nie, bo w przypadku rozmów z Greengrassem nigdy nie wiedziała dokąd może ją doprowadzić rozmowa. Nie umiała z nim rozmawiać, nie potrafiła też się powstrzymywać przed prowokowaniem go.

- Nie mam pojęcia ile osób ma się pojawić, ani na kogo czekamy. - Powiedziała właściwie nawet bardziej do siebie, niżeli do niego. Nie wiedziała, czy dostał może jakieś dokładniejsze wytyczne, czy miał więcej informacji o tym, z kim przyjdzie im współpracować. Jeśli nie, to trudno - poczekają na to, co się stanie. Miała nadzieję, że grupa nie będzie zbyt liczna, bo nad taką trudniej było zapanować, szczególnie kiedy spotykały się nieokrzesane charaktery i osoby, które lubiły stawiać na swoim. Podejrzewała, że właśnie takie osoby tutaj spotka, zresztą już miała przed sobą idealny przykład. Ambroise był pod tym względem podobny do niej, przynajmniej tak się jej wydawało, na tyle, na ile zdołała go poznać.

Nie przestawała obserwować okolicy, była czujna, jakby już znajdowali się w lesie. Nigdy przecież nie wiadomo, kiedy pojawi się niebezpieczeństwo, a szkoda by było, gdyby ktoś zaatakował ich nim rozpoczną tę wyprawę ratunkową.




RE: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 20.09.2024

Na ogół nie przeszkadzało mu współpracowanie z kimkolwiek, o ile ta osoba też była w stanie schować prywatę do kieszeni. W przypadku Geraldine Yaxley nie miało być inaczej. Już kiedy ją zauważył doszedł do wniosku, że powinien jak najbardziej zamknąć mordę i zająć się tym, co mu zlecono. Poniekąd tak jak ona był tu ochroniarzem, choć w zupełnie innym zakresie. Reprezentowali dwie zupełnie inne strony zagrożenia, które mogło na nich czekać. To było całkiem interesujące, ale jednocześnie nie do końca potrafił zinterpretować, o czym świadczyło i kto jeszcze, kogo mógł znać miałby się pojawić.
Nie potrafił zapewnić Geraldine odpowiedzi, których mogła od niego pożądać. Prawdę mówiąc wiedział dokładnie to samo, co ona. W kontekście potencjalnych towarzyszy wyprawy oznaczało to równe, okrągłe nic.
- Znając życie, ktoś jeszcze, kto tu bardzo pasuje - skwitował świadomy tego, że jego słowa można było różnie interpretować.
Nie okazywał tym wrogości. Jedynie zwracał uwagę na to, że jak do tej pory ich zleceniodawca miał stuprocentową skuteczność w dobieraniu osób, które mogłyby nie chcieć ze sobą pracować. To sugerowało, że dalej mogło być tylko zabawniej.
- Czekamy do piątej pięć - stwierdził zgodnie z tym, co mu powiedziano, wzruszając ramionami, choć pod grubą warstwą ubrań było to niemalże niewidoczne.
Czuł się jak niedźwiedź. Gruboskórny i bardziej powolny przez ciężar noszonego odzienia, ale przynajmniej nie było mu lodowato. Zimno go nie oszczędzało. Dalej czuł się jak na biegunie północnym (choć nigdy tam nie był) a nie w Wielkiej Brytanii, która zazwyczaj miała dużo łagodniejszy klimat. Ta zima zaczynała działać mu na nerwy. Była nieprzewidywalna i odnosił wrażenie, że jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa.
Podejrzliwie zerkał na las widoczny za pasmem ośnieżonej łąki, bo wydawało mu się, że tam zaspy były jakby znacznie wyższe. Wiatr nie mógł wywiewać śniegu z taką łatwością jak w przypadku pól. To oznaczało, że pod śniegiem mogły skrywać się różne rzeczy. Wiedząc o specyfice opuszczonego dworku i nielegalnej hodowli tam niegdyś prowadzonej, Ambroise wiedział, że to mogły być ich ostatnie swobodne rozmowy.
Poza siarczystym mrozem, okolica wyglądała całkiem pięknie i dziko. Brzask na łąkach zawsze miał swój urzekający klimat. Na swój sposób szkoda było, że to oni byli tą dwójką osób stojących tu razem w niezmąconej ciszy. Jedynie od czasu do czasu po polach rozchodził się skrzek jakiegoś dzikiego ptactwa, które nie odleciało na zimę, ale tego Greengrass nie uznawał za marnotrawienie spokoju ciszy. To całkowicie pasowało do klimatu zimnego, mglistego zewnętrza.
- A więc zlecenia? - Zagaił wreszcie, przerywając ciszę, bo i tak jej razem nie doceniali a nie był ostatnim bucem.
Mieli jeszcze kilka minut do ostatecznego czasu, po którym powinni zacząć się zastanawiać czy należało stąd znikać.


