Secrets of London
[04.09.1972] The Undersea World of Geraldine Yaxley || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [04.09.1972] The Undersea World of Geraldine Yaxley || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4441)

Strony: 1 2


[04.09.1972] The Undersea World of Geraldine Yaxley || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 02.02.2025

adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

04.09.1972, wczesny wieczór, Whitby, Piaskownica
Za oknem szalała wrześniowa burza, deszcz spadał z ciemniejącego nieba niczym z polewaczki. Wiatr wdzierał się w szczeliny drewnianych futryn i pęknięcia okiennic, od czasu do czasu zawodząc głośno, w innej chwili niemal całkowicie cichnąc. Deszcz z impetem zacinał w okna. Lodowate krople uderzały o szyby, tworząc na nich rozmyte wzory. Kominek płonął jasno a zapach pieczeni cielęcej oraz prażonych jabłek unosił się w powietrzu, przyjemnie łącząc się z aromatem grzanego cydru.
Siedział z ukochaną przed telewizorem, tym razem nie stroniąc od kontaktu. Nie wprowadzając między nich dystansu, przynajmniej nie fizycznego. Oboje milczeli, jednak gdy tylko znaleźli się na kanapie, Ambroise bez słowa otulił pledem kolana Geraldine, ściągając na nich również gruby koc. Objął ją ramieniem, pozwalając dziewczynie przejąć kontrolę nad pilotem.
Patrzył w ekran, choć jego myśli krążyły daleko stąd w odmętach ponurych wspomnień. Uciekając od prawdziwych uczuć, starał się udawać zainteresowanie programem. Obraz był nieostry, przerywany śnieżeniem, jednak Greengrass uparcie wbijał w niego wzrok, świdrując spojrzeniem postaci ludzi wyświetlane za szkłem.
Jego wolna ręka spoczywała pod grubym kocem na udzie Geraldine, co jakiś czas pocierając je delikatnie, jakby chciał ją uspokoić. Sam nie wiedział, z jakiego powodu. Czy w obliczu chwilowej burzy za oknem, czy tej obecnie targającej ich życiem. Nie dopuszczał do siebie myśli, że robił to też dla siebie, starając się w ten sposób ukoić nie tylko ją, ale i swoje własne myśli. Po prostu ją przytulał, trwając w jednej pozycji: niemal machinalnie opierając plecy o kanapę a policzek o włosy Riny. Schnące po tej całkiem długiej, ciepłej kąpieli, podczas której on zajął się przygotowywaniem obiadu (a może wczesnej kolacji?) wstawionego do pieca. Sam zadowolił się tylko szybkim prysznicem zanim znaleźli się w salonie.
Nie miał nastroju na rozmowę. Ona chyba też nie. Milczeli, pozwalając sobie na niemal całkowite pogrążenie się w ciszy przerywanej wyłącznie monotonnym bębnieniem deszczu o okno. Od czasu do czasu bardziej intensywnym przez powiew wiatru, jednak przez większość czasu całkiem rytmicznym. Burza nie ustawała. Lato, które jeszcze niedawno wydawało się nie mieć w planach odejścia, teraz powoli ustępowało miejsca jesieni. Chłodnym wiatrom i melancholijnym myślom.
Zmierzch wkradał się do pomieszczenia, pomimo ciepłego blasku rozpalonego kominka zlewającego się ze złotą poświatą rzucaną przez pojedynczą zapaloną lampę Tiffany - miły, domowy akcent, może nieco zbyt elegancki jak na to pomieszczenie, jednak paradoksalnie wyjątkowo do niego pasujący. Na zewnątrz było już niemal całkowicie ciemno. Czarne chmury niosły wrażenie, jakby nadeszła już późna noc, choć w istocie nie było jeszcze siedemnastej.
Prócz dwóch źródeł światła rozpraszających ciemny wieczorny klimat, jedynym pozostałym źródłem światła (prócz okazjonalnych błysków piorunów widocznych przez okno) była blada, nieco niebieskawa łuna bijąca od włączonego telewizora. Obraz na starym sprzęcie niemal nieustannie śnieżył. Dźwięki były częściowo urywane, odrobinę zniekształcone. Zapewne przez pogodę, choć nawet bez burzy zazwyczaj mieli tu naprawdę słabe warunki do oglądania telewizji - spuścizny po poprzednich właścicielach.
- Kk-kim w końcu... ...naukk-kkowiec? T-to ciekawski... ...człowiek zagląd-d... ...przez dz-ii-iurkę od klucza... ...d-d-d... ...od klucza natury, i próbujący dowiedzieć się, co się dzieje. - prawdopodobnie powinni postarać się o wymianę telewizora na nowy, bo brzmiał jak były-niedoszły przyjaciel Geraldine, choć zapewne w jednym ze swoich tak zwanych lepszych dni. O poprawienie anteny na dachu. O zrobienie tych wszystkich rzeczy, które chyba robiło się z takimi sprzętami. A jednak przecież nie zamierzali zostać tu na tak długo, aby przejmować się tak trywialnymi kwestiami, czyż nie? Ani tym, ani uschniętym filodendronem stojącym w doniczce nad telewizorem czy całkowicie zasuszoną olbrzymią juką - również w zasięgu wzroku, niemal tuż przy komodzie.
Pomieszczenie wypełniały dźwięki deszczu, który zacinał w okna i drewniane okiennice, dając wrażenie, jakby ich małe schronienie było niemal całkowicie odcięte od zewnętrznego świata. Tylko oni, kubek ciepłego cydru z wanilią i cynamonem w jego lewej dłoni. Zapach powoli dochodzącej pieczeni jagnięcej i prażonych jabłek. No i Jacques-Yves Cousteau usiłujący przekazać im informacje o morskich stworzeniach, nieustannie walcząc na ekranie o dominację ze skutkami przechodzącej burzy.
Na starym telewizorze leciał dokument, obraz lekko śnieżył z powodu burzy, ale Ambroise nie zwracał na to uwagi. Jego wzrok błądził po ekranie, podczas gdy myśli krążyły wokół spraw, które go trapiły. Zdecydował się na tę udawaną ciekawość, na wyrażenie chęci kultywowania niegdysiejszej tradycji oglądania razem wieczornych przygód morskiego badacza, by wypełnić ciszę między nimi, nie chcąc poruszać trudnych tematów.
W jego myślach kłębiły się ponure refleksje, ale w dalszym ciągu był na tyle przytomny, by nie pozwolić sobie odpłynąć za daleko. W pewnym momencie machinalnie poprawił otulony wokół nich koc, chcąc zapewnić Geraldine trochę więcej ciepła. Pochylił się przy tym nieco bardziej niż wymagało tego to, co robił. Bezwiednie pocałował ją we włosy, nie odrywając wzroku od telewizyjnego obrazu, po czym ponownie oparł się o oparcie kanapy, wyciągając nogi na ławie.
Był pogrążony w tych wszystkich rozważaniach, do których niemal idealnie pasowała atmosfera na zewnątrz. Burza za oknem wydawała się odzwierciedleniem jego wisielczego nastroju. Była pełna gniewu i chaosu - tak jak emocje, które go dręczyły. Mimo że oboje milczeli, atmosfera była nasycona emocjami, które zdawały się wypełniać każdy kąt tego małego świata. Ich małego świata, chyba jeszcze wciąż ich...


RE: [04.09.1972] The Undersea World of Geraldine Yaxley || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 02.02.2025

Wrócili do domu nim burza rozszalała się na dobre. Zebrali się z plaży w odpowiednim momencie, tuż przed tym jak zaczęła się prawdziwa zawierucha. Nie zachęcała ona do opuszczenia tego miejsca, jasne mogli się teleportować i wrócić do rzeczywistości, ale ponownie ustalili, że tego nie zrobią. Właściwie to znowu nie padły między nimi żadne konkrety, Roise powiedział, że nie zniknie stąd dopóki ona tego nie zrobi, a ona? Ona jeszcze nie wiedziała, kiedy powinna się zebrać. Na pewno nie dzisiaj, to jeszcze nie był odpowiedni moment, zresztą sprowadziła tu psy, bez sensu byłoby łażenie z nimi to w jedną, to w drugą stronę.

Ciepła kąpiel rozgrzała jej wymarznięte ciało, nadal była zmęczona, brakowało jej sił po tym, co się wydarzyło tego dnia. Liczyła na to, że noc to zmieni. Nie miała w zwyczaju odpoczywać, raczej rzadko zdarzało jej się spędzać czas na leżeniu i patrzeniu w eter nie robiąc przy tym niczego konkretnego, ale wyjątkowo miała ochotę to robić. Kiedyś spędzali czas w ten sposób, te wieczory, kiedy pogoda nie dopisywała i na zewnątrz zaczynał szaleć żywioł. Zdarzało się to dość często, nadmorski klimat bowiem bywał kapryśny, wystarczyło pół godziny, a pogoda mogła zmienić się o sto osiemdziesiąt stopni. Taki już był urok tego miejsca.

