![]() |
|
[Lipiec 1971] Czy to ptak? Czy to samolot? Nie, to złodzieje! - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [Lipiec 1971] Czy to ptak? Czy to samolot? Nie, to złodzieje! (/showthread.php?tid=4205) Strony:
1
2
|
[Lipiec 1971] Czy to ptak? Czy to samolot? Nie, to złodzieje! - Theo Kelly - 21.11.2024 Ledwie niedawno jeszcze był w Hogwarcie i cieszył się z ostatniego początku lata w zamku i na jego błoniach, spędzając beztroski czas ze znajomymi ze szkoły. A teraz? Zakończył edukację i rozpoczynał nowy etap swojego życia. Do początku sierpnia miał sporo czasu jeszcze, a wtedy miał zacząć staż w Ministerstwie Magii. Strasznie nie podobało mu się to, ze musiał przejść najpierw przez inne departamenty, zanim będzie mógł podjąć pracę w Departamencie tajemnic, chciał od samego początku pracować z mamą i chrzestnym w tym samym miejscu. Głupie wymogi Ministerstwa jednak nie dawały mu na to opcji. Dlatego też nie zamierzał marnować czasu. Czuł mocną motywację do tego, aby jak naszybciej przemknąć przez obowiązkowy staż i rozpocząć faktyczną pracę jako niewymowny. Wiedział, że do tego będzie potrzebował naukowych publikacji, a czasami jednak przejawiał ogromne pokłady ambicji i pracowitości (szczególnie jeśli jedną z nagród były pochwały płynące z usta Charlotte). Dlatego też nie narzekał i spędzał dużo czasu nad pisaniem artykułów i esejów związanych z przepowiedniami - wykorzystywanie własnego daru jako bazy do pisania naukowych treści było może i pójściem na łatwiznę, jednak od czegoś trzeba było zacząć prawda? Nic nie wskazywało zresztą, że ten dzień będzie inny od reszty. Zrobił sobie właśnie przerwę i posegregował notatki na biurku, aby móc przetrzeć oczy. Wypadałoby zrobić przerwę, nie mógł przecież ślęczeć nad pisaniem całego dnia, bo wychodziła mu wtedy niezrozumiała papka zamiast słów. Pisanie takich artykułów różniło się od pisania prac domowych w Hogwarcie i nadal się na to przestawiał. Przeciągnął się ziewając i wstając od biurka wygładził koszulkę, którą miał na sobie. Podszedł do okna zdając sobie sprawę, że jest zamknięte, a odrobina świeżego powietrza dobrze mu zrobi. I właśnie wtedy, otwierając okno zauważył coś niezwykle dziwnego. Nie żeby na Alejach Horyzontalnych ktoś latający na miotle stanowił niecodzienny widok. To co jednak zobaczył sprawiło, że zmarszczył brwi. Do sąsiedniego mieszkania ktoś próbował dostać się przez okno, prosto z miotły. Włamywacz? Tam mieszkała starsza kobieta, pani Houghton, czy jakoś tak. Nie mógł przecież nie zareagować, że ktoś włamuje się do tej poczciwej kobiety. - Ej, co ty sobie myślisz tak w biały dzień włamywać się do czyjegoś domu?! - krzyknął otwierając na oścież okno i wystawiając głowę poza framugę. Nie żeby włamywanie się pod osłona nocy było już w porządku, jednak to te w ciagu dnia były bardziej zuchwałe. RE: [Lipiec 1971] Czy to ptak? Czy to samolot? Nie, to złodzieje! - Mackenzie Greengrass - 24.11.2024 Mackenzie umiała się teleportować. Każda teleportacja kończyła się jednak w jej przypadku niemiłymi skrętami żołądka, a nierzadko także wymiotami, zdecydowanie więc wolała inne formy przemieszczania. Na dłuższe dystanse wybierała proszek Fiuu, na krótsze jej wyborem nieodmiennie była miotła. Tego dnia, po treningach na podlondyńskim stadionie, wsiadła znowu na miotłę (choć