RE: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 20.09.2024

Tak naprawdę nie zakładała, że spotka tutaj kogoś znajomego. Osoby, które pochodziły z arystokratycznych rodzin nie bywały w takich miejsach, nie przyjmowały podobnych zleceń, przynajmniej nie te z którymi się prowadzała. Zresztą nigdy nie opowiadała im o tym, czym zajmuje się w swoim wolnym czasie. Wolała nie poruszać tego tematu, tak było bezpieczniej. Ambroise więc był w pewien sposób wyjątkowy, podobny do niej pod tym względem. Nie zakładała nigdy jednak, że pojawia się na podobnych wyprawach, że wychodzi w teren. Wydawało jej się, że raczej udziela swojego wsparcia nie do końca legalnego gdy komuś stanie się krzywda, w tych wątpliwych okolicznościach. Mogła się mylić, a raczej zdecydowanie się pomyliła, bo przecież stał tu przed nią, gotowy iść w las. Zaciekawiło ją to. Zdecydowanie nie znalazł się wtedy na Nokturnie przypadkiem.

- Błyskotliwy, jak zawsze. - Doceniła jego komentarz, powinna się spodziewać czegoś na podobnym poziomie. Nie mówił wprost, pozwolił jej to zinterpretować tak jak chciała.

- Jak nikt się nie pojawi, to idziemy sami? - Cóż, nie zamierzała zrezygnować ze zlecenia, jeśli będzie taka potrzeba, to nawet sama wejdzie w ten las. Właściwie to nawet wolała taką wersję, wtedy nie musiała być za nikogo odpowiedzialna, mogła się skupić tylko na sobie i na celu. To przychodziło jej zdecydowanie łatwiej.

Skończyła palić peta, rzuciła go na ziemię i zdeptała niedopałek swoim ciężkim butem, chociaż nie było to potrzebne. Całkiem szybko bowiem przestał się żarzyć, właściwie niemalże od razu, gdy dotknął ziemi i śniegu, który się na niej znajdował.

Mogła wreszcie naciągnąć na dłonie rękawiczki ze smoczej skóry. Może na pierwszy rzut oka nie było po niej tego widać, ale przywiązywała ogromną wagę do jakości swoich ubrań. Wszystkie były zrobione z rzadkich materiałów, chociaż może nie wyglądały jakoś zbytnio pięknie. W jej przypadku służyły one do czegoś więcej niżeli jedynie do spełniania roli ozdoby.

Okolica faktycznie była całkiem malownicza, zima miała swój urok. Yaxleyówna go doceniała, ale nie znalazła się tutaj dzisiaj po to, aby podziwiać naturę. Zresztą chętniej by to robiła zaszyta w jakiejś górskiej chatce, tuż przy kominku z czymś ciepłym w kubku. Wiedziała, że niskie temperatury nie sprzyjały polowaniom, jasne, łatwiej było znaleźć ślady na śniegu, ale też organizm działał wolniej, bo musiał walczyć z zimnem. Coś za coś.

Pokiwała głową. - Jak widać, zlecenia. - Całkiem szybko pozbierała się po ostatnim wypadku, nie spodziewała się nawet, że tak łatwo będzie jej wrócić do formy, poświęciła na to ogrom sił i czasu, ale było warto. Poza blizną na plecach nie było widać żadnych śladu po konfrontacji z selkie. Zaleczyła wszystkie rany.

- Nie powinno cię to dziwić. - Powiedziała jeszcze, bo przecież nie było to w jej przypadku nic dziwnego.




