![]() |
|
[02.09.1972] Po drugiej stronie tęczy || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [02.09.1972] Po drugiej stronie tęczy || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4321) Strony:
1
2
|
[02.09.1972] Po drugiej stronie tęczy || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 30.12.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II poranek 02.09.1972, Whitby, Piaskownica
Wczesny poranek w kuchni był cichy i spokojny. Echo burzy niemalże odeszło w niepamięć wraz z zawodzeniem wiatru, który uspokoił się tak samo niespodziewanie jak się pojawił, pozostawiając po sobie jedynie fizyczne ślady w postaci zniszczeń za oknem. Połamanych i rozwianych gałązek, poprzewracanych doniczek (i tak dawno spękanych od warunków atmosferycznych, teraz całkowicie potłuczonych), okiennicy, która znowu wypadła z ramy - tym razem całkowicie, co potwierdziło przyczynę głośnego łoskotu, jaki rozszedł się nad ranem w ciszy panującej w domu. To samo delikatne światło, które ledwo przedostawało się przez zasłony salonu, rzucając delikatny, złoty blask na drewniane podłogi, rozświetlało także kuchnię. Pierwsze promienie świtu wpadały przez okno, oświetlając drewniane blaty i okrywając pomieszczenie miękkim, ciepłym blaskiem. Drobinki kurzu wirowały w powietrzu, choć niemalże pierwszym, co zrobił po przebudzeniu i podjęciu decyzji o przejściu do kuchni było jak najcichsze przetarcie zakurzonych powierzchni. Starając się nie robić hałasu, podszedł do kociołka, który stał na blacie. Przetarł go, płucząc naczynie ze zgromadzonego w nim kurzu a następnie powoli napełnił je wodą, czując chłód metalu pod palcami. Kiedyś to była jego rutyna. Jednocześnie tak dawno i niedawno temu nie miał najmniejszego problemu z tym, by cicho poruszać się po kuchni, próbując nie obudzić Geraldine zanim nie dokończy tego, co sobie założył. Teraz? Miał wrażenie, że jego ruchy są zbyt głośne i chaotyczne, nawet jeśli w istocie w dalszym ciągu zachowywał się cicho. Czuł się niczym intruz w miejscu mającym być jego domem. Będącym nim przez kilka ostatnich lat, nawet jeśli na stałe mieszkali tu przez chwilę, niecałe pół roku. W bladym świetle poranka wszystko wydawało się inne a jednocześnie niemalże niezmienione. Zupełnie tak, jakby obserwował tę scenę z dwóch całkowicie różnych perspektyw, samemu będąc zawieszonym gdzieś w próżni pomiędzy nimi. Ale czy to było coś całkowicie nowego? Nie do końca. Nie wcale. Nie doczekał wschodu słońca. Sam nie wiedział, kiedy dokładnie to się stało, ale wreszcie ponownie usnął. Na dywanie rozłożonym na twardej podłodze tuż przy wygasłym kominku. Z kilkoma poduszkami i resztą pościeli ściągniętą z kanapy, na którą już nie chciał wracać, zamiast tego bez słowa zamykając towarzyszącą mu Yaxleyównę w ramionach (a tak właściwie to poniekąd w drugą stronę, co byłoby trudniejsze do przyznania) i odpływając po sam nie wiedział jak długim czasie. To nie był długi sen. Był spokojny, całkiem błogi, jednakże nie trwał więcej niż trzy, może cztery godziny. Słońce znajdowało się nisko na nieboskłonie, gdy Ambroise powoli wymknął się do kuchni, nie czując się na siłach, aby leżeć i myśleć, nawet jeśli wypuszczenie Riny z rąk przyszło mu z trudnością. Potrzebował złapać oddech. Nie od niej. Od siebie. Od poprzedniego wieczoru i nocy, która wcale nie była łatwiejsza. Od trudnych słów - tych, które padły i tych niewypowiedzianych. Odruchowo zajął się kawą, aby choć trochę uspokoić myśli, skupiając się na niegdysiejszej rutynie. Ponownie, tym razem na spokojnie przejrzał szafki, dochodząc do tego samego wniosku, co poprzednio. Nie mieli tu zbyt wiele zapasów, ale na upartego mogliby przez co najmniej kilka dni nie wychodzić z domu. Prócz tego nie mieli aż tak daleko do wioski, w której życie zaczynało się już od świtu. Mógł wybrać się do niej nawet teraz, gdyby tylko chciał, stosunkowo szybko dochodząc do wniosku, że to była najlepsza możliwa opcja. W dalszym ciągu nie cofając się po ubrania, zmierzwił włosy i zmrużył oczy, jeszcze nieprzyzwyczajony do porannej jasności. Usiadł przy stole z kartką i długopisem, próbując zebrać myśli, aby stworzyć listę tego, czego mogli potrzebować na najbliższe godziny. Nie chciał budzić Geraldine. Jeszcze nie. Zasługiwała na odpoczynek. A on? Potrzebował chwili dla siebie - jak fatalnie by to nie brzmiało. Było cicho. Słyszał jedynie delikatne bulgotanie powoli wrzącej wody oraz ciche trzaski drewna w piecu. Idealny poranek... ...lub jego złudzenie. Trudno było to stwierdzić. Czasami lepiej było nie wyrokować. RE: [02.09.1972] Po drugiej stronie tęczy || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 31.12.2024 Noc nie była spokojna. Zaczęło się od koszmarów mniejszych we śnie i większych na jawie. Towarzyszyła im burza, która tylko potęgowała atmosferę niepewności. Niszczyła wszystko dookoła, rankiem pozostały po niej tylko ślady w postaci paru zniszczeń, których Yalxeyówna jeszcze nie miała szansy zobaczyć. Obudziły ja promienie słońca, które wpadały do salonu przez szyby, aż dziwne, że jeszcze miały szansę to robić zważając na to, że te okna zdecydowanie nie należały do najbardziej zadbanych. Nie ma się co oszukiwac to miejsce było zaniedbane, od ponad roku nikt się nim nie opiekował. Sól i piasek robiły swoje, bez odpowiedniego zainteresowania mogły dosyć szybko pochłonąć ten dom i doprowadzić go do ruiny. Właściwie powoli się nią stawał. Tak samo jak ludzie do których należał. W nocy jakoś łatwiej było o wszystkim rozmawiać, mrok pomagał nieco się otworzyć. Nie, żeby zbyt wiele się wyjaśniło, zresztą nie sądziła, aby miało się to kiedykolwiek zmienić. Geraldine niepewnie otworzyła oczy, znajdowała się na podłodze, w salonie, cóż, mogli spędzić tę noc w zdecydowanie wygodniejszym miejscu, ale jakoś tak się złożyło, że wybrali inną opcję. Właściwie to jej nie wybrali, nie miała pojęcia kiedy zasnęli, wiedziała jednak, że nie trwało to zbyt długo. Nie miała w zwyczaju przesypiać wielu godzin, nie od kiedy Roisa nie było przy niej. Nie sądziła, aby mogło się to zmienić. Już nie. Nie było go koło niej, kiedy otworzyła oczy. Przez moment przeszło jej przez myśl, że może się rozmyślił, że może postanowił opuścić to miejsce, bardzo szybko jednak zorientowała się, że tak nie było. Usłyszała jego szamotanie się w kuchni. Czyli nadal tutaj był. Nadal znajdował się przy niej. Nie miała pojęcia, co to właściwie oznacza, co próbowali tutaj teraz robić, ale czy to było ważne? Chyba nie, liczyło się jedynie to, że najwyraźniej tego potrzebowali. Podniosła się do siadu i przeciągnęła, podłoga nie była najlepszym miejscem do ucinania sobie drzemek, nawet na tym dywanie, który kiedyś był bardzo miękki. Zastanawiała się nad tym, czy już powinna go osaczyć, czy jednak potrzebował chwili dla siebie. Nie wiedziała, kiedy właściwie wstał, nie poczuła gdy opuszczał jej ramiona. Musieli bowiem zasnąć przypadkiem, w tym uścisku, w którym go zamknęła. Pamiętała wszystko, co wydarzyło się w nocy. Nieco ją to niepokoiło, martwiła się o niego, zastanwiała się nad tym, jak często mu się to przytrafia. Czy często nawiedzały go takie koszmary? Czy towarzyszyły mu od dawna? Nie powinna pewnie o to pytać, nie teraz, nie kiedy światło dzienne wdzierało się do tego domu. Nie do końca chyba potrafiłaby przetrwać kolejną trudną rozmowę. Szczególnie, kiedy mogli spoglądać sobie w oczy, wtedy trudno było ukryć cokolwiek. Nie zamierzała jednak spędzić na tej podłodze całego poranka. Zebrała się w sobie i postanowiła zobaczyć, jak on się miewa. Nie do końca wiedziała, czego powinna się spodziewać, w końcu sytuacja była inna od