Secrets of London
[okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas (/showthread.php?tid=3976)

Strony: 1 2


[okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - Ambroise Greengrass-Yaxley - 28.09.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Zaśmiałby się nerwowo, gdyby ktoś mu powiedział, że będzie siedzieć na fotelu w salonie w nieswoim domu. Trzeźwy. Boleśnie trzeźwy a jednak któryś raz z rzędu fałszujący naprędce ocenzurowaną wersję Morskich Opowieści.
- Hej, ha! Kolejkę nalej! Hej, ha! Kielichy wznieśmy! To zrobi doskonale morskim opowieściom - przestał liczyć, który to raz wrócił do początku repertuaru.
W którymś momencie zaczął mylić zwrotki i zmieniać kolejność tekstu, ale nie sądził, żeby to robiło Mabel różnicę. Tak właściwie to nie wiedział na ile rozumiała to, co się wokół niej dzieje. Nie próbował tego analizować, bo najpewniej doprowadziłoby go to do głównego pytania wieczoru: co do kurwy nędzy miał robić z dwuletnim dzieckiem pod nieobecność matki?
Nie spodziewał się takiego splotu wydarzeń, kiedy wczesnym popołudniem przyszedł do Nory, żeby przynieść jej kilka książek, które jej obiecał. Planował zostać na herbatę i zmyć się do domu, żeby odpocząć przed świątecznym zamieszaniem. Yule zbliżało się wielkimi krokami i dało się wyczuć zmianę nastroju. To nie była jego ulubiona pora roku. Nie przepadał za zimą, ale tego dnia dało się poczuć klimat nadchodzących celebracji. Śnieg sypał za oknami. Małe białe płatki osadzały się na drzewach i krzewach. Było zimno, ale nie przeraźliwie mroźnie, bo na zewnątrz nie wiał wiatr.
To był dobry czas, żeby spędzać go z książką przy kominku. Może racząc się owocową herbatą z wkładką i wynotowując istotne informacje.
To był średnio dobry czas, żeby nagle znaleźć się w oku cyklonu, bo coś ktoś gdzieś, robota się pali, zamieszanie, święta, klienci i nim się obejrzał najwyraźniej wyraził zgodę na to, żeby zająć się małym człowiekiem. Tylko przez godzinę lub dwie, z których zrobiły się już trzy lub cztery a Ambroise domyślał się, że zaraz będą tu razem pięć lub sześć. Naprawdę nie chciał dopuszczać możliwości, że zrobiłoby się z tego siedem, osiem, dziewięć, dziesięć i gol!
Trzymał to małe a jednocześnie wielkookie człekokształtne stworzenie na kolanach, kołysząc je z jednej nogi na drugą w rytm jedynego, co przyszło mu do głowy na już, kiedy mała zaczęła płakać: pijackich szant znanych z czasów końcówki Hogwartu. Jeszcze zanim przytrafiło mu się to, co zakończyło jego marzenia o profesjonalnej grze w Quidditcha i podróżach związanych z tym. Uroczy repertuar dla małych czarownic - naprawdę.
- Kto chce, ten niechaj wierzy, kto nie chce, niech nie wierzy! Nam na tym nie zależy, więc wypijmy jeszcze - to działało, to naprawdę działało.
Ambroise nie do końca w to wierzył, ale nie kwestionował swoich improwizacyjnych metod wychowawczych. Może chodziło o rytmiczne bujanie. Nie wykluczał, że mała zaczyna dostawać choroby morskiej i dlatego zamilkła, ale z drugiej strony jej drobna twarzyczka wykrzywiała się w uśmiechu. Nie wiedział czy świadomym. Nie miał zielonego pojęcia o dzieciach a Nora nie zostawiła mu żadnej instrukcji obsługi córki.
Jedynie kilka zaleceń, dużo pospiesznych słów wdzięczności i zapewnień, że sobie poradzi.
No to sobie radził.
Jakoś.
Miał nadzieję, że nie straumatyzuje tego dziecka zbyt mocno. Udało mu się je nakarmić i w ogóle. Starał się cenzurować repertuar jak tylko potrafił, ale nie uważał tego za spektakularny sukces. Wręcz przeciwnie: chętnie oddałby to dziecko komuś kto choć trochę zapoznał się z instrukcją obsługi.
Nora, wróć.
- Wszystkie rybki śpią w jeziorze. Tiula la, tiula la la. Moja stara spać nie może, tiula la tiula la - i cyk, zmiana repertuaru, żeby nie wprawiać małej w zbyt jednostajny rytm, bo nie wierzył jej mince. Mogła się zrzygać od bujania cały czas tak samo.


RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - Thomas Figg - 30.09.2024

Powroty do kraju zawsze obfitowały w wiele spotkań, nie tylko z członkami rodziny i innymi bliskimi, ale też wymagały od Thomasa zajęcia się innymi sprawami. Nie żeby miał coś przeciwko, bo zawsze chętnie służył pomocą tym którzy ją potrzebowali, ale też czasami chciałby po prostu walnąć się w fotelu ze szklanką whisky i patrzeć na ogień w kominku. Szczególnie w takie dni jak dzisiaj, kiedy sypało śniegiem - może nie było szczególnie zimno i dało się przeżyć, ale jeszcze trzy dni temu znajdował się w ciepłej Grecji i powrót do chłodnej Anglii był dla niego swoistego rodzaju szokiem.
Szedł zaśnieżoną ścieżka w stronę domu przyglądając mu się z daleka i pogrążając się w swoich myślach. W torbie przy boku pochowane miał prezenty, co prawda miał już je kupione w Grecji przed przyjazdem, ale to wcale nie znaczyło, że na tym musiał poprzestać - skoro nie było go przez większą część czasu w kraju to choć tak mógł porozmieszczać najbliższych - już niemal słyszał jak Nora go strofuje, że rozpuszcza jej córkę taką liczbą prezentów, ale nie mógł nic na to poradzić tak samo jak swoją młodszą siostrę tak też traktował jej córkę - jak księżniczki.
Nie miał pojęcia czy dziecko czasem nie śpi, dlatego cicho wślizgnął się do środka, przekraczając próg bez słowa i wyciągając różdżkę, nie chciał żeby cały ten śnieg, który niemal zamienił go w bałwana stopniał i tylko go przemoczył.
Kiedy już się osuszył i rozebrał, powiesił płaszcz i szalik na wieszaku wchodząc głębiej do środka. Powiedzieć, że był zaskoczony to mało kiedy usłyszał odgłosy z salonu. Spodziewał się wiele, ale nie tego, że powita go jakaś skoczna przyśpiewka w wykonaniu Ambroise. Z szelmowskim uśmiechem na ustach zostawił torbę z zakupami w przedpokoju i ruszył w stronę gdzie znajdował się  mężczyzna - starał się być jak najciszej tylko był w stanie i stanął w wejściu opierając się o framugę.
- Nie miałem pojęcia, ze potrafisz zajmować się dziećmi - odezwał się w końcu patrząc z rozbawieniem jak Greengrass zajmuje się jego małą siostrzenicą było w tym coś niesamowicie zabawnego, oj tak, zapewne nie szybko mu zapomni to. Śpiewanie tych dziwnych piosenek małemu dziecku było warte przypominania dość częstego. - Jak rozumiem Nora musiała załatwić jakieś ważne sprawy skoro zostałeś sam z Mabel? - skoro to on zabawiał młodą to znaczyło, że siostry nie było w zasięgu. Ale to, że wrócił wcale nie oznaczało, że zamierzał natychmiast uwalniać przyjaciela od młodej Figgówny, co to to nie. Zdecydowanie zabawniej i lepiej patrzyło się jak ten zajmuje się młodą.


RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - Ambroise Greengrass-Yaxley - 30.09.2024

Nie od razu zauważył nadciągającą odsiecz. Był zbyt zajęty tupaniem o podłogę i dbaniem o muzyczne usatysfakcjonowanie małej dziewczynki, żeby usłyszeć trzask drzwi a kroki Thomasa wręcz wyśmienicie zgrały się z potupywaniem. No cóż. Figgowie mieli wiele wspólnego z kotami i Ambroise nie powinien być zdziwiony, że sposób, w jaki się przemieszczali też był w pewnym sensie koci.
Drgnął dopiero wtedy, kiedy Thomas się odezwał. Uniósł wzrok, niemal od razu wystając go kiwnięciem głowy i parsknięciem, bo nie mógł tak zostawić tego, co usłyszał.
- Zajebiście cieszę się, że to cię bawi, Figg - odparł nie kryjąc sarkazmu, ale unosząc przy tym brwi i nie ukrywając również, że to i jego mogło trochę bawić. - Uprzejmie przypominam ci, że to nie moja siostrzenica będzie za... ...w tym tempie dwa?... ...może trzy?... ...nie wiem, nie znam się na hodowli dzieci... ...za rok?... ...za rok będzie biegać po moim domu i śpiewać o dorodnych bimbałach Mary-Loo z portu w Aberdovey. Tylko po twoim. Nie mój kłopot - wzruszył ramionami, cały czas przestawiając Mabel z kolana na kolano i kołysząc jej małe ciałko.
Śmieszna sprawa z tymi dziećmi. Niby wyglądały jak mali ludzie. Tego nie dało się zakwestionować, ale Ambroise nie miał zielonego pojęcia, jak działały. Nie to, żeby zbyt często się nad tym zastanawiał. Nie planował zakładać rodziny ani być ojcem, nawet takim z doskoku. Mimo to tak naprawdę nie chciał spaczyć tej malutkiej istotki i przez cały wieczór starannie cenzurował wspomniane pełne piersi kapitańskiej kochanicy z portu zgorszenia zastępując je bezsensownym bełkotem i podśpiewywaniem. Nie wiedział, ile rozumieją takie dwuletnie dzieciaki. Wolał nie ryzykować.
- Nora pomaga w biznesie w Dolinie. Nie pytaj mnie, co tam robi, bo nawet nie wiem, co ja tu robię - odezwał się, całkiem celowo modułował głos tak, żeby spróbować wkręcić Mabel, że wciąż zapoznaje ją z jej nowym ulubionym gatunkiem muzycznym.
W efekcie jego słowa miały charakterystycznie śpiewne, przeciągnięte brzmienie a on nadal potupywał o drewnianą podłogę. Nie chciał znów mierzyć się z dziecięcym płaczem, bo mała miała naprawdę pokaźne i pojemne płuca. Teoretycznie sądził, że w tym momencie nie miałby już takiego problemu jak wcześniej, bo nie był sam i Thomas zdecydowanie lepiej umiał zajmować się dziećmi (a tak przynajmniej się pocieszał). Natomiast lepiej było nie ryzykować, bo mała mogła swobodnie zasnąć w najbliższy kwadrans.
- Chcesz przejąć swoje dziecko? - Zaoferował, naturalnie nazywając małą dzieckiem przyjaciela, bo w tym wypadku to Thomas był tym zastępczym krewnym.
Ambroisa miało usatysfakcjonować bycie tym dziwnym wujkiem, który w gruncie rzeczy był całkiem rozbawiony z własnej głupiej sytuacji. Nie bawił się źle. Po prostu w dalszym ciągu nie ufał swoim umiejętnościom i wpływowi na mały rozwijający się umysł.


RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - Thomas Figg - 02.10.2024

- Ej, nie klnij kurwa przy dziecku, Greengrass - upomniał go natychmiast po pierwszym słowie jakie do niego wypowiedział i pokiwa głową z niedowierzaniem na boki. Chyba tylko Ambroise mógł wpaść na pomysł śpiewania takich piosenek dwurocznemu dziecku. Z drugiej strony takie dzieci raczej niczego potem nie pamiętały, więc to nie był taki znowu niebezpieczny wybór. - Spokojnie, jak będzie biegać i śpiewać o tych... bimbałach... to Nora na pewno złoży ci z nią wizytę i też u ciebie będzie śpiewać - zachichotał zdając sobie sprawę, że faktycznie jego siostra byłaby do tego zdolna, gdyby się wydało kto nauczył małą Mabel takich piosenek..
- Mam jako takie pojęcie co ona tam robi, tak samo jak to co ty robisz tutaj. Wczuwasz się do roli ojca nie? Bo z dzieckiem ci do twarzy, która to będzie tą szcześliwą i zostanie matką? - nie mógł sobie przecież odpuścić, żeby droczyć się z Greengrasem. Nie mili zbytniej okazji na rozmowy twarzą w twarz w ciągu roku, więc wszystkie te przyjacielskie złośliwostki były skondensowane na te krótkie okresy, gdy się widzieli.
- Co to za okropne sugestie, ja wiem, że jest urocz, ale to nie moje dziecko - powiedział jakby był oburzony insynuacją Ambroise, ale nie zamierzał skazywać go na dłuższe zajmowanie się siostrzenicą, już i tak pewnie utknął tu na wiele dłużej niż podejrzewał, że spędzi czas.
Wziął Mabel na ręce, uwalniając przyjaciela od obowiązku zajmowania się nią i  zaczął udawać, ze tańczą w rytm niesłyszalnej muzyki. - Jak tam mała, pobrało się z wujkiem Ambem? - zapytał trzymane przez siebie dziecko  i w następnej chwili to co usłyszał to nie było wesołe gaworzenie, a głośny płacz, aż się zatrzymał zaskoczony, bo Mabel wyciągała ręce w kierunku drugiego z mężczyzn. Zaśmiał się serdecznie i powoli wrócił w stronę Greengrass. - Przykro mi, ale ona chce do ciebie - odpowiedział zgodnie z prawdą i podał mu ostrożnie najmłodszą z latorośli rodziny Figgów. - Pocieszę cię, że pewnie niedługo zaśnie, to już powoli czas jej drzemki - dość szybko przyswoił sobie godziny w jakich funkcjonowała Mabel, wraz z Norą były jego oczkami w głowie i dostosowywał swój pobyt głównie pod nie.


RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - Ambroise Greengrass-Yaxley - 02.10.2024

- Cholera, masz rację - rzucił w pierwszym odruchu, bo rzeczywiście zabrzmiało to tak, jakby Thomas miał rację, jednak zaledwie dwie czy trzy sekundy później Ambroise zmarszczył brzmi. - Czekaj, ile właściwie rozumieją takie dzieci? - Spytał, oczekując mniej więcej jakiejś sensownie brzmiącej odpowiedzi.
Oczywiście. Nie zamierzał nagle zacząć przeklinać przy dziecku, nawet jeśli miał się dowiedzieć, że tak właściwie było to całkiem obojętne. W żadnym razie nie bagatelizował małych czarownic i tego, że mogły uczyć się szybciej od innych dzieci. Tak właściwie to byłby skłonny uwierzyć w prawdopodobieństwo podłapania od niego jakiegoś pochopnie wypowiedzianego słowa lub co gorsza uczynienia z niego pierwszej wypowiedzi małej Mabel.
- O nie nie, podziękuję. Masz jakieś miejsce tam u siebie, nie? - Zaprotestował przesadnie.
Nie ma co, Nora z pewnością ucieszyłaby się z tego faktu (szczególnie, gdyby to słowo brzmiało bimbały) i to na tyle, że aż upiekłaby mu kilka tacek swoich lukrecjowo-anyżkowych ciastek w podzięce. A potem najpewniej własnoręcznie wepchnęłaby mu je prosto do gardła. Albo przez najbliższe lata znajdowałby malutkie, ostre okruszki w swoim łóżku, wewnątrz ubrań i dosłownie wszędzie, gdzie nie powinno ich być. Nie. Faktycznie nie warto było ryzykować.
Poza tym nie musiał ryzykować czymś, o czym wiedział, że było ryzykowne. Wkońcu jego wiedza o młodych ludziach była raczej pełna dziur wypełnionych podstawowymi informacjami w stylu nie da się z nimi grać w karty ani tym bardziej w gargulki, bo prędzej zaczną je sobie wsadzać do ust i się uduszą. I tak mógł popełnić wiele błędów wychowawczych, szczególnie nie na swoim dziecku.
Przesadzał. Tak. Jasne. Zawodowo kompletnie nie specjalizował się w pediatrii i całe szczęście nie miał do czynienia z wieloma podtrutymi szkrabami a w pomocy dzieciom, które zjadły jakieś niezidentyfikowane rośliny zazwyczaj wyręczała go jakaś inna uzdrowicielka. Jednakże nie był aż takim ignorantem. Po prostu średnio umiał się odnaleźć w towarzystwie maluchów. Parsknął niepoważnie na sugestię, że miałoby być inaczej, machając ręką.
- No. Powiedzmy, że mam jakąś Mary-Loo w swoim porcie - wzruszył ramionami, uśmiechając się pod nosem. - Ma naprawdę niezłe... ...wiesz, co - konspiracyjnie zniżając głos, jedną ręką zabawił się w wymowne kalambury, po czym nieznacznie odrzucił głowę w tył, kwitując to krótkim śmiechem.
Cichym, żeby nie rozjuszyć Mabel, bo chyba mogła niedługo zasnąć. Taką miał przynajmniej nadzieję. Wbrew sugestiom Figga, kompletnie nie czuł się w roli potencjalnego ojca. Raczej to wykluczał.
Oczywiście, nie powiedziałby też, że nie dalej jak cztery godziny temu przeszedł się z Mabel po wszystkich częściach domu potencjalnie dostępnych dla jej małych rączek i nóżek, profilaktycznie przestawiając co nieco na wyższe półki a nawet pokuszając się o to, żeby zneutralizować jedną roślinę, którą uważał za podejrzaną. Jasne, ryzykował przy tym ochrzanem, ale wolał go zebrać niż mieć wyrzuty o to, że czegoś niedopilnował. Odnotował sobie też w głowie, żeby odkupić sztukę kwiatka domowego, ale zamieniając go na coś jednoznacznie kompletnie nieszkodliwego, może nawet jadalnego.
Chyba nie przyznałby się do tego, ale powoli udzielało mu się bycie madką. Zamiast tego pokręcił głową z mieszanką kpiny i niedowierzania. Przynajmniej z początku, bo gdy się głębiej zastanowił, spoważniał na moment.
- To ta. Przynajmniej powinna być, ale jeszcze jej nie uświadomiłem o moim podejściu do dzieci. To mi się akurat nie zmieniło - wykrzywił kącik ust w grymasie, po czym wzruszył ramionami. Najprościej było wzruszyć ramionami. - Chociaż ta pannica tutaj jest całkiem urocza. Nie przeczę. A teraz weź ją ode mnie, proszę - zażartował tak gładko, jakby przed chwilą wcale nie powiedział o niczym potencjalnie drażliwym.
Potrafił rozpoznać droczenie się i w żadnym razie nie miał zamiaru być panem marudą pogromcą uśmiechów dzieci. Wręcz przeciwnie, skoro spędził ostatnie godziny na robieniu wszystkiego, żeby zadowolić tę małą wybredną istotę. Gdyby nie to, że był pewien swojego pochodzenia to mógłby pokusić się o stwierdzenie, że swój wysublimowany gust odziedziczyła gdzieś tam po nim. No, ale cóż. Kto z kim przystawał i tak dalej. Może miał tu trochę swojego wpływu. Byleby nie na słownictwo Mabel i miało być dobrze.
- Jest bardziej twoja niż moja. Ma nawet taki sam kartoflany nos - stwierdził, rozprostowując nogi i wygodniej rozsiadając się w fotelu. - Oby poczucie rytmu odziedziczyła po Norze - dodał jeszcze z uniesionymi brwiami podziwiając te podrygi, bo to był naprawdę interesujący widok.
Szczególnie, że przez chwilę naprawdę nie sądził, że zaraz znowu znajdzie się w położeniu sprzed chwili. Zdecydowanie poczuł się zbyt pewnie a tu... Cholera. Nie chciał odkryć powołania do bycia niańką.
- Wyśmienicie - pokręcił głową, wyciągając ręce, żeby z powrotem przejąć małą. - Bawimy się przednio, ale jeszcze nie pija piwa ani nie jest przekonana do gry w karty, więc mamy ograniczone możliwości wyboru rozrywek - odrzekł, powstrzymując westchnienie i nawet nie protestując przeciwko ponownemu rozbujaniu małej na kolanach.
Tym razem już bez śpiewów. Nie to, żeby się jakoś przesadnie krępował, ale po tylu godzinach trochę wysiadało mu gardło. Miał nadzieję, że Mabel mu to daruje.
- Co tak późno? Jakieś zobowiązania w dalekich portach? - Zasugerował głównie po to, żeby odwzajemnić wcześniejsze dogryzki, choć również po prostu cieszył się na okoliczność rozmowy.


RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - Thomas Figg - 03.10.2024

- Och rozumieją bardzo dużo, a potem opowiadają matkom wszystko co je spotkało w ciągu dnia, więc radzę ci się ukryć zanim Nora dowie się co takiego śpiewałeś jej małej córeczce - powiedział to jak najbardziej poważnym głosem, na jaki go było w danej chwili stać. Nie był zbyt poważny i po chwili już wybuchnął śmiechem. - Ale bardzo szybko chłoną słowa i potem je powtarzają, więc nie jesteś chyba do końca bezpieczny - dodał jeszcze z cichym chichotem. Obserwowanie jak Ambroise obawia się jego siostry, kto by pomyślał, że taka drobna istota może wzbudzać aż taki respekt - cóż Thomas na pewno o tym wiedział, w końcu dorastał z nią od najmłodszych lat. Sam na własnej skórze nie raz przekonał się do czego zdolna jest Nora. Wolał nie myśleć co też zrobiłaby by z Greengrassem, bo potem i tak by się okazało, że przeszła jego najśmielsze wyobrażenia.
Zerknął na przyjaciela z zainteresowaniem, kiedy to wspomniał o swojej Mary-Loo i zaśmiał się na jego próby pokazania o co mu chodziło- cóż tej pantomimy nie dało się pomylić z niczym innym. - Rozumiem, że ma dość walory, które cię do niej przyciągnęły. Osobliwe imię, nie jest Brytyjką? - zapytał niewinnie, ale zaraz zainteresował się Mabel, bo w sumie jeżeli on zajmował się nią tak długo. Trzeba było wejść w tryb dobrego wujka, żeby nieco odciążyć drugiego mężczyznę i zmienić go zanim ten całkowicie padnie z wycieńczenia, zdawał sobie dobrze sprawę jak trudno jest zajmować się dzieckiem, które nie potrafiło za wiele poza płakaniem i gaworzeniem.
- Lepiej mieć kartoflany nos niż zachowywać się jak rozgotowany kartofel - odparował dość spokojnie i wciąż z Mabel na rękach zwrócił się do niej. - No jak Mabel, dobra była zabawa z wujkiem Ziemniakiem? Potrafi być zabawny jak się postara - żartował dalej ignorując całkowicie istnienie drugiego mężczyzny w pokoju. Jednak to ignorowanie nie wyszło mu za dobrze, bo młoda Figgówna nie chciała odpuścić. - No co za zdrajca mały - powiedział oddając ją w ręce Ambroise.
- Musisz po prostu bardziej otworzyć swój umysł na nowe doznania, bez alkoholu też można się świetnie bawić - rzucił wesoło i to dało mu do myślenia. Picie było dla maluchów takich jak Mabel nie formą rozrywki ale jedzenia. - Poczekaj, czy ona jadła odkąd nora wyszła? - zapytał i ruszył w stronę kuchni.
- Robiłem zakupy, przecież nasza mała księżniczka potrzebuje miliona nowych zabawek z okazji zbliżających się świąt. Czekam aż Nora zacznie mnie wyklinać, ze następne co mam jej dać to magiczny kufer na zabawki bo już zajmują cały pokój - odkrzyknął w odpowiedzi na jego pytanie, kiedy wracał do kraju na święta starał się nie brać żadnych zleceń i poświęcać czas rodzinie i przyjaciołom - nie zawsze to wychodziło, ale się chłopak starał. - Zobowiązania na razie są zawieszone, dopiero po nowym roku ruszam w nowe rejony. Na razie niczym Odyseusz wróciłem do domu po długich wojażach - zaśmiał się choć nie miał pojęcia czy Ambroise będzie wiedział o kogo chodzi, w końcu to był bohater z mitologii mogolskiej nie postać czarodzieja.
- Czy ty cały czas się z nią bawiłeś i jej nie karmiłeś? - zapytał bardziej rozbawiony niż z pretensją w głosie, ale to tłumaczyło dlaczego musiał ją cały czas zabawiać. W ręce trzymał butelkę z mlekiem dla małej Mabel. - no chodź mała, czas na obiad i drzemkę - wesoło zwrócił się do dziecka, które widząc, co trzyma Thomas już nie płakało, kiedy ją zabrał. Usiadł na fotelu obok i układając sobie małą zaczął ją karmić.
- Opowiadaj, w tym roku trafił ci się jakiś ciekawy przypadek? - mieli niemal cały rok do nadrobienia, sowy podróżowały długo i czasami od wysłania listu przez jednego z nich do otrzymania go przez drugiego trwały dwa tygodnie. A jak wiadomo w listach nie wszystko uda się opisać.


RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - Ambroise Greengrass-Yaxley - 05.10.2024

Z jednej strony starał się mieć otwarty umysł (ta, jasne) na wiedzę, której nie posiadał. Z drugiej nie był kompletnym idiotą, żeby łykać tak przesadne przerysowania.
- Bujać to my a nie nas, Figg - rzucił, znacząco wskazując spojrzeniem na to, co właśnie robił.
A tak się pięknie składało, że bujał. Nie można było wybrać sobie lepszego momentu. Tak właściwie to dzisiaj Ambroise błyszczał wyjątkową głupotą umiejętnością przekazania wielu rzeczy bez słów.
- Pół centaurem, pół skrzatką domową - odpowiedział starając się powstrzymać drżenie ust i brzmieć bardziej poważnie niż kąśliwie, jednak bardzo szybko się poddał i machnął ręką z szerokim uśmiechem. - Brytyjka z dobrego domu. No, powiedzmy, że dobrego domu - wzruszył ramionami. - Na tyle dobrego, żeby Evelyn widziała szansę wypier... ...wszego maja mnie wkrótce odwiedzić w nowym domu, który nie będzie posiadłością jej męża i jej rodziny - zreflektował się niemalże w ostatniej chwili.
Całkiem dumny z siebie, że to zrobił i jak do tej pory nie przeklnął ponownie w obecności małej Mabel. Nawiązywał, oczywiście, do swoich lekko mówiąc napiętych w ostatnim czasie relacji z młodą żoną ojca i zarazem matką jego przyrodniej siostry. Co prawda męczyli się ze sobą odkąd miał pięć lat, ale na początku szło im to całkiem przyzwoicie.
Pierwsze dwa czy trzy lata były do przeżycia. Same początki Hogwartu również. Może niespełna dziewiętnastoletnia czarownica w aranżowanym małżeństwie nie do końca była gotowa na ekstra dodatek w postaci nieswojego dziecka, ale przynajmniej się starała. O własne dzieci ewidentnie również, toteż odkąd urodziła się Roselyn a Ambroise niedogodnie ukończył osiem lat, nie zaś jedenaście, żeby posłać go w trzy dupy do Hogwartu, Evelyn regularnie starała się wypierwszomajować go z rezydencji Greengrassów w Dolinie Godryka.
W efekcie swoje najgorsze momenty resztki szkoły i rekonwalescencji po wypadku skończył tułając się po kanapach przyjaciół i robiąc wszystko, żeby nie wrócić na żadne przerwy świąteczne do domu. W tym nawet pozostać w Hogwarcie, jeśli to było możliwe. Pierwsze lata stażu w Mungu wyglądały dokładnie tak samo, choć interwencja ze strony ojca (chyba jedyna poważna jak do tej pory) sprawiła, że teoretycznie odzyskał swoje pokoje w rezydencji i dostęp do rodzinnego majątku. Własne zarobki w Mungu i prywatna praktyka również robiły swoje.
Jeśli zaś chodzi o żonę ojca to odnosili się do siebie z neutralną uprzejmością, natomiast dokładnie tak jak mówił - słodka trzydziestosiedmioletnia Evie w zwierciadle Ain Eingarp najpewniej widziała rodowy gobelin bez jego krzywej mordy i swoją posiadłość tak przez niego nieodwiedzaną jak to było możliwe. Urocza kobieta. Dokładnie taka powinna być każda wzorowa przybrana matka.
Wywrócił oczami, tym razem już się nie powstrzymał, szczególnie widząc sposób, w jaki kumpel zajmuje się dzieckiem.
- Z rozgotowanych ziemniaków robi się niezłe puree ziemniaczane, kartoflane nosy się bezcelowo rozkwasza - pragnął zauważyć przydatną rolę bycia nośnikiem smaków dla innych, ewidentnie dużo bardziej barwnych i elokwentnych (no, może raczej elo niż kwentnych w stosunku do niego) osób w tym pomieszczeniu.
Ktoś tutaj musiał być tym bardziej stabilnym człowiekiem. No, może wyłącznie pod kątem bycia na miejscu i nie wywiewania w świat, bo pod innymi Ambroise nie był zbyt stały. Miał swoją stabilną pracę, w której zachowywał się ze wszech miar poprawnie oraz całkiem zaskakująco nieźle rozwijający się związek, o co jeszcze lekko ponad pół roku temu by się nie podejrzewał.
- Lepiej z tym uważaj, bo jeszcze mnie oświeci i postanowię zweryfikować kilka znajomości - zagroził powstrzymując się przed równie żartobliwym dodaniem, że niektórzy to mu wręcz zarzucali zbyt otwarty umysł i foliową czapkę (tego akurat nie rozumiał, bo daleko mu było do piekarza).
- Fotosyntetyzowała - odpowiedział niemalże od razu, bo tak głupie pytanie prosiło się o równie głupią odpowiedź. - Wszystkie małe kwiatuszki fotosyntetyzują. Prawda, Mabel? - W dodatku całkiem bezczelnie zmałpował ton głosu Thomasa czyniąc go przy tym jeszcze bardziej przesłodzonym i matkującym, jednak wątpił czy przyjaciel usłyszał cokolwiek z kuchni.
Taką ilością cukru mogło swobodnie najeść się dziecko, które z jakiejś dziwnej przyczyny akurat wyrosło z fazy fotosyntezy. Oczywiście, że próbował nakarmić tę małą księżniczkę. Może niespecjalnie mu to wyszło, ponieważ nie znał się na dziecięcych przyzwyczajeniach i większość jakiegokolwiek pokarmu wylądowała na profilaktycznie podłożonym obrusie. Niestety chyba z tych całkiem ładnych, ale tylko taki znalazł. To był kolejny problem. W domu Mody wszystko było ładne. To go trochę wybijało z rytmu, bo nie spodziewał się, że przy dziecku może nie być tu żadnego chaosu. Przynajmniej do czasu aż sam go nie wywołał swoim przestawianiem rzeczy z niskich półek i szukaniem obruso-szmaty. Planował to posprzątać przed powrotem Nory, ale jak do tej pory nie mógł oderwać się od małej ani na pół chwili. Zupełnie, jakby ktoś ją do niego przykleił zaklęciem przylepca. Nie i już. Thomas był jego jedyną nadzieją.
- Kup przynajmniej cztery kufry. To dziecko dostaje więcej zabawek niż ktokolwiek - skwitował, bo sam też może był co nieco współwinny, po prostu lubił tę małą. - A i tak wybiera foremki do ciastek. Wykąpana matka - skwitował, bo któregoś innego dnia, kiedy został z Mabel na góra dwadzieścia minut musiał z pięćdziesiąt razy zabierać jej ostre wykrawaczki w kształcie jednorożców i znikaczy.
Nie wiedzieć skąd je brała, bo wydawało mu się wtedy, że przez cały czas ma ją na oku. Tym razem nie popełnił takiego błędu i przezornie przeniósł cały mandżur do salonu. W efekcie nie było nic poza jego szantami, co mogłoby na chwilę odciągnąć ją od piłowania małego wydajnego gardziołka.
- On jest jeszcze bardziej zafiksowany na punkcie swoich wypraw? Ten twój znajomy? - Spytał z uniesioną brwią, bo rzeczywiście - nie do końca załapał, o co Thomasowi chodziło z tą nagła wesołością.
Odnosił wrażenie, że to mógł być jakiś wewnętrzny żart poszukiwaczy przygód, do której to grupy zaliczał Figga. Być może powinien spytać o to swoją dziewczynę (w końcu też była poszukiwaczką wrażeń), bo wątpił, żeby przyjaciel postanowił mu to wyjaśnić bez rozbawienia i kpiny, jednak stosunkowo szybko odsunął ten pomysł, bo uznał go za głupi. Nie czuł się dobrze z koniecznością dopytywania o rzeczy jak zbłąkane dziecko we mgle, więc tylko wzruszył ramionami.
- Nie chciała moich Złocistych Meteorów model 2137 - odpowiedział z równą mieszanką rozbawienia i teatralnego oburzenia, tym bardziej, że to były naprawdę dobre europejskie miotły osiągające stabilne prędkości i idealnie nadające się przez to do profesjonalnej gry w Quidditcha.
Słowiańska jakość była nie do podważenia, szczególnie, że popularne w późniejszych latach Nimbusy miały powstać dopiero w roku 1967 i niestety w niecałe dwa lata całkowicie wyprzeć solidną wadowicką produkcję doprowadzając tym samym polsko-włoskiego inwestora i wynalazcę Johna-Pedro Secondo do zakończenia swojego życia. No, ale tego jeszcze nie wiedzieli. W tym momencie Meteory były najlepszym, co spotkało miotlarski przemysł. A Mabel i tak ich nie chciała w postaci małych łyżeczek pełnych jedynego, co znalazł pod ręką - najpewniej całkiem świeżo upieczonych kremówek.
Całe szczęście, że Thomas miał trochę większe pojęcie o tym, co się gdzie znajduje i udało mu się przynieść coś czym możliwe, że Mabel nie miała pogardzić. Ambroise przyjął to z ulgą. Tak samo jak możliwość ponownego oddania dziecka w ręce, które uważał za bardziej odpowiednie do roli niańki.
- Mam nadzieję, że wkrótce zaśnie. Kto wie, kiedy wróci jej matka - odezwał się zaskakująco poważnie jak na dotychczasowy przebieg tej rozmowy, bo jednocześnie zastanawiała go ta późna pora.
Niezbyt dobrze było włóczyć się po nocy o takiej godzinie. Nawet w rejonach tak bezpiecznych jak biznes w Dolinie czy okolicego domu. Jednakże szybko odsunął od siebie podobne rozważania, dochodząc do wniosku, że Nory po prostu nikt nie mógłby skrzywdzić. Była na to zbyt lubiana a i wyjątkowo niegłupia. Mogła sobie dobrze poradzić.
- Mieliśmy tego samego człowieka przychodzącego do nas we wszystkie minione jedenaście pełni oblepionego wybielającymi eliksirami i obtoczonego piórami. Za każdym razem upierał się przy klątwie kurołactwa - zaczął znowu rozsiadając się w fotelu. - Jeśli się nie mylę to kurołaki nie istnieją? A może jakieś tam u siebie miewacie w dalekich stronach? - Pojęcie o magicznych bestiach i przekleństwach miał raczej nikłe, ale pacjenta nie dało się leczyć na eliksiralne oparzenia.
Zbyt mocno się wierzgał, po czym zawsze uciekał korytarzami świecąc bardzo jasnymi pośladkami i dosłownie rozpływając się we mgle zanim cokolwiek zrobili. Tak, to zdecydowanie było warte uwagi.


RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - Thomas Figg - 06.10.2024

- Tylko potem nie mów, że nie ostrzegałem - powiedział unosząc w górę ręce w geście poddania się. Próba wmówienia czegoś Greengrasowi spaliła na panewce i próba ratowania tego dowcipu nie byłą czymś na co Thomas zamierzał poświęcać swoją energię, wiedział kiedy sprawa jest przegrana.
Brwi Figga prawie zniknęły w linii jego włosów. - Wiedziałem, że siedzenie w Mungu będzie miało na ciebie wpływ, ale żeby aż taki? Powinieneś się wybrać do lecznicy dusz, bo to może nie miłość a efekt przepracowania - starał się brzmieć poważnie ,ale nie mógł powstrzymać chichotu na samą myśl, że Ambroise idzie i do jednego z terapeutów mówi, że jest zakonach w krzyżówce skrzata domowego z centaurem. Już całkowicie abstrahując od tego, czy taka krzyżówka jest możliwa bez udziału jakiejś dziwnej klątwy czy też pięciu.
- Powiedzmy? - zwęził oczy i przysłuchiwał się dalszej opowieści, jakże krótkiej o jego wybrance i Evelyn. Ahh, niektóre rzeczy się nie zmieniają. - Jeżeli ty mówisz, że powiedzmy, że z dobrego domu, to obstawiam, że to jakaś Weasley'tka, bo przecież nie związałeś się z kobietą półkrwi czy nie daj Merlinie mugolaczką. - zerknął uważnie na swojego przyjaciela, jakby się nad czymś zastanawiał i pokiwał głową na boki, nie, gdyby związał się z mugolaczką to Evelyn nie spoczęłaby gdyby nie został wydziedziczony. Czasami zastanawiał się jakim cudem oni utrzymują ze sobą tak dobre kontakty, przecież nie Figgowie nie byli starym czysto krwistym rodem, ba ich poglądy też nie zgadzały się idealnie. A jednak jakaś nić porozumienia się między nimi nawiązała i potrafili się dogadać mimo niektórych różnic w podejściu do życia. Może to kwestia wspólnych przygód w Dolinie za dzieciaka? A może kwestia tego, że potrafili się uzupełnić i to, że nie zawsze się zgadzali ze sobą? Westchnął i pokręcił głową, zdecydowanie był zbyt trzeźwy na roztrząsanie takich rzeczy o tej porze, a z racji tego, że miał pod opieką Mabel, to nie zamierzał raczyć się trunkami.
- Dokąd zamierzasz się wyprowadzić? Do domku gościnnego czy za płot? - jakoś nie widział Greengrass mieszkającego gdziekolwiek indziej niż w Dolinie Godryka, pasował tutaj tak samo jak drzewa okalające te dolinę. Ale z drugiej strony zapewne podróżowanie na linii Dolina - Św Mungo nie należała do przyjemnych, nawet mimo używania magii do pokonywanie tej odległości. Ile to lat minęło? Sześć lat temu kończył Hogwart, a Ambroise jeszcze wcześniej. Dorosłe życie nie zwalniało, czasami miał wrażenie, że jest to karuzela, której pęd nigdy nie zwalnia, a wręcz przeciwnie cały czas ktoś ją mocniej rozpędza.
- Tylko najpierw te ziemniaki się rozgniata na bardzo drobno - wzruszył ramionami, bo czemu nagle zaczęli rozmawiać o jakichś ziemniakach? - Czas skończyć bredzić Greengrass, chyba za długo byłeś sam z dzieckiem - dodał jeszcze kiedy wraz z Mabel siadł na fotelu i zaczął ją karmić ciepłym mlekiem. Dobrze, że Nora go nauczyła jak obchodzić się z maleństwem. Pamiętał jak dowiedział się o narodzinach - nigdy tak szybko nie załatwiał śwwstoklika do Anglii. Dopiero co zaczynał swoje zlecenie w Chile i już musiał ją przerywać - nie byli z tego zbyt zadowoleni, ale na szczęście już wtedy wyrobił sobie nazwisko w branży i nie  woleli na niego poczekać niż na gwałt szukać kogoś nowego. I to było już ponad rok temu - westchnął, czas leciał strasznie szybko, czasami miał poczucie, że przez te jego wieczne podróże traci dość dużo z wydarzeń tutaj na miejscu, ale z drugiej strony nie potrafił z tego zrezygnować - była to dla Thomasa forma odnalezienia siebie i upewnienia się, ze wydarzenia z szóstego roku w Hogwarcie nie wydarzą się ponownie. Nie chciał nawet o tym teraz wspominać, nie będą przy kimkolwiek, a szczególnie nie podczas opieki nad Mabel - dlatego przywołał na usta swój zwyczajowy uśmiech, nieco wymuszony ale nadal serdeczny. Tylko kiedy zerknął w dół nam siostrzenicę, to nie musiał wymuszać uśmiechu.
- Jak to się mówi, kiedy związujesz się z kobietą musisz poświęcić przynajmniej dwóch przyjaciół. To chyba jakiś rytuał za pomyślność związku - zażartował, bo to tylko stare powiedzenie powtarzane przez uczniów Hogwartu, wynikające po prostu z tego, ze miało się o wiele mniej czasu w zamku między zajęciami i odrabianiem pracy domowej, dlatego chciało się go spędzać w ukochaną, a nie na każdym kroku z przyjaciółmi.
- Tylko ta mała księżniczka potrzebuje też czasem coś zjeść. Niepodlewane kwiatuszki usychają - powiedział i uniósł Mabel tak aby trzymać ją pionowo - skoro zjadła to jak nakazywała zawsze Nora, trzeba było ją trochę potrzymać, aby się jej odbiło i potem jedzenie nie ulewało. Nie musieli nawet długo czekać, bo po chwili po pomieszczeniu potoczył się potężne beknięcie. Aż Thomas zerknął w bok ze zdziwieniem pomieszanym z uznaniem, teraz mógł zmienić pozycję i położyć ją sobie na rękach i delikatnie kołysać, aby mogła zasnąć, widział już jak oczka maleństwa powoli się przymykają.
- Co? Nie, został przeklęty przez bogów i powrót do domu, która powinna zając mu dwa miesiące trwała dwadzieścia lat, tułał się po świecie mając przeróżne przygody, ale nie mogąc znaleźć drogi do domu. Naprawdę zacznij coś czytać, a nie tylko wydania "Moja grządka", "Zioła, grządki i nawozy", czy co tam teraz prenumerujesz - zakończył nie mogą powstrzymać chichotu.
- Dziwisz się jej? Trochę za małą jest na latanie, nie jest w stanie jeszcze samodzielnie się poruszać a miałaby latać na jednej z najlepszych mioteł dostępnych na rynku? - na coś takiego to mów chyba wpaść tylko Ambroise, no ale cóż. Gdyby nie lęk wysokości, a raczej lęk przed spadaniem, Thomas sam by polatał w raz z Mabel na miotle - na nieszczęście, a może i szczęście dla nerwów nory, nie było to coś co mógłby zrobić.
- Powoli przysypia, wiec trochę ciszej musimy - powiedział głośnym szeptem kołysząc przez cały czas mała Mabel, oczy się jej kleiły coraz mocniej, ale jak na dzieci przystało wciąż dzielnie walczyła przed ogarniającym ją snem - jednak przegrywał te nierówną walkę, musiała dużo spać, aby móc rosnąć.
Prychnął niekontrolowanie, czym nieco rozbudził Mabel i spojrzał oskarżycielsko na Greengrassa, na całe szczęście dziecko zaczęło nad wyraz szybko przysypiać ponownie.
- I odesłaliście go na leczenie umysłu czy po prostu odsyłaliście z kwitkiem? - zapytał z zaciekawieniem jak sytuacja ze samozwańczym kurołakiem została rozwiązana. - Nie, kurołaków nie spotkałem, ale słyszałem pogłoski o wendigo i innych stworach, o których nigdy nie słyszeliśmy na obronie przed ciemnymi mocami, nawet w trakcie klas owutemowych. Jednak cześciej mam do czynienia z pułapkami czy klątwami rzuconymi na dane pomieszczenie - stwierdził zgodnie z prawdą, mało kiedy udało mu się spotykać żywe istoty w trakcie wykopalisk. Jego praca nie polegała na radzeniu sobie z magicznymi stworzeniami i potworami, zajmował się rozbrajaniem pułapek i niszczeniem pieczęci czy zdejmowaniem klątw. - I nie miej wątpliwości, większość tych kła†w, a raczej nawet wszystkie są tak rzucone, abyś ty nie musiał już się niczym zajmować - wzruszył ramionami i powoli przestała się kołysać, bo mała Mabel zasnęła mu na rękach. Dla niektórych jego praca mogłaby wydawać się nudna, ślęczenie nad danym problemem przez godziny, czasami dni i tygodnie było praco esem, którego nie mogli ominąć, jeżeli chcieli wrócić żywi.


RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.10.2024

Nie zmieniając wyrazu twarzy ponownie wzruszył ramionami. Nie to, żeby nie przejmował się wizją gniewu Nory dotykającej go bardziej niż by tego chciał. Zezłoszczona siostra Thomasa potrafiła być naprawdę niespodziewanie przerażającym widokiem. Całe szczęście nie musiał przekonywać się o tym na własnej skórze. Jak do tej pory było między nimi na tyle w porządku, że najwidoczniej nie widziała problemu z powierzeniem mu swojego dziecka. Ambroise sam by sobie nie powierzył żadnego dzieciaka. To chyba było spore zaufanie.
- W Lecznicy Dusz mają o mnie średnią opinię, chyba jestem na cenzurowanym - odpowiedział krótko, jakby tam rzeczywiście mogło być coś, o czym nie należało mówić głośno.
W rzeczywistości nie miał niemal żadnych związków z tamtym miejscem, bo to inne oddziały (szczególnie klątwy i urazy pozaklęciowe) przyjmowały do siebie potencjalnych wariatów. U nich bywały głównie zatrucia, niestrawności, czasem osobliwe przypadki wyrastania roślin na ciele. Średnia ilość wariatów - zarówno pośród pacjentów jak i uzdrowicieli. Jedynie o przytomności umysłowej stażystów miewał czasem wątpliwą opinię.
Z nim samym nie zawsze było najlepiej, ale żeby sugerowano mu tak dużą niepoczytalność jaką mógłby być mezalians z mugolaczką? Litości. Za bardzo lubił swoją względnie nieposzlakowaną opinię, żeby ryzykować wydziedziczeniem. Tym bardziej, że byłoby dokładnie tak jak to trafnie wnioskował Thomas. Macosze Ambroisa wystarczyłoby cokolwiek podobnego, żeby chciała spróbować pozbyć się go.
- Poszukiwaczka przygód z rodziny łowców - skwitował z wywróceniem gałek ocznych, po czym douściślił wyłącznie po to, żeby podkreślić absurd sytuacyjny. - To nawet lepsze niż związek z mugolaczką czy choćby tą nieszczęsną hybrydą skrzatki i centaura. Łowczyni magicznych zwierząt, Figg - brakowało w tym wyłącznie niepoważnego i pełnego niedowierzania ja pierdolę, świnie zaczęły latać bez magii.
Choćby chciał, nie przewidziałby czegoś takiego. Po pierwsze raczej zarzekał się, że stałe związki i romantyczne zobowiązania raczej nie są dla niego. Po drugie nie sądził, żeby kiedykolwiek był w stanie dogadać się z kimś, dla kogo flora była wyłącznie żarciem i ściółką dla zwierzyny. No, może okazjonalnym źródłem zarobku na składnikach do eliksirów. Tymczasem oni dogadywali się bez większych problemów. Jasne - z wieloma drobnymi tarciami, ale w gruncie rzeczy rozumieli się i swoje zbieżne cele niemalże bez słów. To samo w sobie stanowiło materiał na prześmiewczą sztukę, tymczasem Ambroise nie postawił kropki nad i.
- A matka to Borgin - zaznaczył znacząco, nawet jeśli wcale nie musiał tak robić.
Jego niechęć do Borginów była raczej powszechnie znana i z biegiem lat wcale nie uległa rozmyciu. Ambroise miał swoje przekonania. Nie był człowiekiem o najbardziej otwartym umyśle. Przynajmniej nie w powszechnym kontekście. Przez większość czasu patrzył z góry na ludzi, którzy nie pasowali mu do jego wizji świata i poczucia hierarchii, w której został wychowany.
Z powodzeniem mógł uchodzić za uosobienie tradycjonalistycznych czystokrwistych wartości i niespecjalnie mu to przeszkadzało. Wręcz nie usiłował się z tym przesadnie kryć, bo uważał, że nie powinien czuć się winny z powodu lepszego, czystszego magicznego pochodzenia, do czego ostatnio usiłowali nawoływać niektórzy postępowi czarodzieje.
Nie zgadzał się z tego typu poglądami o konieczności zatarcia wszelkich granic, natomiast w tym całym swoim zesztywnieniu miał luźniejsze pojęcie do konceptu wartościowania ludzi ze względu na czystość krwi niżeli otwarcie mógłby przyznać. Tak właściwie to sam nie do końca dopuszczał do siebie myśl, że jest całkiem niezłym hipokrytą, skoro jednocześnie upiera się przy społecznych hierarchiach i burzy je we własnych relacjach towarzyskich uznając niektórych za równiejszych niż innych.
Na przykład taki Thomas miał według niego nieszczęście urodzić się w konieczności podlegania określonym ramom społecznym, jednak w gruncie rzeczy był niemal tuż-tuż tak utalentowany magicznie, że z powodzeniem mógłby uchodzić za mniej czystego kompana o tylko trochę zbrukanej krwi. No, pewnych rzeczy nie dało się przeskoczyć. Tak czy inaczej Ambroise raczej starał się nie wchodzić na grząski grunt (a przynajmniej niezbyt często) zachowując pełną swobodę i ignorując fakt, że ich zażyła relacja trochę odznaczała się skazą na jego tradycjonalizmie. Bywał dogodnie ślepy, kiedy to było mu na rękę.
Wracając zaś do tych nieszczęsnych Borginów i ludzi tego pokroju, Greengrass miał już dużo sztywniejsze i bardziej ukierunkowane poglądy. Nie uważał się za najbardziej łagodnego i najczystszego człowieka. Wręcz przeciwnie, miał nonszalancką świadomość, że bywali na tym świecie ludzie chociażby tacy jak właśnie Figg, którzy w jednej myśli zrobili więcej dla dobra populacji niż on przez rok pracy w szpitalu. Natomiast Ambroise potrafił postawić granicę tam, gdzie wymagała tego zwykła ludzka empatia. Wielokrotnie testował, na co może sobie pozwolić, ale w pewnych przypadkach przestawał na długo przed przekroczeniem granicy.
Niestety nie mógł tego samego powiedzieć o niektórych innych czystokrwistych czarodziejach. Problem robił się tym bardziej znaczny, kiedy chodziło już o całe rody. A Borginowie kimś takim byli. Jasne, nie odmawiał im leczenia, ale nie popierał ich przekonań i posunięć. Nawet jeśli matka Geraldine zachowywała się wyłącznie jak stara wredna baba o przerośniętym ego to sam fakt, że była z takiego rodu czynił tę sytuację bardziej karykaturalną.
Oto on - człowiek szanujący przede wszystkim florę schodził się z kimś, kto rozumiał wyłącznie faunę. Zbierał sobie swoje upatrzone zioła, kiedy ona polowała na magiczne bestie. Może nie obok, ale ta wizja i tak go trochę bawiła. Wielokrotnie w zimnych słowach kwitował brawurowe posunięcia poszukiwaczy adrenaliny tymczasem nagle wszedł w świadomy związek z kimś, kto nie umiał wysiedzieć w miejscu bez małego polowania. No i jeszcze ta Jennifer Yaxley née Borgin. No cóż. Przynajmniej z wyglądu byli do siebie chociaż trochę zbliżeni. Nie niepokojąco jak rodzeństwo. To byłoby obrzydliwe, ale przynajmniej tutaj nie było między nimi aż tak znacznej dysproporcji.
Prócz tego ich rody względnie się dogadywały, choć nie pałały do siebie początkowym entuzjazmem. Korzyści płynące z posiadania uzdrowiciela niemalże w rodzinie była co prawda przyjmowana z entuzjazmem. Szczególnie, że już wcześniej leczył tamtych ludzi a teraz mogli mieć go bardziej na zawołanie i jeszcze nie do końca uczciwie go za to wynagradzać (czego on nie robił dla tej relacji), bo zaczynał być swoim ich chłopem. Natomiast w drugą stronę początkowo żywiono trochę rezerwy i wątpliwości, ale odkąd jego macocha zaczęła myśleć o zaletach w postaci możliwości wykopania Ambroisa zaczęła być znacznie łaskawsza. I chyba na pewno bardziej lubiła jego kobietę niż jego.
- Do domku gościnnego za płotem - odpowiedział z przekąsem, ale w gruncie rzeczy to miał o tym raczej zbliżone zdanie.
