Secrets of London
[02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4360)

Strony: 1 2 3


[02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 08.01.2025

adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

02.09.1972, wczesne popołudnie, wrzosowiska, Whitby

Zazwyczaj walczył. Stawał naprzeciw Geraldine, być może warcząc na nią równie mocno, co ona na niego, ale jednocześnie tak szybko milknąc jak rozpoczynając ich kłótnię. Nie potrzebował zbyt wiele, aby dać się zirytować, szczególnie nie kobiecie, która jakimś cudem zawsze potrafiła uderzyć w odpowiednią strunę. Nie potrzebował też wiele, aby wyciągnąć ku niej rękę na zgodę, świadomie wybierając wspólne dobro ponad to wszystko, co dzieliło ich w takich momentach.
W tej chwili nie było między nimi tej otwartej złości. Z pozoru nie ciskali w siebie gromami. Przez ostatnie minuty nie rzucili ani jednego ostrzejszego słowa. Odkąd wręczył jej tamte kwiaty a ona cisnęła mu nimi w twarz, mogłoby się nawet wydawać, że oboje stali się spokojniejsi.
Ale czymże był ten spokój w obliczu tego palącego wrażenia, że choć ich rozmowa przebiegła spokojniej niż kiedykolwiek, on w dalszym ciągu czuł się gorzej niż w jakimkolwiek innym momencie? Porównywalnie do tamtej nocy przed odejściem i do poranka, gdy decyzja została nie tylko podjęta, lecz także spełniona.
Mogliby siedzieć w milczeniu na tym samym kawałku skały, który przez lata służył mu jako miejsce, na którym mógł przysiąść w tych nielicznych, ale trudnych, ciężkich do przyjęcia chwilach, gdy po prostu musiał wyrwać się z domu. Po żarliwych kłótniach i sporach sięgających głębiej niż prozaiczne wymiany zdań dające się tak po prostu zakończyć w kilku słowach czy jednym gwałtownym pocałunku.
Bywały takie chwile, kiedy potrzebował złapać oddech, wściekle napinając ramiona i potrząsając głową. Siląc się, aby nie powiedzieć zbyt wiele. Czegoś, czego by żałował, bo sam by w to nie wierzył, wymierzając ostry acz pusty i bezcelowy cios.
Wtedy wybierał ten jeden komunikat. Stłumione, ciężkie słowa. Wymuszony pozorny spokój. Muszę się przewietrzyć. Wbrew pozorom bardzo nieczęsto robiąc to tak jak wtedy w mieszkaniu przy Horyzontalnej, gdy pamiętnego popołudnia dosłownie wyrwał z domu, ledwo wracając po pięciu dniach.
Szczególnie tutaj w ich Whitby. Nie był w stanie oddalić się aż tak bardzo, aby swoim wyskokiem wzbudzać zaniepokojenie Geraldine, bo nie o to mu wtedy przecież chodziło. Nie chciał, żeby się o niego zamartwiała. W rzeczywistości było dokładnie tak jak przy tym mówił: potrzebował się przewietrzyć, aby nabrać dystansu do siebie i do niej. Do nich, bo wtedy jeszcze byli jacyś oni.
Wyżywał się w ogródku albo kręcił się wokół domu, zataczając kółka na wrzosowiskach. Doskonale świadomy bycia obserwowanym z okna aż do momentu, gdy siadał wreszcie na ganku lub tym samym głazie, u stóp którego się teraz znaleźli. Czasami chwilę później przesuwając się, aby zrobić jej miejsce. W innych chwilach potrzebując paru minut, aby samemu powrócić do domu.
Ich domu, ich wspólnego życia, które przez ostatnie półtora miesiąca obróciło się w perzynę, a jednak jakoś znowu się tu znaleźli.
Tu w Piaskownicy.
Tu na milczącym, wietrznym wrzosowisku.
Tu tu na ziemi między ostrożnie kwitnącymi kwiatami.
Tu tuż obok siebie.
Tu pociągając z jednej z dwóch butelek wypełnionych bursztynowym alkoholem. Może nie ognistą, lecz czymś, co w podobny sposób choć trochę koiło zmysły. Sprawiało, że milczenie, jakie między nimi zapadło, było na swój sposób usprawiedliwione.
Lecz czy fakt, że w pewnym momencie bezwiednie przesunął się w taki sposób, że ich ramiona ostrożnie się ze sobą spotkały... ...czy to też było usprawiedliwione?
Czy miał usprawiedliwienie, gdy zmienił pozycję, osunięcie się plecami między wrzosy? Gniotąc nimi delikatne krzaczki i kładąc ramię pod głową, drugą ręką raz po raz przekazując i odbierając butelkę?
Racząc się alkoholem i spoglądając w niebo, w którymś momencie bezwiednie przesuwając palcami po boku Geraldine? Nie kierując na nią wzroku, ale tym gestem w milczeniu oferując jej to samo? Opadnięcie w tył, oparcie głowy na jego klatce piersiowej (coraz spokojniej unoszącej się w górę i opadającej w dół)?
I czy w ogóle potrzebował go szukać?
To był piękny, choć chłodny dzień. Chmury powoli przesuwały się po jasnoniebieskim niebie. W oddali szumiało morze a cisza, jaka między nimi zapadła mówiła więcej niż tysiące wypowiedzianych słów. Zresztą, czy nie powiedzieli już zbyt wiele?


RE: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 08.01.2025

Atmosfera w kuchni zaczynała się robić dusząca. Wyjście na zewnątrz, na świeże powietrze wydawało jej się właściwe. Skoro tym razem nie chciał iść sam nie zamierzała oponować. W końcu nie zdecydowali się zostać w tym miejscu po to, aby spędzać czas w samotności. Nie dlatego postanowili dać sobie tutaj te kilka dni.

Mimo, że nadal nie wiedziała właściwie po co się na to zdecydowali, bo tego też jakoś jasno nie określili, to ciągle wydawało jej się to odpowiednie. Zadała mu kilka niewygodnych pytań, od których tym razem nie mógł uciec, dzięki temu, że nieco pomogła mu wydusić z siebie odpowiedzi, które i tak niczego nie wniosły, ale to nie było istotne.

Nadal nie zamierzali stąd odejść, nadal chcieli spędzić ze sobą nieco czasu. Nie spodziewała się, że przyniesie to jakieś zmiany, bo usrał się na to, że nie miało to służyć niczemu konkretnemu, ale nie kłóciła się z nim o to. Wyjątkowo po prostu wymieniali się swoimi bardzo różnymi poglądami na ten temat. Bez krzyków, wrzasków, kłótni. To też było coś nowego, może powinna częściej mu dolewać czegoś do herbaty? Na pewno rozważy taką możliwość.

Dla Roisa to nie było nic niezwykłego, zazwyczaj, kiedy przestawał nad sobą panować to wychodził, żeby nieco ochłonąć, nigdy jednak nie proponował jej, aby mu towarzyszyła. W Whitby zazwyczaj po prostu obserwowała sytuację i czekała na odpowiedni moment, w którym może do niego podejść, czasem trwało to krócej, czasem dłużej, ale nie mieli problemu z tym, aby się do siebie ponownie odezwać, nie żywili do siebie niewiadomo jak dużej urazy, potrafili sobie wybaczać i schodzić z tonu.

Tym razem nie doszło między nimi do żadnej sprzeczki, ale i tak nie dało się nie czuć pętli która z każdą minutą coraz bardziej zacieśniała się na szyi. Niby czegoś chcieli, każde czegoś innego, a tak naprawdę nie do końca potrafili ustalić, jak miałaby wyglądać ich relacja w najbliższym czasie. Trudno było ustalić cokolwiek, kiedy każde chciało czegoś innego.

Wrzosowiska w tym okresie były wyjątkowe. Mieniły się różnymi odcieniami fioletu, uwielbiała tutaj przebywać w tym czasie, zawsze napawała się widokiem kwiatów, to było wyjątkowe. Spędzali w ten sposób czas wiele razy wcześniej - leżąc i grzejąc się we wrześniowym słońcu. Tyle, że teraz nie do końca istnieli oni, wszystko było zupełnie inne, ale te wrzosowiska się nie zmieniły, one nadal wyglądały jak wcześniej. Jedyna stała w ich wspólnym życiu.

Świeże powietrze oczyszczało umysł, chociaż czy aby na pewno. Dużo się wydarzyło w ciągu dwóch dni, przeszli przez wiele etapów rozmowy, krzyczeli na siebie, próbowali się ranić, później nadszedł smutek, który chyba wisiał nad nimi do teraz. Nie tak sobie wyobrażała swoją przyszłość, kiedy pierwszy raz postawiła nogi w tym miejscu. Jak widać nie do końca miała wpływ na to, jak mogło lub miało wyglądać jej życie, ich życie.

Alkohol nie przynosił ukojenia, nie otumaniał jakoś bardzo. Zbyt wiele myśli kłębiło jej się w głowie, aby mógł je wszystkie zagłuszyć, mimo wszystko co chwila sięgała po butelkę, którą się wymieniali. Liczyła na to, że może kilka łyków więcej pozwoli jej się znieczulić.