tych znajomych, kiedy wiedziała na czym stali. Teraz wszystko było jedną, wielką niewiadomą. Dali sobie czas, na odpoczynek, mieli tutaj zostać, właściwie nawet nie określili na ile. Nic nie było pewne, ale póki co zupełnie jej to nie przeszkadzało. Wstała więc i powoli, jak najciszej potrafiła skierowała się do kuchni. Nie do końca wiedziała, jak powinna się zachować, nie czuła się zbyt pewnie, chociaż może nie powinna. Przystanęła w drzwiach, oparła się o framugę i przez krótką chwilę obserwowała Ambroisa. Robiła tak wiele razu, nie ma się co oszukiwać, kuchnia zawsze była jego królestwem, to nigdy nie było miejsce, w którym czuła się dobrze, raczej wydawało jej się, że jeśli dotknie czegokolwiek to coś wybuchnie. Minęło kilanaście sekund, a może nawet minut, kiedy w końcu postanowiła się odezwać. - Długo nie śpisz? - Musiała powiedzieć coś, ale nie miała pojęcia od czego zacząć, więc wybrała chyba najbardziej neutralną opcję. Póki co nie weszła jeszcze do pomieszczenia, postanowiła zostać tam gdzie stała. RE: [02.09.1972] Po drugiej stronie tęczy || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 31.12.2024 Możliwe, że po koszmarach poprzedniej nocy powinien mieć wyostrzone zmysły, jednak w istocie nie od razu zorientował się, że jest obserwowany. Zdążył na swój sposób przywyknąć do spędzania poranków samotnie. No, ostatnimi czasy z kotem, ale to była inna sprawa. Przeważnie nie dopuszczał nikogo do siebie o tej porze dnia, toteż może był trochę rozkojarzony. Nie powinien być, ale nie mógł na to zbyt wiele poradzić. Ostatnie kilka dni było... ...chaotyczne. Lekko mówiąc. Czuł się zmęczony, szczególnie po ostatniej nocy, parokrotnie przecierając powieki wierzchem dłoni. Kanapa nie należała do najwygodniejszych mebli do spania, zwłaszcza w domu, w którym przywykł do spania we własnym łóżku. Podłoga była ciutkę lepsza, ale też stanowiła pewnego rodzaju degradację. Coś, co uświadamiało mu, ile się zmieniło i ile nie miało już powrócić. Intencje były bez znaczenia. To, co się stało musiało zostać uszanowane. A jednak cholernie ciężko było o tym myśleć w tym miejscu i o tej porze. We własnym domu. W samotności, lecz nie do końca. To mógłby być kolejny normalny poranek... ...ale nie był. Zbyt łatwo było ulec temu wrażeniu. - Wstałaś - nie bez zaskoczenia stwierdził oczywistą oczywistość, podnosząc wzrok znad kartki i odruchowo unosząc kąciki ust. Niemal od razu złapał się na tym, co instynktownie przeszło mu przez myśl a co w tym momencie sprawiło, że cały ten uśmiech błyskawicznie zatarł się na jego twarzy. To nie była ich rutyna. Już nie. Nawet, jeśli ten poranek z pozoru wyglądał dokładnie tak samo jak wiele innych, to było wyłącznie marne złudzenie zaś fala ciepła, która przetoczyła się przez jego ciało na widok dziewczyny była wyłącznie przykra, bo nie istniało już nic w związku z tym, na co kiedyś pozwoliliby sobie bez większego zastanowienia. Nie nastawił się do pocałunku. Nie poklepał swoich kolan. Nie roztworzył ramion ani nie wstał, żeby ją w nie złapać. Właściwie to nie ruszył się z miejsca, nawet nie odsuwając krzesła o centymetr. Po prostu wbił przygasające, już nie tak pogodne spojrzenie w Geraldine, kiwając głową. Już bez uśmiechu, bo kąciki jego ust mimowolnie wróciły do tego samego neutralnego wyrazu wraz z myślą o tym jak niewłaściwa była ta nagła wesołość. Szczególnie po poprzednim wieczorze, którego w żaden sposób nie wymazało to, co działo się w nocy. A chyba nawet wręcz przeciwnie. Może nie chciał tak o tym myśleć, ale odczuwał zażenowanie. Ten specyficzny rodzaj zawodu w stosunku do siebie samego za tamtą słabość, która sprawiła, że w oczach Yaxleyówny wyszedł na kogoś, kim przecież nigdy nie powinien być. Nie wiedział jak miał wyglądać ich poranek. Jeszcze nigdy nie spędzali go w taki sposób. To zapewne nie miało się powtórzyć, było jednorazowym trudem, ale ta myśl wcale nie brzmiała pocieszająco. Wręcz przeciwnie - gdzieś tam w głębi duszy nie chciał czuć się lepiej ze świadomością, że to ostatnie podrygi ich wspólnej rzeczywistości. Szczególnie, że raczej nie miały być piękne, godne zapamiętania, budujące nowe lepsze wspomnienia. Nie. Miały być dokładnie takie jak teraz: stonowane, na swój sposób oficjalne i przykre. Być może tego nie okazywał, patrząc na nią w bardzo neutralny sposób, jednakże w głębi serca czuł właśnie to. Smutek na myśl, że zjebali. Cokolwiek jeszcze kiedyś mieli, zjebali. Nie sposób było zachowywać się tak, jakby to nie był fakt. Dało się to odczuć w każdej upływającej sekundzie. Zarówno w milczeniu jak i w tym pustym pytaniu. - Nie wiem - odpowiedział całkiem szczerze, wzruszając ramionami i odruchowo zerkając na zegarek, który zatrzymał się tak jak wszystkie inne w tym domu. - Z pół godziny temu? Raczej nie dłużej. Chcesz kawy? Woda właśnie się gotuje - machnął głową w kierunku kociołka, w którym woda powoli zaczynała osiągać właściwą temperaturę. Nie wspomniał nic o tym, co powiedziałby, gdyby to był normalny poranek. Jeden z tych miłych i przyjemnych. Początek września - jasnego i pogodnego, choć z pewnością chłodniejszego niż kilka dni temu. Wreszcie spuścił też wzrok z powrotem na kartkę, odwracając spojrzenie od jej koszuli i zwichrzonych włosów, jedną ręką odruchowo mierzwiąc swoje własne, by odgarnąć je sobie z oczu. - Zamierzam wybrać się do miasteczka - poinformował, czując się w dziwnym obowiązku wyjaśnić to, co robił w tej chwili. Zupełnie tak, jakby nie chciał, żeby sądziła, że przyłapała go na czymkolwiek innym. Paranoja? To był dziwny poranek. Cichy i spokojny, a jednak po burzy i zawierusze. Choć czy na pewno już po? Życie uwielbiało udowadniać, że jest inaczej, szczególnie ostatnio. RE: [02.09.1972] Po drugiej stronie tęczy || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 31.12.2024 To nie był wcale łatwy czas. Mogło się wydawać, że wraz z pokonaniem demona wszystkie jej problemy znikną, jednak tak się nie wydarzyło. Miała za to wrażenie, że pojawiły się inne tematy, które zaczną ją niepokoić. Powinna przywyknąć do tego, że jej życie od jakiegoś czasu nie należało do zbyt prostych, ale czy w ogóle można było się do tego przyzwyczaić? Szczególnie, kiedy kiedyś wiodło się naprawdę całkiem satysfakcjonujące życie. Nie czuła, żeby w najbliższym czasie stabilizacja miała znowu zacząć jej towarzyszyć, nic na to nie wskazywało. - Wstałam. - Odpowiedziała nieco drętwo, ale co innego mogłaby powiedzieć. Nadal stała w miejscu, opierała się o futrynę, nie czuła się jednak nieswojo z tym, że przyłapał ją na tej czynności. Nie robiła przecież nic złego. Po prostu się w niego wgapiała, robiła to przecież wiele razy. Nie do końca wiedziała, jak powinna się zachować, co wypadałoby powiedzieć, czego nie. Czy mogła w ogóle sobie pozwolić na wykonanie jakiegokolwiek gestu w jego kierunku? To nie było wcale takie oczywiste. Próbowali przecież wyznaczyć sobie granicę, zostać swoimi sojusznikami, ale bardzo szybko od tego odeszli. W nocy nie zachowywali się, jakby byli sobie obojętni. Pozwolił jej się do siebie zbliżyć, chociaż nie czuła, że przyszło mu to łatwo. Może najprościej więc byłoby ignorować ten temat? Cóż, niedopowiedzenia nigdy im nie służyły, nie ma to jak popełniać ten sam błąd po raz kolejny, czyż nie? Nie do końca wiedziała, co mogą im przynieść kolejne godzin, bo nie ustalili przecież praktycznie nic. Musiała więc jakoś wejść w rolę, tyle, że nie miała pojęcia, jaka właściwie to miałaby być rola. Nie mogła pozwolić sobie na to, aby robić to na co miała ochotę, nie chciała go osaczać, nie powinna pozwalać na kolejne akty desperacji ze swojej strony. Musiała jakoś