Nawet mając świadomość, że Evelyn chętnie zamieniłaby ten ładny biały plotek w wielki i wysoki mur niczym ten proponowany przez czystokrwistego kongresmena Adama Trumpeta w amerykańskim MACUSA. Z tym, że polityk usiłował zapobiec nielegalnej imigracji meksykańskich czarodziejów o wątpliwym pochodzeniu natomiast Evie miała wyłącznie jednego wroga. I był nim on. Z pewnością byłaby w stanie poświęcić kilka grządek, żeby zrobić z nim porządek.
Może nie tych warzywnych, ale na przykład należących do niego.
- Odkąd znasz się na kuchni? - Uniósł brew wymierzając kolejny całkiem rozbawiony cios. - Niby to ja przebywam tu za długo, ale ty najwidoczniej zmieniasz się w swoją siostrę. Upieczesz nam kajzerki, lukrowane ciastka i babkę ziemniaczaną?
Prawdę mówiąc to zaczynał robić się trochę głodny, bo z uwagi na małą nie miał czasu zjeść kolacji a kremówki z kuchni nie były zbyt dobrym źródłem odżywczym. Ponadto rozmawiali o rytuałach i ofiarach a kto nie robiłby się wtedy głodny? Przecież zawsze przed lub po wyprawiano ucztę, co nie? Nie?
- Yule to wyśmienity czas na złożenie ofiary. Tylko muszę znaleźć tu jakiś dogodny krater. Czy muszę to zrobić w jakimś Meksyku? - Spytał, bo przecież miał przed sobą eksperta od podobnych tematów.
Skoro już jego szczęście tak bardzo wymagało podobnych zabiegów (a przecież prawa Hogwartu mówiły jasno i były niepodważalne; że też kompletnie o nich zapomniał) to musiał je zrobić w najlepszy możliwy sposób. Potrzebował wskazówek, instrukcji, informacji. Choć Figgowie raczej nie byli najlepsi w ich przekazywaniu biorąc pod uwagę to, w jaki sposób Greengrassowi wepchnięto małą Mabel.
- Nie chciała jeść ciastek - odpowiedział na swoją obronę, jakby to było dla niego niezmiernie logiczne, że to córka Nory, powinna przepadać za ciastkami; resztą to były naprawdę dobre kremówki.
Sam jedną nie pogardził. Drugą również nie, bo coś mu się należało od życia za bycie darmową opiekunką do dzieci w nienormowanym czasie pracy. Co prawda sam się na to nieświadomie pisał, ale kiedy przyszło co do czego to musiał radzić sobie z sytuacją najlepiej jak to możliwe. Całe szczęście teraz oddał tę konieczność w inne ręce i mógł skupić się na próbach zrozumienia, niespodzianka, kolejnego Figga. A to on był ponoć skomplikowany.
- Pisali o tym w Proroku? - Spojrzał na niego marszcząc mięsień na policzku i mrużąc przy tym jedno oko, bo wyczuwał w tym jakiś kolejny wkręt.
To brzmiało niczym smocze łajno wyssane z palca przez kogoś, komu bardzo nudziło się podczas prac badawczych i archeologicznych. Ewentualnie przez jakiegoś niespełna rozumu pismaka, który nie nadawał się nawet do tworzenia artykułów dla mniej poczytnych szmatławców.
- Subskrybuję również Przegląd Miotlarski i Wieści zza Zasłony - skwitował wzruszeniem ramion, bo przecież nie zamierzał wypierać się faktów.
Większość jego prywatnej kolekcji zajmowały książki medyczne i zielarskie, miał stałe zlecenie na sowy przynoszące mu magazyny okołoherbologiczne, kilka czasopism sportowych dotyczących głównie gry w Quidditcha i tylko (nie aż) jedno pisemko dla ludzi pochłoniętych teoriami spiskowymi. Może nie był zbyt skory do czytania czegoś innego, ale od czasu do czasu sięgał również po Proroka Codziennego. Tak się składało, że ani razu nie natrafił tam na artykuł o czarodzieju, o którym mu opowiadał Thomas, więc Ambroise był raczej sceptyczny. Takie historie na pewno trafiłyby na okładki.
- Poza tym ja przynajmniej nie dostaję czasopism branżowych z plakatami seksownych acz utytłanych w piachu czarownic w bandażach. Kto jest twoją Mummy, Tom, naprawdę? - odgryzł się z trudem powstrzymując śmiech i utrzymując poważną, trochę sztywną minę.
Starał się nie poruszyć ani jednym mięśniem twarzy, natomiast wizja przyjaciela kolekcjonującego magiczne plakaty z przeklętymi, lecz nadal niesamowicie atrakcyjnymi czarownicami była trochę zbyt dobra, żeby nie drgały mu kąciki ust.
- Wydaje mi się, że mogłaby mieć naturalny talent. Jest całkiem żwawa jak na swój wiek - zawyrokował Greengrass, chociaż jeszcze przed chwilą sam przyznał, że nie ma zielonego pojęcia o rozwoju dzieci i o tym, co jest a co nie jest dla nich normą.
Zwyczajnie wydawało mu się, że jak najszybszy kontakt z miotłą mógł być bardzo korzystny dla Mabel. Jasne, nie mówili tutaj o prawdziwej gwieździe (a właściwie to Meteorze) miotlarskiego rynku a o czymś mniejszym i dostosowanym dla małych szkrabów, ale Ambroise mógł sobie wyobrazić tę małą czarownicę na miotle. Może nawet zanim zaczęłaby chodzić. Zgadza się. Nie miał pojęcia o dzieciach.
- Tak czy inaczej, Nora zabroniła przynoszenia takiego prezentu - wyjaśnił, bo naturalne mogłoby się wydawać, że w innym razie ta miotła już by tu gdzieś była.
Najpewniej w pokoju ze stertami innych prezentów a za to bez odpowiednich magicznych kufrów, żeby je pomieścić. Zresztą nie pozwoliłby pogiąć, połamać i uszkodzić delikatnych witek najwyższej jakości miotełki treningowej. Stąd jeszcze takiej nie zakupił. Stąd i z obawy przed dostaniem tą miotłą po łbie szybciej niż zdołałby się uchylić przed ciosem. Zadziwiające, że czuł respekt do drobnej kobiety o prawie czterdzieści centymetrów niższej od niego. Tak. To było osobliwe.
- Nareszcie - mruknął kiwając głową i starając się zniżyć głos tak, żeby nie zaszkodzić próbom utulenia małej do snu.
Mogli mieć znacznie większą swobodę w przypadku śpiącej dziewczynki niż z małą i kapryśną marudą, która wreszcie poddawała się chęci snu. Choć kiedy niemalże się rozbudziła, Greengrass poczuł niewielkie ukłucie paniki. Nie chciał więcej śpiewać.
- Uciekł - teraz go to bawiło, ale w następną pełnię spodziewał się kolejnej powtórki z rozrywki. Tym razem dwunastej. - Nie wiem czy chcę wiedzieć, o jakich stworach i przekleństwach mówisz. Chyba wolałbym spać spokojnie.
Zawsze instynktownie stronił od zapychania sobie głowy niepotrzebną wiedzą odnośnie magicznych bestii czy na tematy, które nie były dla niego częścią starej dobrej codzienności. Tak. Zgadza się. Bardzo chętnie czytał o teoriach spiskowych I wierzył w istnienie Diabłów z Kosmosu, które miały Przenośne Kosmiczne Wrota Piekieł, dzięki którym odwiedzały Ziemię w celu kradzieży cennych drzew z Kniei Godryka.
Natomiast raczej nie wnikał w rzeczy, które nie były mu na rękę. A obawa przed zapuszczaniem się do lasu wywołana przez wizję magicznych krwiożerczych bestii nie była w jego bingo na ten rok. Zresztą zamknął je już pół roku wcześniej, kiedy nawiązał swój osobliwy i osobliwie właściwy nawet nie romans a poważny związek.
- Za to pułapki czy ciekawe klątwy manualne... ...fizyczne?... ...materialne?... ...jak wy to tam nazywacie?... ...brzmią jak coś znacznie ciekawszego, o czym chętnie posłucham - zasugerował, jednocześnie mając nadzieję, że to mogło lepiej wpłynąć na sen małej Mabel aniżeli opowieści o mentalnie chorych kurołakach w kontraście że stworami rodem z najciemniejszych lasów.
- Mi to graj. Naprawdę - odrzekł gładko, bo w żadnym razie nie zamierzał się zarzekać, że chciał się mierzyć z każdą możliwą klątwą włączającą konieczność korzystania z pomocy zielarza.
Tak właściwie to byłoby to największym możliwym przekleństwem. Jasne. Dbał o dobro pacjenta, życzył większości z nich dobrze, ale bez przesady - niektóre klątwy powinny zostać częścią zakresu działań ich łamaczy a nie przepracowanych medyków.


