![]() |
|
[01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4207) |
[01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 21.11.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II świt 01.09.1972 - Whitby, Piaskownica
Blade światło poranka spłynęło na pustą plażę, rozlewając się po morskich kamieniach i piasku skrzącym się pod stopami. Nawet nie pamiętał, gdy zrzucił z siebie buty, podwijając nogawki spodni, raz za razem niespokojnie patrząc na opaloną skórę. Spieczoną słońcem, ale przeraźliwie zimną, nawet jeśli pod palcami wydawała się ciepła i sucha. Jeszcze chwilę temu uszy Ambroisa wypełniał gwar, chaos, krzyki, łoskot zapadających się kamiennych bloków. Dźwięk walącego się sufitu, tupot nóg, przekleństwa, dyszenie i wrzaskliwe polecenia spierdalania. Później nadeszły wyrywkowe słowa, komentarze, plątanina emocji - zarzutów, wyrzutów, wyrazów niepokoju, ulgi, lęku, strachu. Wszystkiego, o czym tylko można było pomyśleć. Wszystko miało swoje miejsce pośród tamtego gwaru. Teraz jednak panowała tu cisza, głęboka i nieprzenikniona, przerywana jedynie szumem fal i sporadycznym wyciem wiatru między skałami, który jak stary przyjaciel powracał na chwilę, by wspomnieć momenty, które odeszły bezpowrotnie. Nie wiedział, czemu tu wrócili. Może dlatego, że to kiedyś przez krótki, zbyt krótki moment w czasie naprawdę był ich dom? Nawet jeśli przestał nim być ponad rok temu, ostatecznie zaś pod koniec sierpnia, gdy Ambroise zostawił we wnętrzu plik dokumentów. To instynktownie stał się tym pierwszym miejscem, które przeszło mu przez myśl, gdy w chaosie pokłosia wydarzeń rozstawali się w Snowdonii. Nie było mowy o piwie, o którym żartowali jeszcze kilka godzin wstecz. Ani o niczym innym niżeli rozpierzchnięciu się każde w swoją stronę, gdy tylko nadarzyła się pierwsza taka okazja. Nie puścił dłoni Geraldine. Chyba nawet na ułamek sekundy od chwili, w której chwyciła go za rękę wtedy w jaskini. Mimowolnie ściskał ją, zamykając w swojej w momencie, w którym gnali skalnymi korytarzami a później po prostu bezwiednie dalej ją trzymał, splatając ich palce, jakby wypuszczenie jej ręki nawet nie wchodziło w grę. Gdzieś po drodze w tym wszystkim stracił płaszcz. Nawet nie myślał, by spróbować go odzyskać. Nie widział go u Riny ani u Thomasa, nie był w jego torbie ani nigdzie indziej. Natomiast to nie było coś, co sprawiłoby, że chciałby zostać w tamtym lesie dłużej niż wymagała konieczność. Ostatkami sił - zarówno fizycznych, jak psychicznych teleportował się stamtąd. Nawet nie pytając jej czy chce to zrobić razem z nim. Zrobili to razem. Był pierwszy września. Jasny, przeraźliwie cichy poranek, moment, gdy dzień ostatecznie wygrywał z nocą. Za kilka godzin Londyn miały wypełnić rzesze czarodziejów zmierzających do pracy albo prowadzących dzieci na pociąg do Hogwartu. Gdzieś tam dalej tętniło życie. Nic się nie zmieniło, świat dalej się kręcił. Tak trudno było mu w to teraz uwierzyć, czując się nierealnie, siedząc tu na plaży ze stopami zagrzebanymi w piasku. Wdychając słone powietrze i nie spuszczając wzroku z morza. Nie poruszając się od sam nie wiedział jak dawna. Zupełnie jakby każdy ruch mógł znów wprawić ich świat w ruch. W międzyczasie ciemne niebo zaczęło robić się granatowe, później fioletowo-niebieskie, różowo-łososiowe a teraz wreszcie jasnobłękitne. Bezchmurne. Przejrzyste. Czyste. To mógł być jeden z tych pięknych dni. Zupełnie jak niegdyś, gdy wszystko było łatwe, błogie i spokojne. Gdy siadywali tu niemalże w ten sam sposób, ale w ich ruchach nie było tej desperackiej potrzeby bliskości. Mógłby sobie wyrzucać, że teraz ponownie po to sięgnął, poruszając wspomnienia, które powinny zostać wypartą częścią przeszłości. Łapiąc się czegoś, co już nie należy do niego. Mając świadomość, że nieważne, co się stało, pewnych decyzji nie dało się cofnąć ani wymazać. Zresztą przecież już ustalili, że w normalnych okolicznościach wcale nie chcieli tego robić. Powinni pójść każde w swoją stronę. Nie było już tego, co wymagałoby od nich dalszego przebywania w swoim towarzystwie. A jednak ją obejmował. Zrobił to. Sam z siebie? Pod wpływem spojrzenia? Sugestii? Zresztą, czy to było w ogóle istotne, kto pierwszy zainicjował coś, co teraz po prostu trwało zawieszone w czasie? Bezwiednie przyciągnął ją do siebie... ...a może to ona przyciągnęła jego?... ...trudno było to stwierdzić. Czas płynął, słońce powoli unosiło się ponad horyzont, jasne promienie odbijały się pośród spokojnych, cicho szumiących fal, które powoli, rytmicznie obijały się o brzeg. Nie wiedział dokładnie, w którym momencie to się stało. Kiedy tak właściwie pozwolili sobie na pierwszy ostrożny, milczący dotyk prowadzący ich do tej chwili, gdy jego ramiona oplotły się wokół niej, splecione dłonie spoczęły luźno na podbrzuszu dziewczyny unosząc się i opadając przy każdym oddechu. Teraz już spokojniejszym i bardziej miarowym, ale wciąż noszącym znamiona niedawnych lęków i niepokoju w mimowolnym drżeniu co... ...jakiś czas. Bowiem czas w tym miejscu, w tym momencie stał się czymś nierealnym. Po prostu westchnął, pozwalając jej osunąć się po jego ciężkiej, wypełnionej pustką piersi. Samemu półprzytomnie opierając podbródek o jej głowę, chowając usta we włosach pachnących dymem, ziemią i zatęchłą wilgocią. Inaczej niż zwykle. Tym cały czas podskórnie wyczuwalnym przypomnieniem tego, co stało się zeszłej nocy. Tej nocy. Ostatnie minuty zlewały się ze sobą w zamglone obrazy pogrążone w całkowitej ciszy, jakby były pogrążone w tej samej porannej mgle, która powoli opadała znad wrzosowisk gdzieś tam za ich plecami. Tam - tak blisko i tak daleko kiedyś był dom. Teraz pusty szkielet przeszłości. Budynek o lodowato zimnych ścianach i wymarłych, zakurzonych przestrzeniach. Gdzieś w oddali na skraju wzroku znikające sylwetki ptaków przelatywały nad wodami, ich krzyki brzmiały jak lament nad straconym czasem. Świt, choć pełen obietnic i czegoś, co powinno być ulgą, pozostał przesiąknięty nutą straty, zrozumieniem ulotności tej chwili, która miała bezpowrotnie przepaść, gdy tylko któreś z nich postanowi przerwać ciszę. To, co się wydarzyło nie zmieniało tego, co było między nimi. Czego między nimi nie było. Nie miało wpływu na podjęte decyzje, wypowiedziane i przemilczane słowa. Na skutki tego, co niosła ze sobą przeszłość i czego nie miała przynieść przyszłość. Tkwili w teraźniejszości, jeszcze przez chwilę, tylko jeden moment więcej, minutę dłużej. Podświadomie kradnąc nie swój czas. I nawet jeśli każde zakończenie było nieodłączną częścią życia, czymś co miało nadejść prędzej czy później, to przecież nikt nie bronił im przeciągnąć tego jeszcze o chwilę, sekundę, kolejny oddech, jedno krótkie spojrzenie na jaśniejący horyzont. Pozostać tu w próżni w zawieszeniu między tym, co się wydarzyło. Tym, co nadeszło a tym, co nigdy nie miało nadejść. Przeszłością, przyszłością, teraźniejszością. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.11.2024 Dźwięk fal uderzających o skały był uspokajający, kojący. Starała się skupić przede wszystkim na nim, a nie na myślach, które kłębiły jej się w głowie. Trudno było je odganiać, były bardzo intensywne, uderzały w nią z każdej strony. Czuła, że zawiodła, to najbardziej nie dawało jej spokoju. Wolała się jednak skupić na tej chwili, którą udało jej się jakoś wyrwać rzeczywistości, która ostatnio nie była dla niej łaskawa. Raczej stwierdziłaby, że wszystko, co się ostatnio działo, to był jeden, wielki, niekończący się ciąg niepowodzeń, ale to nie teraz, później, później przyjdzie czas na rachunek sumienia. Wszystko działo się szybko, byli w jaskini, jakoś z niej wyszli, nie pamiętała rozmów, ich treści, wiedziała, że dała dupy, nie musieli jej tego powtarzać, wyłączyła się, przestała słuchać. Pewna była tego, że Roise był przy niej, był przy niej kiedy wychodzili z jaskini, był z nią później, trzymał jej dłoń, nie pozwolił jej odjeść, i jakoś znaleźli się tutaj, na plaży, w miejscu, które kiedyś było ich domem. Nie pojawiała się tutaj, nie chciała wracać do tego miejsca, nie bez niego, teraz znaleźli się tutaj razem, ponownie, jak wiele razy wcześniej, tyle, że wszystko było inaczej. Jakim cudem doprowadziła to miejsce do takiej ruiny, jakim cudem jej życie stało się zgliszczami? Może tak właśnie miało być, była chaosem, dzisiaj zresztą udowodniła to po raz kolejny, niszczyła wszystko, co znajdowało się wokół niej, niczym sztorm, burza, nad którą nie dało się zapanować. Słońce wschodziło, niebo robiło się coraz jaśniejsze, zaczynał się nowy dzień. Niby czuła się lżejsza, po tym co się wydarzyło, tylko dlaczego nadal nie opuszczał jej ten ciężar, który pojawił się na jej klatce piersiowej? Nie miała pojęcia. Wszystko działo się szybko, bardzo szybko, miała wrażenie, że trwało kilka chwil, a minęła im niemalże cała noc. Nowy miesiąc, który miał spowodować, że wszystko wróci do normy, tyle, że właśnie, czym była dla niej norma, dlaczego nadal czuła, że nic nie jest w porządku? Była rozbita, nawet nie wiedziała dlaczego się tutaj znaleźli, wrócili do miejsca, które miało być ich na zawsze, kilka dni temu zorientowała się, że nic nie trwa wiecznie, a teraz siedziała tu z nim, na tej plaży, gdzie spędzili razem wiele dni, wiele poranków, wiele wieczorów. Nie potrzebowali słów, zresztą zawsze tak było. Najłatwiej przychodziło im sięganie po gesty. Jakoś tak wyszło, nie miała właściwie pojęcia jak, ale siedziała tutaj z nim, jakby nic się nie zmieniło, wiedziała, że to kłamstwo, ale w tej chwili zupełnie jej to nie przeszkadzało. To było to, czego potrzebowała. Nie liczyło się to, że była to ułuda, krótki moment, spowodowany spontaniczną decyzją, właściwie to nawet nie wiedziała, które z nich ją podjęło. Potrzebowali złapać oddech, zjawili się w ich wspólnym miejscu, o którego istnieniu nie wiedział nikt inny. Nikt ich nie będzie tutaj niepokoił, nikt nie będzie wiedział o tej chwili wykradzionej teraźniejszości. Zresztą sama czuła, jakby to