zapanować nad swoimi pragnieniami. Raczej dążyć do nich powoli, małymi krokami, a może akurat jej się uda. Nie, żeby w to specjalnie wierzyła, nic nie świadczyło tym, że coś między nimi może się zmienić, że jest jakaś szansa na to, że kiedykolwiek wrócą do tego, co mieli, tym razem jednak nie chciała się poddawać, opuszczać, chociaż to mogła zrobić inaczej niż wtedy, ponad półtora roku temu, kiedy wszystko spierdolili. Nie mogła stać wiecznie w drzwiach, więc wreszcie ruszyła się z miejsca. Kierowała się ku jednej z szafek, gdzie siedziała w nocy, nim usłyszała Roisa. Wiedziała, że zostawiła tam fajki, niektóre rytuały się nie zmieniały, musiała zakopcić bo zazwyczaj to była pierwsza rzecz, którą robiła rano. Gdy dotarła do szafki podciągnęła się na rękach i usiadła na niej. Sięgnęła po te nieszczęsne fajki i wsadziła sobie jedną z nich w usta. Podpaliła ją swoją mugolską, srebrną zapalniczką benzynową. Zaciągnęła się dymem. Miała stąd całkiem niezły punkt obserwacyjny. Mogła spoglądać na Roisa nie przejmując się tym, że dostrzeże, że ciągle się na niego patrzy. - Chętnie. - Miło, że o to zapytał. Cóż, to było jej standardowe śniadanie, kawa i fajka, to się akurat nie zmieniło. Nie wspomniała o tym, że nie pogardziłby wkładką do tej kawy, nie miała pojęcia, czy mają tutaj jeszcze jakiś alkohol. Nie wiedziała zresztą, czy dobrym pomysłem było sięganie po alkohol, zwłaszcza o tej porze. Dopiero przecież rozpoczął się nowy dzień. Nie zapytała, czy się wyspał, bo przecież miała świadomość tego, że nie. Ta noc nie należała do najłatwiejszych, była pełna emocji, które nie należały do przyjemnych. Rozmowa którą odbyli należała chyba do najsmutniejszych w jej życiu, póki co też wolała do niej nie wracać. Nie chciała, aby było między nimi niezręcznie, jednak wydawało jej się, że wszystko właśnie ku temu zmierza. Cóż, chyba nie powinno jej to dziwić. Jak zawsze Ambroise wstał przed nią, jak zawsze dbał o wszystko, to też się nie zmieniło. Uśmiechnęła się do siebie, kiedy dotarło do niej to co powiedział, najpewniej po prostu robił listę zakupów. W sumie nic dziwnego, w tym domu nie było zbyt wielu rzeczy, musieli się czymś żywić, ona nie pojawiała się tu od tego ostatniego poranka, kiedy została porzucona, większość zapasów zapewne nie była już zdatna do użytku. - Mogę iść z Tobą? - Kiedyś zapewne by go o to nie zapytała, teraz jednak wydawało jej się, że tak wypada. Nie miała pojęcia, czy może nie chciał chwilę pobyć sam. Wydawało jej się, że dobrze im zrobi wyrwanie się na chwilę poza te ściany, ruinę, która towarzyszyła im od kilkudziesięciu godzin. - Jakby coś, zrozumiem, jeśli nie, nie musisz robić nic wbrew sobie. - Tak, oczywiście nic nie musiał, ale zamierzała o tym wspomnieć, żeby nie czuł się jakby był podstawiony pod ścianą. RE: [02.09.1972] Po drugiej stronie tęczy || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 01.01.2025 Ostatnie miesiące były skomplikowane. Sama myśl o tym, że nie dało się ich już nawet ujmować w kategorii miesięcy, skoro szły w lata - chyba po prostu nie do przyjęcia, przynajmniej w tej chwili. A jednak w tym wszystkim w istocie dało się coś sobie jeszcze bardziej pokomplikować. Zrobili to poprzedniego poranka, później popołudniem, wieczorem, w nocy... ...tak właściwie to od wielu godzin wszystko sobie komplikowali. Wspólnie, wzajemnie, każde z osobna. We wszystkich możliwych konfiguracjach i na wiele sposobów. Nawet w tej chwili to robili, bo ciężko mu było zachować pokerową twarz, gdy Rina odpowiedziała mu w tak sztywny, wymuszony sposób. Ton ich rozmowy zabolał bardziej niż powinien, skoro wszystko się skończyło, skoro mieli to już za sobą. W teorii. Wyłącznie w teorii, prawda? To też nie pozostawało pozbawione nakładu emocjonalnego. Mimo to Ambroise wyłącznie kiwnął głową, nie odpowiadając na coś, na co nie musiał odpowiadać. Wstała - tak. Była w kuchni i najwidoczniej zamierzała tu zostać, przyjmując propozycje wypicia kawy wraz z wypaleniem tego swojego paskudnego papierosa. Mimowolnie rozchylił usta, żeby skomentować ten drugi fakt, jednak jeszcze szybciej je zamknął. To nie była jego sprawa. Już nie. Wyznaczyli sobie pewne granice. Co z tego, że przekroczyli je poprzedniej nocy? Niemal po kilku chwilach od ich ustanowienia? Nie rozmawiali o tym. Całe szczęście. Więc nie mógł komentować tego, co nie było już jego sprawą. Ironiczne, prawda? Zazwyczaj nie miał z tym najmniejszego problemu. Nie widział nic złego w odżywaniu się w tematach, które nie są z nim bezpośrednio związane. To nigdy nie było dla niego kłopotem czy czymś, w czym by się miarkował. A jednak teraz zamknął gębę i odwrócił wzrok, starając się nie zauważać sposobu, w jaki lekko podwinęła się jej koszula czy tego, że w innym momencie ich życia nie siedziałby jak kółek przy stole. Nie wpatrywałby się w papier. W żadnym wypadku. To było żenujące. Samo w sobie. Ale czy istniało inne wyjście? Nie, jeśli mieli zachować neutralność, którą tak nagle ponownie sobie narzucili. Zgodnie z tym, do czego zmierzali przez ostatnie półtora roku, prawda? Zgodnie z tonem rozmowy, jaki przyjęli. Z pytaniem, które padło ze strony dziewczyny, a które sprawiło, że zamrugał zdziwiony. Nigdy go o to nie pytała. Zazwyczaj po prostu przyjmowała narrację pójścia z nim wszędzie tam, gdzie chciała z nim iść. Teraz też mimowolnie się tego spodziewał, a jednak to pytanie było... ...na miejscu? Chyba tak. Choć wciąż było głupie. - Jeśli chcesz - odmruknął, mimo że zdawał sobie sprawę z tego, że to była równie idiotyczna odpowiedź co pytanie, jakie usłyszał. Cokolwiek działo się między nimi w tej chwili, było tak dalekie od naturalności jak tylko mogło być. Zachowywali się niezręcznie. Znacznie bardziej sztucznie i z tą całą wymuszoną kulturą niż kiedykolwiek wcześniej. Nawet wtedy, gdy krążyli wokół siebie badając grunt, który wydawał im się cholernie grząski (a w istocie wcale nie był). I choć zdawał sobie z tego sprawę, kompletnie nie wiedział jak postępować w tej sytuacji. Nigdy nie przyznałby tego na głos (z trudem robił to przed samym sobą), ale czuł się wręcz absurdalnie zagubiony w sytuacji, którą poniekąd sam wywołał szeregiem naprawdę beznadziejnych decyzji. Jednych mniej chujowych, innych bardziej. Wszystkich w dobrych intencjach, jednakże teraz w bladym świetle poranka w miejscu, w którym dosłownie wszystko przypominało mu o przeszłości naprawdę trudno było poradzić sobie z niektórymi stratami. To, co mieli odeszło bezpowrotnie. Oboje byli tego świadomi. W teorii pogodzili się z tym faktem, na co wpłynęła tamta wieczorna kłótnia. Wiedzieli, że nie mogą wrócić do tego, co kiedyś mieli. Doszli do wniosku, że próby bycia przyjaciółmi mogą równie dobrze od razu ciepnąć w ogień. Pozostał im ten pokrętny sojusz. A więc czemu w dalszym ciągu naprawdę trudno było im zachować jakąkolwiek neutralność? Bo go, kurwa, zerwali już poprzedniej nocy. Tej, która nie powinna nic zmieniać a chyba wpłynęła na całą tą niezręczność, z jaką musieli się teraz mierzyć. Ambroise nie miał zielonego pojęcia, co mówić, robić, czego oczekiwać. Wiedział jedynie, że jakąkolwiek szopkę teraz odstawiali, na dłuższą metę miało to być nie do zniesienia. A jednak brnął w to. W dalszym ciągu. Skupiał się na kartce papieru, na której od dobrych dwóch minut nic nie zanotował, byleby tylko mieć pretekst do nie patrzenia na Geraldine (choć cholernie mocno chciał na nią patrzeć). Kiwając głową i idąc za ciosem. Niby naturalnie, a jednak z bezsensowną przesadą. - Nic nie muszę - przypomniał chyba wyłącznie dla zasady, choć może po to, aby rozluźnić atmosferę? Ciężko było to stwierdzić, nawet