Milczeli, co w sumie chyba było im potrzebne. Nigdy jeszcze chyba nie wymienili ze sobą tylu słów, zupełnie sprzecznych ze sobą. Każde miało swoją wizję, która zupełnie nie wpasowywała się w tę drugą. Nie było między nimi jasności.

Siedziała tuż obok niego, jednak póki co nie zdecydowała się, aby legnąć na ziemi. Wpatrywała się w horyzont, jakby próbowała znaleźć w nim jakiekolwiek odpowiedzi, niestety wszechświat chyba nie chciał jej ich dać. Poczuła palce, które przesuwały się po jej boku, robił to bezwiednie, czy celowo? Mieli takie odruchy, które przychodziły im całkiem naturalnie w swoim towarzystwie.

Czy powinna skorzystać z okazji, zbliżyć się do niego ponownie, właściwie czemu nie, przecież nie było w tym nic złego. Ustalili, że mogą to robić? W sumie nic nie ustalili, ale nadal tkwili tutaj zawieszeni w rzeczywistości. Skorzystała więc z okazji, kolejna mogłaby się nie powtórzyć. Osunęła się w końcu na niego, przywarła ciałem do klatki piersiowej mężczyzny, przymykała oczy, żeby się nie skupiać na niczym konkretnym, tylko na cieple jego ciała. Nim to jednak zrobiła dostrzegła niewielką dżdżownicę, która spacerowała między wrzosami. - Czy kochałbyś mnie gdybym była robakiem? - Na szczęście miała zamknięte oczy, więc nie mogła dostrzec jego rekacji na swoje pytanie. Nie miała pojęcia, czy herbatka jeszcze na niego działa, czy już było po sprawie. - Dżdżownicą, konkretniej. - Postanowiła dodać, gdyby miał jakieś wątpliwości, co do tego o jakiego konkretnie robaka jej chodzi.




RE: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 08.01.2025

Siedząc tuż obok Geraldine na wrzosowisku, które tak jak wszystkie miejsca w okolicy niosło ze sobą wiele wspomnień, czuł... ...sam nie do końca wiedział, co czuł. W jego głowie jednocześnie kłębiły się myśli i panowała trudna do zrozumienia pustka. Dwa niemalże wykluczające się stany, które chyba jeszcze nigdy nie były sobie tak bliskie i nigdy wcześniej nie zagościły w umyśle Greengrassa.
Pogrążony w milczeniu usiłował analizować ostatnie minuty ich rozmowy w kuchni. Cofał się w myślach do tej godziny, może chwilę dłużej wstecz, ale nie potrafił pojąć, co tak właściwie się stało, że zaczęli rozmawiać ze sobą w ten zadziwiająco spokojny, wręcz depresyjny sposób.
Tym bardziej, że jednocześnie sam nie do końca pamiętał wszystkie słowa, które między nimi padły. Zdawał sobie sprawę z tego, że powiedzieli dużo, że być może nawet odsłonił się przed Riną bardziej niż chciałby to zrobić, ale chaos w jego głowie sprawiał, że Ambroise miał problem z oddzieleniem wypowiedzi od myśli.
Granica między jednym a drugim została zatarta a Geraldine uparcie milczała, wbijając wzrok w horyzont i niczego mu nie ułatwiając. Nie mówiła nic więcej. Nic, odkąd wyszli z domu, praktycznie od razu trafiając w to miejsce i od tej pory nie wymieniając ani jednej cichej wypowiedzi.
Patrzył na nią co jakiś czas. Już nie kątem oka a otwarcie, bowiem szybko spostrzegł, że ona ani myślała na niego spojrzeć. Mógł to robić bez obawy, że ich spojrzenia zetkną się ze sobą i w tej ciężkiej ciszy zapanuje między nimi jeszcze większa niezręczność, kolejne fale smutku rozleją się po wrzosowiskach, zatapiając je już na zawsze.
Bowiem nie wyglądało na to, by burza miała kiedykolwiek odejść. Choć pogoda była piękna, nad ich głowami nadal padał deszcz. Sztorm nie odpuścił, nie było dobrze i nie miało być. Sami to sobie robili, nie potrafiąc dojść do porozumienia, nawet jeśli gdzieś w głębi serca naprawdę chciałby po prostu powiedzieć Geraldine, że jest piękna, że jest jego i że od tej pory będzie inaczej.
Zamiast tego plecami opadł między wrzosy, czując przy tym stanowczo zbyt dużą pustkę, żeby nie wyciągnąć dłoni ku dziewczynie. Bez niej to nie było to samo.
Z nią? Roztworzył przed nią ramiona, dbając o to, żeby nie ochlapać jej alkoholem. Objął ją wolnym ramieniem, przyciągając Yaxleyównę do siebie i składając przelotny pocałunek na jej włosach. Chyba mógł sobie na to pozwolić, tym bardziej, że nie zamierzał pytać. Po prostu to zrobił, ignorując fakt, że w dalszym ciągu nie doszli do tego jak powinny wyglądać ich najbliższe godziny.
Chwilowo leżeli w milczeniu, obdarzając się ciepłem i pozwalając sobie na wrażenie bliskości w oddaleniu. Nie spodziewał się jej słów. Kiedy otwarła usta, rozchylając wargi, oczekiwał...
...sam nie wiedział, czego. Na pewno nie tego.
Z jego ust wyrwało się mimowolne ciche, trochę niedowierzające parsknięcie. Odruchowo także przeniósł spojrzenie zmrużonych oczu na Geraldine, praktycznie od razu dochodząc do wniosku, że na niego nie patrzyła a z jej twarzy w dalszym ciągu nie był w stanie wyczytać ani odrobiny tego, co potrzebował wiedzieć. Głównie, choć nie tylko dlatego, że teraz skryła ją w jego piersi, przyciskając do niej swój ciepły policzek. Nawet przez warstwę materiału czuł ciepło jej skóry.
Bezwiednie miarowo przesuwając dłonią po plecach dziewczyny, gładząc ją w ten niesamowicie spokojny sposób (zwłaszcza jak na ich sytuację i to, co się ostatnio wydarzyło) nie zamarł ani nie przestał. Zamiast tego prawie się zaśmiał, tłumiąc szczekliwe roześmianie, choć jego pierś gwałtowniej się uniosła, opadając również w niekontrolowany sposób.
Czy kochałby ją, gdyby była robakiem?
Niedorzeczność, szczególnie że nawet nie mógł spytać jakim, bo to także zdążyła uściślić. A więc dżdżownicą. Czy kochałby ją, gdyby była dżdżownicą. Ponownie stłumił bardziej gwałtowną reakcję, mimo to uśmiechając się pod nosem.
Mimo tego, że w żadnym razie nie przyznałby tego na głos, chyba był bardziej pijany niż zamierzał być. W dalszym ciągu pociągał kolejne łyki całkiem mocnego alkoholu wprost z butelki. W tym momencie unosząc i zginając jedno wolne kolano, żeby mieć o co oprzeć butelkę, nieświadomie pozwalając sobie na kolejne parsknięcie.
Rozbawiony. Był rozbawiony. Alkohol dawno nie działał na niego w ten sposób, zazwyczaj (no dobrze, przez ostatnie niecałe dwa lata) wprawiając go raczej w parszywie nostalgiczny, melancholijny nastrój. Teraz ręką mocniej ścisnął przytulającą się do niego kobietę, mając wrażenie, że słowa same cisną mu się na usta i to w cholernie zabawny sposób.
- Nooo, byłabyś moją ulubioną dżdżownicą. Trzymałbym cię w resztkach organicznych i robilibyśmy razem kompost - odmruknął trochę zachrypniętym, ale jednocześnie całkiem miękkim głosem, nie do końca dowierzając w to, o czym teraz rozmawiali.
Wbrew temu milczeniu, ciężkiej i ponurej atmosferze, jaka zapanowała między nimi, w tej chwili jego słowa były znacznie cieplejsze. Tak, dało się wyczuć pewien absurd sytuacyjny, bo chyba jeszcze nigdy nie dostał od niej aż tak kuriozalnie głupiego pytania, ale...
...potrzebowali tego, prawda? Coś wewnątrz mu o tym mówiło. Wyrwało go z zawieszenia, wzbudziło w nim śmiech, który jeszcze powstrzymywał, znowu pociągając solidny łyk z butelki.
- Tylko jest jedno ale, bo gdybyś była robakiem to jakbyśmy się poznali? Musiałabyś nim zostać w trakcie a wtedy nie mógłbym cię zostawić w ogródku, żeby nie zeżarły cię ptaki. Laziłbym z tobą w kieszeni, szukając rozwiązania naszego problemu - zabrałby ją pewnie na Ścieżki, gdzie jako robak prawdopodobnie czułaby się lepiej niż większość ludzi tam bywających.
O tym jednak nie mówił. Omiótł czubek blond głowy Yaxleyówny swoim ciepłym oddechem, zanim wygiął szyję, żeby musnąć go ustami. Chwilę później ponownie racząc się alkoholem, nawet jeśli z dużym prawdopodobieństwem nie powinien już tego robić, bo czuł się skołowany.
- Wolę, gdy jesteś skunksem - zakończył bez potrzeby dalszego doktoryzowania się na temat tego, że choć w jego oczach dżdżownice są bardziej przydatne to ze skunksem mógł się wdać w zdecydowanie więcej interakcji.