kilku członków drużyny kręciło na to z niedowierzaniem głową – większość po pięciogodzinnym treningu marzyło o tym, by z miotły zsiąść) i poleciała ku Horyzontalnej. Już w powietrzu jej jasne włosy, związane w kucyk, by nie przeszkadzały podczas lotu, zmieniły kolor na brąz, drobna zmiana, ale która gwarantowała, że nikt nie zwróci na nią specjalnej uwagi. Mackenzie lubiła mecze i lubiła pieniądze, jakie zarabiała. Za to absolutnie nie lubiła rozpoznawalności, którą ze sobą niosły. Nie dlatego nawet, że traciła prywatność – dlatego, że absolutnie nie umiała na tę popularność reagować. Wleciała pomiędzy dwa budynki na alei Horyzontalnej gwałtownym skrętem, w tempie, w jakim zdecydowanie nie powinno się przemieszczać nad wąską uliczką, rozdzielającą obie kamienice. Zahamowała gwałtownie tuż nad balkonem swojego mieszkania. Wlatywała do niego w ten sposób okazyjnie – zwykle zamykała jednak starannie, choćby po to, by inni nie użyli tej drogi, aby dostać się do środka. Tym razem jednak, ze względu na gorący dzień, balkon, choć wyglądał na zamknięty, w istocie był lekko uchylony, a poza tym… Mackenzie zostawiła klucze w swojej szafce na stadionie. Zeskoczyła sprawnie z miotły, prosto na balkon, prawie znikając pomiędzy roślinkami, rosnącymi w doniczkach, przymocowanych do barierek i zamarła, gdy usłyszała jakieś krzyki. W pierwszej chwili Mackenzie (chwytająca właśnie miotłę) sądziła, że to nie do niej. Rozejrzała się nawet odruchowo, spodziewając się zobaczyć jakiegoś włamywacza (w obowiązkowej czarnej kominiarce), wspinającego się na sąsiedni balkon, ale niczego takiego nie dojrzała. Nie. To musiało być do niej. Chyba. Odgarnęła ręką bujne liście jednej ze swoich roślinek (bardzo ostrożnie oczywiście) i wychyliła lekko swoją ciemną obecnie głowę, by spojrzeć na źródło zamieszania. Utkwiła spojrzenie jasnych ślepi w chłopcu, wychylającym się z okna naprzeciwko: widziała całkiem dobrze, bo na Horyzontalnej budynki dzieliła taka odległość, że na upartego Mackenzie byłaby w stanie przeskoczyć z własnego balkonu prosto na ten naprzeciwko. – Nic? – odparła w końcu, trochę skonsternowana, bo dlaczego miałaby myśleć o czymkolwiek, dostając się do własnego mieszkania. RE: [Lipiec 1971] Czy to ptak? Czy to samolot? Nie, to złodzieje! - Theo Kelly - 24.11.2024 Zmarszczył brwi, bo nie spodziewał się takiej reakcji, przyłapany na gorącym uczynku złodziej nie powinien umykać gdzie pieprz rośnie, albo przynajmniej się przestraszyć, a tutaj? Zachowywała się jakby zupełnie coś normalnego robiła. Coś się tutaj nie zgadzało, no ale przecież ona tam nie mieszkała, prawda? Co prawda niedawno dopiero wrócił z Hogwartu po zakończeniu ostatniego roku nauki i od tamtego czasu nie widział mieszkającej tam staruszki, ale to nie znaczyło, że tam już nie mieszkała. Przecież nie mógł się mylić! - Nic, no jasne. Od tak wkradasz się na czyjś balkon, żeby mu się dostać do mieszkania? - zwrócił się do niej dość irocznicznieo, bo przecież ona nic takiego nie robi. Czyli co? Włamywanie się do czyjegoś domu to było nic dla niej? niby coś w tym nie pasowało, nie wyglądała jak włamywacz. Niewinna twarz, jasne włosy, których nie starała się ukryć. Dość łatwo było ją zapamiętać. Miał wrażenie nawet, ze gdzieś widział jej twarz, może gdyby był bardziej zaaferowany sportem to by od razu