jemu samemu. - Będzie mi... ...miło - zresztą zaraz spróbował zabrzmieć lżej, bardziej entuzjastycznie. Czy chciał wspólnego spaceru? Poniekąd tak. Gdzieś tam w głębi duszy wiedział, że to mogło być zdecydowanie lepsze od spędzania całego czasu w domu będącym cmentarzem przeszłości. Wyjście na zewnątrz mogło być odświeżające, choć z drugiej strony... ...nie wiedział, co im przyniesie. Ponownie czuł się cholernie pozbawiony kontroli nad własnym życiem. Nad tym, co miały przynieść kolejne godziny, dni, miesiące. Wszystko było skomplikowane. Bardziej niż powinno, bardziej niż kiedykolwiek. Powinien być tego świadomy mieszając się w sprawę z dopplegangerem, ale w najbardziej wybiegających w przyszłość wyrokowaniach nie założył tego jak potoczą się sprawy między nimi. Nie powinien mówić pewnych rzeczy. Teraz to wiedział. Teraz nie mógł tego zmienić. Teraz nadal nie ruszył się z miejsca, choć woda w kociołku zaczęła intensywnie bulgotać. RE: [02.09.1972] Po drugiej stronie tęczy || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 01.01.2025 Nie spodziewała się cudów, ale też nie zakładała, że dojdzie do takich komplikacji. Wydawało jej się, że pewne sprawy ma już za sobą, ale no właśnie, tylko jej się wydawało. To, że spotkała Roisa w te wakacje, zupełnie przypadkiem wciągnęła go w swoje sprawy nieco skomplikowało wszystko. Nie sądziła, że powinien się w to angażować, bo przecież nic ich już nie łączyło, przynajmniej z pozoru. Okazało się to być jednak nieco bardziej skomplikowane, teraz tylko wychodziły konsekwencje z tym związane. Nie zachowywała się naturalnie, nie mogła zrobić tego na co miała ochotę, więc grała. Próbowała się dystansować, wychodziło jej to raczej średnio, nie czuła, że jest to właściwe, ale co innego miała zrobić? Próbowała zaakceptować to, że chciał się od niej trzymać z daleka, chociaż z tyłu głowy nadal miała to, że wyznał jej, że czuł to samo co ona, a to powodowało, że to wcale nie było takie łatwe, bo niby co powstrzymywało ich przed tym, aby zachowywać się jak dawniej? Jasne, wiele się zmieniło, każde z nich cierpiało w samotności, przeżyło swoje, ale czy to mogło mieć, aż taki wpływ na to, co do siebie czuli? Nie wydawało jej się. Mimo wszystko - próbowała jakoś odnaleźć się w tym całym bałaganie, co najgorsze miała świadomość, że pewnie zauważył to, że zachowywała się dziwnie - jakby stąpała po bardzo kruchym lodzie. Nie chciała niczego popsuć, nie, żeby miała co popsuć, ale o to jej chodziło. Starała się badac grunt, w którym ugrzęźli, przez to zrobiło się nieswojo, bo naturalnie po prostu by do niego podeszła, zarzuciła mu swoje dłonie na jego ramiona i złączyła ich usta w pocałunku, tyle, że nie miała pojęcia, czy mogłaby sobie na to teraz pozwolić, wolała nie zostać przez niego odrzuconą, dlatego nie wybrała tej opcji, która mimo wszystko wydawała się jej być najbardziej atrakcyjną. Nie przestawała mu się przyglądać, mogła wpatrywać się w niego bezczelnie (na pewno czuł jej sporzejnie na swojej sylwetce), jednak nie musiała patrzeć mu w oczy. To było całkiem wygodne. Korzystała więc z okazji i to robiła, może nawet nieco zbyt intensywnie, ale nie zamierzała się tym przejmować. Paliła swoją fajkę powoli, zaciągała się dymem, wiedziała, że nie znosi zapachu jej szlugów, tyle, że tym razem też tego nie skomentował, co juz samo w sobie było dziwne. Nigdy nie przegapiał okazji, aby wypowiedzieć się na ten temat. Nie, żeby przez niego zaczęła palić dokładnie te fajki... cóż, tego się dowiedziała dosyć późno. Nie miała pojęcia na czym stoją, trudno było to określić. Narzucili sobie sojusz, sama od początku nie umiała określić na czym miałoby to polegać, ale brnęła w to, byleby tylko mieć szansę jeszcze kiedyś się do niego zbliżyć. Nie wychodziło im bycie przyjaciółmi, nie spodziewała się, aby ta druga opcja, którą wybrali miała być jakaś bardziej owocna, szczególnie, że chyba dosyć szybko i tutaj przekroczyli granicę. Czy powinno ja to w ogóle dziwić? Wcale. Nie było im pisane odsuwanie się do siebie, wybieranie tych najbardziej zdystansowanych opcji, zdecydowanie zawsze dążyli do czegoś głębszego. Czy tym razem to się powtórzy, nie miała pojęcia. Nie chciała jednak zupełnie się od niego odsuwać, więc przyjęła to, co jej dawał. Nie, żeby miała zamiar się ograniczać, może teraz tak, ale później, cóż, chętnie sprawdzi na czym polega właściwie to całe bycie sojusznikami. - Tak, chcę. - Inaczej by chyba o to nie pytała. Najwyraźniej Ambroise wybrał tę samą metodę co ona. Zachowywał się nad wyraz grzecznie i obojętnie, co nie do końca jej się podobało, ale nie mogła byc przecież hipokrytką. Musiała to zaakceptować, bo robiła to samo w stosunku do niego. - Wiem, że nic nie musisz, podejrzewałam, że to też się nie zmieniło. - Nie było powodu, aby jej o tym przypominał, bo przecież miała świadomość, jak to u niego wyglądało. Zachowywał się przecież jak ona, przynajmniej w większości przypadków, był jej odbiciem w lustrze, czy jej się to podobało, czy nie. - W takim wypadku pójdziemy razem. - Skoro miało być mu miło... to nie zamierzała tego odpuścić. Nie, żeby się zastanawiała nad tym, czy faktycznie będzie mu miło... może powiedział to z powinności. Nic nie było pewne, nie kiedy zachowywali się w ten sposób. Byli bardzo neutralni, ogładzeni - zachowywali się jak nie oni. Może ten spacer faktycznie pomoże złapać im oddech. Nie służyło im zamknięcie się w tym domu, miała wrażenie, że mieli z nim związane zbyt wiele wspomnień i to też trochę mieszało im w głowach, świeże powietrze powinno dobrze im zrobić. Może otrzeźwieją, czy coś. Skończyła palić swojego fajka, co spowodowało, że zsunęła się z blatu i ruszyła w stronę zlewu, nie mogła bowiem zlokalizować popielniczki. Przygasiła go pod zimną wodą i wyrzuciła. Po tym jej wzrok skierował się w stronę wrzącej wody w kociołku. Wypadałoby ją zgasić, albo przenieść kocioł, żeby nie zaczęła się wylewać poza niego. Cóż, jako, że stała stwierdziła, że może się tym zająć, to nie było szczególnie skomplikowane zadanie. Stanęła przy nim i odruchowo sięgnęła po kociołek ręką, nie było to szczególnie rozsądne rozwiązanie, bo niemalże od razu syknęła z bólu spowodowanego tym, że dotknęła go swoją dłonią. Bardzo szybko jednak sie ogarnęła, aby nie pokazywać, że znowu, przypadkowo się uszkodziła. RE: [02.09.1972] Po drugiej stronie tęczy || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 01.01.2025 - Wyś... ...świetnie. Świetnie - poprawił się niemalże od razu w chwili refleksji nad tym, że co jak co, ale jego wyśmienitość dotychczas chyba wyłącznie ją wkurwiała. Nie miał pojęcia czy chodziło o ton głosu, w jakim padło to kilka ostatnich razy, czy może o coś jeszcze innego, ale mogli to sobie aktualnie darować. Zasłużyli na całkiem niezły, dość słoneczny poranek, nawet jeśli przez to, w jaki sposób zachowywali się w stosunku do siebie nawzajem nie mogli mieć niemalże żadnych złudzeń, że wszystko zaczęło wracać do normy. Choć może właśnie na tym polegała ta nowa norma? Być może nie opuścili tego miejsca, ale nie zachowywali się już tak, jakby miało dla nich jakieś szczególne znaczenie. Wręcz przeciwnie. Naprawdę cholernie dużo to kosztowało, zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodziły mimowolne podszepty umysłu i bezwarunkowe odruchy, jednak zachowywali neutralność. Pełną kulturę oraz wskazany dystans jak ludzie, którzy w ostatnim czasie coraz bardziej się od siebie oddalali. Minęło niemalże półtora roku, czasami sprowadzane przez niego do cholernych dwóch lat, by podtrzymać wrażenie nieuniknioności podjętych decyzji. W istocie były to czterysta