Na kanapie było jej całkiem wygodnie, wpatrywała się w pudło, znaczy ten śmieszny mugolski przedmiot, który odkryli na samym początku swoich wizyt w tym miejscu, okazało się, że nawet Yaxleyówna potrafiła znaleźć tam cos do obejrzenia. Z czasem zaczęła namiętnie oglądać programy o zwierzętach, jak przystało na prawdziwą pasjonatkę najróżniejszych stworzeń. To był sposób na to, aby zupełnie się odmóżdżyć, nie myśleć o tym, co działo się wcześniej. Może obraz nie był najlepszej jakości, dźwięk też nie należał do doskonałych, ale był to całkiem przyjemny sposób na spędzenie tego trudnego wieczoru.

Ktoś mówił coś w tle, ona nie musiała dzięki temu prowadzić konwersacji z Roisem, na to pewnie miał przyjść jeszcze czas. Mieli sobie sporo do wyjaśnienia, to na pewno, ale nie chciała tego robić teraz, za bardzo zmęczył ją ten dzień.

W domu unosił się zapach przygotowanego obiadu, a może już kolacji, jak zawsze mężczyzna zadbał o to, żeby nie była głodna, troszczył się o nią, jak miał w zwyczaju. Tym razem siedzieli razem, jak w przeszłości, mogła wtulać się w jego ciepłe ciało, korzystać z tej bliskości. Nie wyznaczyli sobie kolejnej niewidzialnej granicy, nie tym razem.

Wydawała się być całkiem mocno zainteresowana tym, co oglądali, chociaż czy na pewno? Trudno było jej się skupić na treści jaką przekazywał mugol, jej myśli wędrowały gdzieś daleko, Cain, Widma, Ambroise, Astaroth. Naprawdę miała się czym przejmować. Powinna odpuścić chociaż na chwilę, ale chyba dosyć mocno się na tym zafiksowała, ciężko jej było się skupić.

Uśmiechnęła się delikatnie, gdy poczuła usta Ambroisa na swoich włosach. Ponownie zachowywali się jak dawniej, nie wiedzieć czemu, chociaż przecież nie powinni tego robić. Znowu zaczynali zamykać się w swojej własnej bańce, która była daleka od rzeczywistości. czy to było właściwe, no nie do końca, ale tak było łatwiej. Spędzić kolejny wieczór opierając się na iluzji, bo przecież to nie miało być prawdziwe. Najwyraźniej jednak właśnie tego potrzebowali, mimo tej sprzeczki i nie do końca pozytywnego nastawienia, gdy znaleźli się dzisiaj po południu w Piaskownicy.

Obecność Roisa przynosiła poczucie bezpieczeństwa, jego dotyk pomagał jej chociaż odrobinę uporać się z tymi niewygodnymi myślami, które nie chciały jej opuścić, przynajmniej nie była tutaj sama, nie musiała się martwić tym, że demony ją nawiedzą i nie będzie w stanie sobie z nimi poradzić, z nim to było prostsze, łatwiejsze.

- Ci mugole są niesamowici, nie sądzisz, że tworzą te swoje urządzonka, żeby móc eksplorować głębiny, że też im się chce. - Rzuciła w eter w sumie, żeby przerwać ciszę, nie mogli spędzić całego wieczoru, czyż nie? Łatwiej było zacząć dyskusję o niczym.




RE: [04.09.1972] The Undersea World of Geraldine Yaxley || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 02.02.2025

Milczeli przytuleni na kanapie. Zupełnie tak, jakby to był po prostu kolejny z tych błogich i spokojnych wieczorów, gdy za oknem szalała burza a oni zaszywali się w ciepłym salonie przy kominku. Sami bardzo spokojni i wyciszeni, cisi, bo przecież mogli sobie na to pozwolić. Byli szczęśliwi.
Kiedyś na pewno. Teraz wydawało się to być tylko odległym złudzeniem. Nieważne jak bardzo przypominało to tamte chwile. Milczenie panujące między nimi było zbyt gęste. Ruchy nazbyt sztywne a wzrok za bardzo skupiony na ekranie. Niemal drgnął na dźwięk głosu Yaxleyówny. To też nie było normalne.
- Wystarczyłoby trochę skrzeloziela - stwierdził, pierwszy raz od dłuższej chwili przenosząc wzrok na twarz Geraldine, choć w istocie nieświadomie nie ukrywał tego, że patrzył nie na nią a przez nią.
Niemalże na wylot, jakby była co najmniej półprzezroczysta. Skierował spojrzenie na okno, dopiero tam zawieszając wzrok na konturach dziewczyny odbijających się w ciemnej szybie. Jego dłoń bezwiednie przesunęła się na udzie Yaxleyówny, palce zacisnęły się na miękkim materiale spodni i na troczkach, których końcówki w tym momencie wydały mu się naprawdę interesujące.
Kolejny wymysł mugoli, nie? Dwa małe sznureczki, ale zakończone metalowymi elementami blokującymi się w wąskich dziurkach. Pozwalające dopasować ubranie do talii, dzięki czemu nie trzeba było szukać odpowiedniego skórzanego paska (zresztą tutaj i tak wyglądałby głupio i byłby nieporęczny) ani szyć ubrania całkowicie na wymiar. Pod tym ostatnim wyglądem nigdy zbytnio nie rozumiał tych ludzi. Całe życie musiał korzystać z usług krawca. Wydawało mu się to wręcz niezbędne do tego, by wyglądać dobrze.
Tymczasem mugole zupełnie nie przykładali do tego uwagi. Masowo produkowali swoje śmiesznie kolorowe ubrania. Rzucali je na półki albo tak jak w tym wypadku - na bazarowe stoły rozkładane pod gołym niebem w ostrym słońcu orientu. Śmieszna sprawa, że przywędrowały z nimi tak daleko. W formie zabawnego żartu, idiotycznego zakupu, ale w tym momencie jednej z nielicznych naprawdę wygodnych rzeczy do spędzania czasu zwiniętym na kanapie.
Prawdopodobnie znacznie wygodniejszych niż jego dresowe spodnie, które też należały do całkiem niepoważnych decyzji ze względu na kolor, w jakim były, jednak cholernie dobrze siedziało się w nich w takich chwilach. Kiedyś na tyle częstych, że stanowiły pewnego rodzaju tradycję. Formę rutyny czy nawet swoistego rytuału na paskudną pogodę na zewnątrz.
Zaszywali się w domu pod kocem, wtuleni w siebie nawzajem bez potrzeby zastanawiania się, czy to właściwe. Po prostu obejmowali się nawzajem, opierając się o siebie i trwając tak do późnych godzin wieczornych. Jeśli to było możliwe, rozpalając w kominku i rozkoszując się ciepłem kontrastującym z deszczem i zimnem na zewnątrz. Czasami zasypiając na kanapie i budząc się w środku nocy, czasem znajdując w sobie na tyle rozsądku i siły, żeby zwlec się i przejść do łóżka.
Zazwyczaj to były bardzo ciche wieczory. Niemalże takie jak ten teraz. Wypełnione odgłosami gniewu natury szalejącego za oknem i dźwiękami płynącymi z telewizora. Tego magicznego niemagicznego pudełka, którego rozpracowanie zajęło im całkiem sporo czasu, ale później zaczęło przynosić leniwą, mało wymagającą rozrywkę.
Zazwyczaj w postaci dokumentów o zwierzętach, na które Ambroise sam nie do końca wiedział, kiedy się zgodził. Nie pamiętał momentu wyrażenia chęci ku spędzaniu czasu na zgłębianiu tajemnic. Głównie morskich, co akurat całkiem pasowało do otoczenia ich domu. Mgliście pamiętał, że miały z tym coś wspólnego tamte fluorescencyjne punkciki w wodzie. Nim się obejrzał, potrafił tak po prostu przez kilka godzin obejmować dziewczynę na kanapie, słuchając o stadnym życiu fok i tym, jakimi w istocie skurwielami bywały te słodkie zwierzątka.
Nie protestował ani nie próbował wymigać się przed tymi małymi chwilami. No, może na samym początku trochę tak, jednak po paru kolejnych razach po prostu zaakceptował to jako element ich nowej rzeczywistości. Na zewnątrz zaczynało robić się nieprzyjemnie, grzmiało i padało. W domu nie było żadnych pilniejszych rzeczy. Dochodziła odpowiednia godzina, więc zaszywali się przed telewizorem. To było...
...ich. Może teraz myślał o tym w pewien przesadnie sentymentalny (zwłaszcza jak na niego) sposób, ale brakowało mu także tych chwil. Nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Z potrzeby odzyskania tej odrobiny spokoju. Z tego, że urywane, szumiące brzmienie tego konkretnego głosu płynące z głośników telewizora było dla niego zadziwiająco miłe. Nie znał żadnego z tych mugoli, wcale nie chciał ich poznawać, ale ich lubił.
Lubił ich za te wszystkie chwile. Za ciszę, jaką wypełniali swoimi śmiesznymi z perspektywy czarodzieja zachowaniami i wytworami. Wystarczyło przecież trochę skrzeloziela. Zaklęcie bąblogłowy. Kombinezon wykonany ze skóry smoka morskiego (który, jak się kiedyś dowiedział, wcale nie był smokiem) i wszystkie ich wielotygodniowe przygotowania dało się zakończyć w zaledwie dzień czy dwa.
A jednak mugole musieli radzić sobie zupełnie inaczej. To było aż dziwne, że przez tyle lat pracy i przy tak prężnie rozwijających się badaniach oraz całkiem sporej medialnej karierze w otoczeniu tych konkretnych nie znalazł się jeszcze żaden zaciekawiony czarodziej. Choć tak właściwie to cholera wiedziała. Być może tam był, kryjąc się w cieniu i odpowiadając za co najmniej znaczną część sukcesów. To była całkiem niezła myśl.
Jedna z bardziej pozytywnych, jakie przelotnie przeleciały Greengrassowi przez głowę przez ostatnie kilka godzin. Wszystkie inne były raczej równie markotne i ponure, co jego spojrzenie i zewnętrzne reakcje. Nawet te teraz, gdy wreszcie powrócił do tu i teraz, przestając patrzeć przez Rinę i odnajdując jej oczy. Bardzo powoli kiwnął głową, starając się unieść kąciki ust.
- Całkiem sprytnie to sobie wykombinowali - przyznał, tym razem wykazując trochę więcej uznania dla odkrywców.
W końcu na nie zasłużyli. Ich praca pozwalała zarówno jemu, jak i jego towarzyszce tak po prostu milczeć. Nie musieć rozmawiać, nie próbować poruszać trudnych tematów. Odzywając się, przerywając ciszę, lecz po to, by wypełnić ją paplaniną. Tym razem nie bezsensowną. Tym razem niezbędną.
- Nie są przypadkiem w Ameryce Południowej? - Spytał dla podtrzymania tematu, przenosząc na chwilę wzrok na ekran, jednak niemal od razu powracając nim do dziewczyny.
Sam nie do końca wiedział, co chciał tym osiągnąć. Nawiązać do tematu sprzed kilku dni? Skłonić ją do opowiadania jakiejś historii z tamtych wypraw? Czy to w ogóle miało jakiś sens?