było trochę nierealne, nie spodziewała się, że w ogóle kiedykolwiek przyjdzie im to powtórzyć, bo przecież nie było im do siebie blisko. Nie ostatnio, zionęli do siebie nienawiścią, wcale tego nie chciała, ale tak miało być. Dlaczego? Tego też właściwie nigdy się nie dowiedziała. Ktoś o tym zadecydował, musiała się z tym pogodzić. Łatwo przyszło jej wtulenie się w niego, jakby nadal był jej. Korzystała z tego momentu, który został im dany przez los. Nie myślała o tym, że pewnie zaboli, kiedy będzie musiała stąd odejść, kiedy znowu pójdą każde w swoją stronę i znikną ze swojego życia, bo przecież na to się umawiali, ostatni raz wyciągnął do niej rękę, później miał nadejść koniec. Nieubłagany, właściwie to koniec też był już za nimi. Nie miała pojęcia, czym miało być to, co teraz na nich czeka. Nie sądziła, że przyszłość będzie dla niej łaskawa, spodziewała się raczej kolejnych szpilek, które los zamierzał wbijać w jej ciało. Wytrzyma, powinna wytrzymać, nie mogła się poddawać, chociaż czy cokolwiek jeszcze miało sens? Niczego nie była pewna, nie miała pojęcia, co dzieje się z jej życiem, czy pozbyli się demona, wspomnienia zniknęły, ale nie dawał jej spokoju głos, który odbijał się od skał jaskini, może gdzieś tam dalej był, może czaił się w ciemności, aby do niej wrócić? Odetchnęła ciężko, nie chciała nic mówić, zresztą nie powinna przerywać tego momentu, nie miała zamiaru niszczyć tego, co aktualnie było między nimi. Zapomniała, jak bezpiecznie się przy nim czuła, jak wszystkie lęki potrafiły ulatywać, gdy skupiała się na jego dotyku, zapachu, bliskości, którą jej dawał. Dom, to zawsze był dom, tyle, że teraz już nie jej. Teraz nie miała już domu i pewnie nigdy go nie odzyska. Przymknęła w końcu oczy, pozwoliła sobie ten ostatni raz zapomnieć o wszystkim, co się wydarzyło, co miało się wydarzyć. Trwała i przetrwała, tylko to miało znaczenie, no nie tylko, też to, że mogła znowu się w niego wtulać, jakby ten dzień wcale miał nie nadejść, jakby za chwilę nie musiała się wcale stąd ulotnić. Jeszcze nie teraz, wtuliła się w niego jeszcze mocniej, jakby nie chciała wymknąć mu się z rąk, przeraziło ją to, że mogłoby się to skończyć w kilka sekund. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 22.11.2024 Wszystkie wydarzenia ostatnich godzin nadal drgały w jego umyśle. Głosy i dźwięki, rzucane słowa, błyski i twarze, gniew, rozpacz, przerażenie. Zamykając oczy nawet na kilka sekund, pod powiekami widział obrazy minionego wieczoru, czując się tak, jakby opuszczając tamto miejsce w rzeczywistości wcale go nie opuścił. Nie całkiem, zostawiając tam kawałek siebie, ponosząc koszt, na który się przecież pisał. Tam w nocy lasu, teraz rozmytej bladym świtem słońca wschodzącego ponad horyzont nad spokojnymi morskimi falami. W ich skrawku świata, ich miejscu, ich pięknej ruinie. Fale niestrudzenie obmywały kamienie, mocząc piasek skrzący się delikatnie w promieniach wschodzącego słońca. Długa i ponura noc powoli ustępowała miejsca blademu świtowi. Ciepłe, miękkie barwy poranka wyłaniały się z mroku. To było miejsce, które niegdyś emanowało radością. Sielanką, miłością przesyconą beztroskimi chwilami spędzonymi w letnich promieniach słońca, chłodnych podmuchach wiosny, mgłach jesieni, ciemnych zimowych wieczorach. Teraz jednak przytłaczająca cisza oraz chłód poranka potęgowały jego uczucie niewłaściwości. Zupełnie tak jak wtedy, gdy pojawił się tu po raz ostatni (więc czemu tu był?), by nigdy nie musieć wracać, oddając jej to, co nie powinno dłużej należeć do niego. Ona nie należała, już nie, więc czemu miałby desperacko trzymać się pustego, martwego skrawka ziemi. To nie był już dłużej jego dom. Nie próbował łudzić się, że jest inaczej. Próbował? Wszystko, co kiedykolwiek mieli stało się ruiną. Dom za ich plecami, zarośnięty ogród, zdziczały skrawek niegdyś zadbanej plaży, pozapadane drewniane stopnie na skarpie, wybite okna szklarni przypominające zęby wyszczerzone w drwiącym uśmiechu. Kurz i pył, zgliszcza dawnych lat. Jakże głupi byli? Jak okrutnie głupi wierząc w to, że jeszcze może być dobrze, że trwanie przy sobie nawzajem wystarczy, by wszystko inne nie miało wpływu na ich życie? Nie powinien tu być. Nie powinien robić tego wszystkiego, obejmować jej, jakby nadal byli sobie bliscy, muskać wargami włosy, nieświadomie kołysać się z nią z boku na bok próbując odgonić wizje tego, co stało się w ciemnościach leśnej jaskini. Nawet, jeżeli pragnął jeszcze na chwilę zatonąć we mgle znad wrzosowisk, stając się widmem kradzionej przeszłości, nie mógł, nie powinien. Chciał, musiał, pragnął, potrzebował. Jeszcze przez chwilę, tylko chwilę dłużej. Nic więcej. Później miał spełnić złożoną obietnicę. Tym razem po raz ostatni dotrzymać danego słowa, choć w ten jeden sposób, nieważne jak bolesny, usiłując odkupić część win. A miał ich dużo, prawda? Poczuł, gdy bardziej się o niego oparła, zareagował niemalże od razu mimowolnie mocniej oplatając ją ramionami. Kolejny raz przycisnął wargi do czubka jej głowy, przymykając oczy. Przez krótką chwilę mogli milczeć nie robiąc nic, by przerwać ciszę, jaka między nimi zapadła. Jeszcze ten jeden moment, kilka minut. To był kradziony czas. Coś, co nie należało do nich, nie do niego, nigdy do niego. Pragnął być dla niej oparciem, jednak czuł się jak nieproszony gość w jej wspomnieniach. Nic tutaj nie było już jego. Lata spędzone w tym miejscu, wszystkie plany i pragnienia, każdy moment pełen nadziei na nadchodzącą przyszłość, naiwne, szczenięce przekonanie płynące z tych trzech słów: zawsze, na zawsze. Puste deklaracje pełne czczej wiary, że te wszystkie piękne, rzewne frazesy będą mieć odzwierciedlenie w rzeczywistości wyłącznie przez to, że kiedyś w tamtym momencie w przeszłości naprawdę chciał, by je miały. To była iluzja, przecież to wiedział. Ta nadzieja, że jeśli po prostu tu zostaną, milcząc jeszcze przez chwilę, to może... ...może czas o nich zapomni, da im szansę na nowo. Na powrót do tego, co kiedyś było ich. Do domu. Do czegoś, czego oboje kiedyś pragnęli i potrzebowali. To brzmiało gorzko, desperacko. Przecież gdzieś pod powierzchnią i tak musiał zmierzyć się z myślą, że poszukiwanie oparcia w czymś, co nie istniało, już nie, było naznaczone olbrzymim kosztem. Wykradając jeszcze kilka minut tu i teraz, płacił za to w przyszłości. Bo rozumiał, że nie jest już częścią jej życia, że nie było w nim dla niego miejsca, nawet jeśli w tej chwili czuł, że czas stanął w miejscu. Bo miał za to zapłacić. Przecież robił to od dawna, od samego początku końca. Czymże byłoby więcej cierpienia? Ile razy próbował zapomnieć? Ile razy starał się nie godzić z tym, co nie istniało, co sam zniszczył? Ile razy wystarczyło, by przestać, osuwając się w błogą obojętność? Na chwilę przymknął oczy, próbując skupić się na dźwiękach morza, zapachach porannej bryzy. Nie na dymie, pyle i wilgoci. Nie na obrazach pod powiekami, nie na widmach przeszłości. Nie na tym, co było, co miało być, co nigdy nie nadeszło. Na chwili, która trwała wraz z bladymi promieniami światła rozjaśniającymi niebo. Na chwili, która nie była jego. Nawet jeśli pragnął, by było inaczej. - Odszedł - musiał to zrobić, kolejny raz będąc tą osobą, która wszystko niszczyła, jeszcze jeden raz przerywając ciszę, wciągając ich z powrotem w objęcia rzeczywistości. - Nie wróci - i choć zniżał głos do miękkiego, nieco chrapliwego szeptu, zrobił to. Musiał. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.11.2024 Nie tak miało wyglądać jej życie. Miała wrażenie, że od momentu, w którym wyszedł z tego domu pozostawiając w nim tylko krótki list wszystko zaczęło się sypać. Spadała, nie potrafiła znaleźć równowagi, leciała w dół, upadała, staczała się w głąb samej siebie. Nie podejrzewała, że będzie tam tyle przepaści, pęknięć i rozpadlin, jakby nie było możliwości, żeby kiedykolwiek faktycznie sięgnęła dna. Staczała się w pustkę, czy kiedykolwiek dotrze na jej koniec? Wszystko na czym kiedykolwiek jej zależało wymykało jej się z rąk, nie miała na to żadnego wpływu, nie wiedzieć czemu zaczęła to akceptować, nie walczyła o swoje szczęście, zgadzała się na to, co przynosił jej los. To było chyba jej ostatecznym upadkiem. W nocy, w jaskini też przychodziły do niej myśli, że może powinna się poddać, że nie da rady, że bez sensu ryzykuje życie tylu osób, mogli przez nią umrzeć, po co to wszystko? Niby udało im się pokonać demona, ale właściwie jaką miała pewność, ze ten głos do niej nie wróci, nie odszedł kiedy pozbyli się ciała, kiedy odcięła głowę samej sobie bez najmniejszego zawahania. Może właśnie to powinna zrobić, poświęcić się, aby innym żyło się lepiej? Nie cofnie czasu, pozostawały jej więc te wszystkie, nie do końca wygodne rozważania. Siedziała teraz u boku jedynej osoby, na której kiedykolwiek jej zależało, która miała być z nią do końca jej życia, składali sobie wiele obietnic, które okazały się być warte tyle, co nic. Dlaczego więc teraz z nią siedział, czuła na swojej głowie jego oddech, a przy uchu bicie jego serca? Nie powinna zastanawiać się nad przyczyną, raczej cieszyć się tym, że nie musiała teraz być sama. Mogłoby ją to jeszcze bardziej zniszczyć. Korzystała z możliwości, którą dostała. Chciała wyciągnąć z tej chwili jak najwięcej, bo wiedziała, że pewnie kiedy słońce na dobre zawiśnie nad horyzontem to to straci. Był to tylko moment, przejście między nocą, a dniem, kiedy wszystko było możliwe. Już niedługo słońce pokaże jak wygląda rzeczywistość. Zacznie się kolejny dzień, zwykły dzień podczas którego będzie musiała wrócić do normalnego życia. Zapamięta tę chwilę daną od losu, może było to pożegnanie na które zasługiwali, ale nigdy go nie dostali? Nie miała pojęcia właściwie dlaczego się tutaj znaleźli, co chcieli przez to osiągnąć, ale trwali w tym uścisku, jakby wcale ich drogi się nie rozeszły. Wiedziała, że przyszłość zaboli, rany nigdy nie zdążyły się zabliźnić, a teraz otworzy je na nowo. Będzie krwawić, tak jak wtedy