dziewięćdziesiąt dwa dni. Rok, cztery miesiące, trzy dni, podczas których powinni zbudować wokół siebie na tyle nieprzeniknione mury, aby bycie co najwyżej sojusznikami było czymś względnie łatwym. Tymczasem nie potrzebowali dużo, aby pierwszy raz zweryfikować ten status. Drugi raz tu w tej kuchni nie powinien mieć miejsca. Nie mógł się wydarzyć, bowiem inaczej wszystko ponownie zatrzęsłoby się w posadach. Byłoby jeszcze trudniej niż teraz, bo przecież nie rozwiązali żadnych problemów, przez które nie powinni być ze sobą zbyt blisko. To było coś, czego nie dało się wymazać. Inaczej zrobiłby to zamiast odchodzić. A przynajmniej w to usiłował wierzyć, obecnie trwając w tym dziwnym stanie, w którym uporczywie świdrował wzrokiem kartkę papieru, podczas gdy Geraldine świdrowała spojrzeniem jego. Oczywiście, że to odczuwał. Trudno byłoby mu zignorować wrażenie bycia obserwowanym. Zwłaszcza z taką intensywnością, z jaką to robiła. Miał wrażenie, że usiłowała wwiercić mu się w duszę, choć to były raczej bezcelowe próby, skoro osobiście uważał, że nie było tam zbyt wiele prócz ciemności i głębokiej pustki. Cokolwiek chciała dostrzec, raczej nie była w stanie tego zrobić. To stanowiło największą ironię, osobisty dramat. Jeszcze poprzedniego popołudnia i na początku wieczoru starała się odnaleźć w nim jakieś znajome elementy. Człowieka, w którego istnienie wątpił. Wydawało mu się, że to zawsze była poza, nawet wtedy, kiedy myślał, że się przed nią odsłania. Zbyt mocno i zbyt szybko przywykł do noszenia różnorakich masek aż wreszcie któraś przylgnęła tak doskonale, że stała się niemalże faktem. Tyle tylko, że właśnie: niemalże. W istocie nie był wybiórczo miłym człowiekiem. Niedostatecznie troszczył się o bliskich, zresztą przecież pokazał to w przypadku Thomasa, prawda? Nie zależało mu na niczyim dobrze prócz swojego, bo nawet jeśli usiłował zrobić coś słusznego, efekty były godne pożałowania. Jego dobre intencje można było od razu wyrzucić do kosza, bowiem kąsały ludzi dookoła bardziej niż bierność, którą powinien zachowywać. Znacznie bardziej od wrogości, która też była opcją. Tyle tylko, że po tym letnim okresie wzajemnego wrogiego dystansu nie umiał utrzymać go wtedy w jaskini w obliczu zagrożenia. Ani później, gdy stamtąd wyszli. Ani wtedy, kiedy pojawili się na plaży. W tamtym uścisku podczas długich chwil spoglądania na wschodzące słońce. Nie w wodzie na falach. Nie w korytarzu domu. Nie w łazience. Pod prysznicem. W sypialni, w łóżku. Nie do momentu otrzeźwienia, po którym przyszła kolejna ruina. Zachowywanie dystansu być może było najsłuszniejszym, co powinni robić, ale nie chciał w tym wrogości. Tyle tylko, że bez wrogości znalazło się stanowczo zbyt dużo miejsca na szczerość a ze szczerością nadszedł smutek. Ten, który nie ustąpił z bladym światłem poranka i niespełnionymi pragnieniami wstania od stołu. Zamknięcia Geraldine rękami opartymi na dłoniach o blat, zbliżenia swojej twarzy do jej na parę milimetrów i bezczelnego zapytania: co się gapisz, gapiu? Zamknięcia jej ust w pocałunku sprawiającym, że wreszcie po prostu musiałaby zamknąć swoje błękitne ślepia (wygrałby starcie na spojrzenia nawet nie musząc na nią patrzeć) a potem? Opóźnienia wypadu do wioski, bo przecież mieli cały dzień na załatwienie sprawunków z listy, która i tak wymagała jeszcze ostatniego uściślenia. Mimo to... ...to nie było możliwe. Żadna z tych rzeczy. Kątem oka spojrzał w kierunku dziewczyny. Już nie jego, po czym wreszcie dopisał kolejną rzecz do listy zakupów, jednocześnie kiwając głową. - Jestem prostym człowiekiem - tylko jakimś cudem to nie brzmiało jak wierutne kłamstwo, bo w istocie w dalszym ciągu uważał się za prostego człowieka. Po prostu prosto pogrążonego we własnym chaosie, jednakże przecież była w tym pewna logika. Logika podejmowania raczej perspektywicznie kiepskich decyzji. Choć z drugiej strony, czy były jakieś lepsze? Szczerze w to wątpił, zwłaszcza w ostatnim czasie i w obliczu tego, co działo się dookoła nich. Drgnął, unosząc wzrok, gdy kątem oka ponownie dostrzegł ruch. Tym razem bardziej gwałtowny, choć płynniejszy. Wrażenie bycia obserwowanym zniknęło wraz z zaskoczeniem Yaxleyówny z blatu. Spojrzał na nią, nie do końca będąc w stanie powstrzymać ucieczkę wzroku na dół jej koszuli i ogarniającą go falę ciepła. Był prostym człowiekiem, bardzo prostym, absurdalnie nieśmiesznie poprawnym człowiekiem zagryzającym zęby, by powstrzymać sfrustrowane syknięcie. Powinni stąd wyjść na spacer. Miało im to całkiem dobrze zrobić. Nie tak dobrze jak zostanie tu w ten sposób, w jaki niegdyś spędzali poranki, ale to nie było już dopuszczalne. Ich nowe realia wykluczały zachowywanie się tak, jakby świat dookoła nich nie istniał. Mieli na to kilka godzin. Wraz z nadejściem tego poranka musieli odsunąć od siebie tę pokusę, nawet jeśli była silna i dręcząca jak mało co. Bardziej niż kiedykolwiek, bardziej niż kiedyś, bo wtedy była tam ostrożna nadzieja. Teraz nie było jej nigdzie, nawet na horyzoncie ani za nim. Zgasła. - Przychodzi ci do głowy coś, czego potrzebujemy? - Spytał głównie po to, aby odwrócić własną uwagę, jednocześnie wcale nie osiągając w tym zbyt wielkiego sukcesu. Wręcz przeciwnie. Odgiął głowę do tyłu, kolejny raz tłumiąc ciężkie westchnienie i przymykając oczy. Czym zasłużyli sobie na to, żeby znaleźć się w takiej sytuacji? Od wielu lat starali się być dobrymi ludźmi, postępować może nie zawsze właściwie, lecz nie źle, nie krzywdząc ludzi dla zabawy, dla własnej satysfakcji i przyjemności. Nie byli święci, ale kto był? A jednak znaleźli się tu i teraz. W kuchni, która w tym momencie zdawała się należeć do kogoś zupełnie innego. Szczęśliwszych, bardziej beztroskich ludzi, którzy odeszli lata temu. Pozostały cienie, widma. - Czy - zaczął, otwierając oczy niemalże w tym samym momencie, w którym doszedł do niego cichy, prawie niesłyszalny syk. Momentalnie przeniósł wzrok w kierunku kociołka, uświadamiając sobie, że woda z pewnością zdążyła się już zagotować. Chwilę później zaś o tym, co tak właściwie musiało się stać. - Oparzyłaś się? Pokaż - tak właściwie, druga część wypowiedzi wykluczała wcześniejsze pytanie, ale nie zwrócił na to uwagi. Zamiast tego wstał, żeby ze zmarszczonymi brwiami zbliżyć się do Yaxleyówny. Jasne, dostrzegał jej pokerową twarz, ale nie bez powodu zarzucała mu kiedyś, że cholernie trudno było przed nim cokolwiek ukryć. To było coś nie do zaprzeczenia. - Pokaż - powtórzył, stając za nią. Blisko, ponownie bardzo blisko. Tak blisko, że mógłby pocałować ją w kark, kręcąc głową i wywracając oczami na brak rękawicy kuchennej. Ale tego nie zrobił. Ponownie nie. RE: [02.09.1972] Po drugiej stronie tęczy || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 01.01.2025 Było blisko, aby rozjuszył ją użyciem tego jednego słowa, które wyjątkowo ją irytowało, ale nawet przed tym się powstrzymał, raczej nigdy tego nie robił. Jak widać Ambroise również próbował walczyć ze swoimi standardowymi zagrywkami. To powodowało, że robiło się jeszcze dziwniej. Nie przywykła do tego, że byli w swoim towarzystwie tacy zachowawczy, raczej nigdy nie zachowywali się w ten sposób. Przed innymi owszem, potrafili gryźć się w język, jednak nie przed sobą nawzajem. To by świadczyło o tym, że próbowali być dla siebie obojętni, nie do końca jej się to podobało. Wolała nawet wkurwionego Roisa od tego neutralnego. Wszystko było lepsze od obojętności, którą aktualnie próbowali się obdarzać. Nie sądziła, że mogłaby kiedykolwiek do tego przywyknąć, to było zbyt trudne. Ustalali jedno, robili drugie, przynajmniej kiedy zaczynało się dziać coś