RE: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 08.01.2025

Milczeli, jednak to było chyba lepsze od tego, co robili rano w kuchni, kiedy wymieniali się grzecznościowymi zwrotami. Czasem dobrze było razem posiedzieć w ciszy, czyż nie. Zresztą dowiedziała się sporo, nie było sensu już go bardziej ciągnąć za język, bo chyba dostała odpowiedzi na najbardziej nurtujące ją pytania. Może nie wprowadziły one jakichś spektakularnych zmian, ale przynajmniej miała świadomość, jak to wszystko wyglądało z jego strony, no, może nie wszystko, ale spora część.

Miała mętlik w głowie. Nie chciała nic mówić, bo wypadałoby najpierw sobie to wszystko ułożyć. Zresztą na zewnątrz było tak przyjemnie, fale odbijały się od klifów tworząc całkiem przyjemną dla ucha melodię, szkoda byłoby to psuć jakąś przypadkową kłótnią.

Nie wyjaśnili sobie niczego, to było jasne, jako chyba jedyna rzecz. Wymienili się swoimi poglądami i to by było na tyle. Alkohol był wskazany w zaistniałej sytuacji, nie widziała więc zastrzeżeń ku temu, aby zacząć opróżniać z nim drugą butelkę whisky. Gorzej będzie jak on się skończy, co wtedy, będą na tyle zdesperowani, że sięgną po eliksiry? Pozostawała nadzieja, że w spiżarce mogła zagubić się jeszcze jakaś flaszka bimbru od jej ojca, chociaż nigdy nie mogli być pewni, że od niej nie oślepną.

Czuła lekki szum w głowie, w końcu wlała w sobie trochę whisky, jednak nie była mocno wstawiona, raczej tak przyjemnie, na etapie rozplątywania języka i gadania głupot, które nie miały większego sensu. Może i dobrze im zrobi ta chwilowa lekkość w myśleniu, a raczej niemyśleniu.

Przyjemnie jej się leżało na wrzosowym dywanie w jego objęciach. Nie otwierała oczu, żeby przypadkiem nie zaburzyć tego chwilowego spokoju. Temat, który zaczęła był cóż... zdecydowanie dużo lżejszy od tych, które poruszali jeszcze chwilę temu.

Poczuła, że się poruszył, bo przecież leżała na jego ciele, trudno by było tego nie zauważyć, nie wywołała w nim jednak tym razem jakiejś zbyt gwałtownej reakcji, chyba się śmiał. To dobrze, tego im ostatnio brakowało. Zrobiło się między nimi, aż nazbyt poważnie i chyba czas najwyższy od tego chociaż odrobinę odejść, na chwilę.

- Miałbyś więcej dżdżwonic ode mnie? Myślałam, że byłabym jedyną... - Próbowała zmienić ton na bardziej karcący, jakby nie do końca podobało jej się to, co usłyszała, ale wychodziło jej to raczej średnio. Ciężko jej było utrzymać powagę, bo ta rozmowa w ogóle nie należała do tych poważnych.

- Udałoby się nam to robić razem? Tak myślisz, dostarczałbyś mi tych resztek, a ja bym mogła poświęcić swoje życie na użyźnianiu twojej ziemi, w sumie całkiem przyjemna wizja. - Może bycie dżdżownicą wcale nie było takie najgorsze? To był pierwszy raz kiedy się nad tym zastanawiała i aktualnie widziała same pozytywy.

- Na pewno byś mnie rozpoznał, gdybym była robakiem, musiałabym się czymś wyróżniać na tle innych robaków. - Wydawała się być o tym święcie przekonana, chociaż to było naprawdę absurdalne. Wtulała się w niego przy tym dosyć mocno, pasowała jej ta bliskość, którą aktualnie mieli, Roise był tak przyjemnie ciepły, że nie zamierzała się szybko od niego odkleić.

- Cieszy mnie to, że nie zostawiłbyś mnie na pożarcie mewą, to byłaby chujowa śmierć, chociaż może szybka, zresztą jakby zjadły mnie w całości to może udałoby mi się jakoś przeżyć? - Nie wiedzieć czemu przed oczami pojawiła jej się teraz wizja wieloryba zjadającego ludzi z jakieś durnej opowieści dla dzieci... Czy to powinno działać w ten sam sposób?

- Serio? Nikt nie lubi skunksów. - Miała wrażenie, że zwierzę, w które zmieniała się jako animag wzbudzało raczej kontrowersje. No bo nie było szczególnie majestatyczne. Napatrzyła się jednak na te stworzenia gdy jeździła do babki do Kanady i jakoś tak się stało, że zaczęła przyjmować właśnie tę formę. No, dosyć unikatową, a przynajmniej takie miałą wrażenie.

- Skunksa przynajmniej można pogłaskać, to chyba lepsze od trzymania w kieszeni. - No i trudniej go zabić od robaka, na którego czekało podczas życia wiele brutalnych sposobów w jaki mogłyby zginąć.

- Tyle, że on też może zaatakować, taki robak wydaje się być bardziej nieszkodliwy. - Nie spodziewała się, że kiedyś przyjdzie jej porównywać do siebie te dwa stworzenia, jak widać życie potrafiło zaskakiwać.

Ta dziwna rozmowa była dużo przyjemniejsza od ich wcześniejszych dyskusji, zupełnie niezobowiązująca, może właśnie tego potrzebowali? Czuła się bardzo lekko, wypity alkohol na pewno również miał na to wpływ.




RE: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 08.01.2025

Nie zdawał sobie sprawy z tego jak bardzo oboje potrzebowali podobnego absurdu. Tej lekkiej, całkowicie abstrakcyjnej rozmowy. Tego mitycznego robaka, w którego mogłaby się zmienić a on i tak bez wahania był w stanie powiedzieć, że w dalszym ciągu by ją kochał.
No cóż. W dalszym ciągu nie byłby to zbyt przyszłościowy związek, prawda? Nie mogliby mieć tego, czego pragnęli, ale nie myślał o tym w tych kategoriach. Już nie. Bawiła go. Choć by się o to nie podejrzewał, tłumił śmiech, obejmując Rinę ramieniem.
- Wiesz, potrzeba wielu dżdżownic, żeby efektywnie robić kompost - odparł w pierwszej chwili, odruchowo uśmiechając się pod nosem na tę przesadnie karcącą nutę w tonie głosu Geraldine.
Jego dłoń przesunęła się po materiale koszuli dziewczyny (tak właściwie to jego, ale to był tylko szczegół; jego koszuli, nie jego kobiety), zahaczając o jej wygięty kręgosłupa i sunąc wzdłuż niego. Powoli wsuwając się pod ubranie, jednak nie w tym pożądliwym, zaczepnym sensie. Raczej mimowolnie.
Po to, aby poczuć ciepło pod palcami. Miękkość skóry, znajome krawędzie znajdującej się tam blizny. Coś tak realnego, że mógł udowodnić tym sobie, że w rzeczywistości tu razem byli, nie majaczył ani nie śnił.
Leżeli na wrzosowisku, rozmawiając o czymś tak absurdalnym, że nie mógł reagować na to tak jak jeszcze chwilę temu na atmosferę panującą między nimi. Teraz się uśmiechał. Kąciki jego ust mimowolnie wyginały się ku górze a słowa, choć chaotyczne i lekko mamroczące przez płaczący się język, same płynęły z ust Ambroisa.
- Choć przy tobie i tym, co robisz, może masz rację. Nie potrzeba by było żadnych innych robaków. Bylibyśmy doskonałym zespołem - mruknął do niej cicho, nie kryjąc rozbawienia na samą myśl o tym, że gdyby się zaparła to z pewnością byłaby w stanie sama zadbać o cały ten kompost, byleby tylko wygryźć z niego wszystkie inne dżdżownice.
Już to kiedyś zrobiła, prawda? Wyłącznie samą swoją obecnością była w stanie go opętać. Sprawić, że miesiącami nie był w stanie zbliżyć się do żadnej innej dziewczyny, przeznaczając długie godziny na wspólne spędzanie czasu. Myśląc tylko o niej. Samemu nie wiedząc, kiedy tak właściwie zmienił swoje kawalerskie nawyki, licząc na to, że być może kiedyś uda im się zmienić przyjaźń w coś więcej.
Nie żałował tego. Nie mógłby tego żałować, nawet jeśli nie mogli mieć swojego szczęśliwego zakończenia. Nawet w momencie, w którym znaleźli się mile morskie od siebie. Gdy wrócił do tamtych przyzwyczajeń, usiłując zabić w sobie tęsknotę za nimi. Za ich wrzosowiskiem i domem, za morzem, nadmorskim wiatrem i chmurami pędzącymi po niebie.
- Pewnie byłabyś bardzo długą dżdżownicą. Najdłuższą ze wszystkich - odmruknął bez namysłu, opuszką palca rysując kółko na kręgosłupie Geraldine. - Spojrzałbym na ciebie i wiedziałbym, że to ten robak, którego chcę nosić w mojej kieszonce - ich rozmowa była tak absurdalna jak tylko mogła być, ale chyba tego teraz potrzebowali. - Nadal nosiłabyś moje koszule - mruknął, tym razem pozwalając sobie tylko na cień uśmiechu i przeniesienie spojrzenia z powrotem na błękitne niebo.
To też było coś, co jednocześnie bezwiednie zaakceptował, nawet jeśli od czasu do czasu czuł konieczność podkreślenia swojego niezadowolenia z powodu gubionej garderoby. Nie mówił tego na głos, ale ten rodzaj zaznaczania swojej obecności w jej życiu był dla niego całkiem właściwy, gdy jeszcze byli ze sobą. Pozwalał jej na to, mając wrażenie, że dzięki temu pewne kwestie same były jasne dla otoczenia.
Obecnie jednak czuł głównie przytłoczenie. Zarówno wtedy w Dolinie Godryka, kiedy przypomniała mu tym o ich dobrych czasach (szczególnie że zastanawiał się czy to był celowy zabieg, czy też dzieło przypadku), jak i w tej chwili. Bowiem to miało się skończyć. Dziś, jutro, za kilka dni. Nie mówili sobie, kiedy. Nie określali daty ani godziny, ale to nie mogło trwać.
- Ty mi powiedz. Jesteś ekspertem od zwierząt, nie? - Odparł gładko, przewracając oczami na to, co padło, ale jednocześnie brzmiąc jak ktoś, kogo naprawdę interesowały szanse przeżycia Geraldine-dżdżownicy w ptasim żołądku. - Poza tym nigdy nie wątp w to, że bym cię nie zostawił na pożarcie. Kto by mnie wtedy drażnił? - Jego palce w dalszym ciągu wodziły po jej ciepłej skórze a nozdrza były wypełnione znajomym, błogim zapachem.
Wargi same wyginały się w łuk, powieki opadały leniwie a każdy kolejny łyk pociągnięty z butelki sprawiał, że Ambroise coraz mniej myślał o tamtych chwilach w kuchni. O tym, co prawdopodobnie sam sobie uroił, myląc słowa z myślami, bo przecież gdyby powiedział jej to wszystko, o czego wypowiedzenie się niepokoił, nie byliby w stanie leżeć tutaj w ten sposób.
- Bzdury. Dobrze wiesz, że darzę je sympatią - odparł miękko, mocniej obejmując ją ramieniem. - Tak, można go sobie posadzić na kolanach. Napuścić go na kogoś w razie potrzeby. Jedynym problemem byłaby nieporęczność w noszeniu, bo byłabyś za duża na kieszonkę. Musiałabyś mi siedzieć na ramieniu a korytarze na Ścieżkach bywają niskie i wąskie - nawet nie zdawał sobie sprawy z wypowiadanych słów i poszukiwania rozwiązań dla nieistniejących problemów.
Tego, że nie zamierzali pojawiać się razem w ten sposób w żadnym miejscu. Tym bardziej nie w najgłębszej części półświatka. Nie tylko przez to, że jej tam nie dopuszczał, lecz przez to, że już ich nie było. W tym momencie, leżąc w swoich objęciach, takie myśli nie przychodziły mu do głowy.