odgadł kim jest, ale tak? Miała swoją chwilę anonimowości, mógł się jej dobrze przyjrzeć z racji dzielącej ich odległości. - Jakoś nie wyglądasz mi na panią Houghton. Mam wezwać bumowców? - zapytał jeszcze bo przecież nie mógł tak jej zostawić i pozwolić wejść do nie swojego mieszkania, czułby się współwinny, że pani Houghton coś zginęła i on temu nie zapobiegł. Nie trudził się z szukaniem różdżki, miał w rękawie jeszcze kilka sztuczek, dzięki którymi mógł sobie poradzić, gdyby nagle stała się agresywna. Jeżeli dobrze odczytywał wyraz jej twarzy to była skonfundowana, co jeszcze bardziej sprawiało, że gubił się w tym co się tutaj dzieje. RE: [Lipiec 1971] Czy to ptak? Czy to samolot? Nie, to złodzieje! - Mackenzie Greengrass - 27.11.2024 – Skąd. Żeby kwiatki podlać – odparła Mackenzie, jak zwykle nie do końca pojmując, o czym właściwie chłopak mówił. Przecież to oczywiste, że skoro lądowała na balkonie mieszkania, to właśnie po to, żeby dostać się do rzeczonego mieszkania. Co innego miałaby robić? Chociaż tak odruchowo zerknęła na kwiatki i doszła do wniosku, że roślinki zasadzone w jednej z doniczek faktycznie wymagały nawodnienia. Będzie musiała się tym za chwilę zająć. – Hm, tak, bo nie jestem panią Houghton – zgodziła się bez oporów. Byłaby bardzo zaniepokojona, gdyby faktycznie ją przypominała, bo kobieta, od której Greengrass odkupiła to mieszkanie ledwo kilka miesięcy temu, dobiegała dziewięćdziesiątego roku życia, była przygarbiona, pomarszczona i poruszała się już o lasce. Zresztą to z powodu wypadku, który ją do tego zmusił, zdecydowała się odsprzedać mieszkanie położone na drugim piętrze i przenieść do domku swojego syna. Przypatrywała się mu długą chwilę, z lekko zmarszczonym czołem. Mackenzie nie była niesamowicie inteligentna – ale nie była też tak zupełnie głupia. Po prostu niezbyt rozumiała ludzi i pewne rzeczy przetwarzała trochę inaczej niż oni. W końcu więc coś w jej umyśle zaskoczyło i upewniła się, że chłopak z naprzeciwka brał ją… za złodziejkę. Namyślała się nad tym przez chwilę. Nie była zbyt urażona, za to zastanawiała się, jak i czy przekonać go, że żadnym włamywaczem nie jest. A może powinna po prostu wejść do domu i zamknąć drzwi balkonowe? Mackenzie kojarzyła niejasno, że dbałość o sąsiedzkie kontakty jest ważna: a przynajmniej była ważna, gdy mieszkała jeszcze w Hogsmeade, a potem wynajmowała niewielki pokoik w pobliżu stadionu swojej pierwszej drużyny. Ale w Londynie wszystko wyglądało inaczej. Wciąż nie znała żadnego ze swoich sąsiadów poza Theodorem oraz kobietą, która prowadziła na parterze budynku kwiaciarnię. Czy musiała się w ogóle przejmować? – Proszę bardzo – pozwoliła w końcu, wzruszając ramionami. Przecież gdyby była prawdziwym włamywaczem, zdążyłaby uciec stąd dziesięć razy, zanim on zawiadomi Brygadę. RE: [Lipiec 1971] Czy to ptak? Czy to samolot? Nie, to złodzieje! - Theo Kelly - 01.12.2024 - Ah podlać kwiatki, to spoko - powiedział w pierwszym odruchu, zupełnie go zbiła z tropu tym stwierdzeniem, ale zaraz się zreflektował -Czekaj co... - przez chwilę miał wrażenie, że chce zrobić z niego durnia, niby nie próbował go przegadać, ale jednak poczuł się skołowany. Normalnie Theo nie zwracał uwagi na to co robili inni, o ile nie robił czegoś skrajnie głupiego, albo właśnie nielegalnego. Co jak podejrzewał