RE: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 20.09.2024

- Nie mógłbym zawieść twoich wysokich oczekiwań - zapewnił ze starannie kamuflowanym przekąsem.
Jeśli chciał być oziębły jak atmosfera zimy to potrafił taki być. Jednocześnie nie można mu było zarzucić, że kogokolwiek prowokował. To również potrafił aż nazbyt dobrze. W rodzinie żartobliwie nazywano go agentem prowokatorem, ale w tym wypadku wybierał dystans i oschłość. Żeby nie powiedzieć izolację. Z kłótni nie przychodziło im nic dobrego. Próbował być większym człowiekiem. Inna sprawa, jak mu to wychodziło.
- Dwuosobowa misja ratunkowa bez wsparcia i mapy? - Nic nie sugerował, ale spojrzał na nią, jakby dopiero co spadła z nieba i to nie niczym mugolski anioł tylko oderwany kosmita.
Z jednej strony najpewniej to nie było takie głupie. Mogliby się podzielić całym budżetem przeznaczonym na tę wyprawę. Na pewno by im się opłacało. Z drugiej strony to ktoś inny (ewidentnie od strony organizatora) miał dysponować dokładniejszymi informacjami. Ambroise nie był chodzącym rozsądkiem, ale czy to nie byłby naprawdę głupi wybieg? Szczególnie, że nie pałali chęcią do bycia jednomyślnym zespołem.
Już raz powiodła się ich współpraca, ale od tamtego parszywego czasu nawiązujące się relacje pognały w dół. Wątpił czy byliby w stanie dogadywać się tak jak wtedy, kiedy jeszcze chcieli się wzajemnie chronić i nie byli sobie wrodzy. To się zmieniło. Czy mogli spróbować nawiązać nić porozumienia w jednorodnym celu? Nie za bardzo w to wierzył. Przecież nie udało im się nawet współdziałać na linii uzdrowiciel pacjent.
- No. Nie powinno - przytaknął po krótkim namyśle. - Cieszę się, że miałaś okazję szybko wrócić do sprawności - to była tylko formułka, z której korzystali ludzie.
Aczkolwiek w pewnym sensie się cieszył. Nieważne, co o nim myślała. To on ją składał bezpośrednio po wypadku i najwidoczniej dobrze wiedział co robi (nie, żeby kiedykolwiek w to wątpił), więc nie mogła mu nic zarzucić. Przynajmniej na tej płaszczyźnie. Nie wątpił, że jeśli ta akcja dojdzie do skutku to do końca dnia usłyszy od niej jeszcze wyjątkowo dużo przeuroczych rzeczy na swój temat. Teoretycznie zakładał, że nie powinni wdawać się w prywatne dyskusje, ale już mu nie wychodziło utrzymanie tego postanowienia.


RE: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 21.09.2024

- Och tak, oczywiście, robisz to po to, aby spełniać moje oczekiwania. Wspaniale. - Potrafił ją irytować, jak nikt inny. Widać miał w tym doświadczenie, jego komentarze, niby zupełnie nieszkodliwe, jednak potrafiły trafiać zawsze w samo sedno, szczególnie, gdy ktoś wiedział w jaki sposób powinien je interpretować.

- Potrafię sobie poradzić bez mapy. - Ton jej głosu sugerował, że była bardzo pewna tych słów. Yaxleyówna przemierzyła wiele lasów, jasne to było trochę jak szukanie igły w stogu siana, ale nie wydawało jej się to niemożliwe do zrealizowania. Szczególnie, że wiedziała na jakim obszarze mają szukać miejsca. Oczywiście pogoda raczej nie zachęcała do podobnych praktyk, ale Ger nigdy nie należała do szczególnie rozsądnych osób. W ostateczności byłaby skłonna to zrobić, najlepiej sama, ale wiedziała, że to nie było możliwe, bo on też tutaj dotarł.

Nie do końca potrafili ze sobą współpracować, więc to raczej nie sprzyjało wykonaniu zadania, ale nie mogła wymagać od niego, żeby odpuścił. Zresztą to był bardzo głupi pomysł zważając na to, że mogły się tam znaleźć rośliny, o których nie miała bladego pojęcia. Czasem znajdowała w sobie jakieś ostatnie pokłady rozsądku.

- Pewnie by mi się to nie udało, gdyby nie twoja nieoceniona pomoc. - Nie było w tej wypowiedzi ani grama ironii. Naprawdę doceniała to, że się nią odpowiednio zajął, bo mogłoby się to skończyć różnie. Nie podziękowała mu wtedy za bardzo, bo była zła na cały świat o to, co jej się przytrafiło. Później nie miała okazji podziękować, więc chyba dlatego robiła to teraz, chociaż czy jej słowa faktycznie brzmiały jak podziękowanie? Nie potrafiła chyba inaczej tego zrobić. Yaxleyówna nie należala do prostych rozmówców, miała problem z wyrażaniem swoich emocji, czy myśli. Do tego trochę jej było głupio, że była dla niego taka wredna, że zachowywała się jak rozkapryszony bachor.