RE: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 08.01.2025

Ta rozmowa była im potrzebna, mogli choć na chwilę zapomnieć o tym wszystkim, co stało się z nimi. Jakby nigdy nic dyskutowali o czymś, co miało nigdy się nie wydarzyć, a jednak to pomagało. Odsunięcie rzeczywistości gdzieś daleko, rozważanie sytuacji zupełnie nieprawdopodobnych, lekkich. Byli pijani, mieli prawo nieco odpłynąć, udawało im się to całkiem nieźle, przynajmniej jak na razie. Choć na chwilę mogli odetchnąć, ten pomysł z wyjściem na zewnątrz okazał się być naprawdę doskonałym.

- Oj nie, nie podoba mi się ten tok rozumowania. - Jasne, zdawała sobie sprawę, jak to wyglądało w naturze, ale nie rozmawiali przecież o tym, jak to powinna faktycznie działać. Inaczej nie rozważaliby jej w roli dżdżownicy, nie chciała być jednym z wielu robaków, tylko tym jednym, wyjątkowym, który zainteresowałby Roisa. O to przede wszystkim jej chodziło. W tonie jej głosu nadal mógl wyczuć to udawane oburzenie. Na szczęście dosyć szybko się zreflektował.

- Cieszę się, że się rozumiemy. Nie potrzebowałbyś żadnej innej dżdżownicy, gdybyś mnie wybrał. - Była pewna, że obecność jej jako tej jedynej naprawdę wystarczyłaby mu do szczęścia, i do użyźnienia ziemi w całym jego ogródku, czy tam kompostowniku, mniejsza o to, o jaki obszar ziemi chodziło. - Tak, na pewno nie byłoby lepszego zespołu od nas. - Nie miała wobec tego najmniejszych wątpliwości.

Wiedziała, że nie żałowałby swojej decyzji. W końcu mieli to już za sobą. Potrafiła odwrócić jego uwagę od wszystkich innych osób, zresztą on robił z nią to samo. Nawet przez myśl jej nie przeszło, że mogłaby się nim dzielić, i nie chodzi tu tylko o jej ewentualne dżdżownicze obowiązki, chodziło o coś więcej. Właściwie to wszystko zmierzało ku jednemu. Naprawdę dobrze im było razem, perfekcyjnie się uzupełniali, nie potrzebowali nikogo więcej do szczęścia.

Czuła jego dłoń, która wślizgnęła się jej pod koszulę, zresztą jego własną - taką znalazła w szafie. Miała świadomość do kogo należy, ale nigdy jej to nie przeszkadzało. Upodobała sobie przejmowanie koszul Roisa, dzięki temu mogła czuć na sobie jego zapach, kiedy wychodził z domu, jakby nadal znajdował się tuż obok niej. Ta może trochę już leżała w szafie i nie dawała jej akurat tego, jednak to niczego nie zmieniało. Lubiła to robić. Dotyk jego palców, które powoli przemierzały jej skórę był kojący, wszystkie problemy, o których myślała na ten krótki moment gdzieś zniknęły, wyparowały.

- Pewnie też najbardziej wojowniczą ze wszystkich. - Musiała wyróżnić się czymś poza długością, przecież jej wzrost nie był jedyną rzeczą, która ją charakteryzowała. - Byłby to wybór od pierwszego wejrzenia, na pewno przestałbyś szukać innych dżdżownic, jak już trafiłbyś na mnie. - Nie wiedzieć czemu okropnie ją bawiła ta myśl, chociaż to naprawdę było bardzo głupie. Jak widać potrzebowali rozmowy właśnie na takim poziomie. - Nie udusiłabym się tam? - Miała nadzieję, że nie, bo to byłaby tragiczna śmierć.

- Fakt, zapomniałam. Za bardzo skupiłam się na mojej ewentualnej przyszłości jako najwspanialsza z dżdżownic. Cóż, myślę, że to byłaby droga bez powrotu. - Nie było szansy, aby robal przeżył spotkanie z kwasami żołądkowymi ptaka, chociaż w jej przypadku, cóż, jakby się uparła jak zawsze to pewnie byłaby pierwszą dżdżownicą, która przeżyła pożarcie przez mewę, byleby udowodnić, że było to możliwe.

- Czyli nie ma się czym martwić, zabierałbyś mnie ze sobą wszędzie, abym była bezpieczna od drapieżników, to brzmi dobrze. - Może nawet byłaby gotowa sprawdzić, czy życie jako robak faktycznie może być takie atrakcyjne?

- Trochę nie masz wyjścia, inaczej pewien skunks wbiłby w ciebie swoje pazurki. - Nie przestawała się uśmiechać, bo ta rozmowa była zupełnie inna od tych, które ostatnio odbyli. Beztroska, jakby nic złego im się nie przytrafiło, jakby nadal mogli sobie gdybać o różnych możliwościach.

- To wcale nie musiałoby być ramię, mogłabym Ci się owinąć wokół szyi i robić za całkiem gustowny szalik, nikt pewnie nie wiedziałby nawet, że żyję. Zostałabym Twoją tajną bronią. - To na pewno mogło zadziałać, przecież ten plan był niesamowicie sprytny. Przed zamkniętymi oczami wizualizowała sobie nawet taki obraz, ona - skunks, na jego szyi. To musiałoby się udać. Szkoda tylko, że raczej nigdy nie miało się wydarzyć, bo przecież nie doszli do tego, że miałoby jeszcze coś łączyć, no i Ambroise nigdy nie zabrałby jej ze sobą na ścieżki, przesadzał okropnie z tym dbaniem o jej bezpieczeństwo.