niestandardowego, czuła, że to nie był jedyny raz, kiedy mieliby to zrobić. Na pewno nadarzy się kolejny moment, kiedy przekroczą granice, ich życie było pełne niespodzianek, często tych nieprzyjemnych. Jakby aktualnie przyciągli do siebie wszystko to, co złe. Może taki już miał być ich los? Nie miała pojęcia, nie wiedziała też właściwie, jak to możliwe, że kiedyś tak się nie działo. W przeszłości było prościej, może ich życie też nie było usłane różami, ale wydawało jej się, że i tak wtedy nie przytrafiało się im, aż tak wiele zła. Nie, żeby aktualnie robiła coś, aby specjalnie narażać się na to, co ją spotykało. Tak, być może postępowała nieco bardziej ryzykownie nadal jednak starała się nie wkurzać osób, które mogłyby chcieć jej nieszczęścia. Oczywiście, o ile nie została do tego zmuszona. Nie krzywdziła ludzi bez powodu, tak jak wcześniej, naprawdę starała się postępować przyzwoicie, chociaż to chyba nie wystarczało. Czuła się trochę tak, jakby nie zasłużyła na lepsze życie. Może powinna się nieco bardziej angażować w obronę słabszych, zacząć się wychylać, może dzięki temu los odwdzięczyłby się jej tym samym, chyba tak działała karma? - Jakoś nie potrafię w to uwierzyć. - Można było o nim powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że był prostym człowiekiem, nie w jej oczach. Tak, potrafiła nadal przewidywać jego pewne zachowania, ale nigdy, przenigdy nie uznawała go za prostego człowieka. Nie zawsze potrafiła domyślić się, co siedzi mu w głowie, spoglądał na pewne problemy zupełnie inaczej niż ona. Był na swój sposób skomplikowany. Czasem umiała z niego czytać niczym z otwartej księgi, czasem wręcz przeciwnie. Nieco ją to irytowało, ale niestety nie umiała czytać w myślach, szkoda, jak widać ta umiejętność mogłaby wiele ułatwić. Nie do końca potrafiła zrozumieć, co aktualnie dzieje się w jego głowie, czy on tego chciał? Czy naprawdę odpowiadało mu to, że traktowali się w ten sposób? Mogła się tego tylko domyślać, trochę liczyła na to, że jest to dla niego równie trudne, co dla niej. Wtedy łatwiej będzie ponownie przekroczyć granicę, a chciała tego. Bez względu na to, jakie konsekwencje mogłyby ją przez to spotkać. Możliwość ponownego przytulenia się do niego, skradnięcia kilku pocałunków wydawała jej się być nazbyt kusząca, aby usilnie do niej nie dopuszczać. - Może nie jest to przedmiot pierwszej potrzeby, ale whisky? - Nie spodziewała się, czy spodoba mu się pomysł ewentualnego, wspólnego upicia, dlatego zapytała, co o tym sądzi. Tak zachowywała się ta nowa, ugrzeczniona wersja Yaxleyówny, którą próbowała przed nim odgrywać. Alkohol nie był szczególnie rozsądnym wyjściem, ale czuła, że mógłby jej pomóc nieco oderwać się od rzeczywistości, przestała by myśleć, zastanawiać się nad tym wszystkim, mogłaby znowu dać się ponieść, a miała wrażenie, że to jej służyło. Zbyt przesadne myślenie o tym, co powinna, czego nie powinna mogło nie przynieść niczego dobrego. Stała nad tym kociołkiem i spoglądała na ślad na swoim nadgarstku, piekło jak sam skurwysyn, ale próbowała to ignorować. Nie chciała, żeby się przejmował taką pierdołą. Poboli i przestanie. Zacisnęła więc zęby i próbowała udawać, że wcale nic się jej nie stało... Tak, na pewno łyknie to kłamstwo - zawsze przecież to robił. - Nie, nie oparzyłam się, nic mi się nie stało. - Westchnęła ciężko, kiedy usłyszała, że wstał. Cóż, znowu wyjdzie na kłamczuchę, niestety nie posiadała umiejętności szybkiej regeneracji, a więc ten ślad będzie widoczny na jej ciele jeszcze pewnie przez jakiś czas. Poczuła, że się za nią zatrzymał. Wstrzymała oddech, gdy zorientowała się, że znajduje się tak blisko niej. Nie miała chyba innego wyjścia, jak faktycznie pokazać mu to poparzenie. Odwróciła się powoli, nie chciała tego robić gwałtownie i bez słowa wyciągnęła w jego kierunku lewą rękę. Nie cofnęła się nawet o krok przez co nadal znajdowali się bardzo blisko siebie, przesunęła rękę do góry, aby ułatwić mu obejrzenie tej rany, której nabawiła się przez swoje rozkojarzenie. Nie wyglądało to na coś strasznego, zwyczajne poparzenie, które pewnie zniknie za jakiś czas. - To nic takiego. - Mruknęła jeszcze cicho, bo zupełnie niepotrzebnie się tym przejął, przynajmniej tak się wydawało. Starała się zapanować nad przyspieszonym biciem serca, to było trudne, kiedy znajdował się na tyle blisko niej, że gdyby tylko chciała mogłaby złączyć ich usta w pocałunku, myślała o tym, od kiedy znalazła się w tej nieszczęsnej kuchni. Najchętniej by się do niego zbliżyła już w momencie, w którym się tutaj pojawiła, ale starała się trzymać tego, co ustalili, nawet jeśli nie do końca się jej to podobało. Nie chciała stawiać go pod ścianą, prowokować kolejnych, niepotrzebnych kłótni, naprawdę próbowała jakoś ułatwić im egzystencję w swoim towarzystwie. Niby sami zdecydowali o tym, że chcą spędzić ten czas razem, a zachowywali się tak, jakby byli sobie obcy. Nie po to postanowili tutaj zostać, może więc faktycznie nie powinna się przejmowac tym, co wypada, a tym co nie wypada? Chyba jeszcze nigdy w swoim życiu nie spędziła tyle czasu nad zastanawianiem się, czy jej zachowanie jest właściwe. RE: [02.09.1972] Po drugiej stronie tęczy || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 01.01.2025 W istocie naprawdę uważał się za kogoś całkiem nieskomplikowanego. Nieważne, że większość ludzi świadomie wybierała robienie z siebie bardzo złożonych jednostek, Ambroise nigdy tego nie potrzebował. Nie stawiał na bycie nikim tajemniczym, małomównym i owianym sekretami. W istocie miał ich cholernie wiele, ale były właśnie tym czym powinny być - sekretami. Nie musiał nimi emanować, to nie było w żaden sposób wskazane. Wręcz przeciwnie. Tymczasem przy Rinie? Kiedyś przez większość czasu wydawało mu się, że są do siebie na tyle podobni, aby rozumieć się praktycznie bez słów. Potrafił spojrzeć na nią i wiedzieć, co chodzi jej po głowie. W innych chwilach z otwartej księgi zmieniała się w otwartą księgę, ale w innym nieznanym mu języku. Próbował zrozumieć przekaz, pojmował niektóre słowa, domyślał się części z nich, ale no właśnie - to wciąż były głównie domysły. To był jeden z tych nielicznych dni, gdy wolał nie wiedzieć. Nie dociekać. Nie zadawać pytań. Nie mógł się nad tym nie zastanawiać, ale świadomie wybierał milczenie w kwestii tego, co chodziło teraz po głowie Yaxleyówny. Tak było na swój sposób łatwiej, nawet jeśli w istocie w ich sytuacji nie było nic łatwego. Gdyby jednak pozwolił sobie na powrót tamtej niemal całkowitej szczerości jaka wkradła się między nich poprzedniej nocy, ponownie znaleźliby się na krawędzi. A teraz brnęli przez chaszcze, błądząc po grząskim gruncie pomiędzy bezosobową acz kulturalną (i absurdalnie wymuszoną) neutralnością a wywołaniem czegoś. Sam nie do końca wiedział czego. Czy chodziło o pęknięcie i kolejną druzgocącą kłótnię, której ewidentnie oboje próbowali uniknąć. Czy to był ten lepszy gorszy rodzaj napięcia, przy którym zaledwie jeden pochopny ruch, jedno zbyt długie odwzajemnione spojrzenie, jedno przygryzienie wargi, podwinięta koszula i ruch rozwianych włosów wzbudzający falę powietrza pachnącego domem mogły spowodować szereg konsekwencji. Tak. W tej chwili niesamowicie łatwo byłoby dać się ponieść pragnieniom chwili. Próbie kolejnego złamania układu czy tego szumnego sojuszu, który wszedł w życie wraz z nadejściem poranka. Nie mógł być pewien, cóż, tak naprawdę niczego. Tego czy odwzajemniłaby uścisk, czy podjęłaby decyzję o tym, aby dać im jeszcze kilka wspólnych chwil, skoro oboje zdawali sobie sprawę, że to tylko odwlekanie nieuniknionego powrotu dystansu. Czy może przyjęłaby