robił nieznana mu blondynka. Westchnął powoli gubiąc się, niby znała nazwisko rezydentki tamtego mieszkania, jednak nam jej je podał. Wszystko to wyglądało całkowicie nie tak jak zazwyczaj powinno wyglądać jak przyłapie się włamywacza, prawda? A może uważa, że dzięki swojej urodzie wykpi się z każdej sytuacji? Podrapał się po policzku patrząc na Mackenzie i wtedy to też padły słowa, które sprawiły że już całkowicie nie miał pojęcia co się dzieje. - Czekaj - mocno zmarszczył brwi nie mając pojęcia totalnie co się tutaj dzieje. Ziarno zwątpienia które w nim zasiała swoim zachowaniem, wykiełkowało dość szybko. - Stop, chwila. Czegoś tutaj nie rozumiem. - powiedział unosząc rękę w górę, zdecydowanie nie pasowało to wszystko do siebie. Zachowywała się jak włamywacz chcąc wchodzić do domu przez balkon, a nie przez drzwi wejściowe, ale z drugiej strony zachowywała się jakby... No właśnie jakby wchodziła do siebie. Czyżby wszystko to co się tu działo, cała ich konwersacja byłą jakimś wielki nieporozumieniem? A co jak to była jakaś wnuczka pani Houghton. - Poczekaj, nie zachowuje się jak włamywacz, w takim razie dlaczego wchodzisz do mieszkania przez balkon? - z wzywaniem BUMowców się nie spieszył, zawsze mógł ją potraktować ogłuszaczem i wzywać ich potem, choć czuł, że wcale nie będą tutaj potrzebni. RE: [Lipiec 1971] Czy to ptak? Czy to samolot? Nie, to złodzieje! - Mackenzie Greengrass - 04.12.2024 – Czasem wymagają podlania – powiedziała, z kamienną twarzą. Mackenzie nie po raz pierwszy i na pewno nie po raz ostatni w życiu pomyślała, że naprawdę nie rozumie innych ludzi. Czekaj? Na co miała czekać? Na tę Brygadę, którą chciał wzywać? Przecież stała w miejscu, nigdzie się nie ruszała i nawet nie gadała jak najęta - Mackenzie właściwy nigdy nie gadała jak najęta - zupełnie więc nie pojmowała, o co mu chodziło. – Jak zachowują się włamywacze? – spytała, do pewnego stopnia ciekawa, bo może i zdarzało się jej spotkać osoby… różne, zwłaszcza w czasach, gdy nie miała pieniędzy absolutnie na nic, to jednak nie miała wielkiego doświadczenia z włamywaczami i ich standardowymi albo niestandardowymi zachowania. - I dlaczego miałabym nie wchodzić przez balkon? Jej zdaniem była to perfekcyjnie normalna metoda dostawania się do mieszkania, pozwalająca oszczędzić sobie niewygodnego lądowania w zaułku i potem wbiegania po schodach. Problemem było niestety tylko to, że nie mogła często zostawiać otwartego balkonu, bo to mogłoby ułatwić dostanie się tą drogą innym. – Hm. Podparła się jedną rękę o barierkę – ten mały jej fragment, na którym nie wisiała żadna doniczka – drugą wciąż ściskając miotłę. Mackenzie spoglądała na Theo z pewnym zamyśleniem, jakby przetwarzając wszystko, co powiedział. Pani Houghton, tak? Wspominał wcześniej, że problemem jest, że nie wygląda jak ona… Czy to mogło pomóc załatwić tę dziwaczną sprawę? Greengrass westchnęła, potrząsnęła lekko głową, a ciemne włosy zamieniły się w siwe, twarz poznaczyła sieć zmarszczek, nos powiększył się, i przed Theo stała jego dawna sąsiadka. Mackenzie nie odwzorowała jej identycznie: widziała panią Houghton tylko parę razy, w dodatku kilka tygodni temu, i wcale nie przypatrywała się kobiecie nadzwyczajnie uważnie. Ale Theo przecież też od dawna nie mógł jej widzieć, poza tym dzieliło ich te półtora metra