RE: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 09.01.2025

Wywrócił oczami, ani przez chwilę nie próbując ukrywać rozbawienia wywołanego oburzeniem wprost bijącym z tonu głosu dziewczyny. Doskonale wiedział, co powinien powiedzieć, żeby wywołać u niej tę reakcję. Co prawda liczył się przy tym, że następnym krokiem, jaki mogłaby podjąć było ugryzienie go w język czy w szyję, ale to też był w stanie przeżyć. Wszystko dla atmosfery, jaka nagle zapanowała pomiędzy nimi. Wszystko po to, aby nie myśleć o niczym innym.
Ale skapitulował. Nie potrafił jej zbyt długo podpuszczać. Nie znajdując się w tym błogim stanie, podczas gdy chyba naprawdę zależało mu na tym, aby była szczęśliwa. Tak po prostu. Chociaż przez chwilę. Aby mógł widzieć uśmiech wymalowany na twarzy rumieniącej się od wiatru i słyszeć cichy śmiech. Tylko tyle, aż tyle.
W ostatnich miesiącach nie mieli zbyt wielu okazji, by móc sobie na to pozwolić. Tak właściwie, był to pierwszy taki moment, odkąd sięgał pamięcią. Od tamtego zimowego poranka, nie licząc tych kilku chwil popołudniem w Piaskownicy, gdy wrócili tu wczoraj. A jednak wtedy szybko przeszli do sycenia się sobą nawzajem w bardziej fizyczny sposób, teraz po prostu chłonąc swoją obecność. Nic więcej. Tylko tyle, aż tyle.
- Skoro już tak to stawiamy, nie ma tu miejsca na żadne gdybysie, bo zawsze bym cię wybrał - odparł miękko, dokładnie te słowa mając teraz na myśli.
Przecież miał świadomość tego, w jaki sposób to u nich wyglądało. Szczególnie wtedy, kiedy krążyli wokół siebie, nie do końca mogąc nakreślić to, co ich łączyło, ale też dużo wcześniej, bo na tym balu z okazji Yule. I wielokrotnie w momentach, o których nawet nie próbował mówić.
Nie tylko podczas urodzin Fabiana. Na wszystkich oficjalnych uroczystościach, na których musiał pojawiać się przez ostatnie półtora roku. Zawsze i wszędzie w tłumie szukał wzrokiem wyłącznie jednej kobiety. Nawet wtedy, kiedy nie była już jego. To nie miało się zmienić.
Tęsknił za nią. Bardziej niż kiedykolwiek byłby w stanie to powiedzieć. Za dotykiem i spojrzeniem. Za ciepłem skóry, zapachem włosów łaskoczących go w nos. Za jej uśmiechem, miękkim, melodyjnym głosem. Walijskim zaśpiewem, gdy się na niego irytowała. Byli najlepszym zespołem, lecz przecież nie tylko. Byli...
...powinni być dla siebie stworzeni, ale gdzieś po drodze wszystko się rozstrzeliło. Jak przy nieudanej próbie teleportacji. I teraz cierpieli niemalże tak samo fizycznie jak podczas tego rozszczepienia. W tym momencie zapominając o problemach, przynajmniej na kilka chwil, ale gdzieś z tyłu głowy zawsze czaił się ten specyficzny rodzaj melancholii.
- O tak. Miałabyś włócznię ze źdźbła trawy i dźgałabyś nią wszystkie inne dżdżownice. Ale nadal byłabyś cholernie słabym strzelcem. Nie tylko przez to, że dżdżownice nie mają łap do naciągania cięciwy - tak, nie miał najmniejszego oporu przed tym, aby znów przypomnieć Yaxleyównie o tamtym jednym jedynym momencie, który wpłynął na ich życie tak bardzo, że Ambroise latami wytykał jej potknięcie w byciu kuszniczką.
To go bawiło. Ni mniej, nie więcej, po prostu go to bawiło. Tak samo jak wszystkie jej pytania i przemyślenia na temat struktur towarzyskich, emocjonalnych czy uczuciowych pośród robaków. Albo szansach na przetrwanie starcia z mewą. Czy kieszonkach. Tak, mieli też kwestię kieszonek, na którą parsknął zarozumiale.
- Nie bądź głupia, one po to tam są. Na okoliczność przemiany twojej dziewczyny w robaka. Nie tylko dżdżownicę. Może być też żuk czy pająk. Możliwości są niezliczone, ale kieszonka jest zawsze uniwersalna - nie pamiętał, kiedy ostatni raz z taką lekkością wypowiedział tyle słów.
Zwilżył gardło alkoholem, jednocześnie powoli kiwając głową.
- Byłabyś najbezpieczniejszą, najdłużej żyjącą dżdżownicą, jakiej kiedykolwiek nie widziano - bo byłaby w kieszonce - to chyba całkiem logiczne, nie?
Miałaby tam całkiem ciepło i wygodnie, choć jako skunks także raczej nie czułaby dyskomfortu związanego z brakiem akurat tej możliwości. Z pewnością znaleźliby inny sposób wspólnej podróży. Równie dobry, jeśli nie lepszy. To było na swój sposób dziwne, ale nigdy wcześniej tak o tym nie myślał. Nie brał pod uwagę wspólnych spacerów w tym układzie. Teraz też raczej robił to w żartach.
- Żadna nowość - skwitował chrząknięciem, kierując wzrok ku Geraldine, nawet jeśli w dalszym ciągu miała zamknięte oczy, i unosząc kąciki ust w znaczącym uśmiechu. - Ten skunks nie musi być skunksem, żeby wbijać we mnie swoje pazurki - był całkowicie pewien, że doskonale potrafiła wyczuć sposób, w jaki na nią teraz spoglądał, tym bardziej, że opuścił przy tym brodę w bardzo charakterystycznym geście.
Nie musiał przypominać o tych wszystkich momentach, kiedy jej dłonie zaciskały się na jego plecach a paznokcie zatapiały się w miękkiej, rozgrzanej skórze, prawda? Oboje pamiętali dzisiejszy poranek. Jakże mieliby o tym zapomnieć, nawet po kilku głębszych, które wydawałoby się, że w oczach Ambroisa uczyniły z tamtych wydarzeń coś jeszcze bardziej...
...chyba nie miał na to żadnego odpowiedniego słowa. Świadomie wybierał nie cofanie się pamięcią do tamtego momentu, bo nie przyniosłoby im to żadnej korzyści. Niczego, być może prócz kolejnej okazji do wznowienia raczej całkowicie zbędnej rozmowy o konieczności trzymania się od siebie nawzajem na właściwy dystans, któremu w tym momencie zdecydowanie daleko było od przyzwoitego.
Mimo tego w gestach Ambroisa w tym momencie brakowało pożądliwości czy żaru. Nawet, jeśli jego dłoń błądziła po ciepłej skórze pod koszulą Geraldine, robił to bezwiednie, nie mając na celu prowadzenia ich ku spełnieniu jakichkolwiek cielesnych pragnień.
Jeżeli w ogóle mieliby mówić o zaspokajaniu czegokolwiek pomiędzy nimi, chodziło o te bardziej metafizyczne, mentalne potrzeby. Coś pasującego do ich zadziwiająco lekkiej, wręcz błahej rozmowy na jakże absurdalne tematy. Przez pewien czas podświadomie obawiał się utraty również tej części ich więzi, lecz najwidoczniej w dalszym ciągu byli w stanie tak po prostu rozmawiać, nie mając na celu żadnego konkretnego zakończenia dyskusji.
Słowa płynęły same z siebie. Ona opierała się o jego pierś, sprawiając, że oddychał spokojniej i głębiej. On przesuwał opuszkami palców po jej plecach. Wyłącznie po to, żeby dać jej trochę ciepła. W pewnym sensie odwdzięczając się za jej policzek na jego klatce piersiowej i obejmujące go ramiona. Odwzajemniał tę delikatną, całkiem subtelną czułość, bo zawsze to robił. Za każdym razem, gdy wcale nie potrzebowali głębiej się do siebie zbliżać. Wystarczyła sama obecność, sam bardzo delikatny dotyk.
Za tym też cholernie mocno tęsknił. Za porankami spędzanymi w miękkiej pościeli, patrząc na promienie słoneczne przebijające się przez zasłony i błyszczące na suficie. Za wspólnymi popołudniami na kanapie z książką albo cholernie psującym się telewizorem, który raz działał a raz nie. Za powrotami do domu i jej miękkimi wargami nastawionymi do pocałunku, ramionami obejmującymi go po męczącym dyżurze, ciepła herbatą albo grzańcem już czekającym na ławie w salonie.
I za ich wrzosowiskiem, choć teraz brakowało im tu koca i kosza piknikowego, żeby dopełnić ten obraz rodem wyjęty z przeszłości. Brak im było poduszki, może też plażowego parasola do osłony przed zbyt jasnym słońcem i wiatrem. Mieli butelkę alkoholu. Nawet dwie. Mieli też siebie nawzajem i coś, o czym niemalże zapomniał, zbyt mocno poirytowany widokiem zarośniętego ogrodu, żeby docenić to, co przecież rosło za ich plecami.
- Jeżynę? - Spytał cicho, nie zamierzając czekać na odpowiedź, tylko wyciągając rękę za głowę.
Tym razem nie uważał, na oślep sięgając ku pędom i bez słowa wymacując kilka wyjątkowo dojrzałych, niemal już przejrzałych słodkich owoców. Jednocześnie parsknął cicho, słysząc kolejne słowa Geraldine i chyba nawet będąc w stanie wyobrazić sobie widok, którego wizję przed nim roztaczała.
- Masz szczęście, że noszę się w taki a nie inny sposób - zauważył, jakby rzeczywiście rozmawiali o czymś, co mogło mieć miejsce w przyszłości, nawet całkiem bliskiej. - Choć futrzany szalik? Czy ja wiem? To chyba zbyt wiele, nawet jak na mnie. Jestem podstarzałym kawalerem, nie starą panną. Poza tym latem to by raczej nie przeszło - nie miał najmniejszego problemu z tym, aby odbić słowa Riny, jednocześnie bezwiednie nazywając wszystko całkowicie po imieniu.
Nie byli już razem a otoczenie doskonale o tym wiedziało. Abstrahując już od braku oficjalnej informacji, wystarczyło przecież zaledwie kilka miesięcy, aby opinia publiczna już wydała swój osąd, jednocześnie swatając Yaxleyównę z jej innym najlepszym przyjacielem. Chciała tego czy nie, jeśli o nią sądziło, dla ludzi którzy rozmawiali o tym na korytarzach Munga (choć bardziej w kontekście celebryty Longbottoma) była całkiem zajętą kobietą. On? Raczej nie próbował dawać ludziom odczuć, że spotykał się z kimś na dłużej niż noc czy dwie.
A jednak tu i teraz. W tym momencie to było całkiem zabawne. Ten obraz, jaki mu zaoferowała. Miękki kołnierz z futra owiniętego wokół jego szyi. Mimowolnie spojrzał w kierunku nieba, mocniej wyciągając wolną rękę za plecy i starając się nie przewrócić kolanem butelki, którą o nie oparł. Wygiął się po więcej jeżyn, jednocześnie znowu zabierając głos.
- Mógłbym nosić cię w kapturze albo w torbie. W tej drugiej byłabyś zupełnie incognito - stwierdził, bez zastanowienia zrywając owoc wyczuty pod palcami i cofając dłoń z sykiem. - Ja pierdolę - bezwiednie wypuścił jeżyny na koc, odruchowo przyciągając dłoń do ust i ssąc jej wnętrze.
Bezmyślnie, a jednak nad tym też niespecjalnie się zastanawiał.