zupełnie inny front i wybrałaby odepchnięcie go od siebie, co nie wydawało mu się prawdopodobne (nie przy świdrowaniu go wzrokiem), ale równie dobrze mógł sromotnie się mylić. Poza tym, co by im to dało? Tak naprawdę? Zostali tu. Wybrali spędzenie jeszcze jakiegoś czasu w tym miejscu, ponownie niczego nie ustalając. Byli w tym pochopni, może zdecydowani, ale jednocześnie tylko połowicznie - podświadomie pomijając kwestię tego jak to powinno wyglądać i ile trwać. Do pierwszej wymiany słów idiotycznie wydawało mu się, że jeszcze na chwilę porzucą koncept sojuszu. Może nawet nie tyle porzucą, bo poniekąd ani przez moment nie byli jeszcze swoimi wzajemnymi sojusznikami, co po prostu odłożą to w czasie. Spędzą jeden z tych całkiem błogich poranków przy kawie w kuchni, siedząc bardzo blisko siebie, stykając się nogami, może on po paru spojrzeniach pozwoli sobie poklepać swoje kolana... ...ale to był idiotyzm, który bardzo szybko zniknął. Chcieli się od siebie zdystansować. Sam o to zabiegał, bo tak było lepiej, bardziej właściwie, aby nie robić sobie zbytecznych nadziei na nieistniejące później. Zatem nie mógł czuć zawodu, gdy instynktownie (a może nawet ostentacyjnie) zaczęli zachowywać się ze wszech miar poprawnie. Od pierwszego wymienionego słowa, choć darowali sobie puste i zbyteczne dzień dobry. To nie był dobry dzień. Spokojny, kolejny naprawdę piękny, zapowiadający się chłodno, ale już niemalże jesiennie, ale pozbawiony tego specyficznego uroku, jakie miały podobne dni spędzane w tym miejscu. To był pierwszy raz, pierwszy wrzesień, gdy przebywali w tym samym pomieszczeniu nie mając ze sobą żadnego związku, żadnej wspólnej przyszłości. W dodatku podkreślając to nie tylko słowami, które nigdy im nie wychodziły, lecz głównie czynami. - Whisky - bez zastanowienia powtórzył po Geraldine, niemal marszcząc przy tym czoło, choć zreflektował się dosłownie w ostatniej chwili. Odchrząknął cicho, prawie bezdźwięcznie, mierząc wzrokiem treść zapisaną na kartce papieru na stole przed nim, po czym ponownie przeniósł wzrok na dziewczynę. Ta koszula opinająca jej ciało, świadomość, że kiedyś miał to wszystko w zasięgu ręki, nie myśląc wyłącznie o fizyczności, lecz również o znaczeniu dotyku. Pozornie prostych, czułych gestach jak objęcie jej czy pocałunek złożony na zwichrzonych włosach. Whisky, nawet nie typowa ognista, bo nie była tu dostępna, od dawna znajdowała się na liście. Nawet przez moment nie zawahał się czy to dobry pomysł. Nie musieli się spijać, prawda? Mogli mieć kulturalny wieczór w dwóch krańcach kanapy jak na znajomych przystało (ta, jasne), nie pozwalając, aby procenty były pretekstem do szeregu kolejnych decyzji utrudniających powrót do rzeczywistości. Zresztą chyba już nie mogli udawać. Nie byli tymi samymi ludźmi. To nie tak, że nic z nich nie pozostało, jednak życie zweryfikowało większość półprawd. W obecnym świecie nie dało się dłużej być tym, kim kiedyś byli. Dwojgiem szaleńczo zakochanych młodych ludzi budujących sobie dom wbrew przeciwnościom losu. To już nie grało. Zadziwiające, że funkcjonowało przez tyle czasu, aby następnie dosłownie rozsypać się jak zamek z piasku. Moment i lata nie miały już żadnego znaczenia. Kiedyś jakoś sobie radzili. Obecnie? Chyba wyłącznie się okłamywali. Samych siebie, siebie nawzajem - na wszystkie sposoby. Oczywiście, że nie uwierzył w jej zapewnienia, że nic się nie stało. Nie był aż takim kompletnym ignorantem, musiała o tym pamiętać. Tak samo jak on pamiętał o jej zadziwiającej skłonności do robienia dobrej miny do złej gry. A jednak nie skomentował tamtych słów. Nie do czasu, gdy stanął za nią, zbyt późno orientując się, że za blisko. Zdecydowanie za blisko, zwłaszcza, gdy obróciła się w jego stronę a on na ułamek sekundy stracił rezon, zapominając o prawdziwym powodzie tej nagłej bliskości. Po prostu na powrót utonął w jej oczach, mrugając parokrotnie zanim przeniósł wzrok na pokazywane mu oparzenie. Bez słowa ujął rękę Geraldine, delikatnie acz stanowczo, unosząc przy tym brwi. Oparzenie. - To nie wygląda mi na nic - skomentował głębokim, powolnym głosem, spłycając ton na samym końcu, gdy wreszcie zaczęło mu brakować powietrza; nawet nie zauważył, gdy zaczął wstrzymywać oddech, rozkojarzony tą samą bliskością, którą sam wywołał. - To jest oparzenie, panienko Yaxley. Kto panienkę uczył? - Bo najwyraźniej był naprawdę chujowym nauczycielem. Zresztą wcale nie potrzebował zadawać tego pytania ani komentować faktu. Tak, to było oparzenie. Nic szczególnego, nic wielkiego ani poważnego. Ot, coś, co dało się zasmarować maścią, która najprawdopodobniej w dalszym ciągu znajdowała się w składziku i była zdatna do użytku. A jednak podtrzymywał tę rozmowę, decydując się przenieść wzrok z dłoni dziewczyny na jej oczy, choć w dalszym ciągu nie puścił ręki Geraldine. Nie chciał działać pochopnie. Stała blisko, bardzo blisko. Trzymając jej dłoń w pierwszym odruchu nieomal nie uniósł jej do swoich ust, by pocałować palce dziewczyny, następnie delikatnie dotykając ich szorstkim policzkiem. Posyłając jej uśmiech, wywracając oczami i dopiero wtedy oddalając się po smarowidło. To nie był ten moment, nawet jeśli w głębi duszy chciał postawić ją pod ścianą. Tak właściwie to do niej przyprzeć w pocałunku. To była wspólna decyzja, aby tu pozostać i wtedy w nocy wydawało mu się, że wiązała się z czymś więcej niżeli wyłącznie doprowadzeniem tego miejsca do względnego porządku a następnie powrotem każde do swojego życia. Potem pojawiły się wątpliwości. Siedząc samotnie w kuchni zaczął żałować przebiegu ich rozmowy w ciemnościach. Tego jak to wtedy wyglądało i co padło. Naruszenia dystansu, zbrukania neutralności. Oczywiście, że zastanawiał się jak będzie wyglądać reszta ich dnia, tyle tylko, że cholera chyba raczej nie zakładał momentalnego powrotu do tego, co było wieczorem. Do układu sił, w którym zachowywali się z dystansem, może nawet wręcz obco. To powinno wiele ułatwiać. O to powinien zabiegać, do tego zmierzał przez ten cały czas. Tyle tylko, że teraz ponownie mieszało mu to w głowie. Wymagało od niego naruszenia kolejnych pokładów cierpliwości. Nienaturalnego zachowania wbrew wszystkiemu, co kiedykolwiek mieli, tym odruchom i głęboko zakorzenionym odruchom. Oboje byli zachowawczy. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Nawet przez tamte pół roku miał wrażenie, że nie ważyli tak bardzo każdego wypowiadanego słowa. Dzięki temu mogli się nie pokłócić - jasne, ale co dalej? Dzięki temu pewnie mieli spędzić tu jak najmniej czasu - jasne, tylko wobec tego po co w ogóle to robili? Uszkodzeń poczynionych przez upływ czasu, zaniedbania czy warunki atmosferyczne nie dało się naprawić w jeden dzień. Wątpił, aby wystarczył na to tydzień, więc mogli darować sobie ten pretekst. Pretekst do niczego więcej niż wyznaczania kolejnych granic, które zarysowywały się z każdym kolejnym słowem. Czy z gestem takim jak teraz. Powolnym opuszczeniem dłoni Geraldine, którą wcześniej odruchowo pogładził kciukiem, a następnie kiwnięciem głową w kierunku składziku. - Poszukam maści na twoje to nic, a już na pewno nie oparzenie - stwierdził, odsuwając się o krok w tył po to, by przy okazji sięgnąć po rękawicę kuchenną, bez słowa ściągając kociołek z paleniska i odstawiając go w bezpieczne miejsce. RE: [02.09.1972] Po drugiej stronie tęczy || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 01.01.2025 Brakowało w ich ustaleniach jakichkolwiek konkretów. Tak naprawdę nic nie było jasne, a nazwanie tego sojuszem tylko utrudniło sprawę, bo wynikało z tego, że mieli się trzymać jakichś ram, tyle, że niczego tak