RE: [okolice Yule 1966] Pod banderą morskich opowieści || Ambroise & Thomas - Thomas Figg - 06.10.2024

- Chyba nie tylko w lecznicy - rzucił niewinnym tonem z bardzo niewinnym wyrazem twarzy, dobrze pamiętał swój krótki pobyt w LEcznicy Dusz, a raczej wizyty po szóstym roku w Hogwarcie, kiedy to niemal całe wakacje tam spędzał. Nie patrzył na to przez pryzmat ujmy czy wstydu, po prostu samo przebywanie tam nie pomogło mu zbyt dobrze, wbrew pozorom to przebywanie tu w Dolinie i domu pomogło mu odbić się od dna.
- Czyli zostałeś upolowany? Czy może postanowiła cię oswoić? - zapytał bo przecież nie mógł mu pozwolić przejść przez to bez utarczek słownych, cała ich znajomość się na nich opierała i choć ścierał się niezliczoną ilość razy to nigdy nie zostawiało to rysy na ich relacji, wręcz przeciwnie to sprawiało wrażenie jakby właśnie ją zacieśniało. - Czyli to prawda, każda potwora znajdzie swojego amatora, tobie się udało - powiedział chichocząc tak intensywnie z własnego dowcipu, że aż mała Mabel się zatrzęsła. Z dzieckiem na rękach nie można było sobie stroić żartów.
Zamarł i aż otworzył szeroko usta w szoku - teraz to dopiero Ambroise rzucił na niego bombę, po prawdzie to już prędzej spodziewał się tego, że związałbym się z jakąś czarodziejką z rodziny mugolski, ba prędzej by go posądzał o skłonności do płci męskiej niż fakt, że z własnej woli zwiąże się z kimś z Borginów- no dobra nie do końca z Borginem, ale nadal.
- Na pewno nie miała tutaj wpływu na nic amortencja? - zapytał tym razem z nieudawaną powagą, bo animozja Greengrassa do Borginów była niczym wschód słońca, zawsze w tym samym miejscu. - Cóż, tak długo jak jesteś szczęśliwy, to możesz być związany z tą mieszanką centaura i skrzata domowego, nikomu nic do tego - powiedział całkiem poważnie i już bez prób nabijania się czy bycia uszczypliwym. Thomas nie rozumiał dlaczego inni tak przejmowali się tym kto z kim i dlaczego, przecież to ich nie dotyczyło, chyba że byli dzieckiem danej osoby, ale nadal nie mieli nic do gadania, bo przecież nikt nie powinien stać na drodze szczęścia drugiej osoby. Chyba, że to "szczęście" miało być kosztem innych. Czystość krwi była wydumanym wymysłem, który miał zapewnić, że niektórzy będą równiejsi od innych i jedynie stawiać ramy i upadlać innych - nie widział innego celu w tworzeniu takich podziałów niż szufladkowanie innych i ograniczanie poszczególnych jednostek.
- No tak, wyprowadzania się zbyt daleko kolidowałoby z wpadaniem co niedzielę na obiadki nie? Też żałuję ,że nie mogę, ale podróżowanie co tydzień świstoklikiem w te i z powrotem byłoby zabójcze - pożalił się, bo faktycznie, takie domowe obiadki u mamy albo u Nory to byłą uczta w gębie a tak? Bazował bardziej na tym co uda mu się upolować w miejscu gdzie obecnie przebywał, bo gotowanie samemu wychodziło mu tyle trochę lepiej niż tragicznie.
- Znam się na tej części, kiedy trzeba jeść - poklepał się po brzuchu i zerknął na Ambroise z uwagą. - Gdyby nie fakt, że wiem, że żartujesz o próbach karmienia ją ciastkami to bym ci już radził uciekać z kraju przed Norą- zażartował i delikatnie poprawił sobie Mabel na rękach, nie zamierzał się teraz ruszać za szybko z fotela, niech zaśnie mocniej to wtedy ją odniesie do łóżeczka. Teraz trochę jeszcze bał się ją obudzić.
- Nie po prostu przestajesz się do nich odzywać, traktujesz ich jak duchy i sprawa sama się rozwiązuje - wzruszyłby ramionami, ale taki ruch zapewne rozbudziłby maleństwo zasypiające mu na rękach.
- Zdziwiłbym się gdyby pisali, to mugolskie przekazy z dawnych czasów, początków cywilizacyjnych ludzi - odpowiedział zgodnie z prawdą. Podczas tych swoich podróży i wykopalisk miał styczność nie tylko z magami z innych krajów, ale też z mugolami i zdobywał naprawdę dużo wiedzy na temat obu światów. Inna sprawa, ze to faktycznie potrafiło być mega fascynujące i ciekawe, dlatego nie bronił się. Zresztą już wcześniej nie gardził mugolskim światem wiedząc, że dużo rzeczy w nim jest ciekawych - jak choćby książki czy muzyka, nie mówiąc o jedzeniu.
- Dalej czytasz to czasopismo o polerowaniu trzonka miotły? Myślałem, że już dorosłeś - powiedział kręcąc głową z udawaną dezaprobatą i coraz wolniej kołysał małą Mabel, bo ta zaczynała już lekka pochrapywać, jak to małe dzieci miały w zwyczaju.
- Hej, tam są zawsze ciekawe artykuły Nie moja wina, że muszą jakoś podnosić sprzedaż! - to przecież nie jego wina, że jedyny branżowy magazyn radził sobie w taki a nie inny sposób z tym, ze mieli naprawdę kiepską sprzedaż, wszak liczba klątwo łamaczy nie byłą zatrważająca, a takie zioła to hodował prawie każdy w swoim domu.
- Wiem, mam w sowim kufrze dziecięcą miotełkę od czasu kiedy się ta księżniczka urodziła, ale po tym jak mi Nora zapowiedziała gdzie skończy trzonek tej miotły jak ją dam Mabel zanim ukończy sześć lat, to jeszcze trochę tam poleży - odpowiedział i lekko się wzdrygnął, bo siostra byłą dość obrazowa w swoich "groźbach", a raczej obietnicach jak je nazywała, choć on dobrze wiedział, że obietnice nie uwzględniają dziecięcej miotełki wystającej mu z miejsca gdzie plecy kończą swoją szlachetną nazwę.
- Czyli stchórzył, jak kurczak. Może koniec końców był kurołakiem? - nie mógł się powstrzymać przed delikatnym chichotem z własnego wybitnego żartu. Ale jak przykładny wujek, opanował się przed głośniejszym i bardziej żywiołowym śmiechem. - Poczekaj odłożę tylko małą i ci opowiem jakie to cudowne stwory napotkałem - powiedział z szelmowskim uśmiechem, choć tak naprawdę to wcale nie zamierzał pastwić się nad przyjacielem. Zdawał sobie sprawę, ze to z czym się spotkał nie to że nie było dla każdego, jednak to on wybrał taką drogę przez życie i nie musiał innych krzywdzić swoimi decyzjami. To co napotykał na swojej drodze było jego ciężarem, nie musiał tego zrzucać na innych.
Podniósł się z fotela i powoli ruszył w stronę pokoju przylegającego do salonu. Niosąc ostrożnie Mabel, aby nie obudziła mu się przypadkiem podczas tego procesu.
- Zaraz wrócę - dodał jeszcze zanim zniknął. Chwila była dość długa, bo przecież musiał ułożyć Mabel, położyć obok niej jej ulubionego pluszaka i przykryć dokładnie. Popatrzył jeszcze chwilę na śpiącą siostrzenicę z rozmarzonym uśmiechem i dopiero potem wrócił do Ambroise.
- To co tam chciałeś usłyszeć? - zapytał wchodząc do salonu i kierując się na ten sam fotel co wcześniej. - A tak, najbardziej makabryczna klątwa, tak? Chcesz taką co w najbardziej makabryczny sposób zabijała czy taką po której trzeba było potem sprzątać nieuważnego klątwo łamacza przez dwa tygodnie? - zapytał niezwykle niewinnym tonem, ale też nie miał zamiaru pastwić się nad nim długo i machnął ręką. - Wątpię, żebyś znalazł w nich coś ciekawego. Choć muszę powiedzieć, że czasami zdarza się być wezwanym do ściągania klątw z okolic gdzie prowadzimy wykopaliska. Właśnie w Grecji trafił się bardzo zabawny czarodziej, który stwierdzał, że zaczaruje swoje kozy i gdy ktoś próbował je dotknąć sam zmieniał się w kozę. Lokalne władze nie mogły sobie poradzić z jego klątwą, a on nie chciał współpracować i tak niemal cała wioska została zmieniona w kozy, bo przez nieuwagę jednego dnia wypuścił je wszystkie z zagrody. Tyle zamieszania w modyfikowanie pamięci nie widziałem chyba nigdy. Pracowali chyba cały tydzień niemal bez odpoczynku - zachichotał na samo wspomnienie, jedna z zabawniejszych sytuacji, to prawda.