RE: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.01.2025

Tego też jej okropnie brakowało. Roise w końcu poza tym, że był jej partnerem, kochankiem, jak zwał tak zwał, był przede wszystkim jej najlepszym przyjacielem. Tu nie chodziło wyłącznie o fizyczność, to zawsze była dużo silniejsza więź. Przez te półtora roku nie mieli szansy rozmawiać w ten sposób, kiedy już dochodziło do jakiegoś starcia to było ono pełne negatywnych emocji, ewentualnie strzelali w siebie piorunami z oczu. Teraz było tak lekko, przyjemnie, cóż - naprawdę tego potrzebowała. Dobrze było choć przez chwilę się niczym nie przejmować. To było coś nowego w ostatnim czasie.

Droczył się z nią, miała tego świadomość, przekomarzli się przecież dość często, to nie było czymś wyjątkowym, chociaż ostatnio raczej nie dopuszczali do rozmów w podobnym tonie. Łatwiej było trzymać się od siebie na dystans, gdy ziali chłodem, ale czy faktycznie to było właściwe. Męczyli się w tym przecież, dużo łatwiej było im traktować się w ten naturalny sposób, który trudno było ukrywać. Zakładanie masek im nie służyło. Zresztą prędzej, czy później pękali, o tym też wiedzieli, bo przecież doświadczyli tego podczas tych wszystkich lat, które razem spędzili. To było zupełnie niepotrzebne, zależało im na swoim szczęściu, więc może po prostu lepiej było zachowywać się w ten niewymuszony sposób.

- Mów tak dalej. - Tak, podbudowywało to jej i tak dosyć wysokie ego. Dobrze było wiedzieć, że i to się nie zmieniło, nadal tak było, nadal była jego jedynym wyborem. Może nie najbardziej właściwym, chociaż właśnie wręcz przeciwnie? Nie było sensu spierać się z tym, że od lat łączyła ich ta dziwna więź, silniejsza od wszystkiego innego, błogosławieństwo, przekleństwo w zależności od tego na jakim etapie znajomości się znajdowali. Aktualnie było zadziwiająco lekko, jak na to, że nadal niczego sobie nie wyjaśnili. Dużo łatwiej było odnaleźć się w tym wszystkim nie analizując niczego.

- Ciekawe gdzie trzymałabym tę włócznię, w paszczy? Dżdżownice chyba nie mają paszczy. - Jeszcze nie zdarzyło jej się tak dokładnie zastanawiać nad budową anatomiczną robaka, nie oszukujmy się, to nie były zwierzęta, które kiedykolwiek mogły wydawać się jej fascynujące. Musiała nadrobić te braki. - Nigdy nie przestaniesz mi tego wypominać, co? - Przewróciłaby oczami, gdyby miała je otwarte. Cóż, ten jeden, jedyny raz chybiła, a on nie chciał o tym zapomnieć. Korzystał z każdej nadażającej się okazji, aby przypomnieć mu o tym, skąd wzięła się blizna na jego nodze.

- Czyli były inne opcje, a ja mam skończyć jako dżdżownica? - Świat robaków był naprawdę rozległy, nie wątpiła w to, że znalazłaby jakiś ciekawszy okaz od dżdżownicy, ale w sumie skoro na nią padło jako pierwsze, to chyba wypadało trzymać się tej opcji, nie było sensu bardziej kombinować. Zresztą robak, jak robak i tak nie pożyje zbyt długo.

- To w sumie strasznie słabe, bo gdyby mnie nie widziano to nie mogłabym zostać najbardziej sławną dżdżownicą i zapisać się na kartach historii... - Zawsze chciała osiągnąć coś wielkiego, może bycie dżdżownicą samo w sobie nie było szczególnie ambitne, chociaż w sumie, kto miałby to oceniać. Liczyła się wyjątkowość.

- Sugerujesz więc, że to są po prostu cechy osobowości, a nie gatunku? - Może faktycznie coś w tym było, nigdy na to nie spoglądała w ten sposób, ale to by się zgadzało. Zdarzyło jej się go zadrapać, nie do końca umyślnie, chociaż może trochę tak. Lubiła naznaczać to, co należało do niej, więc czasem też poza paznokciami wbijała w niego swoje zęby. Niekoniecznie pod postacią skunksa. Bardzo dobrze wiedziała do czego zmierza.

Było jej błogo, dawno nie czuła się tak lekko, jakby faktycznie ich problemy nagle zniknęły przez jedno, drobne zaklęcie. Zdawała sobie sprawę, że to chwilowe, że byli nieco zamroczeni alkoholem, ale nie chciała tego przerywać, jeszcze nie teraz. Zresztą dosyć stanowczo powiadomiła go o tym, że chciałaby, aby to, co było między nimi wyglądało właśnie tak. Nie podobało jej się narzucanie sztucznych ram, trzymanie się na dystans, to im nie służyło. Lepiej było tak jak teraz, chociaż może to przynosiło złudną nadzieję, że naprawdę mogą jeszcze wrócić do tego, co mieli. Gdyby nie to, że Roise ujebał sobie coś innego pewnie byłaby taka możliwość, teraz? Cóż, wolała go nie pytać o to, dlaczego znowu to robił, dlaczego pozwalał jej leżeć wtuloną w jego pierś, napawać się tym znajomym zapachem, skoro tak usilnie wspominał o tym, że nie mogą tego robić, chociaż może ku temu służyły te dni, które mieli tutaj spędzić.

- Chętnie. - Musiały być cholernie słodkie, pamiętała, że często, kiedy się tutaj znajdowali korzystali z tego, co dawała im natura.

Otworzyła w końcu oczy, bo poczuła, że Roise zaczął się ruszać, żeby zdobyć dla nich te nieszczęsne jeżyny. Uniosła głowę i wpatrywała się w niego przez chwilę. - Na szczęście lato już się kończy i takie dodatki będą bardziej niż miło widziane, doceniłbyś moją obecność, gwarantuję Ci to. - Może futrzany szalik móglby wzbudzać kontrowersje u większości społeczeństwa, był to dosyć awangardowy dodatek, jednak ciepło jej skunksiego ciała w zimny, mroźny dzień na pewno mu by to wynagrodziło.

Widziała, że sięga ręką coraz dalej, dlatego też skupiła swój wzrok na butelce, którą oparł o swoje kolano. Asekurowała go, gotowa złapać ją w locie, gdyby pojawiła się taka potrzeba. Szkoda by było, żeby stracili bardzo cenny dla nich w tej chwili alkohol.

- Wolałabym chyba kaptur, jeśli mogłabym zadecydować, torba brzmi mocno ograniczająco. - Mógłby ją w niej zamknąć, żeby nie mogła reagować, a nie przecież o to chodziło, wolała mieć rękę na pulsie i mieć szansę pomóc mu podczas tych wędrówek po Ścieżkach, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Miała być tajną bronią, a nie eksponatem siedzącym w zamknięciu. Sama ta wizja wydawała się bardzo zabawna, w sumie nigdy nie próbowali czegoś podobnego, a przecież to było całkiem sprytne rozwiązanie.