RE: [04.09.1972] The Undersea World of Geraldine Yaxley || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 02.02.2025

To nie była dla nich nowa sytuacja, zdarzało im się to wcześniej, tyle, że aktualnie Yaxleyówna miała wrażenie, że jest to kolejna cisza przed burzą. Czuła, że prędzej, czy później pojawi się chaos podobny do tego, który panował aktualnie za oknem.

Wiedziała, że będą musieli jakoś to przetrwać, chociaż przeczuwała, że tym razem faktycznie nie będzie co zbierać, zniszczenia, które się między nimi pojawiły już były zauważalne gołym okiem, zapewne będzie jeszcze gorzej, więc warto było się nacieszyć tym pozornym spokojem. Nie, żeby jej to wystarczało, ale aktualnie chyba nie miała innego wyboru. Chciała po prostu przetrwać ten chujowy dzień i noc, która powoli się zbliżała. Starała się uspokoić emocje, które się w niej gromadziły, ale to wcale nie było takie proste. Na szczęście mogła się skupić chociaż na tym programie, który leciał w mugolskim urządzeniu. Nie, żeby dzisiaj zależało jej na tej treści, którą ten śmieszny mugol miał do zaoferowania.

- Albo bąblogłowy. - Cóż, podsunęła sposób, który wydawał jej się być najprostszy, jako, że zazwyczaj sięgała po te metody, które były jej najbardziej znane, więc gdyby ona miała wybierać, to skorzystałaby z magii kształtowania. W ten sposób eksplorowała przecież w sierpniu głębie jeziora w Windermere, to się sprawdziło.

Poczuła dłoń przesuwającą się po jej udzie, zmierzającą ku zakończeniu spodni, zesztywniała na chwilę, ale Roise najwyraźniej zamierzał zająć czymś ręce i postanowił to zrobić przy pomocy tych śmiesznych troczków, z których korzystali mugole. Piaskownica była pełna fantów, które przywozili ze swoich krótkich lub dłuższych wypraw za granice kraju, te spodnie były pamiątką jednej z takiej wycieczek. Może na co dzień nie pokazałaby się w czymś tak pstrokatym, jednak były całkiem wygodne jeśli chodzi o leżenie na kanapie i nie robienie niczego.

Dokumenty o zwierzętach przynajmniej nieco ją interesowały, nawet jeśli nie były to magiczne zwierzęta, jak się okazało można się było z nich dowiedzieć ciekawych faktów, zwłaszcza, że był to temat jej bliski od lat. Może nie do końca przemawiały do niej te sposoby w jaki mugole badali oceany, bo przecież byli w tym bardzo ograniczeni, ale podziwiała ich za to samozaparcie, jakoś zawsze umieli radzić sobie bez magii. Gdyby tylko wiedzieli, jak naprawdę wyglądał świat. Sama Yaxleyówna była skłonna nawet udać się na jakąś konferencję, aby posłuchać tych śmiesznych, starszych mężczyzn na żywo, gdy opowiadali o tym, co widzieli na własne oczy, nigdy jednak nie udało jej się zrealizować tego planu.

Było jej całkiem miło i przyjemnie, kiedy siedziała w jego ramionach na tej kanapie, wszystko wydawało się być właściwe, jak dawniej, gdyby nie to, że nawiedzały ją te wszystkie okropne myśli, których nie mogła się pozbyć, mimowolnie oparła głowę na ramieniu Roisa, chcąc znaleźć się jeszcze bliżej niego. Tak po prostu, bo na tym jej zależało tego wieczora, nie chciała czuć się samotna. Nie musieli rozmawiać, mogli milczeć, przynajmniej jak na razie.

- Muszą sobie jakoś radzić z tym wszystkim, a mają zdecydowanie mniej możliwości. - Nigdy nie zastanawiała się nad tym, jakby to było, gdyby ona nie miała w sobie magii. Ich rodzina posiadała ją od pokoleń, czy byłaby sobie w stanie poradzić w ich świecie? Pewnie tak, tam na pewno też potrzebowali myśliwych, w końcu mieli te swoje zwyczajne zwierzęta.

Przeniosła wzrok na ekran, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. - Tak, są w Ameryce Południowej, to Zatoka Guanabara w Brazylii. - Przynajmniej tyle udało jej się wywnioskować.

- Lubię Amerykę Południową, można tam spotkać naprawdę interesujących ludzi, szczególnie w Puszczy Amazońskiej, mieszka tam wiele plemion, również tych magicznych, są oddaleni od cywilizacji, dzięki czemu ich magia jest zupełnie inna od tej naszej. - Zaliczyła kilka dłuższych wypraw w tamte regiony, nie sądziła jednak, że kiedyś jej się znudzą.

Usłyszała ciche kroki, niemalże niezauważalne uniosła więc wzrok, aby zobaczyć, kto jest sprawcą tego zamieszania. Psy leżały niedaleko kanapy, właściwie to już dawno spały, więc to musiał być kolejny członek ich tymczasowego stada. Ambroise wspomniał jej o kocie, ale jeszcze go nie widziała w Piaskownicy. Najwyraźniej nie przepadał za towarzystwem, w końcu zobaczyła zwierzę. Otworzyła szeroko oczy, bo nie do końca wierzyła w to w co się wpatrywała. Ten kot był różowy, jakim cudem? Dlaczego Roise wziął sobie różowego kota, znaczy dlaczego w ogóle wziął kota było chyba pierwszym pytaniem, które powinna zadać. Przeniosła wzrok na mężczyznę, patrzyła na niego dłuższą chwilę, nie chciała go urazić, o gustach się nie dyskutuje, czy coś, ale nie mogła się powstrzymać. - On jest różowy. - Stwierdziła fakt, jakby jeszcze nie zauważył, jak wygląda jego kot.