- W sumie to mogłam się wtedy nawet przekręcić. - Dodała jeszcze cicho. Zdecydowanie dotarło do niej to, że wypadek był spowodowany przez jej głupotę, konsekwencje mogły być naprawdę poważne. Miała świadomość, że mało kto miał tyle szczęścia co ona. Czy zamierzała zmienić swoje zachowanie, podchodzić do wszystkiego poważniej, myśleć o ewentualnych konsekwencjach swoich czynów? Nie do końca. To była część jej, której nie zamierzała zabijać.




RE: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 21.09.2024

Uśmiechnął się pod nosem z wyższością. Tym wyraźnie, że wiedział, że nie mogła tego dostrzec pod osłoną grubego szalika, który miał na twarzy. Naprawdę usiłował przekazać tylko najważniejsze informacje wszystkim członkom grupy. Tak sobie założył na samym początku. No cóż. Usiłował, ale praktycznie od razu złapał się na tym, że prawdopodobnie mu się to nie powiedzie. Jak do tej pory dołączyła do niego tylko Geraldine a z nią ewidentnie nie umiał nie wymieniać (nie) uprzejmości. Czy czuł wyrzuty sumienia? W żadnym razie.
- Ależ Droga Geraldine - odparł, bo nie mógł jej określić Moja Droga.
Na to sobie nie pozwalał. Szczególnie, że to od niego wyszło pierwsze załamanie rozwijającej się relacji.
- Dawno temu ustaliliśmy, że świat kręci się wokół ciebie a my wszyscy jesteśmy po to, aby spełniać twe oczekiwania lub wypierdalać - był pozornie bardzo pogodny, ton jego głosu wyrażał lekkość a oczy mu błyszczały.
Oczywiście, że był całkowicie, niezaprzeczalnie niepoważny. Jeśli to ją miało podkurwić, to nie był jego problem. Jeśli to miała olać, również nie jego. A jeśli potrafiła mieć autoironiczne poczucie humoru? Także nie dałby sobie orderu za rozbawienie jej. Tak właściwie to nie wiedział, po co się angażuje w tę rozmowę. Najwyraźniej musieli coś robić, żeby nie tkwić w ciszy. Jakkolwiek ładny nie byłby widok pustych, spokojnych pól to ewidentnie nie była idylla przeznaczona dla nich.
A przynajmniej odkąd byli tu razem, bo wcześniej jak najbardziej doceniał ciszę i spokój. Był człowiekiem żyjącym w zgodzie z naturą. Takie widoki poruszały odpowiednie struny w jego duszy, podczas gdy za poruszenie tych niewłaściwych była teraz odpowiedzialna Geraldine Yaxley. Widocznie świat nie lubił dysharmonii.
- Znasz ten las? - Wbrew pozorom nie kwestionował jej umiejętności a wyłącznie pytał o szansę powodzenia.
Nie był człowiekiem, który należał do zbyt spokojnych czarodziejów, ale jednocześnie nie ładował się w niebezpieczeństwo bez jakichkolwiek potrzeby. Nawet jeśli tą potrzebą była impulsywność, jego działania zawsze były czymś dyktowane. Dopóki nie widział sensu w narażaniu się, ciężko go było przekonać do ruszenia dupy. Nie musiała go o nic prosić ani niczym zachęcać a jedynie przekazać swój punkt widzenia i pomysły.
- Otrzymałem za to godziwą zapłatę - zapewnił, żeby nie czuła się zobowiązana do niczego poza dalszym powracaniem do zdrowia.
Mimo że od tamtego czasu minęło już trochę, rekonwalescencja była stałym procesem. W takim przypadku najpewniej wieloletnim. Nawet, jeżeli rany fizyczne zdążyły się zagoić to pozostawała kwestia ran psychicznych. Tych nie dało się wyleczyć kilkoma eliksirami i plasterkiem. Coś o tym wiedział.
Nie chciał od niej wymuszonej wdzięczności. Pamiętał to, co wtedy mówiła. Nie omieszkał wspomnieć o swojej bardzo ocenionej pomocy. Wycenionej i ocenionej przez całą rodzinę Yaxleyówny, choć w przeciwieństwie do Geraldine po samym zabiegu, większość doceniała jego starania. Nie chciał skrywać urazy zbyt długo. Po trudnych wypadkach mówiło się różne rzeczy, jednakże nie zwykł przyjmować zawoalowanych przeprosin. Albo mu dziękowała, albo nie. To było takie proste.
- To było poza twoją kontrolą. Mogłaś, owszem, ale miałaś silną wolę przetrwania. Najważniejsze, że teraz doceniasz życie - wzruszył ramionami.
Ona zmieniła ton, on również nie planował być dłużej uszczypliwy czy ironiczny. Nie chciał być dla niej nieuprzejmy bez potrzeby. Przecież czekała ich dalsza współpraca w zakresie akcji ratunkowej. Równie dobrze mogli sobie nie wchodzić na głowy i nie grać na nerwach.
- Cieszę się, że jest lepiej, Geraldine - odezwał się cicho, pokiwał głową i wbił wzrok w pole, rozglądając się czy ktoś ktoś nie nadchodzi. Czas mijał a oni ciągle byli sami.