naprawdę między sobą nie określili. Ta neutralność nie była naturalna, powodowała dziwne napięcie, nie wiedziała do końca jak powinna się zachowywać, jakie właściwie mieli oczekiwania i czy w ogóle jakieś mieli. To było dziwne, nie przychodziło jej łatwo, zresztą nie miała wątpliwości, że mógł zauważyć jej zmieszanie. Nie dało się tego nie dostrzec, nie kiedy spędzili ze sobą niemalże siedem lat, i poznali się z naprawdę różnych stron. Ich relacja nie należała do najprostszych, ale to, że przeszli ze sobą przez te wszystkie etapy powodowało, że trudno było im siebie nawzajem oszukać. Bardzo łatwo mogli zauważyć, że coś nie gra. Tyle, że nie do końca wiedziała, jak inaczej miałaby postępować. Przekraczać granice? Co, jeśli to byłoby nieodpowiednie, jeśli tego nie chciał. Nie mogła naruszać jego przestrzeni osobistej, bo mógł ją odrzucić, a chyba tego by nie zniosła. Niby dogadali się, że spędzą razem, tutaj trochę czasu, doprowadzą Piaskownicę do porządku, tyle, że nie była w stanie stwierdzić ile im to zajmie. To miejsce stało się ruiną, nie było szansy na to, żeby trwało to ledwie kilka dni. Zadecydowali, że zostaną tutaj, a traktowali się, jakby mieli być dla siebie zupełnie obcy. Czy naprawdę tego oczekiwali, kiedy się na to godzili, czy wytrzymają długo w takiej niezręcznej atmosferze? Zdecydowanie nie chciała, aby ten najbliższy czas wyglądał w taki sposób. Nie było jednak sensu jakoś za bardzo się nad tym zastanawiać. Noc, którą przetrwali należała do bardzo trudnych, nie dziwiła się, że niełatwo było im spojrzeć w swoje twarze przy dziennym świetle. Otworzyli się przed soba ponownie, powiedzieli wiele, sukcesem było to, że nie doprowadzili do kłótni, tyle, że pojawił się znowu ten ciążący jej smutek i rozczarowanie, że sami sobie to robili. Na pewno jakoś uda im się znaleźć metodę na to, żeby w najbliższym tygodniu jakoś ze sobą koegzystować. Chyba zaakceptował alkohol, który był jedyną rzeczą, której jej aktualnie brakowało. Cóż, przynajmniej tutaj nie udawali, że zbyt wiele się zmieniło. Często lizała rany te fizyczne, ale nie tylko właśnie w ten sposób. Upijała się, żeby zapomnieć, chociaż na chwilę oderwać się od smutnej rzeczywistości. Nie zamierzała się miarkować, zresztą nigdy nie była w tym dobra, szczególnie gdy znajdowała się w rozsypce, a nie da się ukryć, że teraz był właśnie taki czas. Wtedy zapewne nie będzie przejmowała się konsekwencjami, łatwiej będzie wyrzucać jej z siebie słowa, to mogło przynieść coś pozytywnego, ale nie tylko. Miała świadomość, że spicie się również wiązało się z decyzjami, których mogłaby żałować. Nie miała zamiaru jednak jakoś specjalnie się nad tym rozdrabniać. Miała chęć w lać w siebie nieco alkoholu. Poczuła ciepło rozchodzące się pod jej skórą, kiedy dotknął jej dłoni i nie, nie było to wcale spowodowane tym poparzeniem, którego się przed chwilą dorobiła. Zauważyła, że zawiesił spojrzenie na jej oczach, chociaż miała ochotę je zamknąć, to tego nie zrobiła, wpatrywała się w zielone tęczkówki mężczyzny bardzo intensywnie. Próbowała z nich wyczytać cokolwiek, jednak nie była w stanie tego zrobić. - Wydaje mi się, że w tym przypadku to nie jest wina nauczyciela, trafił mu się bardzo ciężki przypadek, chyba najgorszy z możliwych jeśli chodzi o uczniów. - Kącik ust drgnął jej w uśmiechu, bo przypominała sobie te godziny spędzone na dywanie, kiedy uczył ją tych wszystkich rzeczy, które miały jej się kiedyś przydać. Niby coś z tego pamiętała, jednak nadal korzystała z usług znajomych medyków, nie do końca potrafiła sobie radzić z uszkodzonym ciałem, można by nawet stwierdzić, że ostatnio coraz częściej się to zdarzało. Stała się wrzodem na tyłku swoich znajomych lekarzy. Zresztą te umiejętności miały się jej już do niczego nie przydać, podjęła naukę tylko przez wzgląd na to, że go wtedy zawiodła, że nie wiedziała, jak powinna reagować, gdy stanie mu się krzywda. Teraz - nie wracał już do niej, to nie ona miała o niego dbać, chociaż nadal bardzo chciałaby to robić. - Zresztą, to takie małe oparzenie, że może być wzięte za nic. - Po prostu nie chciała robić z tego kolejnego problemu. Nie musiał się znowu nią opiekować, oferować swojego wsparcia. Wiedziała, że nie było to nic wielkiego, mimo wszystko nie do końca podobało jej się to, że to ona wiecznie potrzebowała jakiejś pomocy. Zachowała się nie do końca przemyślanie (nie pierwszy raz), zakończyło się to lekkim szczypaniem w nadgarstek, ale to nie było nic wielkiego. Nadal znajdowali się bardzo blisko siebie, próbowała nieco rozładować tę napiętą atmosferę, chociaż wcale nie było to takie proste, nie kiedy bez mniejszego problemu mogłaby oprzeć swoje czoło o jego, wtulić się w niego, jakby rzeczywistość wcale ich nie dotyczyła i napawać się tym, że znowu znajdowali się obok siebie. Musiała pozbyć się tych natrętnych myśli, bo wiedziała, że nie doprowadzą do niczego dobrego, brnęła w to, co ustalili, chociaż nie była pewna czym to właściwie było. Nadal przecież okazywali sobie troskę, szczególnie w tych najbardziej chujowych sytuacjach, musiała jednak przestać to roztrząsać. Podszedł do niej bo był medykiem, to był nawyk, nic więcej, tak, w ten sposób powinna na to patrzeć. Puścił jej dłoń, wtedy dopiero wypuściła powietrze z płuc, nieco zbyt głośno, jakby jej ulżyło, chociaż wcale nie poczuła ulgi. Nie miała pojęcia, co może się miedzy nimi wydarzyć, do czego ich to doprowadzi, czy faktycznie będą się trzymać tej neutralności. To może sprawić jej więcej problemu, niż zakładała. Zresztą spodziewała się komplikacji, ale nie sądziła, że pojawią się niemalże od razu. Właściwie, czy w ogóle powinni byli nakładać sobie jakiekolwiek ramy, to nigdy im nie służyło. Ostatnio jednak zdecydowanie dłużej udało im się wytrwać w swoim postanowieniu, kiedy to ustalili, że będą tylko przyjaciółmi. To też ich sporo kosztowało, pamiętała, jaka była wtedy sfrustowana, tym razem niemalże od początku nie udawało im się trzymać założeń, co zwiastowało kolejną klęskę. Mogła to przewidzieć, trudno było jej się trzymać od niego na dystans po tym, co kiedyś mieli, co razem przeżyli. Cofnęła się o krok. Potrzebowała nieco przestrzeni, aby nie zrobić niczego głupiego. Jeszcze nie teraz, później będzie mogła zwalić to na alkohol, to zawsze był dobry argument, czyż nie? Okropnie pokrętne to było myślenie, ale wydawało jej się w tej chwili najprostsze. Na trzeźwo sobie z tym nie radziła, naprawdę starała się robić to, co było słuszne, albo powinno być słuszne, bo w sumie nie wydawało jej się takie być, nie gdy znajdował się blisko niej. - Nie sądziłam, że istnieją maści na takie nic. - Tak, brnęła w to dalej. Może nie powinna się już więcej odzywać, jednak nie chciała, żeby znowu pojawiło się milczenie. Zbyt wiele myśli wtedy ją nawiedzało, cisza nie była jej przyjaciółka, nie tym razem. Obserwowała go, kiedy całkiem sprytnie poradził sobie z kociołkiem, cóż, nie było to nic skomplikowanego, a ona sama nie była w stanie tego zrobić. - Nieźle, widać, które z nas jest rozsądniejsze. - To nie było nic wielkiego, ale bez Roisa najwyraźniej sama nie była w stanie nawet sobie zaparzyć kawy bez zrobienia sobie krzywdy. Cóż, dobrze, że go tutaj miała, przynajmniej przez chwilę. Odprowadziła go wzrokiem, gdzie miała znajdować się maść na to jej nieszczęsne oparzenie, przy okazji dotknęła prawą ręką lewego nadgarstka i je przetarła. Nadal czuła na nim ciepło, spowodowane jego dotykiem. Nie sądziła, że aż tak bardzo będzie pragnęła, aby go powtórzył. Zaczynała łapać się na tym, że pojawiało się coraz więcej myśli, co by było, gdyby jednak znowu spróbowała się do niego zbliżyć. |