RE: [04.09.1972] The Undersea World of Geraldine Yaxley || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 03.02.2025

To mógłby być niemalże idealny wczesny wieczór. Tak bardzo podobny do tych wszystkich, które tu wspólnie wcześniej spędzali. Całkiem błogi i spokojny. Spędzany wspólnie na kanapie w złotej poświacie rzucanej przez rozpalony kominek. W cieple, w otoczeniu znajomych zapachów i woni przygotowywanego jedzenia. Z grzanym cydrem w ręku, który powoli by sączyli, racząc się słodkim smakiem nasuwającym na myśl złote jesienne liście i pieczone jabłka.
Wychylił się w kierunku stolika, na którym trzymał wyciągnięte nogi, zaglądając do kubka dziewczyny, by upewnić się, że nie potrzebowała, by dolał jej napitku. Co prawda musiałby wtedy wstać, żeby udać się do kuchni, podgrzewając kolejną porcję napoju, jednak był to w stanie zrobić. Tylko i wyłącznie po to, aby podtrzymać ten klimat, tę atmosferę, wrażenie, że wszystko było tak jak kiedyś.
No, niemalże wszystko, bo pierwszy raz nie byli tu całkowicie sami. Może nie do końca to planując, stworzyli całkiem spore stadko. On, ona, dwa psy i kot znajdujący się gdzieś w Piaskownicy. Gdzie dokładnie? Tylko on to wiedział - kot a właściwie to kotka Ambroisa. Dosyć płochliwa i nieśmiała, potrzebująca sporo czasu, aby przekonać się do eksploracji otoczenia. Wcześniej siedząca na regale z książkami a teraz? Prawdopodobnie pod łóżkiem w sypialni albo w jakiejś szafie.
Do końca wieczoru z pewnością miała się jeszcze pojawić. Zazwyczaj przychodziła po swoją porcję wieczornego leżenia na kolanach. Do tej pory byli wyłącznie z psami śpiącymi na podłodze całkiem niedaleko nich. Zadziwiający kolektyw. Coś, co z zewnątrz naprawdę dałoby nie nazwać domem, bez wahania rodziną. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Nie znajdując się z nimi w jednym pomieszczeniu i nie wyczuwając tej ciężkości wiszącej w powietrzu. Atmosfery smutku, melancholii i napięcia, mimo jednoczesnego bliskiego dotyku. Pomimo sposobu, w jaki Greengrass obejmował Yaxleyównę, trzymając ją naprawdę blisko siebie. Tak blisko, że przez cały ten czas czuł zapach jej włosów. Nutę morza, szamponu i lasu.
Cholera, nie przeszkadzały mu nawet te wyjątkowo śmierdzące fajki pozostawiające po sobie woń dymu. Były jej a on naprawdę chciał mieć ją teraz przy sobie. Przynajmniej jeszcze przez kilka godzin.
Nie potrzebowali teraz dystansu. Zachowywali ciszę, milczeli pozwalając sobie na to, jednak tym razem nie stronili od wzajemnego dotyku. Od tego, aby znaleźć się blisko siebie. W zupełnie niewinny, bardzo spokojny sposób. Wyciągając ręce po bliskość, jednak nie do końca fizyczną. Nie ona miała w tej chwili największe znaczenie.
- Albo bąblogłowy - przytaknął odruchowo, mrużąc oczy i czując się zobowiązanym, aby dodać - ale skrzeloziele jest zdecydowanie bardziej praktyczne. Zwłaszcza na większych głębokościach - szczególnie, gdy nie było się nikim wyjątkowo wybitnym z dziedziny, z której pochodziło wspomniane zaklęcie.
Rośliny dało się łatwiej kontrolować. Można było także zabrać je ze sobą i niemal od razu przyjąć kolejną porcję. Czary mogły wyjść albo nie. Wczoraj mieli na to całkiem sporo dowodów, czyż nie? O tym jednak zdecydowanie nie chciał rozmawiać.
Odruchowo zajął oczy dokumentem wyświetlanym na ekranie zaś dłonie troczkami spodni dziewczyny. Nie kontrolował tego odruchu. Z pozoru całkiem niewinnego, niezamierzonego gestu. Ot, jego palce przesuwały się po niedużych miedzianych końcówkach, lekko nimi postukując.
A jednak wyczuł nagłe drgnienie Geraldine. Zesztywnienie, jakie ogarnęło jej ciało w nieoczekiwanym momencie. Mimowolnie zmarszczył brwi, posyłając pytające spojrzenie w kierunku dziewczyny. Zastanawiał się, co się stało. Nie sądził, aby zrobił coś niewłaściwego. Zdecydowanie nie łączył ze sobą tych dwóch sytuacji. Jego palców bawiących się sznureczkami i nagłej reakcji dziewczyny.
Zresztą, gdyby nagle zaczęła czuć się przy nim niekomfortowo, czy oparłaby głowę o jego ramię? Odruchowo obrócił twarz w jej kierunku, odpowiadając wygięciem szyi i kilkusekundowym oparciem policzka o czubek blond głowy. Tym razem jej już w nią nie pocałował.
Zamiast tego odchrzaknął, podejmując uprzednio przerwany temat, aby nie dać ciszy ponownie przejąć przestrzeni dookoła nich. Wybrał sobie przy tym bardzo nieopatrzny temat. Uświadomił to sobie dopiero wtedy, kiedy zadał to pytanie, ale Geraldine chyba nie zwróciła na to uwagi. Jeśli zaś było inaczej, nie postanowiła mu tego okazać.
- Kiedy tak to przedstawiasz, nie sposób nie myśleć o wybraniu jej na następną destynację - odpowiedział, rzecz jasna mając na myśli Dżunglę Amazońską, w której nigdy nie był. - Kto wie, może jak wreszcie tym wszystkim pierdolnę to będzie idealne miejsce na spędzenie tam kilku miesięcy - w końcu interesował się różnymi dziedzinami magii, medycynę i ziołolecznictwo z pewnością także mieli tam zupełnie inne niż na Wyspach a on...
...on chyba naprawdę coraz bardziej rozważał konieczność oddalenia się od miejsc, w których czuł się coraz bardziej obco. Od Munga, który go zawodził i od Doliny, gdy tylko zażegnają problem z widmami w Kniei Godryka. Od Alei Horyzontalnej i od wrażenia samotności krzewiącego się w nim nawet teraz, kiedy przecież nie był sam.
Jeszcze nie.
Powinien być szczęśliwy. Nic bowiem nie zwiastowało tego, że uda im się przetrwać tę burzę. Pozostać razem w Whitby, próbując odnaleźć nawet wątły zalążek spokoju. Nie żegnać się w krzywdzie i gniewie.
Miał ją przy sobie jeszcze na ten jeden wieczór. Zupełnie jak za dawnych, dobrych czasów mogli oglądać telewizję (Brazylię, tak?) otuleni kocem, obejmując się na kanapie. Razem z dwoma psami, o których niegdyś sami rozmawiali i...
...i z kotem wzbudzającym poruszenie w jego dziewczynie, na którą Roise spojrzał ze zmarszczonymi brwiami. Sposób, w jaki rozszerzała powieki i wytrzeszczała oczy. Niedowierzający ton głosu, rozchylone wargi. Miał ochotę jej je zamknąć, rzecz jasna - bezmyślnym pocałunkiem, byleby tylko przestała je tak rozdziawiać.
- No tak - stwierdził całkowicie poważnie, przez moment nie do końca ogarniając, o co tak właściwie chodziło Geraldine.
A potem do niego dotarło.
Wszystko na raz.
Przez większość życia naprawdę nie przepadał za kotami. Uważał się za kogoś kto z dużo większym prawdopodobieństwem byłby w stanie przygarnąć psa, ewentualnie dwa psy - tak jak przecież swego czasu rozmawiali z Geraldine. Planowali przygarnąć psią parkę, kot zdecydowanie nie wchodził w grę.
Nigdy nie poszukiwał zatem informacji na temat tych zwierząt. Nie na tyle mocno, aby wnikać w to, w jakich barwach i wariacjach mogą występować. Z kotami miał do czynienia jedynie w przypadku odwiedzania domu Figgów czy późniejszego lokum Nory. To byłoby na tyle.
Co prawda nawet on zdawał sobie sprawę z tego, że różowe futro raczej nie występuje naturalnie. Zresztą w Kocim Azylu został mniej więcej poinformowany o znacznym fragmencie historii mruczka. O staniu się ofiarą zaklęcia trwale zmieniającego wygląd futerka. O trudnych przejściach wpływających na raczej nieśmiały charakter stworzenia.
Czy się tym jednak przejmował? No niekoniecznie.
- To ona, nie on. Lilia - stwierdził równie odruchowo, obdarzając kotkę spojrzeniem i wzruszając ramionami.
Była jasnoróżowa, nie? Czyli zdecydowanie była kotką, nie trzeba było nawet szukać u niej zwisających jajek. Tym bardziej, że ich nie miała.
- Poza tym to nie jej wina, że jakiś pojeb pierdolnął ją zaklęciem - podsumował bez jakiegokolwiek zawahania czy głębszego zastanowienia nad sensem i tonem, w jakim wypowiadał te słowa a mówił...
...gładko. Całkiem naturalnie, dosyć cicho. Zdecydowanie po to, aby nie spłoszyć Lilii, o której opowiadał. W jego głosie pojawiła się przy tym całkowicie nieświadoma miękka nuta. Raczej niecodzienna, zazwyczaj zupełnie niedosłyszalna naleciałość akcentu z okolic Doliny Godryka.
Niby pozostawał całkowicie neutralny, nie zmieniając ani postawy, ani wyrazu twarzy, ale to był jego kot, tak? I miał prawo być nawet jaskrawozielony. A że była różowa?
No, może w istocie było to nieco absurdalne i przy tym całkiem zabawne. Co najmniej na tyle, że wreszcie nie wytrzymał. Drgnął mu kącik ust.
- Tak, mam różowego kota - rzucił bez oporów, unosząc brwi i posyłając prowokacyjne spojrzenie w kierunku Riny. - Nie gap się tak na mnie, bo ci zostanie - zagroził, całkowicie niepoważnie.
Tylko czekał na ten komentarz.
Tak, zdecydowanie miała ostateczny dowód na to, że go pojebało. Nie przez to, co zrobił i czego nie zrobił przez ostatnie półtora roku. Nie wtedy, gdy próbował odebrać sobie życie, robiąc to na tyle skutecznie, że przez moment rzeczywiście był martwy. Nie wtedy, kiedy polazł do Kniei czy do leża dopplegangera. Nie. To wszystko było mniej więcej w jego charakterze.
Nie, nie, nie.
Wtedy, kiedy przygarnął różowego kota z azylu w Little Whinging, wiążąc to z całkiem barwnym ciągiem myślowo-przyczynowo-skutkowym. To wtedy osiągnął moment całkowitego upadku. Taki, przy którym należało już zacząć sypać konfetti. Na niego, ale nie na jego bojaźliwą kocurkę, bo mogła się wystraszyć, nie?