krwawiła. Cierpienie nie było wcale takim złym uczuciem, przynajmniej docierało do niej, że jeszcze coś czuła, że nie stała się zupełnie pusta po tym, jak go straciła. Może była dla niej jakaś nadzieja, cokolwiek? Będzie się nad tym zastanawiała później. Doceniała ten moment, kiedy mogli tkwić obok siebie i milczeć o tym wszystkim. Przy nikim innym jej się tak dobrze nie milczało, nigdy o tym nie zapomniała. Skupiała się na tych drobnych szczegółach, kolorach nieba, falach uderzających o brzeg, pierwszych promieniach słónca, które przebijały się przez chmury. Świt był piękny, to miejsce miało swój urok, dlaczego więc o tym zapomniała? Dlaczego przestała wracać do tego, co kiedyś tutaj mieli. Porzuciła je, tak samo jak on porzucił ją. Razem z Ambroisem to wszystko przepadło, może faktycznie sama nie do końca potrafiła istnieć, nie po tylu latach, może z nim straciła część siebie i teraz nie umiała wypełnić tej pustki. Chaos ją pochłaniał, żyła z dnia na dzień, kiedy jeszcze tak niedawno żyła każdym dniem. Miała świadomość, że nie będą tak tkwili przez wieczność, nie mogli. Póki co jednak starała się nie ruszać, nie chciała niszczyć, burzyć tej chwili wykradzionej rzeczywistości. Napawała się jego bliskością, pogodzona z tym, że był to ostatni raz - tego chciał, czyż nie? Czy teraz się nad nią litował? Nie miała pojęcia, nie obchodziło jej to, już i tak pękła na milion kawałków. Cisza została przerwana. Usłyszała głos Roisa, chociaż był cichy, to oznaczało, że wszystko, co dobre zaraz miało się skończyć. Przymknęła raz jeszcze oczy, na chwilę, nie chciała się od niego odsunąć, jeszcze nie, zamierzała wykorzystać te kilka ostatnich sekund, które im zostało. Chociaż może powinna, może wypadało się odsunąć, udawać, że to się w ogóle nie wydarzyło, żeby nie miał wątpliwości, że wszystko jest dla niej jasne, że nie potrzebuje tego współczucia, bo przecież to nie było nic innego. Litość. - Przeżyliśmy. - Mruknęła cicho, tylko dlaczego czuła się, jakby była martwa w środku? Zresztą nie teraz, już od dawna, jakby utraciła jakiś kawałek siebie, który powodował, że faktycznie żyła. Próbowała sobie udowodnić, że wcale tak nie jest, starała się szukać nowych doznań, przekraczać kolejne granice, ryzykować, żeby tylko poczuć, cokolwiek. Tyle, że to nie przynosiło żadnych efektów, przez chwilę miała wrażenie, że jest w tym jakiś sens, a później wracała do punktu wyjścia. Tylko przy nim czuła się inaczej, a nawet to musiała stracić, dlaczego nic nie mogło trwać wiecznie, może faktycznie niczego na tym świecie nie dostaje się na zawsze. Wszystko przemija. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 22.11.2024 Nie mogli tu zostać. Nieważne jak bardzo by tego chciał wewnątrz, na zewnątrz musiał na powrót przywołać postawę, która pozwoliłaby im rozejść się w taki sposób, by niczego więcej nie zniszczyć. Choć tak naprawdę czy było jeszcze co rujnować? Nie po tym, co wtedy zrobił ani nie po tym, co padło między nimi podczas tych kilku spotkań prowadzących do stanięcia ostatni raz ramię w ramię przeciwko wspólnemu problemowi. Podejmując ryzyko, wygrywając starcie, choć czy na pewno mógł to tak określić? W rzeczywistości wcale nie czuł się jak ktoś wygrany. Był wrakiem człowieka. Zmęczonym, przez te kilka, może kilkanaście minut zawieszonym na pograniczu jawy i snu. A może koszmaru? Gdyby na chwilę dłużej zamknął oczy mógłby głębiej pogrążyć się w tym stanie niejawy. Z tym, że nie chciał tego robić. Jeszcze nie. Bo przecież by jej z tym nie zostawił, jeszcze nie teraz. Chciał być tu dla niej przez kilka ostatnich chwil, które mogli sobie ukraść, zanim... - Mhm - odmruknął w jej włosy słysząc ten cichy komentarz. Żadna inna odpowiedź nie przyszła mu do głowy. Przeżyli, wygrali, wspólnie. Nawet jeśli miał świadomość, że sama do niego nie przyszła, to był splot przypadków. Rina nie chciała mieć z nim do czynienia, choć oboje musieli wiedzieć, że zawsze mogła do niego przyjść. To się nie zmieniło. Nie tylko to, ale o niczym innym nie mógł powiedzieć. O tym zresztą też milczał. - Masz chłodne ręce - zauważył cicho, powoli dobierając każde słowo, ważąc je w ustach, jakby naprawdę miało jakiekolwiek znaczenie. - Zmarzłaś? Cała jesteś chłodna a ja nie mam płaszcza - to był pierwszy moment, poza wspomnieniem o odejściu Doppelgangera, w którym zwrócił uwagę na to, co stało się w ich ostatnich momentach w jaskini. Jego płaszcz chyba nigdy nie dotarł w ręce Thomasa. Mgliście pamiętał, że Figg nie miał go na sobie, gdy wreszcie zdyszani stanęli przed wejściem do tego przeklętego miejsca będąc świadkami zawalenia się go na ich oczach. Nie miał go też chyba podczas biegu przez korytarze, ale tamte chwile były dla Greengrassa jednym wielkim paradoksem, o którym wcale nie chciał myśleć. - Przeziębisz się - wciągnął i wypuścił powietrze nosem, powstrzymując tym samym westchnienie, które niewątpliwie wydostałoby mu się z ust, gdyby tylko je teraz ponownie. Ponownie poczuł się niewłaściwie. Wypowiadając te naprawdę idiotyczne słowa, które nawet w jego głowie brzmiały całkiem żałośnie, bo niby czemu miałby sobie rościć prawo do komentowania tego wszystkiego. Jasne - to było w kwestii uzdrowiciela, żeby wyrokować o prawdopodobieństwie czegoś, czego można było uniknąć wracając do ciepłego wnętrza, ale tym razem jakoś nie potrafił być profesjonalnie informatywny. Czuł się tak jakby ją upominał. W dodatku bezpodstawnie kolejny raz wpierdalając się w coś, co nie jest jego sprawą. Mimo to instynktownie potarł kciukami wierzchy dłoni Geraldine, co rzecz jasna nie mogło przynieść niemal żadnego efektu. Powinien wypuścić je ze swoich równie chłodnych rąk. Z jakiegoś powodu nadal tego nie zrobił. Z jakiegoś. Dokładnie tego samego, dla którego nadal zamykał ją w ramionach. Nie chciał się od niej odsuwać, wstawać z mokrego piachu, bo wtedy nie byłoby już nic, co trzymałoby ich przed opuszczeniem tego miejsca. Tym razem każde osobno. Wstawał nowy dzień. Świt rozlewał się dookoła. Niedługo słońce miało zalać plażę złotym światłem. Wtedy z pewnością miało się tu zrobić cieplej. Jesień jeszcze nie nadeszła. Nawet tutaj, szczególnie tutaj takie późne poranki potrafiły być przyjemne. Przynosiły idealną temperaturę a morska bryza otrzeźwiała, sprawiając, że nawet upalne dni były jakby trochę przyjemniejsze. Szczególnie, gdy można było tak po prostu wskoczyć do chłodnej wody. Zmyć z siebie wszystkie wydarzenia zeszłego wieczoru, całą noc. Brud i krew rozmazaną na twarzy, krwawą runę czy ślad po niej. On chyba w dalszym ciągu ją nosił. To Geraldine ją straciła, w tamtym momencie wywołując u niego chwilową panikę, do której nigdy by się nie przyznał. Tak samo jak do tego wszystkiego, co teraz wypełniało jego skołatany umysł. Był zmęczony. Wyczerpany, ale nie tylko tym dniem, nie jedynie pokłosiem walki z bytem. To był wyłącznie kolejny cios, który niby udało im się znieść. Tak jak powiedziała: przeżyli. Powinni odczuwać ulgę. Może ona ją czuła, choć Ambroise w głębi duszy wiedział, że tak nie jest. Koszt był znacznie większy niż to, co mieli sobie mówić już za kilka chwil, kiwając do siebie głowami, może podając sobie rękę, dopełniając ostatniego warunku umowy. Przynajmniej mieli szansę się pożegnać. Tym razem oboje mieli świadomość nieuchronności rozstania, nawet jeśli odwlekanego o coraz bardziej bezsensowne, gorzkie minuty. Przerywając tamtą ciszę, jakże głupi był, powinien po prostu pójść za ciosem. Zagryźć zęby, przywołać maskę chłodnej neutralności na twarz, puszczając ją z ramion i wstając z piachu. Pierwszy raz od sam nie wiedział ilu minut czy godzin, puszczając jej dłoń, by nigdy więcej po nią nie sięgnąć. Nie zrobił tego, oddychając ciężko, nawet jeśli starał się nie dać tego po sobie poznać. Miał wrażenie, że rytm jego oddechu i bicie serca sprzysięgły się przeciwko niemu. Razem z zaciśniętym gardłem i wypełniającą je palącą, ciepłą goryczą. Jedynym, czego nie ogarnął postępujący chłód. Cała reszta była zimna, zmęczona, coraz bardziej wyczerpana bezustanną walką. Ten rok, więcej niż rok - w końcu mieli już pierwszy wrześniowy wschód słońca, obrzydliwie łososiowo-morelowy na krystalicznie czystym nieboskłonie. Ten rok, więcej niż rok był jak dekada. Najgorsza, najpaskudniejsza dekada jego życia. A jeszcze się nie skończył. To miało trwać. Do usranej śmierci, ironia? Jeszcze na chwilę przymknął zmęczone oczy. Zacisnął powieki piekące od dymu i tylko od dymu, od niczego innego. Nie mógł pozwolić sobie na to, by poczuć cokolwiek innego, cokolwiek więcej. Zwłaszcza nie tutaj. Oddychając głęboko, znowu przeniósł spojrzenie na horyzont mając wrażenie, że w tym momencie jest w stanie tak po prostu tu zastygnąć, wpatrując się prosto w rażące słońce, ale gdyby ktoś kazał mu spojrzeć w taflę wody albo w lustro, nie mógłby tego zrobić. Zawiał wiatr. Skalane nie jego krwią kosmyki dawno wyrwane z zapięcia, które też gdzieś stracił, zawiały prosto w oczy Ambroisa, zmuszając go do mrugnięcia. Jak każdego lata spędzanego na zewnątrz w ogrodzie, były pojaśniałe, niemal białe od słońca. Nadchodzące jesień i zima miały to zmienić, tyle że nie całkiem. Białe pasma miały w nich pozostać postępując coraz bardziej tak jak zmarszczki na czole, drobna siateczka w kącikach oczu i ust, chyba już wiecznie przekrwione białka i zmatowiałe, pozbawione blasku tęczówki. Doppelganger, Dolina Godryka, widma i dęby, które ginęły w mękach, choć powinny być wieczne. Nekromantyczne rośliny wypływające poza czarny rynek, ciągłe pogarszające się przypadki w Mungu, kolejne tąpnięcia, przetasowania i wahania na czarnym rynku. Wojna, ataki popleczników Voldemorta. Proch, pył, pożoga. Zgliszcza wszelkich nadziei. Ostatnie pożegnanie z niewinnością. Tchnienie końca lata. Blady świt będący jedynie kolejnym zmierzchem. Otworzył usta, żeby powiedzieć to, co należało powiedzieć, ale niemal od razu ponownie je zamknął, raz jeszcze przyciskając wargi do czubka głowy Riny. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.11.2024 Ten problem nigdy nie był wspólny. To było jej szambo, w które sama się wpakowała, gdy znalazła się w jaskini przecież wracały do niej wspomnienia, sama to na siebie sprowadziła, była nieostrożna, polowała na coś i stało się. Jak zawsze sama była winna swojemu nieszczęściu, tylko nie potrafiła sobie poradzić z nim w pojedynkę. To było uwłaczające. Prosiła o pomoc, bo sama nie umiała o siebie zawalczyć, pewnie by przegrała. Ambroise jej nie odpuścił, nie miała nic do gadania, kiedy wyciągnął do niej pomocną dłoń, nie mogła jej odrzucić, jak zawsze okazał się być bardziej uparty, jak zawsze nie potrafiłą wystarczająco się mu postawić. W tej jaskini czekała na nich śmierć, była tego pewna, jakimś cudem udało im się jej wymknąć z dłoni, ale co jeśli ta historia skończyłaby się inaczej, jeśli bestia dokończyłaby swoje dzieło, doppelganger dotknął i jego, nie wiadomo, co właściwie mu zrobił. Miała do siebie żal, że ściągnęła na niego znowu swoje problemy, byłby szczęśliwszy i spokojniejszy bez niej w jego życiu, ona przynosiła zniszczenie. Wszystko, czego się dotykała zamieniało się w proch, nie potrafiła uratować własnego brata, ilu jeszcze osobom stanie się krzywda przez nią? Nigdy więcej nie dopuści do takiej sytuacji, zresztą to miała być ich ostatnia wspólna sprawa, dzisiaj mieli już się rozejść, zostawić to wszystko za sobą. Rozpocząć nowe życie. To miał być ich koniec. Pożegnanie na jakie zasługiwali, w końcu udało im się pokonać potwora. Tyle, że to zwycięstwo nie smakowało najlepiej, miało bardzo gorzki posmak. Nigdy nie chciała, żeby to się skończyło. Odnajdywała się w tej ich sielance, nie spodziewała się, że to może zostać jej odebrane tak brutalnie, w jeden poranek, jakby te wszystkie razem spędzone lata nic nie znaczyły. Nie wiedziała dlaczego, tak samo jak nie wiedziała dlaczego dalej tkwił przy jej boku i dlaczego tak do niego pasował, jak nikt inny. Przeżyli. Razem mogli wszystko, zawsze wydawało jej się, że z nim jest w stanie osiągnąć dużo więcej, niż w pojedynkę. Potrafili ze sobą współpracować, co zresztą było widać i tej koszmarnej nocy. Nadal rozumieli się bez słów, nikt im tego nie odebrał. To im zostało. Nie było to szczególnie pocieszające, nie kiedy wiedziała, że być może już nigdy nie będzie im dane kontynuowanie tej znajomości. Nie mogła go zmusić do tego, aby tkwił u jej boku, nie chciał tego, określił się już dawno temu. Nie powinna łapać się tego ostatniego źródła światła, resztki nadziei, która się dzisiaj pojawiła, to nie było prawdziwe. Nie chciała kolejny raz wpieprzać się do jego życia, jak zawsze w rozsypce, to nie powinno mieć miejsca. Nie mogła wymagać od niego, że wiecznie będzie się nią opiekował, a ona będzie przynosić ze sobą coraz większe gówno, bo nie mogło być lepiej, nie kiedy dążyła do autodestrukcji. - Nie czuję chłodu. - Być może faktycznie jej ręce były chłodne, w środku jednak ogrzewały ją te wszystkie emocje, których nie mogła się pozbyć, spalały ją, pochłaniały jej całe ciało, chociaż na zewnątrz wydawała się być chłodna. Dużo się wydarzyło, nic nie poszło po jej myśli, musiała jakoś to przetrawić. - Nic mi nie będzie. - Cóż, często okazywał jej troskę w ten sposób. Dbał o to, aby się nie przeziębiła, a gdy już do tego doszło bardzo szybko stawiał ją na nogi, poił tymi swoimi herbatkami, eliksirami, opiekował się nią. Nie musiał jej o tym przypominać, teraz już nie musiał się tym przejmować, nie musiał o nią dbać, to było już za nimi. Teraz musiała sobie radzić sama, nie miała innego wyjścia, nie, żeby szczególnie jej to wychodziło, ale robiła co mogła, naprawdę starała się jakoś dawać radę. Najwyraźniej jednak trudno jej się było odnaleźć w świecie bez niego. To, co kiedyś było oczywiste już dawno przestało takie być. Wszystko się zmieniło, oni się zmienili. Nigdy nie mieli wrócić do tego, co było. Powinna przywyknąć do tej myśli, chociaż to wcale nie było takie łatwe, kiedy otaczał ją swoimi ramionami, jakby wcale im tego nie odebrał. Nie miała do niego żalu, już nie, pogodziła się z tym, że nie była wystarczająca, w końcu to od zawsze była jej największa obawa, co innego mogło spowodować, że postanowił od niej odejść? Nie umiała znaleźć przyczyny, chociaż ciągle się nad tym zastanawiała. Może i była to desperacja, ale w tej chwili chciała cieszyć się tym, że na moment mogła mieć spowrotem, jakby znowu był jej. Ta troska, bliskość, było tym, czego teraz potrzebowała. Nie miała pojęcia, jak długo będą tak trwać, jak dla niej to mogliby i całą wieczność, najchętniej po prostu odcięłaby się od całego świata i została tutaj, z nim. Robili to wiele razy. Zaszywali się w tym miejscu, chowali przed wszystkimi, mieli tylko siebie, co wcale im nie przeszkadzało. Potrafili się cieszyć tym czasem spędzonym we dwójkę, potrafili z niego korzystać, to było ich, nic innego się nie liczyło. Tylko, czy teraz właściwie było tak samo, zbyt wiele się zmieniło, zbyt wiele słów nie zostało wypowiedzianych, ale nie chciała, żeby padły teraz. Milczenie uspokajało, milczenie przynosiło ukojenie, i może padło już między nimi kilka słów, ale właściwie niczego nie wnosiły, ginęły przytłumione dźwiękiem fal, które uderzały o skały. Nie zamierzała się stąd ruszać, sama nie wiedziała do kiedy. Nie umiała wyznaczyć im jakiejś granicy, co właściwie można było uznać za przyzwoite, a kiedy wypadałoby się od siebie odsunąć. Wiedziała, że to ją zaboli, ich zaboli? Czy mogła mieć pewność, że on chociaż trochę czuł się teraz jak ona? Nie mogła, ale w głębi duszy wiedziała, że coś musiało być na rzeczy, przecież go znała. To był koszmarny czas. Dawno nie wydarzyło się w jej życiu tyle zła, dawno aż tak bardzo się nie gubiła w tym, co robiła. Jakby wszystko zaczęło się sypać, kiedy straciła Roisa - swoją kotwicę, on zawsze potrafił przemówić jej do rozsądku, powiedzieć, kiedy powinna odpuścić, gdy przepadł - zniknęły i jej granice. Pozwalała się ponieść byleby mogła coś poczuć, nic jednak nie potrafiło wypełnić pustki, która w niej została po tym bardzo brutalnie odebranym kawałku życia. Otworzyła oczy, bała się, że jeśli to zrobi to nie zastanie go obok, ale nadal tutaj był, nadal ją obejmował. Może nie zniknie tak szybko? Mogła się jeszcze trochę połudzić. Jakoś złoży się w całość kiedy stąd odejdą, na pewno jej się to uda. - Chodźmy. - Podniosła się w końcu na nogi, próbowała pociągnąć go ze sobą, miała nadzieję, że jakoś uda jej się to zrobić pomimo zmęczenia, które dawało o sobie znać. Chciała zmyć z siebie ten zapach, który na niej został, zresztą czuła, że Roise też był nim przesiąknięty. Morze zachęcało do tego, aby się w nim zanurzyć. Były to ostatnie dni lata, niedługo odejdzie, zostanie wyparte przez szarą jesień. Warto było więc skorzystać z tego jego desperackiego, końcowego tchnienia. Zamierzała wejść do zimnej wody, pozwolić jej zabrać wszystko to, co pozostało na niej tej nocy. Nie puściła nadal dłoni Roisa, ich palce zostały ze sobą splecione, kiedy opuszczali jaskinię, nadal tak tkwiły, w silnym uścisku. Nie chciała jeszcze tracić tego poczucia bezpieczeństwa, więc pozwoliła sobie odrobinę mocniej ścisnąć jego dłoń, aby mieć pewność, że jej nie wypuści. Chciała, żeby poszedł tam z nią, żeby mogli spędzić razem jeszcze chociaż chwilę, tak jak robili to już wiele razy. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.11.2024 Dotknął jej zimnej dłoni, czując, jak jego serce łamie się na nowo. Wiedząc, że jeśli teraz puści jej chłodną rękę, nigdy więcej jej nie ogrzeje. Nie był już dla niej kimś ważnym. Nie miał mocy sprawczej, nie mógł tym jednym wieczorem ani światłem bladego poranka wymazać wszystkiego, co zrobił. Ani tym bardziej magicznie wyczarować tego, czego nie zrobił, choć chciałby. Naprawdę by chciał. To była ich wspólna sprawa. Nie mógłby przejść wobec tego obojętnie. Nawet jeśli wcześniej trzymał się z daleka to były chwile, w których nie darowałby sobie, gdyby go przy niej nie było. To była jedna z takich spraw. Widział to wtedy w tamtym barze, jeszcze na schodach prowadzących do mieszkania, które kiedyś było też jego. Może dlatego tak źle zareagował na sytuację z Astarothem. Nie tylko obcy element w miejscu, które niegdyś było jego bezpieczną przestrzenią, lecz także świadomie przyjęte zagrożenie, o którym nie wiedział, bo nie był już częścią życia Geraldine. To chyba właśnie tamten moment doprowadził go do tego, że niespełna kilka tygodni później porzucił też całkowicie ich uświęconą ziemią. Teraz nie miał już niczego. Kiedy światło świtu zamieni się w poranek, utraci również tę chwilę. Chwilowo uciekał od myśli o tym. - Ja tak - odszepnął, odchylając głowę w tył, żeby wciągnąć powietrze, którego mu brakowało. - Jesteś skostniała - chciał ją upomnieć, powiedzieć jej, że jednak coś jej kurwa będzie, ale tego nie zrobił. Kiedy powrócił do poprzedniej pozycji, nie oparł już brody na czubku głowy Geraldine. Z trudem przytknął czoło do jej karku, omiatając go ciepłym oddechem, jakby to mogło ją trochę ogrzać. Samemu w dalszym ciągu czując przejmująco zimną pustkę, którą zostawiła po sobie, gdy musiał odejść. Jego serce biło nieregularnie, pompowało krew, ale samo było otępione i wypełnione ciężkim wrażeniem niemal fizycznego bólu. Zamknął oczy na chwilę w nadziei, że je uspokoi a po powrocie do rzeczywistości, nic więcej się nie zmieni. Dalej będą tu razem, po prostu łatwiej. Wygrali, tak? To mogłaby być słodka chwila. Jego klatka piersiowa uniosła się, gdy ponownie spróbował wziąć głębszy oddech, ale ból wspomnień zdusił go w środku. To kiedyś była słodka chwila. Każda tu spędzona, tylko nie ta teraz. Ta była gorzka i smutna, choć jeszcze nostalgiczna. Dopiero miała przerodzić się w krwawiącą ziejącą ranę w jego piersi - tam, gdzie teraz spoczywała oparta o niego dziewczyna. Nie wiedział jak to się stało, ale mimowolnie wzdrygnął się na jej kolejne słowa. Już? To było już? Tak po prostu? Teraz w tym momencie? Odwrócił wzrok, nawet jeśli nie mogła na niego