Uniosła się do góry, kiedy usłyszała syknięcie. Najwyraźniej te jeżyny próbowały zrobić mu krzywdę, jak w ogóle śmiały. - Pokaż. - Fakt, nie ona była tutaj uzdrowicielem, ale była w stanie wyciągnąć kolec z rany, jeśli w niej utknął, one potrafiły być bardzo upierdliwe, tak samo jak drzazgi, które powodowały ciągły dyskomfort. Wyciągnęła nawet dłoń, nie spodziewając się odmowy. Mimo wypitego alkoholu obraz jeszcze jej się nie rozmazywał, byłaby w stanie więc pewnie wyciągnąć ewentualny kolec. - Swoją drogą czy powinnam im zrobić krzywdę za to, że odważyły się cię zranić? - Te jeżyny najwyraźniej nie wiedziały z kim zadarły.




RE: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 09.01.2025

Rozmawiali jak przyjaciele. Wymieniali coraz to głupsze scenariusze, przerzucali się różnorodnymi kolorowymi opcjami na to, co mogło a co nie mogło się stać. Kolejny raz mówili w dokładnie tym samym języku, jakby cokolwiek, co wydarzyło się między nimi tutaj w tym domu, tam w snowdońskiej jaskini, w Dolinie Godryka, w mieszkaniu Geraldine, na Carkitt Market czy przez ostatnie półtora roku...
...jakby to nie miało żadnego znaczenia.
A jednak przyjaźń nie powinna być melancholijna i smutna. Przyjaźń nie powinna być czymś, czego musieliby unikać równie mocno, co emocjonalnego, romantycznego zaangażowania. Nie powinna być czymś, co także musieli odrzucić, odsunąć od siebie jak najdalej wraz ze świadomością, że nie tylko nie powinni, ale wręcz nie mogli mieć nawet tego.
Bowiem w ich przypadku nigdy nie dało się oddzielić od siebie tych dwóch ról. A może nawet trzech? Być może więcej niż tylko trzech, bo kiedyś byli dla siebie niemalże wszystkim? Nieważne, co by zrobili lub czego by unikali, to nigdy nie mogłoby wypalić w ten sposób, w jaki teraz też nie było tak krystalicznie czyste i nieskomplikowane.
To był drugi raz w przeciągu dwudziestu czterech godzin, kiedy odnaleźli w sobie tamtych nieskomplikowanych ludzi gotowych tak po prostu znaleźć się obok siebie, prowadząc rozmowę. Wcześniej zrobili to tam na ganku, ale w tamtym momencie słowa płynące między nimi były dalekie od tej lekkości, jaką teraz mieli. Te tematy były lżejsze. Może dlatego, że nie miały żadnego związku z rzeczywistością?
Naprawdę łatwo było rozmawiać o czymś, co dotyczyło ich wyłącznie w jakimś karykaturalnym wyobrażeniu. W niczym więcej, tylko w rozbawionym spekulowaniu na temat czegoś, co nie miało się wydarzyć. Być może właśnie o to chodziło? Kiedy wszystko inne zdawało się ich dzielić, pozostawały wyłącznie bajki. Dzięki nim potrafili znaleźć się w innej rzeczywistości.
- Nie ma i nie będzie drugiej takiej dżdżownicy jak ty. Jesteś jedyną, którą mógłbym umieścić w moim kompostowniku - odmruknął zgodnie z życzeniem, ten jeden raz nie próbując wykrzywiać rzeczywistości, tylko opierając podbródek o czubek głowy Geraldine i przez moment przyciskając wargi do jej włosów.
Tyle było z rozdzielania przyjaźni od miłości, prawda? Nie mogli być sojusznikami, ale nie potrafiliby też przyjąć tej połowicznej roli w swoich życiach. Rozmawiali jak przyjaciele, ale ani słowa, ani gesty nie pasowały do platonicznej znajomości. Tym lekkim, rozbawionym, być może nieco bełkoczącym tonem mówili o rzeczach, które były dalekie od czegoś, co powinno łączyć przyjaciół. Nawet najlepszych.
- Na pewno mają jakieś otwory gębowe, nie? - Zmarszczył czoło, przesuwając palcem po boku Riny, zaznaczając ścieżkę dotyku na jej skórze i mrużąc oczy, bo za cholerę nie wiedział, jak powinien odpowiedzieć na to pytanie. - Poza tym ty na pewno miałabyś paszczę. Paszczę i bardzo długi jęzor. I nie, nigdy nie przestanę. Nawet z demencją, gdy będziemy już starzy i pomarszczeni, będziesz dla mnie tą jedyną dżdżownicą, która nie umie strzelać z kuszy - stwierdził, nie próbując namyślać się zbyt mocno, bo odpowiedź przychodziła sama.
Nawet po tylu latach. Tyłu okazjach, podczas których udowadniała mu swoje zdolności, wciąż zamierzał się przy tym upierać.
- To ty to powiedziałaś, nie ja - odruchowo wzruszył ramionami, co wyszło mu raczej średnio, zważywszy na to, że leżał przyciśnięty jej ciężarem spoczywającym mu na piersi. - Prawdę mówiąc, zaskoczyłaś mnie wyborem dżdżownicy a nie na przykład modliszki - tak, to bez wątpienia był bardzo niski żart, ale w razie potrzeby był jej w stanie przypomnieć, że sama wcześniej wielokrotnie szafowała tym określeniem.
Dla niego? Byle romantyk powiedziałby, że mogła być motylem, ale motyle w istocie były nieco obrzydliwe, wcale nie tak delikatnie i eteryczne, za jakie przyjmowali je ludzie. Siadały na rozkładającym się mięsie i miały raczej co najmniej średnie upodobania, więc nie. Dla niego?
- Mogłabyś być konikiem polnym - stwierdził, przyglądając się dziewczynie i jej zamkniętym oczom. - Albo jakimś naprawdę ładnym żukiem - takim z błyszczącym pancerzykiem, niebiesko-zielonym, lekko pobłyskującym na złoto, gdy padało nań słońce.
Choć w istocie robaki bardzo średnio do niej pasowały. Zdecydowanie wybierał tu skunksa, który wbrew temu, co mówiła, był dla niej niemalże idealny. A dżdżownice?
- Byłabyś dżdżownicą skrytobójcą. Miałabyś respekt w środowisku. Obawianoby się ciebie tym bardziej, że nikt nie wiedziałby jak wyglądasz - roztoczył przed nią tę jakże malowniczą wizję, palcami zataczając niewielkie kółka na jej ciepłej skórze pod koszulą, pod którą tak bezwiednie wsunął palce.
Kolejny raz mówiąc o czymś na pograniczu przyjaźni i tego, co fizycznie nie pozwalało im spróbować pozostać w tej platonicznej sferze. Wszystkie gesty świadczyły o tym, że nie wytrzymaliby ani jednego dnia. Szczególnie teraz, gdy poznali również te zakamarki swojej duszy. Te instynkty, odruchy, ten sposób, w jaki przez lata zaznaczali przynależność. Kiedyś miesiącami udawało im się unikać bezpośredniego fizycznego kontaktu. Teraz? Nie dało się do tego wrócić. Zresztą nawet by tego nie chciał.
- Tak, dokładnie tak. Skunksy nie mają z tym zbyt wiele wspólnego - uśmiechnął się pod nosem, pociągając spory łyk alkoholu z butelki i wyciągając ją ku Geraldine, gotów uraczyć ją whisky.
Być może nie powinni aż tyle pić, ale odkąd się tu znaleźli, popijając i leżąc z twarzami wystawionymi na słońce, pojawiła się błogość. Trudne myśli zaczęły odsuwać się w cień. I nawet, jeśli gdzieś tam pozostała pewna melancholia, teraz miała całkiem słodkie zabarwienie.
Czy to była nadzieja? Czy karmienie się złudzeniami?
Nie pytał, nie myślał. Wyciągnął rękę ku jeżynom, czując ich lepki sok na palcach. Tak jak wielokrotnie wcześniej, choć teraz był bardziej rozkojarzony. Nie patrzył w tamtym kierunku, zbierając owoce na dotyk, co szło mu zadziwiająco łatwo. Ale przecież nie robił tego po raz pierwszy.
- W to nie wątpię - nie usiłował ukrywać, że pewnie tak, doceniłby obecność Geraldine; owiniętej wokół szyi czy nie, nawet teraz było mu całkiem błogo, gdy czuł ciepło bijące od niej a jej włosy łaskotały go w nos. - Byłabyś bardzo stylowym dodatkiem, tylko trochę wątpię w to, czy potrafiłabyś udawać kołnierz - znacząco uniósł brew, kląskając językiem o podniebienie. - Jesteś na to zbyt ciekawska. To musiałaby być torba albo kaptur, szczególnie tam. W tamtym miejscu - sam sobie kiwnął głową, jednocześnie bez wahania rozwiewając tę kolejną wątpliwość. - Zamówilibyśmy taką otwieraną od wewnątrz. Z ukrytym okienkiem i tak dalej, choć kaptur? Wiesz jak to jest na Ścieżkach - w istocie nawet przez chwilę nie zamierzał pytać, jak bardzo zdążyła je poznać - bywają tam bardziej osobliwe widoki niż ruszający się garb w kapt - urze, pewnie by dokończył, gdyby nie ostry, piekący ból, jaki nagle rozszedł się po jego ręce.
Niemal odruchowo przyłożył wargi do tego miejsca, gwałtownie cofając rękę i wypuszczając jeżyny z dłoni. Nie kontrolował już butelki alkoholu opartej o kolano ani niczego innego. Zwłaszcza dopóki nie dotarły do niego słowa Yaxleyówny, na którą spojrzał zmieszany, mierząc wzrokiem wnętrze jej dłoni wyciągnięte ku niemu.
Z nieznacznymi oporami, łypiąc na Geraldine w taki sposób, jakby w swojej mocno nietrzeźwej głowie analizował to, czy powinien pokazać jej swoją rękę, ostatecznie wyciągnął ku niej dłoń. Bardzo powoli i z miną, której nie chciał robić, nie panując jednak nad wydęciem warg i mimowolnym wykrzywieniem ust w podkówkę.
O dziwo, nie stwierdził jednocześnie, że to nic takiego. Nie mówił, że boli, ale kurwa, zabolało. Po prostu pokazał Yaxleyównie dłoń z wnętrzem upapranym słodkim sokiem z jeżyn, na której mogła dostrzec różowiejący, puchnący ślad w postaci dwóch kropek.
- Mhm - odruchowo odmruknął, przez cały ten czas w dalszym ciągu zwalając ból na te jebane jeżyny, bo nie spuścił wzroku na swoją rękę. Przez cały czas w dalszym ciągu patrzył na Rinę.