RE: [04.09.1972] The Undersea World of Geraldine Yaxley || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 03.02.2025

To mógłby być idealny wieczór, nie różnił się praktycznie niczym od tych innych wieczorów, które spędzali tutaj razem. No właśnie, praktycznie, bo zdecydowanie atmosfera, jaka wisiała w powietrzu nie była podobna. Nie mieli już stabilności, wiele spraw wymagało dopowiedzenia, a oni zachowywali się tak, jakby wcale tak nie było. Znowu pojawiła się iluzja, zapewne przez to, aby mieć ten pozorny spokój, który miał trwać też nie wiadomo ile. To wszystko trochę ją myliło, przerastało, nie do końca wiedziała, co się między nimi dzieje, właściwie coraz bardziej się w tym gubiła, to mieszało jej w głowie, a i tak ostatnio nie było najlepiej z jasnością jej umysłu. Zbyt wiele informacji, które do niej dotarły było bardzo, ale to bardzo nieprzyjemnych, nie umiała sobie z tym poradzić, dlatego wybrała tę prostą metodę - udawanie, że to wcale nie wisiało gdzieś w eterze i że musieli do tego wrócić. Tak było prościej - przynajmniej chwilowo.

Jeszcze rano było między całkiem znośnie, noc może nie należała do najprzyjemniejszych, bo musiała jakoś przetrawić to, czego dowiedziała się na temat Caina, ale później udali się do Doliny i Londynu w całkiem normalnych nastrojach (no, na ile to było możliwe w takiej sytuacji), później znowu się zesrało, a teraz znowu siedzieli tutaj ze sobą, jakby nigdy nic. To było mylące, okropnie mylące.

- Oczywiście, że dla zielarza to skrzeloziele będzie bardziej praktyczne. - Ona pewnie miałaby problem z rozpoznaniem tego jakże cudownego zioła, jasne, mogłaby je sobie pójść i kupić, ale dużo prostsze w przypadku Yaxleyówny byłoby rzucenie tego zaklęcia z kształtowania. Ostatnio dosyć sporo ćwiczyła akurat tę dziedzinę magii, właściwie to stała się w niej specjalistką, więc to wydawało się dla niej dużo prostszą metodą na eksplorację podwodnych głębin. - Czy ja wiem, bąblogłowy też się sprawdza na tych większych głębokościach. - Oczywiście nie mogła nie przepchnąć swojego zdania. Yaxleyówna w tym przypadku faktycznie stawiała na kształtowanie.

Zareagowała dość nieprzewidzianie, bo chyba nie spodziewała się, że dłoń Roisa przesunie się z jej uda, w inne miejsce, szybko jednak to przetrawiła i skorzystała z tego, że nadal ma go blisko. Dobrze było znajdować się tuż obok. To pewnie niedługo też się skończy. Jako potwierdzenie tej myśli dostała jego kolejne słowa.

- Tak, to na pewno miejsce warte odwiedzenia. - Nie mogła temu zaprzeczyć, czyż nie, przecież inaczej by skłamała. Na pewno każdy czarodziej powinien spędzić tam trochę czasu, bo mógł poszerzyć swoją wiedzę w wielu dziedzinach, niekoniecznie spodobała się jej dalsza część jego wypowiedzi. - Świetny pomysł, na pewno odnajdziesz tam siebie, czy coś. - Odparła jeszcze, bo przecież nie zamierzała go ograniczać. Jeśli to właśnie chciał zrobić, to kimże była, aby mu zabronić, nie, żeby nie poczuła w tej chwili lekkiej goryczy, ale nie ukrywał przecież tego przed nią, prędzej, czy później zamierzał wszystkim pierdolnąć i stąd spierdolić. Nie chciała w to wierzyć, ale te słowa to potwierdzały.

Nie powinna czuć się rozczarowana, właściwie przecież, ona postępowała podobnie. Znikała na miesiąc, dwa, żeby ułożyć sobie wszystko w głowie, chociaż ostatnio nie brała tego w ogóle pod uwagę, nie mogła sobie na to pozwolić, bo zbyt wiele rzeczy trzymało ją na miejscu. Nie mogła tak po prostu wszystkim pierdolnąć i spierdolić w Bieszczady... to znaczy do Brazylii.

Zmarszczyła się, gdy z jego ust padło tylko no tak, jakby to była najbardziej oczywista rzecz ze wszystkich. Kurwa, ten kot był różowy, albo jej się wydawało, albo miał fioletowe oczy. Do chuja, coś z nim było nie tak. Nie czuła jednak, żeby był zagrożeniem, więc faktycznie musiał to być jakiś specjalny gatunek kota. Niesamowite, nigdy jeszcze takiego nie widziała, a przecież znała się bardzo dobrze na zwierzętach i wiedziała, że różowe koty nie istniały.

- Och, masz różową, słodką kotkę. Do tego imię od kwiata? Roise, dalej potrafisz mnie zaskakiwać. - Znaczy imię powinno być do przewidzenia, Ambroise często odwoływał się do tych roślinnych porównań, więc w tym przypadku to wcale nie dziwiło jej jakoś specjalnie, ale nigdy nie zakładałaby, że weźmie sobie pod opiekę różową kotkę, w sumie pasowałoby to do tych jego klapeczek, w których czasem gotował. Przymknęła na moment oczy, aby się nie roześmiać, głupio by jej było, szczególnie, gdy on był w tym wszystkim taki poważny.

- Zaklęcie, w sumie to wszystko wyjaśnia. - Teraz przynajmniej wiedziała skąd wzięła się taka nienaturalna barwa sierści tej kotki. Musiało to być potężne zaklęcie, skoro efekt się tak długo utrzymywał.

- Ochujałeś do reszty, co nie? - Nie mogła się powstrzymać przed tym komentarzem, nigdy nie zakładałaby, że Roise skończy z kotem, wydawało jej się, że nie lubił tych zwierząt, zresztą w przeszłości rozmawiali o tym, aby raczej wziąć psy, a ten miał kota? RÓŻOWEGO KOTA? Nie do końca jej się to składało w całość.