spojrzeć, ale kiwnął głową. Zdecydowanie. Tak, by to już mogła poczuć. Nie mógł powiedzieć jej dobrze. To byłoby kłamstwo. Mieli się nie okłamywać, tak? Zadziwiające, że to teraz nagle znów miało jakieś znaczenie. Ponownie kiwnął głową, tym razem do siebie, powoli luzując uścisk ramion i poluźniając chwyt palców, rozplatając je z palcami Riny, gdy mocniej chwyciła jego dłoń. Unosząc głowę, spojrzał na nią pytająco, skonsternowany. Bezwiednie znowu ścisnął jej rękę, złączył ich palce spoglądając na nie zdziwiony, ale znów to robiąc - kiwnął głową. Czuł się głupio, że chciał je puścić, jeśli nie tego pragnęła. Bez słowa dał się pociągnąć w górę, przenosząc ciężar ciała na nogi a później bez słowa kierując kroki tuż za dziewczyną. Nie pytał. Wszedł z nią do wody. Krok za krokiem coraz głębiej aż wreszcie na tyle, by mogli zanurzyć się w chłodnej toni, dryfując przez chwilę przodem do siebie zanim na nią spojrzał. Bardzo powoli wyciągnął wolną rękę, bijąc wodę nogami, żeby utrzymać się na powierzchni. - Daj - miał mokre palce, mógł ściągnąć nimi brud z kosmyka przy jej twarzy, rozmaczając wodą krew. Skrzep po skrzepie, kropla po kropli. Zanurzał dłoń w morzu tylko po to, żeby przesunąć nią po jej włosach. Później bardzo ostrożnie po policzku obryzganym tam w jaskini całym tym przerażającym syfem, wstrętną posoką, którą teraz zmywał palcami do czysta. Z kosmyków, z policzka, szyi, czoła. Była tak blisko, że mógłby zakończyć to w jedyny właściwy sposób. Gdyby tylko to on był tą właściwą osobą. Pozwolił sobie jeszcze na tę jedną chwilę, w której czuł się tak blisko niej, jednocześnie wiedząc, że to złudzenie. Piękne, tragiczne złudzenie. Ułuda, którą będzie wspominać smutnymi, pustymi nocami bezradnie przewracając się z boku na bok w duszącej ciemności. W boleśnie wręcz pustym łóżku, którego mimo tych wszystkich żałosnych, nic nie znaczących prób nie potrafił wypełnić niczym innym niżeli demonami przeszłości. Nie dane mu było zaznać spokoju. Wiedział to. Nieubłaganie biegnący czas uświadomił mu to bardzo szybko. Tak właściwie wiedział to gdzieś pod skórą już na samym początku. Kolejne dni, tygodnie i miesiące tylko wyciągnęły to na wierzch, mocniej wciągając go w ciemną toń. W głębię, w której tonął raz za razem, próbując wydostać się na powierzchnię. Łapiąc desperacki oddech w cudzych ramionach, całując nic nie znaczące usta, patrząc w oczy, które choćby najpiękniejsze to nie były tymi, jakich wzrok chciałby napotkać. Nic w tym nie było właściwe. Dźwięk głosu wypowiadającego jego imię. Barwa śmiechu pełnego przesadnej, nazbyt flirciarskiej kokieterii. Nabożność, w jaki na niego spoglądały, gdy ściągał przy nich koszulę, wyciągając ku nim swoje puste ręce, które pozostawały takie nawet wtedy, kiedy wyznaczały ścieżki na krzywiznach wiotkich ciał. Żadna z nich nigdy nie wywróciła oczami na sposób, w jaki niespiesznie składał ubrania na krześle zamiast po prostu rzucić je na podłogę. To już dawno mu się nie zdarzyło. Nawet jeśli potrafił całować się z nimi przez całą drogę do domu, obmacywać się na klatce schodowej, dać się ciągnąć za sprzączkę od paska wprost do sypialni to w jej wnętrzu i tak przeznaczał czas na to, by później w środku nocy być w stanie ubrać się w komplet ciuchów i wyjść nie zostając przy nich do rana, o czym przecież mówił od samego początku. Jasno precyzował oczekiwania. Szczególnie, że sam wiedział czego szuka. Czegoś, czego i tak nie mógł znaleźć, więc nie próbował. Zamiast tego dawał się pochłaniać najbardziej płytkiemu, fizycznemu uczuciu. Łaknąc bliskości nie tylko ciał, ale też serc i dusz. Mogąc dostać tylko kilka przelotnych chwil w ramionach, które nie mogły go ukoić. Potrafiły jedynie dać mu kilka chwil pozornego zapomnienia. Podświadomie robił wszystko, żeby nie szukać w tych kobietach tej, która powinna należeć do niego. Uporczywie, choć bezwiednie wodził na pokuszenie wszystkie te, które nie miały w sobie niczego, co pozwoliłoby mu się w nich zapomnieć. Były niskie, kruche, drobne jak kocięta. Ciemnowłose, ciemnookie. Szarookie szatynki. Turystki, szlachcianki spoza kraju szukające odrobiny pikantnego romansu, o którym z pąsem na sercowatej twarzyczce opowiedzą swoim koleżankom. Miały proste czarne pukle, brązowe postrzępione kosmyki, rude kędziorki. Były wręcz chorobliwie blade, niemalże przezroczyste albo przeciwnie - opalone na ciemny brąz w kolorze toffi, hebanu, kawy z kapką mleka. Przesłodkiej - cukrowego ulepku. Jeśli o to chodzi, pozwalał, aby żartowano sobie z niego, że nie ma zupełnie żadnego typu, bo w rzeczy samej - nie wyglądało na to, by jakiś miał. Nie wtedy, gdy patrzono na to tak jak zwykło się patrzeć. Na to, co było. Nie na to, czego tam brakowało. Może parokrotnie był tym masochistą, ale nazwanie kogoś cudzym imieniem nigdy nie zapewniało miłego zakończenia wieczoru, nawet gorącego i pełnego pijanych uniesień. Poza tym tak naprawdę nigdy nie był w stanie się na tyle zapomnieć, żeby oszukać własny umysł i tym samym wypełnić dziurę w sercu. Pustka ziała tam niezależnie od tego ile razy wmawiałby sobie coś, co nie było prawdą. Zresztą jak miałoby nią być, skoro w głębi wypaczonej i pokręconej duszy wcale nie chciał dawać sobie tej ulgi? Nie chciał nadziei na to, że kiedyś będzie mu łatwiej. Bowiem to oznaczałoby, że na tym świecie naprawdę nie ma żadnej sprawiedliwości. Złamał najważniejszą obietnicę swojego życia. Wiele małych przyrzeczeń. Tysiące zapewnień, które w jednej chwili stały się tylko kłamstwami bez pokrycia, mimo że przez tyle lat pielęgnował je jako najszczerszą prawdę. Nie zasługiwał na to, żeby zostało mu to odpuszczone, wybaczone ani zapomniane. Bolało. To jak łatwo było odepchnąć to od siebie przy pierwszej możliwości, pogrążając się we wspomnieniach, zmywając z siebie brud zeszłej nocy. Nagle, tylko przez krótki moment zapragnął, żeby ta woda była w stanie zmyć z niego również wszystko inne. Cały brud i ciężar. Wszystkie przewinienia, które były w stanie zdjąć jedyne właściwe dłonie na jego ciele. Pasowały tam idealnie. Ręka w jego ręce - nadal jej nie puścił. Druga dłoń na jego skórze zostawiała ciepło, nie chłód ani nie żar wypalenia. Odpychając się nogami w głębokiej wodzie, zanurzony praktycznie po szyję w chłodnym morzu, tonął. Topił się w niebieskich oczach, mrużąc swoje, gdy już musiał odwrócić wzrok, żeby do końca w nich nie zatonąć. Choć dałby się porwać w głębię. Byli teraz tak blisko siebie jak nigdy wcześniej przez te wszystkie spotkania, które odbyli jako obcy sobie ludzie. W żadnej z tych chwil nie mógł dostrzec konstelacji piegów na jej twarzy ani ciemniejszej obwódki na zewnętrznym okręgu tęczówek. Gdyby powiedziała teraz choć jedno słowo albo posłałaby mu jedno spojrzenie, mógłby dać jej pociągnąć się na dno. Byłby jej zagubionym marynarzem bez własnego portu oddzielonym od domu, do którego już nigdy nie mógł wrócić, bo światło latarni omijało jego oczy. Byłaby jego syreną ciągnącą go w morską toń, wodzącą go na pokuszenie. Utonąłby tylko po to, żeby móc wyrwać im jeszcze tę jedną chwilę. Przecież i tak byłby w stanie dla niej umrzeć. Czyż nie udowodnił tego poprzedniego wieczoru? Ostatnia noc mogła przynieść im wszystkim śmierć, ale sam się na to pisał. Był tego częścią. Chciała tego czy nie (odpowiedź zresztą brzmiała jasno: nie, nie chciała). Nie zakwestionował tego, że jego miejsce jest tam przy niej. U jej boku, nawet jeśli tylko ten ostatni raz. Przerzucali się oskarżeniami, wyrzutami, groźbami tego, kto dozna większej krzywdy, czyje poświęcenie będzie większe. W istocie mógłby. Miał tę świadomość, że mógłby to dla niej zrobić. Od dawna czuł się martwy. Teraz jeszcze chwytał się ulotnej chwili na krótki oddech czując, że znowu żyje. W lodowato zimnej wodzie pośród fal, machając nogami, mimo zmęczenia, nawet się uśmiechnął. Zmrużył zmęczone oczy. Choć w dalszym ciągu były matowe, przekrwione a kąciki znaczyła pajęcza siateczka drobnych zmarszczek to one też się uśmiechnęły. Blask pojawił się w nich na ułamek sekundy. I zgasł wraz z nadejściem fali, która niemalże ich od siebie odciągnęła. Gdyby nie trzymał jej dłoni a ona nie odpowiadałaby mu swoim kurczowym uściskiem, morze by ich rozdzieliło. Nawet jeśli fala wyłącznie przykryła ich oboje, pociągając ich za sobą bliżej płycizny a następnie wypuszczając to czy to nie był wymowny znak? Kiedy Ambroise się spod niej wynurzył, nie szukał już twarzy dziewczyny. Zareagował odrzuceniem mokrych włosów w tył, odwróconym spojrzeniem, zaciśniętymi wargami i dłonią powoli wysuwającą się z uścisku. Już jej nie trzymał. Tylko ona jeszcze spłatała ich palce. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.11.2024 Było wiele rzeczy, których nie miał szansy się dowiedzieć, bo nie było go obok przez ostatni rok, nawet więcej niż rok. To nie tak, że nie chciała do niego przyjść, opowiedzieć mu o wszystkim, tylko przecież nie mogła tego zrobić. Napisał w tym liście, który jej zostawił, żeby go nie szukała, żeby się z nim nie kontaktowała. Robiła to, o co ją prosił, chociaż tyle mogła mu dać po tych wszystkich latach, które razem spędzili. Wyjątkowo postanowiła się dostosować do jego próśb, chociaż wcześniej nigdy tego nie robiła, walczyła, jednak ten list, to, że nawet nie spojrzał jej w oczy, kiedy postanowił ją zostawić - zabolało. Na tyle, że nie zamierzała go szukać. Złamał obietnicę, mówił jej, że nigdy jej tego nie zrobi, że na zawsze będą razem, najwyraźniej coś się zmieniło, dalej jednak nie potrafiła znaleźć odpowiedzi, nie wiedziała, co to było. Musiał być jakiś problem, i doszukiwała się go w sobie, jakoś tak zawsze najprościej przychodziło jej obwinianie siebie samej. Nie był to pierwszy raz. Nie mieli już wspólnych spraw, nie było jego sprawą to, że ostatnio niemalże została kolacją jakiegoś zmutowanego widma, nie było jego sprawą to, że jej brat zmarł na jej rękach, nie było jego sprawą to, że wylądowała w nocy w lesie i kilkadziesiąt stworzeń próbowało ją zabić, tak samo, jak jej wyimaginowany brat bliźniak również nie powinien być jego sprawą. W tym jedym przypadku nie udało się jej go trzymać na dystans, przez chwilę słabości na którą sobie pozwoliła, a nie powinna został w to wplątany, a przy okazji miał szansę zobaczyć, jak bardzo zawiodła swojego brata, o czym też zapomniała mu wspomnieć - pozwoliła mu wejść do mieszkania, w którym mieszkał wygłodniały wampir, nie powinna była tak ryzykować. Ciągle udowadniała mu tylko, jak bardzo sobie nie radzi, jak nieudolnie działa. Nie ma się, co dziwić, że postanowił zrezygnować z takiego życia, u jej boku nie mógł mieć nic więcej niż zniszczenia. Nie było to szczególnie przyjemne, ale nie była ślepa, potrafiła spojrzeć na tę sytuację z boku i wiedziała, że to ona raz za razem, ciągle zawodziła wszystkich wokół siebie. Taka już była. - Mhm. - Nie czuła tego wcale, wydawało jej się, że jest wręcz przeciwnie. Było jej gorąco, czuła, że krew w żyłach pulsowała jej bardzo szybko, dlaczego więc jej dłonie były skostniałe, a ciało zimne? Nie miała pojęcia. Drgnęła, gdy jego czoło zbliżyło się do jej karku, nie powinien tego robić, nie powinien udawać, że mu zależy, kiedy ona wiedziała, że to nie jest prawdziwe, dawał jej złudną nadzieję, że może nie wszystko jest skończone, że mają jeszcze szansę. Tyle, że wyraźnie przecież przekazał jej, że nie. Ledwie kilka dni temu postanowił przekazać jej to miejsce, w którym teraz siedzieli, zrezygnował z domu. To było gwoździem do trumny, do zakopania tego, co było ich. Nie mieli już nic, nic nie było ich. Pozostawali pojedynczymy jednostkami, za chwilę rozejdą się, każde pójdzie w swoją stronę i tyle z tego będzie. Nie było już nas, nie mogła myśleć o nich jako o jedności, a kiedyś przecież robiła to tylko w ten sposób. Gdy podjemowała jakąkolwiek decyzję zastanawiała się, co pomyśli o tym Roise, czy zaakceptuje to, w jaki sposób postąpiła, nigdy nie chciała go zawieść - teraz już nie miała tej kotwicy, nie musiała myśleć, nie musiała się zastanawiać, po prostu szła przez siebie niczym taran bez odrobiny autorefleksji. Nie musiała myśleć, przecież nie miała nic do stracenia, nic jej tutaj nie trzymało, nikt by się nawet nie przejął, gdyby zabrakło jej na tym świecie. Chyba nie sądził, że tak łatwo go wypuści. Nie, jeszcze to nie był ten moment, zauważyła to zawahanie, zaczał jej się wymykać, ale kiedy mocniej ścisnęła jego dłoń odwdzięczył sie tym samym. Ulga, poczuła ulgę, że to nie musiało jeszcze się wydarzyć. Stanie się później, bo musiał się stać, ale jeszcze nie teraz. Jeszcze mogli ukraść trochę czasu smutnej, przytłaczającej rzeczywistości. Woda była zimna, otrzeźwiała, chociaż czy na pewno. Jeszcze bardziej oddzielała ich od całego świata, była niczym kopuła bezpieczeństwa, a do tego mogła zmyć z nich wydarzenia minionej nocy. Pozwoliła przez chwilę unosić się jej toni, zupełnie bezwiednie, nie myśląc o niczym. Nie chciała myśleć, chciała dać się ponieść, po prostu egzystować, bo to było dużo prostsze niż mierzenie się z tym, co miało nadejść. Nie mogli tego odwlekać w nieskończoność. Przymknęła oczy kiedy zaczął powoli ściągać zaschniętą krew z jej włosów, nie była przekonana, że miała tam tylko i wyłącznie krew. Nie był to pierwszy raz, gdy widział ją w podobnym stanie, nie był to pierwszy raz, kiedy powoli doprowadzał ją do porządku, kiedy się o nią troszczył, nigdy jednak nie czuła, żeby to co robił było niewłaściwe, teraz przynosiło to ciężar, świadomość, że to był ostatni raz. Woda całkiem skutecznie ostudzała jej krew, szczególnie, kiedy dotykał jej szyi, jej twarzy, zamknęła przy tym oczy, bo nie chciała zajrzeć mu w oczy, bała się, co może w nich dostrzec, a może czego nie dostrzeże? Robił to z przyzwyczajenia, to na pewno było przyczyną, przecież nigdy nie mieli odzyskać tego, co stracili. Odwdzięczyła mu się tym samym. W przeciwieństwie do niej miał nadal na czole tę runę, swoją drogą namalowaną jej krwią. Dotknęła jej swoimi zimnymi, mokrymi palcami, żeby się jej pozbyć. Robiła to bardzo powoli, nigdzie się nie spieszyła, nie chciała się spieszyć, jakby jej powolne ruchy mogły im zapewnić więcej czasu, który spędzą tutaj wspólnie. Przetarła jeszcze jego policzek, bo tu również zauważyła niewielki ślad krwi, kilka kropel pod okiem, później na uchu, chciała to zrobić jak najbardziej dokładnie, nie pozostawić na nim żadnego śladu po tym, co się wydarzyło, jakby to, co działo się w jaskini miało nigdy nie mieć miejsca, jakby miał to być tylko sen, a raczej koszmar. Jeden z tych najgorszych koszmarów. Bała się, że go tam straci, szczególnie gdy widziała, że demon ostatkiem swoich sił spróbował go zaatakować, zresztą, jaką miała pewność, że mu czegos wtedy nie zabrał, a co jeśli, jeśli to dopiero przyjdzie, jeśli okaże się, że zniknęła z jego wspomnień, że nie będzie nigdy o niej pamiętał? Nie mogła miec wpływu na to, że nie chciał z nią być, że postanowił odejść, ale zawsze pozostawała ta świadomość, że mieli chociaż te wszystkie, wspólne, piękne wspomnienia, chwile, które razem przeżyli, co jeśli to też zostanie jej odebrane? Zbliżyła się do niego o krok, poczuła, że może to zrobić, chciała mieć go ten ostatni raz, jeszcze bliżej, nigdy szczególnie nie słuchała głosu rozsądku, zawsze kierowała się sercem. Zamierzała zbliżyć czoło do czoła, zamknąć oczy, zatracić się w tej chwili jeszcze bardziej, pozwolić morskiej toni pociągnąć ich na dno, razem, przecież nie mieli nic do stracenia. Chłonąć jego zapach, napawać się tą bliskością, której nigdy nie miała już zaznać. Gdy miała to zrobić nadeszła fala, silna fala, która bardzo szybko rozmyła złudne nadzieje. Uderzyła w nich dosyć boleśnie, przypominając o tym, że nie mieli prawa tego robić. Brutalnie próbowała oddzielić ich od siebie, nie byli w stanie się utrzymać, pomógł tylko silny uścisk dłoni, dzięki czemu nie zostali popchnięci każde w swoją stronę. Czy był to znak od losu, że powinni się ogarnąć, stanąć mocniej na nogach, wrócić do tego, co mieli, a raczej czego nie mieli, bo przecież wszystko już stracili. Na pewno ona straciła wszystko. Gdy ponownie znalazła się nad powierzchnią poczuła, że coś się zmieniło. Uciekał spojrzeniem, nie patrzył na nią znowu, najwyraźniej dotarło do niego, że był to błąd. Nie chciała się z tym pogodzić i czuła, że chciał puścić jej dłoń, nie odwzajemniał jej uścisku, ale miała to gdzieś. Nadal tego potrzebowała, jeszcze chociaż kilku minut, świadomości, że dalej nie jest sama. Nie chciała zostać sama, jeszcze nie teraz, nie mógł jej tutaj zostawić po tym wszystkim, nie w tej chwili, nie w tym momencie. Jeszcze nie była na to gotowa. Mógł zobaczyć to w jej spojrzeniu, panikowała, gdyby tylko chociaż na chwilę przesunął wzrok na jej twarz. Tyle, że chyba nie chciał patrzeć, już miał jej dość? Nie zrobiła tego, nie wypuściła jego dłoni, chociaż teraz była jedyną osobą, która utrzymywała tę bliskość, miała to gdzieś, najwyżej później będzie musiała sobie nawrzucać, że jest desperatką, że nie powinna była się w ten sposób zachowywać, trudno, jakoś to przetrawi. - Jeszcze nie teraz, proszę. - Powiedziała bardzo cicho, tak, że dźwięk jej głosu ledwie przebijał się przez fale, które ich otaczały. - Proszę. - Powtórzyła tym razem głośniej, żeby mieć pewność, że na pewno usłyszał jej słowa. Tylko właściwie o co go prosiła, tego nie wiedziała chyba do końca sama. Robiło się coraz chłodniej, zmęczenie wcale nie ułatwiało tej kąpieli w morzu, powinni pójść się ogrzać, zdecydowanie powinni to zrobić, przecież mieli gdzie, wystarczy tylko, że nie będzie jej chciał teraz porzucić. Nie musieli rozmawiać, to nie było jej do niczego potrzebne, chciała po prostu, żeby był obok niej jeszcze przez chwilę, parę chwil, bo przecież nie chciał być z nią na zawsze. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.11.2024 - Wróćmy do domu, wróć ze mną, proszę, wróć, wróć - nie wiedział kiedy ogarnął Geraldine spojrzeniem, rozchylając wargi, wbijając wzrok w jej oczy i nic nie mówiąc. W tej jednej chwili był bliski otwarcia ust, słysząc jej proszę i czując jak coraz bardziej tonie w odmętach własnych niewypowiedzianych słów. Nie spodziewał się tego tonu wybrzmiewającego tak przejmująco gorzko, że aż wzdrygnął się z zimna. Przewalił to na przeraźliwy chłód otaczającej ich wody, choć w rzeczywistości zdawał sobie sprawę z tego, że to lodowate wrażenie nie miało nic wspólnego z tym, co na zewnątrz. Płynęło z jego własnej duszy z wyziębionego wnętrza tak bardzo spragnionego jeszcze odrobiny ciepła. Nawet, jeśli to byłaby tylko mrzonka i ułuda chwilowego nietrwałego zapomnienia mającego później przynieść wyłącznie więcej bólu i rozgoryczenia. A później tylko mróz, mróz, mróz. Przez żałośnie krótką chwilę wydawało mu się, że jeżeli tylko teraz otworzy usta i wydusi z siebie to wszystko, co ciągnęło go na dno to może coś się zmieni. Powie jej, że ją kocha, bo jakże mógłby tak po prostu przestać, że żałuje wszystkiego, że chce wrócić do domu, gdziekolwiek miałby on być, bo to ona zawsze była jego domem. Ale to były puste słowa, nic nie znaczyły, niczego nie naprawiały. Łudzenie się tylko jeszcze bardziej go kaleczyło. Czas nie leczył ran. Ktokolwiek to powiedział był głupcem, może nawet sadystą czerpiącym satysfakcję z wpychania ludzi w wir fałszywych nadziei, bo czas wyłącznie otumaniał. Nie zasklepiał krwawiącego ciała. Zalepiał ranę postrzałową plastrem postępującej obojętności wobec bólu, który cały czas odczuwało się w tym samym natężeniu. Po prostu uczyło się z nim żyć dopóki nie był już milczącym przyjacielem, towarzyszem smutnej egzystencji. Pisał się na nią, gdy odchodził. Chyba nigdy nie łudził się, że z biegiem czasu będzie łatwiej. Tak naprawdę zawsze wiedział, że nie będzie i gdy wyjdzie wtedy w blade, zimne światło brzasku na zawsze zostawi z nią cząstkę siebie, której nigdy nie odzyska. Jedyne kłamstwo tkwiło właśnie tutaj w tym przekonaniu. Nie zostawił jedynie cząstki siebie. Wydarł sobie dziurę w piersi, pozwolił, by wypełnił