odległości między oknem i balkonem, niedoskonała kopia była więc w takiej sytuacji właściwie pozbawiona braków możliwych do dostrzeżenia. Raczej małe szanse, aby mógł zorientować się, że ta kopia jednak jest daleka od ideału. – Lepiej? - spytała Mackenzie, przechylając się lekko przez barierkę, by spojrzeć na chłopaka oczyma pani Hougton. RE: [Lipiec 1971] Czy to ptak? Czy to samolot? Nie, to złodzieje! - Theo Kelly - 07.12.2024 Absolutnie nie rozumiał już tej sytuacji, musiał się mocno wysilić, żeby nie zejść zaraz z przemęczenia swojego mózgu. Miał się oderwać od myślenia i pisania pracy, a teraz? Miał wrażenie, ze musi jeszcze bardziej wytężać swoją mózgownicę niż podczas wcześniejszego pytania, bo tam przynajmniej znał odpowiedzi. Tutaj? Wszystko było niewiadome. - Nie wiem? Nie znam żadnego, ale w książkach uciekają jak tylko ich ktoś zobaczy - powiedział odpowiadając na jej pytanie. - Na pewno próbując wejść inaczej do domu, niż przez drzwi wejściowe, tylko na przykład przez balkon - wszystko jednak wydawało mu się tak absurdalne, ta rozmowa, posądzanie jej o bycie złodziejem z każdym wymienionym zdaniem brzmiało jak abstrakcja równa czerwonemu słoniowi w zielone kropki występujący w naturalnym środowisku. - Bo wchodzenie przez balkon wygląda podejrzanie? - odpowiedział na jej pytanie, czemu miałaby używać innego wejścia niż balkon. Zamrugał raz, zamrugał drugi raz, ale nadal zamiast tej ładnej blondynki stała przed nim pani Houghton, tylko nadal była ubrana jak tamta kobieta, wyglądała niby podobnie, ale zarazem tak inaczej. - Niby z której strony lepiej? - powiedział nieco wyższym tonem, niż wcześniej, ale cóż, złapała go zupełnie z zaskoczenie tą nagłą zmianą swojego oblicza. To wszystko było chyba tylko surrealistycznym snem, a przynajmniej takie się wydawało, zaraz obudzi się leżąc na swoim biurku, bo zasnął podczas pisania pracy. Uszczypnął się w przedramię i syknął. - A więc to nie sen... - mruknął do siebie pod nosem i przeniósł z powrotem spojrzenie na wcale nie panią Houghton i odezwał się po chwili. - Coś mi się wydaje, że musimy zacząć od początku. - odetchnął głęboko przymykając na chwilę oczy, czy nadal tam będzie gdy je otworzy, czy jednak ucieknie. Ale może faktycznie pospieszył się z oskarżeniami? Będzie ją musiał przeprosić, jeśli faktycznie tak bardzo się pomylił. - Hej! Jestem Theo, odwiedzasz panią Houghton? Jesteś jej wnuczką prawda? - zapytał uparcie ignorując to wszystko co się wydarzyło do tej pory. Nie mając zupełnie innego pomysłu, może by po prostu wymazać ze wspomnień to co się wydarzyło wcześniej. Ale jednocześnie postanowił spróbować nieco dowiedzieć się o intencjach jakie kierowały nieznajomą mu kobietą, dlaczego nie pomyślał o tym od razu? Wykaz intencji - Percepcja: ◉◉◉○○ [roll=Z] [roll=Z] RE: [Lipiec 1971] Czy to ptak? Czy to samolot? Nie, to złodzieje! - Mackenzie Greengrass - 09.12.2024 – Gdybym była włamywaczem, ogłuszyłabym cię, zamiast uciekać – odparła Mackenzie szczerze. Dlaczego miałaby rzucać się do ucieczki, skoro mogłaby oberwać zaklęciem w plecy? I szybko powiadomiono by wtedy Brygadę Uderzeniową? Przywalenie komuś, kto cię zobaczył, zdawało się jej znacznie bardziej logiczną opcją niż umykanie. – Mhm. A czemu miałoby mnie obchodzić, jak to wygląda? – spytała. Oczywiście, matka wiele razy próbowała