RE: [02.1966] There ain't no rest for the wicked || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 21.09.2024

Nie do końca podobał jej się kierunek, w którym zmierzała ich pogawędka, nie chciała reagować przesadnie na to, co do niej mówił, bo pewnie poczułby satysfakcję, że znowu udało mu się ją zirytować. Nie chciała mu tego dać. Była pierdoloną oazą spokoju. Przynajmniej na zewnątrz, bo w środku zaczynała się gotować.

- Cieszę się, że to zrozumiałeś i postanowiłeś się dostosować. - Uśmiechnęła się nawet, kiedy to powiedziała, ale to nie był jeden z tych przyjemnych uśmiechów, znowu wybrała złośliwość.

Zdecydowanie źle się stało, że zaczęli rozmawiać. Cisza byłaby lepsza, chociaż nawet gdy się do siebie nie odzywali można było wyczuć w powietrzu napięcie. Na nikogo tak nie reagowała, nikt nigdy nie powodował u niej takiej irytacji samym oddychaniem.

- Znam, może nie tak, że kojarzę każde drzewo w tym lesie, ale bywałam tu. - Eksplorowała większość lasów w Wielkiej Brytanii już jako dziecko. Nie miały dla niej tajemnic, wiedziała, gdzie może spotkać jakie stworzenia, na tym przecież też polegała jej praca. Lasy były jej miejscem na ziemi, a te na Wyspach były przede wszystkim dla niej domem. Tutaj nauczyła się wszystkiego, co wiedziała, tutaj zabiła pierwszego błotoryja, czy łapała hipogryfy.

Miała nadzieję, że ktoś jednak się pojawi i razem wyruszą w las, bo obawiała się trochę zostać z nim dłużej sam na sam. Wiedziała, że nie wytrzyma długo z kąsaniem się w język, prędzej, czy później emocje przejmą nad nią władzę i wybuchnie, zdecydowanie wolałaby żeby do tego nie doszło, ale czuła buzującą w żyłach krew, która nie wróżyła niczego innego. Może uda jej się wyżyć na czymś, co spotkają w lesie, to też nie była najgorsza metoda na radzenie sobie ze zdenerwowaniem, nie obraziłaby się, gdyby jakaś kreatura spadła na nią z nieba.

- Fakt, ojciec na pewno nie żałował grosza.  - Gerard nie należał do szczególnie skąpych osób, szczególnie, kiedy chodziło o doprowadzenie jej do porządku. Nie miała pojęcia na jakiej zasadzie działała jego umowa z Ambroisem, to nie był jej interes, ale zapewne by nie został ich uzdrowicielem, gdyby mu odpowiednio nie płacili. Cóż, łowcy byli całkiem niezłymi klientami, dosyć często przecież coś im się przytrafiało, niekończąca się żyła pieniędzy.

- Tak, doceniam, muszę brać z niego jak najwięcej, bo przecież nigdy nie wiadomo, kiedy się skończy. - Najwyraźniej podeszła do tego nie do końca tak, jak się po niej spodziewano. Powinna się zrazić, być ostrożniejsza, ale nie chciała działać w ten sposób. Póki stąpała po tym świecie musiała przeżyć i odczuć jak najwięcej, tak, żeby nie żałować, że nie zrobiła czegoś na co miała ochotę kiedy znowu znajdzie się w podobnej sytuacji, nie oszukujmy się wiedziała, że prędzej, czy później to na pewno się powtórzy.

- Mhm. - Mruknęła jedynie, bo właściwie nie wiedziała dlaczego jej to mówił. Jasne, wykonał swoją pracę, nie sądziła jednak, że akurat on cieszył się z tego, że było z nią lepiej, chociaż pacjent, który nie do końca doszedł do siebie po jego usługach medycznych mógłby być dla niego niezbyt dobrą wizytówką.

Póki co nadal byli tutaj sami, nie miała pojęcia ile czasu im pozostało, ale zaczynało jej się robić coraz chłodniej przez to, że stała w miejscu. - Coś kurwa długo ich nie ma. - Jeszcze się okaże, że nikt nie przyjdzie, a wolała zdecydowanie uniknąć takiego scenariusza.