ją widmowy ból. Świt jeszcze piękniejszy niż ten tutaj, choć bardzo do niego podobny, momentalnie przemienił się w zmierzch i takim pozostał. Ambroise nie mógł powiedzieć, że z każdym mijającym miesiącem ten zmierzch stopniowo coraz bardziej przemieniał się w ciemną noc. Nie. W nocy było widać gwiazdy. To była szarość. Stan zawieszenia trwający tak długo i odbierający nadzieję na to, że wkrótce księżyc wespnie się po niebie a zaraz potem kiedyś wreszcie ponownie wstanie słońce. Mogli siedzieć razem na plaży spleceni w uścisku, wpatrzeni w horyzont i czekający na nadejście świtu. Mógł ją obejmować, wciskając usta w miękką skórę, ignorując zapach pożogi, ziemi i dymu, jakby na kilka chwil znowu byli po prostu dwojgiem ludzi podziwiających obrzydliwie piękny wschód słońca zanim wrócą razem do domu, wybierając się na targ i planując resztę dnia. Może mógłby zaciągnąć ją w pościel ledwo wychłodniałą po nocy, udając, że potrzebuje pomocy z zapięciem koszuli, by w rzeczywistości złapać Geraldine w ramiona i zwalić się z nią na łóżko? Zobaczyłby pobłażliwe spojrzenie, usłyszałby parsknięcie, ale później sama zamknęłaby mu usta pocałunkiem. Ostatnim rzutem zdążyliby na targ, kupując znacznie mniej niż planowali, bo większość stoisk zdążyłaby się zamknąć. Improwizowałby ze zbyt późnym śniadaniem, późniejszym obiadem i kolacją zjedzoną o zatrważająco późnej godzinie. Praktycznie w środku nocy. Możliwe, że też na plaży na kocu, zaplątani w swoich ramionach. Jej długie włosy na jego twarzy, zaczerwienione policzki, opuchnięte od pocałunków usta wygięte w łuk mówiący mu, że znowu z nim w czymś wygrała. Czuł się staro. Jak człowiek u kresu swojej drogi patrzący na to, co było mu dane na zbyt krótko i co dawno przykrył woal utraconej młodości. Niewinności... ...czy kiedykolwiek był niewinny? Był głupi, zakochany, desperacko pragnął zatrzymać czas, który pędził nieubłaganie. Tak szybko, że nawet nie zauważył, że wszystko zaczęło mu się wymykać z rąk. Zawsze. Na zawsze. Będę z tobą do usranej śmierci. Nigdy się mnie nie pozbędziesz. Deklaracje zamieniły się w pył. W piasek. W końcu budowali na nim swoje życie, prawda? W ich Piaskownicy. Jakże bardzo to było teraz wymowne. To, co miało być ich miejscem stało się opustoszałym, porzuconym widmem. Wszystko w nie przemieniał. Wszystko, czego się dotykał prędzej czy później stawało się tylko cieniem. Czymś, co mogłoby go prześladować podczas długich niespokojnych nocy pełnych nawiedzających go rozważań i scenariuszy wydarzeń, w których nigdy nie dał się pchnąć w tym kierunku, nie podjął pochopnych decyzji. Nie był wrakiem człowieka, udało mu się stanąć na obu nogach, przyjmując wyciągniętą ku niemu dłoń. Nigdy jej nie puszczając. To on był tym, który nasuwał jej na palec pierścionek z kamykiem. Uwarowit w złotej misternej oprawie. Niewiele później delikatną złotą obrączkę - symbol nie przytłaczający delikatnego, subtelnego blasku wcześniejszego pierścionka a wręcz pozwalający mu błyszczeć, choć to nie o błysk chodziło. Tylko o wyjątkowość. Już to kiedyś ustalili. Wyjazd w Alpy. Kilka tygodni tylko dla siebie nawzajem, radosny powrót do domu, bo przecież kiedyś oboje kochali to miejsce. Czas spędzany na powrocie do rzeczywistości tylko po to, aby uświadomić sobie, że nie do końca do niej wrócą, bo niedługo wszystko ponownie się zmieni. Teraz we wrześniu pewnie by ich tutaj nie było. Wczorajszy wieczór i noc mógłby spędzić w nerwach, miotając się od ściany do ściany, ale nie w skalnym wnętrzu ponurej jaskini tylko w białym korytarzu albo w rodowej posiadłości. Odchodziłby od zmysłów, lecz nie w ten sposób. Bez echa wspomnień głosu w swojej głowie, lepkich palców na ciele, ciemności, braku kontroli, strachu. Ale to nie była jego przyszłość ani teraźniejszość. Ktoś mu to wydarł. Sam to wypuścił z rąk, nawet jeśli przez ten cały czas próbował znajdować wyjaśnienia w czymś na zewnątrz. To tak naprawdę zawsze tkwiło w nim. To było jego własne obrzydliwe wypaczenie, jego gęsty mrok, jego ponury zmierzch. Żałował. Nie potrafił nie czuć żalu, rozgoryczenia, rozpaczy. Musiałby być całkiem pozbawiony serca i nawet jeśli ostatnio właśnie tak się czuł to w tej chwili pod jaśniejącym niebem na nowo odczuwał cały przytłaczający ciężar tego, kim był a kim nie powinien być. Jeszcze nie teraz, proszę - nie musiała powtarzać tego ostatniego słowa, choć szept ledwo przebił się przez dźwięk fal. Nie potrzebowała tego mówić. Wystarczyło, że kątem oka nadal patrzył w jej oczy, dostrzegał ruch ust, czuł obawę w palcach zaciskających się wokół jego własnych. - Zatrzymaj mnie tu, proszę, cokolwiek robisz, nie puszczaj mnie, nie daj mi odejść - nie patrzył na nią, trzymał głowę nisko, zaciskając usta. Woda falowała dookoła nich. Morze zaczynało stawać się bardziej niespokojne. Raz po raz omiatała ich spieniona lodowato zimna woda. Jej strużki ściskały z włosów Ambroisa, ale nie były w stanie zmyć tamtego dotyku. Palców powoli dotykających jego twarzy, zmywających bród poprzedniej nocy, ale w zamian kalających go czymś innym. Tym, co przyjmował bez słowa, bo ten dotyk jednocześnie koił i topił, ale to byłaby dobra śmierć. Gdyby tylko był w stanie to zrobić, pewnie z goryczą uśmiechnąłby się na wspomnienie tamtego popołudnia, kiedy żartował, że jeśli miałby musieć odejść z tego świata to miał tylko jedno życzenie. Chciał to zrobić w jej ramionach, czując jej dotyk i pozwalając sobie na to, żeby ostatecznie się w nim pogrążyć. Nie w ten dziecinny, niedojrzały sposób, o którym mówienie wzbudzało w nim wtedy wybuchy śmiechu. Nie w udach, nie cieleśnie w niej zatopiony. Tylko w tym niemalże niewyczuwalnym gładkim dotyku. Pod naciskiem chłodnej dłoni, której wierzch mógłby skazić pocałunkiem, bo skoro by odchodził to nie robiłoby mu to już żadnej różnicy. Teraz też prawie się zapomniał. Gdyby nie ta fala, zapadając się pod dotykiem Riny, pewnie przyciągnąłby ją bliżej za ich splątane dłonie, plącząc się z nią jeszcze bardziej. Pocałowałby ją. To było nieuniknione. Nie przy tym dotyku, gdy zmywali z siebie ślady zeszłego wieczoru. Tak bardzo pragnąłby zostawić w ich miejsce coś, co zasklepiłoby te wszystkie rany. Wypełnić pustkę ciepłem dnia, gdy wrócą do domu, bez słowa padając na łóżko i odsypiając przemęczenie. Budząc się obok siebie późnym popołudniem, w milczeniu wymieniając tylko jedno spojrzenie. - Kocham cię. Jesteś dla mnie wszystkim - słowa, które nie padły. Nie mogły paść. To nie on był tym, który mógł rościć sobie prawo do tego, żeby wyciągnąć ku niej rękę w pościeli, przyciągając ją ku sobie. Chaotycznie zrzucając ubrania na ziemię, plącząc się w sobie nawzajem i zostając tak do kolejnego bladego świtu. Dzień za dniem do końca świata. Ich świat już miał swój koniec. To, że teraz trzymali się za rękę i że prosiła go, by jej nie puszczał, nie było niczym innym, jeśli nie zagubieniem. Byli obok siebie wtedy w jaskini, razem mierzyli się z zagrożeniem, prawie tam zginęli. Zostawił w tamtym miejscu kolejny kawałek siebie. Ona zapewne również. Razem wyszli na zewnątrz, wypadli stamtąd biegiem, który chyba nadal trwał. Ich myśli w dalszym ciągu były chaotyczne. W innym wypadku nie dryfowaliby w morzu. Nie pojawiliby się tu razem. Szczególnie, gdyby nie to, że wtedy w tym lesie czekała na nich wyłącznie Florence. Nie było tam Erika, choć Ambroise był pewien, że słyszał jego głos wtedy, kiedy prowadzili rozmowę przez dwukierunkowe lusterka. Nie pytał o niego, o jego nieobecność, o nic, co było związane z Longbottomem. Instynktownie to wyparł. Teraz też nie chciał o tym myśleć. Był złym człowiekiem? Pogubionym - to na pewno, ale przecież miał swoje zasady. Znowu je dla niej łamał, ściskając ją za rękę. Proszę. Nie wiedział, w którym momencie przyciągnął ją do siebie, stawiając opór lodowatej wodzie. Wiedział jedynie, że nie tylko nie puścił dłoni Geraldine, lecz także zamknął ją w ramionach. Tonął w jej oczach, tonął w niej, w niewypowiedzianych słowach, w fizycznych reakcjach pełnych wymuszonej nonszalancji, kiedy kilka sekund po tym ruchu udał, że zrobił to tylko po to, żeby obrócić się z nią twarzą w kierunku brzegu. Umożliwić jej osłonięcie się przed falami, które teraz uderzały go w plecy i stanięcie na podwodnych kamieniach. Wypuścił ją z objęć, ściskając tylko dłoń. Proszę. - Chodźmy. Zamarzniesz - odezwał się pierwszy raz od sam nie wiedział jak dawna. Tym razem głośniej, zdecydowanie, przejmująco neutralnie. Nie pytał o nic, gdy wychodzili z morza. Nie układał z nią planów, jakby wszystkie te słowa mogły tylko uświadomić ich oboje o czymś, czego Ambroise nie chciał mówić na głos. Pochylił się, żeby podnieść torbę, zarzucając ją sobie na ramię a wcześniej chowając do niej resztę przypadkowych rzeczy leżących na piasku. Jej rzeczy. Nosił je wielokrotnie, prawda? Teraz też to na siebie wziął, cały czas trzymając dłoń Riny, nawet jeśli nie patrzył na nią, nie obracając głowy, gdy trochę pokracznie, niewygodnie zbierał wszystkie ślady po przygotowaniach do starcia. Wygrali. Mimo goryczy, pomimo braku radości. Wygrali a teraz robili coś, co nigdy nie powinno się wydarzyć. Jeszcze raz, ostatni raz wracali do domu. Jej domu, już nie ich, nawet jeśli to Ambroise był tą osobą, która szła po poniszczonych schodkach jako pierwsza. On był tym, który mimowolnie poprowadził ich w kierunku tylnych drzwi. Udając, że nie widzi ruiny ogrodu, nie dostrzega jeżyn i zapadniętej szklarni, nawet nie pytając o klucze, których nie miał. Otwierając drzwi tak jak wtedy tamtego pierwszego majowego poranka wiele lat wcześniej. Włamując się do cudzego domu, z tym że wraz z właścicielką. I jak zawsze, nawet w największych porywach gniewu, przepuścił ją w drzwiach, wewnątrz walcząc z naporem wspomnień. Na zewnątrz pozostając oazą spokoju. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.11.2024 Wiedziała, że to trochę desperacja, tak, nic innego, ale tak bardzo pragnęła, żeby stąd nie odchodził, że nie bała się po to sięgnąć. Ten, jeden, jedyny, ostatni raz chciała spędzić z nim jeszcze parę chwil. Wykraść je rzeczywistości. Miała gdzieś to, że pewnie to odwróci się przeciwko niej. Na pewno będzie cierpieć, na pewno ją to zaboli, ale potrzebowała tego bardziej niż czegokolwiek innego. Nie zastanawiała się nad konsekwencjami, które mogły przynieść podejmowane przez nią decyzje, zresztą, czy kiedykolwiek to robiła? Nie, nigdy nie skupiała się na tym, co będzie później. Żyła chwilą, szczególnie ostatnio. Kiedyś myślała o przyszłości, widziała siebie z nim, razem, tutaj w Piaskownicy, podstarzałych, z siwymi włosami, dzieciakami kręcącymi się obok. Kiedyś myślała o tym, że stworzą swoją rodzinę, że zdecydują się razem dać nowe życie, była skłonna podjąć taką decyzję, nie wydawało jej się to niewłaściwie, wręcz przeciwnie, myślał o tym, że może był to odpowiedni czas, aby wprowadzić nieco chaosu do ich życia. Poradziliby sobie z tym, zawsze sobie ze wszystkim radzili, stworzyliby swoje własne stado, własną rodzinę, dom, którego tak bardzo pragnęli. W taką przyszłość mogła spoglądać, ale to już jej uciekło. Nie miała mieć szansy dostać tego, co wydawało jej się być właściwe jeszcze rok temu. Przez to właśnie skupiała się na teraźniejszości, żyła chwilą, brała od życia jak najwięcej mogła w danym momencie, jakby te wszystkie przeżycia mogłyby jej pomóc nieco zagłuszyć ból, wypełnić pustkę, która została. Coraz częściej łapała się na tym, że docierało do niej, że nigdy jej nie wypełni. Nie było na to szansy, przecież ją porzucił. To on był jej dopełnieniem, tylko przy nim czuła się faktycznie sobą. Nie miała tego teraz, i nigdy nie miało to do niej wrócić. Straciła to na zawsze. Wydawało jej się, że nic nie będzie w stanie jej tego odebrać. Naprawdę była pewna tego, co razem stworzyli, o niczym w swoim życiu nigdy nie była tak przekonana, a jednak po raz kolejny przyszło rozczarowanie. Może tak musiało być, może nie była stworzona do tego, aby móc żyć szczęśliwie. Nie wszystkim przecież było to dane. Myślała, że na zawsze faktycznie nie da się zniszczyć, najwyraźniej były to tylko puste słowa, rzucane na wiatr. Tylko dlaczego miała wrażenie, że nie tylko ona cierpiała, że on również nie do końca się z tym pogodził? Być może sobie to wmawiała, aby poczuć się lepiej, pogodzić z tym, że tym razem nie była w stanie się powstrzymać przed prośbą, nie umiała trzymać się z daleka, zdystansować, a przecież o to ją prosił. Nie chciał się z nią kontaktować, naprawdę chciała to uszanować. Nie miała dokąd pójść. Mimo tego, że starała się pokazywać, że otacza się całkiem sporym gronem bliskich osób, to po tej nocy spędzonej w jaskini naprawdę nie miała dokąd pójść. Była samotna, wśród wielu znajomych. Nie umiała się przed nimi otworzyć, nigdy tego nie robiła, mało kto wiedział, co naprawdę ją gryzło. Nie znosiła pokazywać swoich słabości, raczej po prostu zaciskała zęby, uśmiechała się i udawała, że wszystko jest w porządku - tak było łatwiej. Nikt nie widział, kiedy nocą leżała w swoim łóżku i zastanawiała się nad sensem swojego własnego istnienia, który jej zdaniem już nie istniał. Straciła to wszystko jakiś rok temu. Dobrze jednak było sprawdiać pozory. Pojawiała się przecież nawet w gazetach, z uśmiechem na twarzy, jakby była najszczęśliwszą dziewczyną na świecie, to były tylko pozory. Musiała to robić, przypominać o swoim istnieniu, nie była przecież aż tak anonimowa, po tym, jak została sama musiała znowu jawić się na tych spędach socjety. Z początku wcale nie było to łatwe, przecież przez ostatnie kilka lat zawsze gościli tam jako para, niezaprzeczalnie trwali u swojego boku, jakby zawsze tak miało być. Wolała nie wracać wspomnieniami do momentu, gdy musiała wrócić tam pierwszy raz jako stara panna (nie oszukujmy się, jej czas przydatności już dawno minął), bo teraz dla większości była tylko tym. Tą, która nie potrafiła zatrzymać przy sobie mężczyzny, tą która łudziła się, że jest na tyle wartościowa, że faktycznie kiedyś wyjdzie za mąż za tego, u którego boku trwała przez lata, tą która straciła wszystko, tą której nikt nie chciał, tą, która pewnie nigdy już nie zazna szczęścia. Dlatego też całkiem szybko znalazła wspólny front ze swoim przyjacielem, zaczęli pokazywać się razem, tak było prościej, mogli unikać pytań, właściwie tworzyli całkiem niezły kąsek dla prasy. To wystarczyło, by nie musiała odpowiadać na niewygodne pytania, rozmawiać z mężczyznami na których nie miała ochoty patrzeć, całkiem wygodne rozwiązanie. To nie tak, że jej to wystarczało, bo próbowała się pocieszać, oczywiście, że tak, wchodzić w jakieś pokrętne relacje, szukać szczęścia u boku byle kogo, znaleźć coś, co przyniesie jej chociaż odrobinę stabilności, ale nigdy nie udało jej się dostać tego, co potrzebowała. Wiedziała, że nie jest w stanie dać im to, czego oni potrzebowali, chociaż próbowała. Ta część niej była przeznaczona komus innemu, kto stwierdził w końcu, że nie mogą być razem. Najwyraźniej musiało tak pozostać, do usranej śmierci teraz będzie nieszczęśliwa i żałosna, szukać czegoś, czego nie będzie w stanie znaleźć, bo przecież coś takiego zdarzało się tylko raz, a ona zaprzepaściła swoją szansę na szczęśliwe życie. Nigdy jej nie odzyska - była stracona. Zimne morze co chwile próbowało jej przypomnieć o tym, gdzie się znajduje. Nie mogła sobie pozwalać na takie zamyślenie, obawiała się, że Roise być może zignoruje jej prośbę, miał przecież do tego prawo, nie musiał reagować na te jej durne zachcianki, których sama nie rozumiała, ale nie wypuścił jej dłoni, zamiast tego ścisnął ją ponownie. Wypuściła głośno powietrze, uspokajała się, bo jeszcze chwilę temu bała się, że to już faktycznie koniec, że zaraz odwróci się na pięcie i zostawi ją samą na tym pogorzelisku, pośród wszystkich niespełnionych marzeń i przyszłości, która nigdy miała nie nadejść. Zamiast tego przyciągnął ją do siebie, ten uścisk trwał tylko kilka sekund, ale w końcu poczuła, że żyje, dlaczego zawsze kiedy był blisko to do niej wracało, dlaczego tylko przy nim czuła się w ten sposób, nie miała pojęcia, ale to naprawdę działało. Bardzo szybko wypuścił ją z ramion, jakby było to zupełnie przypadkowym gestem, szkoda, bo mogłaby tak tkwić w nieskończoność przytulona do jego piersi, jakby jutra miało nie być. - Być może, ale ty też. - Tak, musieli stąd wyjść, jak najszybciej. Czuła, że chłod wypełnia jej ciało, woda wcale nie pomagała, zaczynała robić się lodowata, dolna warga zaczęła jej drgać, zapewne przez zimno, zresztą i usta zrobiły się trochę sine. Czas najwyższy się ogrzać, tyle, czy było to właściwie, tak naprawdę już dawno przestała się nad tym zastanawiać. Musieli się ogrzać, razem, w ich wspólnym domu, który od kilku dni nie był już wspólny, ale próbowała to wyprzeć z pamięci. Razem stworzyli to miejsce, był ich, bez Roisa nie chciała tu przebywać, nie czerpała z posiadania tego miejsca żadnej radości, nie potrafiła w nim przebywać sama, nie czuła, że należało do niej. Wyszli w końcu z tej zimnej wody, piasek kleił się jej do stóp, nigdy nie przepadała za tym uczuciem, powodowało okropny dyskomfort, do którego nigdy się nie przyzwyczaiła. Ambroise jak zawsze, bez słowa wyjaśnienia zebrał ich rzeczy, za każdym razem się tym zajmował, kiedy znajdowali się w podobnej sytuacji, to zawsze on dbał o to, aby niczego nie zostawili. Chodził z nią, dźwigał te wszystkie rzeczy bez nawet słowa zająknięcia. Nigdy nie pomyśli o tym domu, jako o swoim miejscu na ziemi. Kiedy na niego spoglądała, zawsze widziała ich, bo to było wspólne miejsce. Razem się nim zaopiekowali, razem je znaleźli, razem postanowili je kupić i przenieść się tutaj, by wyrywać jak najwięcej chwil szarej rzeczywistości. Nie chciała bywać tu sama, to tylko powodowało, że rana, która wydawała się zabliźniać znowu się otwierała. Nigdy nie przywyknie do myśli, że on nie był już częścią tego świata. Zdecydowanie chatka nie wyglądała jak wtedy kiedy tutaj bywali. Opuścili to miejsce, jakby nie miało żadnego znaczenia, zostało porzucone, tak jak ona została porzucona. Kiedy zmierzała w stronę drzwi uświadomiła sobie ile czasu minęło od ich ostatniej, wspólnej wizyty w domu. Ponad rok, od roku nie odwiedzała tego miejca poza tym jednym razem, pozwoliła na to, aby czas je zniszczył. Bardziej przypominało to, co zastali tutaj na samym początku, jak mogła je doprowadzić do takiej ruiny? Nie miała pojęcia. Może to przez ten ból, który pojawiał się w jej piersi, gdy była tutaj sama, może przez to nie zamierzała go odwiedzać. Zresztą sama nie była w stanie się nim zaopiekować, razem potrafili dzielić się obowiązkami, zresztą mieli swój system wypracowany przez lata, wtedy wszystko działało, teraz przyszło im znaleźć się w ruinie. Zakurzonej, zniszczonej, jednak nadal pełnej ich rzeczy. Nie ruszała tutaj nic, pozostawiła wszystko dokładnie tak jak było. Weszli po zniszczonych schodkach, tak jak wtedy, kiedy pojawili się tutaj pierwszy raz. Nie miała kluczy, ale Roise wiedział, jak znaleźć się w środku, ciekawe, czy zaklęcia, którymi okrywał to miejsce jeszcze działały, je pewnie również zniszczył czas, jak wszystko. Drzwi zaskrzypiały kiedy je otworzył i wpuścił ją do środka, zrobiła krok, nadal nie puszczając jego dłoni. Znaleźli się tutaj znowu, razem. Nie do końca wiedziała, co powinni z tym zrobić, bo przecież nic nie było jak dawniej, ale mogła trzymać się dawnych nawyków, tych, które towarzyszyły im przez lata. Powinni zmyć z siebie te resztki koszmarnej nocy, pozbyć się piasku ze stóp, smaku soli z ust. Odruchowo więc, ruszyła do łazienki, ciągnęła go za sobą, tak jak robiła to odkąd wyszli z jaskini. Nic nie mówiła, nie sądziła, że słowa były im potrzebne, miała nadzieję, że zrozumie, że to był ten jeden, ostatni raz, którego naprawdę potrzebowała. Może i chciałaby, by było to coś więcej, ale wiedziała, że nie mogła próbować wracać do tego, co było - on tego nie chciał, usilnie trzymała się tej myśli, tylko dlatego nic nie mówiła, bała się odrzucenia. |