wbić do głowy Mackenzie, że powinna zachowywać się odpowiednio, robić dobre wrażenie na ludziach, nauczycielach, sąsiadach i przede wszystkim tych członkach rodziny, którzy i tak nie chcieli jej znać. Problem w tym, że do głowy Mackenzie po prostu nie były w stanie przedrzeć się nauki, co dokładnie oznaczało odpowiednie zachowanie. – Nie wiem. To ty pytałeś, dlaczego nie jestem panią Houghton – wyjaśniła na jego pytania, a potem potrząsnęła głową i znowu wyglądała… no nie jak ona, nie w stu procentach, bo przyleciała tutaj z ciemnymi włosami zamiast tych blond, i teraz też siwe włosy zamieniły się w czarne, takie same, jakie miała parę chwil temu. Ale już twarz i sylwetka na powrót należały do Mackenzie Greengrass. Znów spoglądały na niego jasne oczy, w ogóle niepodobne do tych, jakie miała mieszkająca tu jeszcze jakiś czas staruszka. Zmarszczyła lekko jasne brwi, niezbyt pojmując, o co chodziło z tym całym zaczynaniem od nowa – znaczy się miał zamiar znowu zacząć ją oskarżać o bycie włamywaczem? – Nie. I nie – odparła na jego pytania, i miała zamiar już nawet się wycofać i wejść do mieszkania, na tym kończąc rozmowę, ale jakiś przebłysk rozsądku jednak rozjaśniał w jej głowie, i pomyślała, że wtedy pewnie wezwie tę Brygadę Uderzeniową. A ona już zaczynała być przytłoczona nadmiarem interakcji społecznych tego dnia – rano rozmawiała z sąsiadem, potem z drużyną, trenerem i dziennikarzem, teraz jeszcze ten chłopak. Nie zniosłaby jeszcze wyjaśniania Brygadzie Uderzeniowej, że nie jest włamywaczką. – Pani Houghton już tutaj nie mieszka. To moje mieszkanie. RE: [Lipiec 1971] Czy to ptak? Czy to samolot? Nie, to złodzieje! - Theo Kelly - 12.12.2024 Cóż, jej odpowiedź była logiczna. Nie miał styczności z włamywaczami do tej pory, poza tymi w książkach, a tam jakoś zawsze uciekali gdzie pieprz rośnie, jak tylko ktoś ich przyuważył. Chyba faktycznie nie powinien traktować wszystkiego co jest napisane jako prawdę objawioną. Ale ciężko było czerpać wiedzę o świecie na każdy temat z własnego doświadczenia, kiedy ledwo skończyło się Hogwart. Co prawda może i wydawał się łatwym celem, bo nie miał w dłoni różdżki, ale to nie znaczyło, że mogłaby go ogłuszyć tak prosto - postanowił jednak nie poruszać tego tematu. Zdawało się, że powoli zaczynali wychodzić z tej dziwnej sytuacji. - Żeby właśnie nikt nie posądził, że się włamujesz i nie wezwał Bumowców? - odpowiedział na jej pytanie, dość szybko i bez zawahania. Włamywanie się do domu innego czarodzieja w środku dnia nie należało może do najmądrzejszych zachowań, ale przecież nie wiedział o niej nic - ani ja się nazywa, ani czym się zajmuje - wiedział tylko, że chciała wejść do mieszkania Pani Houghton bez balkon - co było dość niecodziennym wydarzeniem dla młodego Kelly'ego. Kiedy przecząco odpowiedział na oba pytania miał ochotę zapytać kim w takim razie u licha jest. Ale wyręczyła go w tym, więc jedyne co zrobiło to otworzył delikatnie usta i zamknął je. Była jego nową sąsiadką? Ale dlaczego mu nikt o tym nie powiedział? Wyglądała jakby była niewiele starsza od niego, a przynajmniej zaczęła się przemieniać. Będzie musiał poczytać o tym później - może matka będzie wiedziała coś więcej? Będzie musiał ją spytać jak wróci z Ministerstwa. - Och, nie wiedziałem. Najmocniej przepraszam, myślałem, że to mieszkanie