- Nie zdziwiłabym się nawet, jakby mi tak zostało, bo, wow, wow, to jest wow. - Nie umiała nawet inaczej ująć tego w słowa, nie była w stanie się napatrzeć na tego zwierzaka, który swoją drogą wydawał się być dość nieśmiały, nie do końca chyba pasował do niej ten ekstrawagancki kolor futerka.

- Długo ją masz? - Nie miała pojęcia, jak właściwie doszło do tego, że stał się właścicielem tego uroczego zwierzątka, więc postanowiła dyskretnie zacząć o to wypytywać.




RE: [04.09.1972] The Undersea World of Geraldine Yaxley || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 04.02.2025

- Musimy to kiedyś empirycznie porównać - odrzekł tak lekko, jakby kolejny raz rozmawiali o faktycznych planach, które mieli zrealizować w przyszłości.
Raczej dalszej niżeli bliższej, bo przecież zbliżała się jesień, po której miała nadejść jeszcze chłodniejsza pora roku. Nie męcząc się zbytnio, najprędzej mogliby to zrobić dopiero późną wiosną, ale...
...no właśnie. Do tego czasu nie miało ich tu być. Nie miało być żadnych nich. Wspomnienie tego wieczoru miało pozostać wyłącznie kolejnym widmem przeszłości. Czymś, do czego mógłby powracać. Czego zarzekałby się, że nie będzie robić tylko po to, aby raz za razem wracać do niego, przypominając sobie te złudnie szczęśliwe chwile, gdy jeszcze dawali sobie szansę na właściwe pożegnanie.
Mimo to nie będąc w stanie uniknąć tych wszystkich gorszych momentów. Nie potrafili całkowicie umknąć rzeczywistości. Raz za razem docierali do punktu, w którym dawała o sobie znać, mówiąc coś nieprzemyślanego i pochopnego.
- Doskonale wiesz, że nie to mam na myśli - stwierdził może trochę za ostro, nie odrywając przy tym wzroku od telewizora, na którego ekranie badacz właśnie potwierdzał, że Geraldine w istocie miała rację, co do miejsca, gdzie znajdowali się mugole.
Doskonale wiedział, czemu tak bardzo zirytowało go to jej czy coś. Chyba jeszcze bardziej od kąśliwie brzmiącego odnajdywania siebie. Nie zamierzał przyznawać się do tego, że w ostatnim czasie rzeczywiście się pogubił. Tego, że nawet (a może zwłaszcza?) w tej chwili czuł się wręcz okrutnie skołowany. Że zboczył z obranej ścieżki, choć przecież wcale nie chciał tego robić. Że doprowadziło go to nie tylko na sam skraj, o czym niestety już też wiedziała, lecz o kilka kroków dalej. Że od dawna nie czuł się w pełni sobą, bo...
...do kurwy nędzy, mogła darować sobie podobne komentarze, skoro w tym całym chaosie wydawało mu się wręcz nazbyt jasne, że oboje znali fakty. Lawirowali wokół nich, doprowadzając tym samym do mieszania dobrych i złych chwil. Do żarcia się jak zdziczałe psy. Do zatracania się w sobie nawzajem, jakby nie istniało nic poza ich dwojgiem. Do zadawania sobie kolejnych głębokich ciosów. Do obejmowania swoich demonów, przytulając się na kanapie.
A jednak w tym wszystkim powinna wiedzieć, że nie potrzebował wypraw za daleki ocean czy wędrówek po amazońskiej dziczy, aby odnaleźć siebie. Aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, gdzie powinno być jego miejsce i czego potrzebował, aby czuć się właściwie.
- Daruj sobie. Byłem tu przez półtora roku - no nie mógł się powstrzymać, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że ta uszczypliwość nie była potrzebna.
Starali się mieć spokojny, względnie przyjemny wieczór. Zdecydowanie powinien przymknąć gębę, tyle tylko, że znowu mówił zanim pomyślał. Oczywiście, że musiał wytknąć Rinie (dobrze, że nie Gerry, nie?) to, że ona mogła zniknąć w dżungli na chuj wie, ile czasu. Tak po prostu wyjechać z kraju, zmieniając otoczenie. A on?
No cóż, on próbował zwiedzać zaświaty. To też była całkiem interesująca wycieczka, choć nieudana. Nie wyniósł z niej żadnych przyjemnych wspomnień. Zresztą nie chciał o tym pamiętać, kolejny raz plując sobie w brodę, że nie potrafił tak po prostu stać się zupełnie obojętny. Pogodzić się z życiem wyglądającym zupełnie inaczej niż miało wyglądać.
Zamiast tego chyba rzeczywiście ochujał. Przynajmniej tak to wyglądało, zwłaszcza odzwierciedlone w oczach i w wyrazie twarzy jego dziewczyny (byłej dziewczyny, cholera) na widok kolejnej nieoczekiwanej zmiennej w jego życiu.
Tak - miał kota. Różowego kota o fioletowych oczach. Teraz podejrzliwie przypatrujących się zarówno nim, jak i psom leżącym na podłodze.
- Niezmiernie mnie to cieszy. Tym bardziej, że jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa - odpowiedział, starając się powstrzymać uśmiech wypełzający mu na usta. - Już się tak nazywała. To jedna z przyczyn - z powodów, dla których do niego trafiła i choć być może nie powinien o tym wspominać, zrobił to.
Lubił lilie. Były jego pierwszym wyborem. Zarówno przez te wszystkie lata we wspólnym domu, jak i nawet wtedy w Snowdonii. Lubił lilie.
Cała ta poważna postawa naprawdę sporo go kosztowała. Zachowywanie pozorów nigdy i przy nikim nie szło mu tak topornie jak przy Geraldine. Tym bardziej, gdy bez wątpienia dostrzegał, że i ona z trudem próbowała nie zacząć się śmiać. Prawdę mówiąc, gdyby to zrobiła, wcale by się nie obraził. Lubił słyszeć jej szczery śmiech. Ostatnio nie miał ku temu zbyt wielu okazji. Nie przy tym wszystkim, co działo się wokół nich, ale też między nimi.
Nawet jeśli Rina w tym wypadku z pewnością nie byłaby w stanie ukryć tej kpiąco-niedowierzającej nuty, która od samego początku przebijała się w tonie głosu, był w stanie machnąć na to ręką. Brakowało mu tego. Bardziej niż mógłby przyznać. Tych małych, tylko pozornie kąśliwych docinek. Dawania mu mentalnego kuksańca w bok. Posyłania ku niemu spojrzenia mówiącego dokładnie to, co jej kolejne słowa: ochujałeś? Wzruszył ramionami.
- Co tu kryć - zaczął, w dalszym ciągu starając się tłumić własny uśmiech - jako stara panna miałem do wyboru albo to, albo szydełkowanie. Sama wiesz jak wychodzą mi zaklęcia użytkowe - bo przecież nie dziergałby przy pomocy własnych rąk, co nie?
Jeśli już miałby aż tak ochujać, prawdopodobnie sprawiłby sobie jakieś naprawdę dobre, przesadnie drogie rzemieślnicze druty, które po odpowiednim zaczarowaniu dosłownie same wypluwałby spod siebie kolorowe szaliki i obrabiałyby mu serwetki do posagu, który nigdy nie miał opuścić skrzyni. Bo był starą panną, czyż nie?
Technicznie rzecz biorąc, musiał pogodzić się z tym w zeszłym roku. Nie zrobił tego, po prostu o tym nie myślał. Nie bez powodu zarzucano mu bycie nieoficjalnym mistrzem spychania niewygodnych faktów wgłąb własnego umysłu. W ich towarzystwie przyjęło się, że magiczna granica oscylowała gdzieś między dwudziestym dziewiątym a trzydziestym pierwszym rokiem życia. Do tego czasu wypadało być przynajmniej po jednym ślubie. Oczywiście z odpowiednią pompą.
Później zaczynało się robić grząsko. Co prawda nikt nie podejrzewał go o bycie odmiennej orientacji. Tutaj wątpliwości nawet nie wchodziły w grę. Natomiast fakt nie posiadania przez niego ani żony (martwej czy żywej, jakiejkolwiek) oraz jakichkolwiek dzieci wzbudzał już swoje zainteresowanie kółka plotkarskiego elity.
Tym bardziej, że o ile wcześniej, wiele lat wcześniej udawało mu się bez wysiłku obracać to na swoją korzyść. Manewrować między byciem odpowiednio kontrowersyjnym i niewymuszenie czarującym. O tyle później na wiele lat zniknął z rynku matrymonialnego. Wcale nie chciał powracać do tamtych czasów. Nie chciał znowu znaleźć się w puli - tym razem już trochę bardziej niechlubnej, bo składającej się w większości z wiecznych chłopców, degeneratów i homoseksualistów.
Sam raczej wolał stawiać się na równi z wdowcami. Może było to bardzo znaczące zakrzywienie rzeczywistości, ale wcale nie uważał tego za przesadne pomówienie czy coś niesmacznego. W końcu on też na pewien czas stracił sens życia, w dalszym ciągu usiłując go odzyskać. Jego starannie budowana przyszłość rozpadła się w przeciągu zaledwie kilku chwil.
Tak, miał to szczęście, że jego ukochana w dalszym ciągu żyła. Mógł ciasno obejmować ją ramieniem, pozwalając sobie na te wszystkie drobne gesty. Pozwalając jej wtulać się w niego, jakby wszystko było między nimi dobrze. Oto znaleźli się razem w domu. Odzyskali utracone chwile. Obdarzali się uwagą i ciepłem. A jednak to wszystko było wyłącznie złudzeniem.
Pięknym, ale złudzeniem, w którym trwali.
Nie było dla nich nowej nadziei. Jeśli gdzieś tam istniała rzeczywistość, w której powrót do przeszłości był możliwy, nie była to ta, w której żyli. Może gdzieś tam faktycznie potrafili odnaleźć się na dłużej niż tylko kilka momentów. Wyciągnąć ku sobie rękę, spleść palce i nigdy więcej się nie puszczać. Może mieli swoje szczęśliwe zakończenie. Jednocześnie chciał i nie chciał móc w to wierzyć.
Szczególnie w takich chwilach jak ta, kiedy było dobrze, lecz tylko na pierwszy rzut oka. Za sprawą różowego kota wzbudzającego w Yaxleyównie taką wesołość, ciężka atmosfera zaczęła się rozluźniać. W końcu drgnęły mu kąciki ust. Zmrużył oczy otoczone siateczką drobnych zmarszczek, lekko kręcąc głową. Pobłażliwie. Wreszcie to przyznał.
- Ochujałem. Technicznie rzecz biorąc, wtedy też byłem spizgany - klasnął językiem o podniebienie, kwitując to wzruszeniem ramion.
Podwójnie ochujał, nie? Ochujał i ocipiał? Ocipchujał? Tak czy inaczej, skończył z kotem niesionym w raczej niestandardowy sposób, bo nie w koszyku czy wiklinowym transporterze a na barkach i szyi. Raz dał sobie wskoczyć na plecy i chcąc nie chcąc musiał pogodzić się z tym, że wziął na siebie opiekę nad porzuconym zwierzęciem.
Poniekąd robiąc z nim to, o czego robieniu odgrażał się Geraldine. Mówiąc, że będzie nosić ją w jej skunksiej formie po Nokturnie i Podziemnych Ścieżkach. W bardzo podobny sposób, wręcz identyczny jak zdarzało mu się robić z kotem. Choć zazwyczaj siadali w ten sposób na kanapie, ewentualnie przygotowywali wspólnie kocie posiłki, kontrolowane przez kiciucha z odpowiedniej miejscówki.
Tak. Może nie zamierzał tego do siebie dopuścić, ale przyzwyczaił się do obecności futrzaka. W dalszym ciągu nie przepadał za kotami. Ten po prostu był inny. Różowy i z fioletowymi oczami. Specyficznie podchodzący do obecności innych ludzi. Czasami nawet do Ambroisa. A jednak się dogadywali. Szanowali swoją przestrzeń i swoje ścieżki. Wchodzili sobie w drogę tylko wtedy, gdy oboje tego chcieli. To działało bardziej niż mógłby kiedykolwiek sądzić.
- Co takiego wow, wow, to jest wow jest w tymże widoku? - Spytał, co prawda znając odpowiedź, ale wciąż chcąc sprowokować Yaxleyównę do rozwinięcia tej jakże błyskotliwej myśli.
Jednocześnie kolejny raz instynktownie przekrzywił głowę, zbliżając oczy do oczu dziewczyny. Wytrzeszczył je i przyzezował. Celowo, całkowicie bezczelnie, bezceremonialnie się z niej naśmiewając. Chwilę później ponownie skierował wzrok na kota, który zdążył w pełnej krasie zaprezentować się w świetle kominka, robiąc koci grzbiet, wyginając się i podejrzliwie łypiąc fiołkowo-fioletowymi ślepiami w kierunku Yaxleyówny.
- Od - zaczął, marszcząc przy tym brwi, podczas gdy jego dłoń praktycznie automatycznie poklepała kanapę tuż obok niego - początku lipca tego roku? Mnie więcej. Uprzedzając pytanie: to nie była zbyt przemyślana decyzja - to stwierdzenie zdecydowanie musiało paść z jego ust, aby mieli zupełną jasność w tym, że może go popierdoliło, ale to było incydentalne odjebanie w aż tak popisowy sposób.
Wcale nie zamierzał powiększać swojej liczby kotów, tworzyć dla nich ochronki ani niczego w tym rodzaju. Dał się namówić przy okazji raczej mniej niż bardziej racjonalnego dnia a później po prostu zaczął w to brnąć. W końcu nie mógł oddać kota, nie? To znaczy - z pewnością jak najbardziej mógł to zrobić, ale jednocześnie nie, nie mógł.
Raz podjęta decyzja była wiążąca. Miał kota...
...a kot miał Geraldine.
Wystarczyło kilka kolejnych spojrzeń. Parę sekund, jedno zainteresowane, nieco pytające purr?, kolejne znacznie bardziej świadome, jakby aprobujące purr i zwierzę jednym gładkim skokiem znalazło się na podwiniętych kolanach Yaxleyówny. Kolejne purr towarzyszyło zrobieniu kółka i opadnięciu na koc. Purr, purr, purr. Purrfekcyjnie.