RE: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.01.2025

W ich przypadku sama przyjaźń po prostu nie była możliwa. Bez względu na to, jak bardzo próbowaliby się tego trzymać, to nigdy nie mogło się udać. Nie po tym, kiedy sięgneli po co coś więcej. Czy tego chcieli, czy nie, nie potrafiliby w tym przypadku postawić sobie granicy. Może z początku próbowaliby się trzymać ustaleń, ale to przecież też już mieli za sobą. Wiedzieli, że nie potrwałoby to długo. Zreszta nie chciała mieć samej przyjaźni, to byłoby dużym spadkiem w porównaniu do tego, co mieli sobie do zaoferowania, co już sobie dawali.

Nie zmieniało to jednak faktu, że dobrze było wrócić chociaż na chwilę do tych mało skomplikowanych rozmów, które kiedyś były dla nich codziennością. Lekkość z jaką się w tym odnaleźli naprawdę była niesamowita, zdecydowanie tego potrzebowali, aby odetchnąć. Przestała czuć między nimi te napięcie, które nie chciało ich opuścić, jakby oczekiwali na kolejną burzę, to minęło, przynajmniej chwilowo.

- Dziękuję, zapamiętam to sobie, gdy faktycznie zamienię się w dżdżownicę to Cię odnajdę. - Pewnie sam by ją znalazł, zostali na siebie skazani, czy tego chcieli, czy nie, nic nie mogło zniszczyć tej więzi, która między nimi była. Zawsze będzie ich do siebie ciągnąć, pod każdą postacią, nawet jeśli zamierzaliby siebie unikać.

- Musi mieć, chyba, musi? - Sama zaczynała wątpić w to, jak wyglądała dżdżownica. Może powinna złapać tę, którą widziała tu chwilę temu, żeby przyjrzeć się stworzeniu bardzo dokładnie. To było szansą na uzupełnienie jej braków związanych z budową organizmu robaka... - To prawda, nie tak łatwo jest się pozbyć tej niewyparzonej gęby. - Kącik ust drgnął jej w uśmiechu, nie uważała swojego długiego jęzora za wadę, wręcz przeciwnie zawsze traktowała to jako zaletę. Przynajmniej była szczera i nie tłumiła w sobie negatywnych emocji. - Kiedyś, zmienisz zdanie na ten temat, tylko musi nadarzyć się okazja, abym zrobiła coś efektownego, co przyćmi tamten nieszczęsny dzień. - Chociaż, czy cokolwiek byłoby w stanie to zrobić? Pewnie nie, miał w końcu ślad na ciele po tamtym pamiętnym popisie, którego nie pozbędzie się pewnie nigdy. Powinna się więc pogodzić z tym, że ciągle będzie do tego wracał...

- Modliszka byłaby zbyt oczywista, nie sądzisz. - To nie tak, że zżerała swoich kochanków, nie wszystkich, ale zapewne byłaby pierwszym wyborem dla wielu osób, które miałyby ją przyrównać do robaka, Yaxleyówna jednak lubiła zaskakiwać, chociaż czy dżdżownica była w jakikolwiek sposób zaskakująca? Też nie.

- Konik polny? Skakałabym cały dzień bez celu, to już wolę użyniać glębę, albo kulać swoją kulkę jako żuk. - Okazywało się, że żywot niektórych robaków wydawał się być bardziej atrakcyjny od tego innych. Nigdy nie sądziła, że wda się w taką fascynującą rozmowę na temat tego, jakby to było być jednym z nich. Cóż, rozważanie o tym, co miało się nigdy nie wydarzyć przychodziło im z lekkością, chociaż nawet w tym nie ignorowali tego, że pod tą postacią miałaby należeć do niego.

- To jest bardzo sprytne, nie wiedzieliby kto jest odpowiedzialny za ewentualne ataki, chyba dżdżownicza wersja wygrywa z każdą inną. - Całkiem przyjemnie jej było odpływać od tej szarej rzeczywistości czując pod głową każde jego uniesienie piersi, delikatny dotyk opuszek palców, które przemierzały jej plecy. Przekraczali granicę, którą sobie wyznaczyli, w sumie chyba już i tak dzisiaj zdążyli zanegować jej istnienie. Nie chciała od tego odchodzić, naprawdę lubiła to, że potrafili być ze sobą tak blisko. Cieleśnie i mentalnie, razem to tworzyło niesamowitą więź.

- Łatwo było to na nie zwalić. - Cóż, niekoniecznie była gotowa mierzyć się z tym, jak wyglądały jej typowe zachowania, szczególnie teraz.

Sięgnęła po butelkę, którą wyciągnął w jej stronę i upiła z niej spory łyk. Robiła się coraz bardziej pijana, ale pijana i szczęśliwa, co ostatnio raczej nie miało miejsca. Upijała się na smutno od jakiegoś półtora roku, więc to też było wyjątkowe.

Nie miała pojęcia, co tym razem sobie robili, chciała nacieszyć się tą błogą chwilą, więc wolała się nad tym nie zastanawiać, nie kiedy było im tu razem tak dobrze. Wrócą do tego później, co może okazać się być bardzo bolesne, szczególnie jeśli przyjdzie wraz z kacem, ale powinni jakoś sobie z tym poradzić, zawsze sobie radzili, ewentualnie prześpią pierwsze przemyślenia, to też było jakimś rozwiązaniem.

- To prawda, pewnie ciężko byłoby mi się nie ruszać, wiesz jak jest. - Znał ją jak nikt inny, miał świadomość, że lubiła wtykać nos w nieswoje sprawy, a poruszający się kołnierz, cóż - to dopiero mogłoby zwrócić na siebie uwagę. - Okienko mogłoby mnie przekonać, chociaż i tak uważam, że kaptur to lepsza opcja, bardziej przystępna? - Chyba o to jej chodziło, mogłaby od razu reagować, nie zwlekać, czasem sekundy mogły być bardzo znaczące, szczególnie w miejscu takim jakim były Ścieżki.

Nim wyciągnęła rękę w jego kierunku złapała butelkę z alkoholem, która niemalże znalazła się na ziemi. - Uratowana. - Mruknęła do siebie pod nosem, a później dopiero przeszła do Roisa. Priorytety to rzecz ważna. Alkohol mógł okazać się towarem deficytowym, więc warto było go chronić.

Widziała jego wahanie, wpatrywała się w niego więc bardzo intensywnie, aby go przekonać do tego, żeby nie obawiał się pokazać jej tej nieszczęsnej ręki, w końcu zadecydował się to zrobić.

Złapała ją bardzo delikatnie, aby nie zrobić mu krzywdy, przysunęła sobie do twarzy, aby dokładnie się jej przyjrzeć. Sok z jeżyn całkiem skutecznie utrudniał jej rozeznanie się w tym, co właściwie mu się przytrafiło. Wreszcie dostrzegła opuchnięcie i dwa ślady, które raczej nie były spowodowane przez jeżyny. Przeniosła wzrok w stronę jeżyn, gdzie zauważyła ruch, coś się od nich oddalało, uniosła się nieco wyżej, żeby spróbować dostrzec, co to mogło być i zauważyła charakterystyczną, trójkątną głowę. Przeniosła spojrzenie na Ambroisa, nie chciała rzucić się za wężem, bo chyba wolała udzielić mu wsparcia. Później najwyżej pozabija wszystkie węże które znajdzie na wrzosowisku.

- Nie panikuj. - Zaczęła całkiem zgrabnie, no oczywiście, że nie będzie panikował, jeśli mu o tym wspomniała. - Wydaje mi się, że to nie były jeżyny, coś Cię ugryzło, dokładniej wąż. - Brzmiało to absurdalnie, ale faktycznie tak się stało. - Kręci ci się w głowie? - Czy w ogóle powinna zadawać to pytanie, zważając na to, że wlali w siebie sporo alkoholu to mogło mu się kręcić w głowie także od niego. - Nie mam pojęcia, czy wstrzyknęła jad, mogę go wyssać? O ile masz go w dłoni? - Starała się nie panikować, ale była naprawdę chujowym specjalistą od medycyny.