nadal należy do tej poczciwej staruszki - zaczął przepraszającym tonem. Cóż obecnie już nie miał podstaw, aby uważać ją za kłamczuchę, traciła zbyt dużo czasu na to, jeśli chciała tylko się włamać i coś ukraść z tego mieszkania. Uśmiechnął się przepraszająco. - Głupio wyszło - dodał drapiąc się po policzku. - Słuchaj, może w ramach przeprosin za to wszystko dasz się zaprosić na kawę? Tam niedaleko jest bardzo dobra kawiarnia - powiedział na pokazując w bok Aleja Horyzontalnej. Chciał jakoś zetrzeć swoje pierwsze złe wrażenie - albo w domu nikt nie wiedział o zmianie sąsiadki, albo to sprawka Jessiego, który chciał aby jego młodszy brat się wygłupił - tak, to zdecydowanie wina bliźniaka. RE: [Lipiec 1971] Czy to ptak? Czy to samolot? Nie, to złodzieje! - Mackenzie Greengrass - 12.12.2024 Mackenzie nie do końca pojmowała, dlaczego ktoś miał wzywać BUMowców, ponieważ zobaczył, że kto inny ląduje na jakimś balkonie na miotle. Jej nawet nie przyszłoby to do głowy. Zdecydowała jednak, że nie jest to kwestia, która zaprzątała ją na tyle, aby warto było się kłócić: wzruszyła więc tylko ramionami, dość obojętnie. Nie kontynuowała może tematu, ale na pewno nie była skłonna przyznać, że nie powinna postępować w taki sposób. – Też nie wiedziałem, że jesteś moim sąsiadem – odparła po prostu, zupełnie nieświadoma, że brzmiało to zapewne nieco dziwacznie. A był to po prostu jeden z jej skrótów myślowych. Czemu miałby wiedzieć, że ma nową sąsiadkę? Ona nie miała pojęcia, że ma sąsiada. Prawdopodobne było zresztą bardzo, że choć jutro będzie pamiętała jeszcze samo spotkanie, to zapomni już jego twarz. Nie znała Theo: nie znała też jego matki, nie znała sąsiada mieszkającego piętro pod nią, po paru miesiącach kojarzyła tylko mgliście, że chyba nad nią mieszka jakaś starsza pani, a tego z naprzeciwka, co zabawne też noszącego imię Theodore, znała dobrze tylko dlatego, że przez siedem lat byli na jednym roku i, przede wszystkim, kilka lat grali przeciwko sobie w meczach quidditcha. Ludzie zlewali się Mackenzie zwykle w masę bezimiennych twarzy, pozbawionych cech charakterystycznych, pośród których nie potrafiła się odnaleźć i z którymi nigdy nie umiała rozmawiać. To nie tak, że nie była spostrzegawcza. Na swój sposób była. Ale jej umysł pod pewnymi względami funkcjonował nieco inaczej niż u większości ludzi, i zwracała uwagę na zupełnie inne rzeczy niż by należało. Jeżeli coś ją zaskakiwało, to że ten młody chłopak wiedział, że tutaj kiedyś mieszkała starsza pani i jeszcze zapamiętał jej nazwisko. – Nie musisz mnie przepraszać – powiedziała i zmrużyła lekko oczy, nagle podejrzliwa. Przez ułamek sekundy uznała, że zapraszał ją tam, bo została rozpoznana i chciał pokazać się gdzieś z kimś znanym: zaraz jednak przypomniała sobie, że włosy opadające jej teraz na ramiona są czarne, i że z takiej odległości chyba nie powinien zorientować się, z kim ma do czynienia. Może naprawdę chciał przeprosić, tylko ni cholery nie rozumiała za co. – Nie piję kawy – dodała jeszcze, nagle czując się w obowiązku to dodać, jakby faktycznie było to ważną informacją. Kofeina może i szybko stawiała na nogi, ale Mackenzie wiernie podporządkowywała swoje życie sportowi, to zaś oznaczało picie dużych ilości wody, napary ziołowe i pozwalanie sobie czasem w chwilach szaleństwa na piwo. |