RE: [04.09.1972] The Undersea World of Geraldine Yaxley || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 04.02.2025

- Nie, my nic nie musimy. - To przecież było oczywiste, standardowa śpiewka, po którą sięgało każde z nich, nie zamierzała nie skorzystać z okazji i teraz. Co innego gdyby chcieli, zdecydowanie, ale nie dało się ich do niczego zmusić, Roise powinien o tym pamiętać, czyż nie?

Zresztą zbliżał się czas, w którym nieszczególnie przyjemnie było się zanurzać pod wodą, więc tak naprawdę nie było sensu w ogóle rozważać tego wspaniałego pomysłu. W końcu wiedzieli, że mieli ze sobą spędzić trochę czasu, to na pewno nie miało trwać do kolejnej wiosny, nie tego chciał. Nie miała zamiaru więc udawać, że nie zdaje sobie z tego sprawy, wręcz przeciwnie, w końcu to on w dużej mierze o tym decydował.

- Tak, ja wszystko doskonale wiem i rozumiem, czyż nie? - Rzuciła jeszcze, chociaż przecież było zupełnie inaczej, starała się to robić, ale tak naprawdę dalej nie do końca wszystko do niej docierało. Chciał stąd wyjechać, droga wolna, nikt go przecież na siłę tutaj nie utrzyma, nie miała takiej mocy sprawczej, zresztą jak sobie coś upierdolił, to nie było zmiłuj.

- Niby byłeś, ale chciałeś być zupełnie gdzieś indziej, nieprawdaż? - Zresztą nie powstrzymał się przed tym, aby rozpocząć tą wieczną wędrówkę. Nie zamierzała mu tego teraz wyrzygiwać, ale jakoś sam się o to prosił. Z dwojga złego chyba bardziej zdrowym rozwiązaniem była wyprawa gdzieś w pizdu daleko, bo przynajmniej mogła stamtąd wrócić, nigdy zresztą nie podejrzewałaby, że Ambroise postanowi sięgnąć po taką metodę. Nie chciała teraz o tym rozmawiać, naprawdę próbowała zrozumieć to, że wtedy był na skraju, ale nie szło jej to zupełnie. Wydawało jej się, że na pewno istniała inna opcja na to, aby ogarnąć ten problem, który się pojawił, jasne, nie miała wtedy świadomości, jak to wyglądało, nie porzuciłaby go w takiej sytuacji, a jednak to zrobiła, bo kurwa jak zawsze nie powiedział jej wszystkiego. Miała o to też żal do siebie, nie musiał jej przypominać o tym, że postanowiła wyjechać i zająć się sobą, była świadoma tego, że też zachowała się chujowo.

Nie było jednak sensu teraz się na tym skupiać, bo wiedziała dokąd ich to zaprowadzi, miało być całkiem miło i przyjemnie, a byli o krok od rzucania w siebie kolejnymi oskarżeniami, nie chciała teraz tego robić, bo oczywiście, że zdawała sobie sprawę, że do tej rozmowy dojdzie prędzej, czy później, to było nieuniknione.

Psy Yaxleyówny nie wydawały się być szczególnie zainteresowane różową kulką, która się pojawiła, Pierdoła nawet uniosła głowę na chwilę, żeby zobaczyć sprawcę zamieszania, ale praktycznie od razu położyła ją ponownie na podłodze, chyba wolała wrócić do spania.

- Chyba zacznę się bać tego Twojego ostatniego słowa. - Kto wie, czego jeszcze można się było po nim spodziewać, właściwie to w tej chwili chyba mogłaby założyć, że dosłownie wszystkiego. Zabawne, bo przecież wydawał się być ogarnięty i stateczny, jak widać to nadal były tylko pozory.

- Jedna, czyli było ich więcej, to dobrze, że przemyślałeś sprawę. - W końcu wzięcie sobie zwierzaka musiało być bardzo dokładnie przemyślaną decyzją, a nie wpływem chwili.

Pamiętała, że Roise lubił lilie, cóż, wiedziała o nim dosyć sporo, większość z tych rzeczy się nie zmieniła w te półtora roku.

- Mówisz, że to czeka nas wszystkich. - Miała tu na myśli oczywiście tych ich pokroju, którym nie spieszyło się do zmiany stanu cywilnego. Cóż, na pewno nie chciała skończyć z kotem, miała w końcu psy, nie znosiła kotów, więc opcja pozostawała jedna. - Czyli czas zacząć uczyć się szydełkować. - Zdecydowanie to musiał być jej wybór w tym wypadku, cóż, jako, że nie była szczególnie cierpliwa, to raczej nie spodziewała się cudów, prędzej, czy później pierdolłaby takim szydełkiem.

Nie zakładała, że szybko zmieni swój stan cywilny, tak właściwie to wróciła już do tego momentu, w którym zamierzała zostać wiecznym singlem, matka chyba nawet zaczęła oswajać się z tą myślą, chociaż nadal potrafiła wspomnieć o tym, że szkoda, że się marnuje, bo cóż, nie zapowiadało się, aby którekolwiek z jej dzieci wybrało inną drogę. James był chuj wie gdzie - znowu, a Astaroth, cóż, jego życie, a raczej nieżycie było w ogóle mocno skomplikowane. Do tego pozostawała im niereformowalna córka, trudne się wylysowało państwu Yaxley, nie ma się co oszukiwać.

- No tak, byłeś spizgany, to też sporo wyjaśnia. - Kolejny jakże właściwy argument za tym, żeby wziąć sobie zwierzaka. - Wystarczy więc Cię nieco spizgać i jesteś w stanie ulec? - Tak, próbowała znaleźć jakąś instrukcję, jak najłatwiej jest się nim obsługiwać, bo chyba wyszła nieco z wprawy.

- Czy naprawdę muszę Ci to tłumaczyć? No masz oczy, co nie? - To było przecież bardzo oczywiste, takich zwierzaków nie spotykało się często, przynajmniej jej się to nie zdarzało, a akurat ona miała sporo doświadczenia z najróżniejszymi stworzeniami, więc jeśli na niej to robiło wrażenie... no właśnie, to naprawdę musiał to być niecodzienny widok.

- Kto by się spodziewał po Tobie Greengrass nieprzemyślanych decyzji, starasz się mieć nad wszystkim kontrolę, a tutaj proszę. - Och tak, nie mogła się nie oprzeć przed tym komentarzem. W końcu kto, jak kto, ale on? Rzadko kiedy pozwalał sobie na coś takiego, nawet jeśli dotyczyło to jedynie adopcji kota. Faktycznie ochujał do reszty.

Nie spodziewała się tego, co stanie się później, nie zakładała, że ten kot będzie miał chęć sobie z niej zrobić poduszkę. Nie zareagowała w żaden sposób, kiedy na nią wskoczył. Nie umiała się obsługiwać tymi zwierzętami, nigdy nie była kociarą, ale ona zdążyła sie już na niej całkiem wygodnie ułożyć, i co niby Yaxleyówna miała z tym teraz zrobić?

- Może weź tą swoją kotkę, co? - Póki co nawet jej nie dotknęła, musiałaby wyciągnąć ręce spod koca i nie była pewna, czy faktycznie chce to robić.




RE: [04.09.1972] The Undersea World of Geraldine Yaxley || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 04.02.2025

Jego słowa były względnie luźne. Jasne, może niespecjalnie przemyślane, ale zdecydowanie nie miały mieć niewłaściwego wydźwięku. Zresztą z początku wcale nie pomyślał, że jakiś mógł w nich tkwić. Dopiero tekst padający z ust Geraldine przeniósł go do rzeczywistości. Tej, w której faktycznie nie tylko nic nie musieli, lecz również nie mieli mieć ku temu okazji. Po nim rzeczywiście przeleciały przez jego głowę te wszystkie myśli o robieniu kolejnych planów na nieistniejącą przyszłość.
Tekst, który zazwyczaj rzucali, aby się ze sobą droczyć, teraz nabierał znacznie bardziej gorzkiego wydźwięku. Ambroise przestawał go lubić, nawet jeśli sam w dalszym ciągu też z niego korzystał. Nic nie muszą, nawet snuć tych hipotetycznych scenariuszy. Rozważać czegoś, co przecież i tak nie miało się spełnić. Skwitował to kiwnięciem głową, nawet nie odrywając wzroku od ekranu, choć zdecydowanie nie słuchał lecącego tam dokumentu.
Przymknął się. Kolejny raz, co wcale nie było zgodne z jego naturą. Po to, aby nie powiedzieć zbyt wiele i nie żałować tych pochopnych słów. Tyle tylko, że później wcale nie było lepiej. Rozdrażniła go. On rozdrażnił siebie. Te wszystkie komentarze zdecydowanie nie były im potrzebne. Najwidoczniej nie potrafili już nawet wspólnie oglądać telewizji bez znalezienia sobie pretekstu do zaczepki.
- Rozumiesz więcej niż mówisz, że rozumiesz. Nie jesteś głupia, Geraldine, a ja też nie jestem debilem - odmruknął, starając się zachować względnie neutralny ton głosu i na nią nie parsknąć.
Jasne, mogła zgrywać kogoś, kto nie zdaje sobie sprawy z większości suchych faktów. Ba, jeśli właśnie tego chciała to nawet mogła szczerze wierzyć w to, co usiłowała wmówić i jemu, i sobie. W opinię głoszoną na jego temat przez te wszystkie miesiące. Tę, którą sam także w pewnym momencie po złości przyjął za oficjalną narrację, byleby tylko odgryźć się dziewczynie. Nie było to dojrzałe posunięcie. Było to naprawdę niskie zagranie, z którego wcale nie był dumny, jednak w swoim życiu upadł przecież jeszcze niżej.
A ona nie omieszkała mu tego teraz wypomnieć. Jego powieki mimowolnie się rozszerzyły. Górna warga uniosła się w nieświadomym grymasie. Zadrżała z irytacji, którą naprawdę starał się w sobie stłumić. Nie chciał, żeby ten wieczór skończył się kolejną kłótnią. Szczególnie, jeśli z dużym prawdopodobieństwem był ich ostatnim w tym miejscu.
- Zgadza się. Chciałem - odpowiedział w końcu, nadając tym słowom jednoznacznie zdecydowane brzmienie.
Chciał i wcale tego wtedy nie żałował. Jeśli ona pragnęła go za to teraz oceniać, nie zamierzał siedzieć cicho i kulić się w sobie. Wręcz przeciwnie - przeniósł wzrok na Rinę, obdarzając ją bardzo przytomnym, otwartym spojrzeniem. Miała mu coś do powiedzenia w tym temacie?
- Uwierz mi, że gdyby to ode mnie zależało, nigdy byś o tym nie usłyszała - wbrew pozorom to, że tego wtedy nie żałował nie oznaczało, że był z tego dumny czy że chciał ją tym w jakikolwiek sposób ranić.
Zdecydowanie wolał, aby pewne tematy pozostały nieporuszone. By niektóre jego decyzje były wyłącznie jego decyzjami. Aby nie zdawała sobie sprawy z niektórych aspektów jego życia...
...czy też śmierci, bo przecież o nią im teraz chodziło. Nie chciał poruszać tego tematu. Ani teraz, ani nigdy. To nie było coś, o czym pragnąłby z nią rozmawiać.
Całe szczęście zeszli z tej kwestii. Jakimś cudem udało im się to zrobić bez ofiar.
- Z dużym prawdopodobieństwem będzie to wiedziałem - zapewne w towarzystwie uprzedniego wymownego o kurwa, no, bo przecież wszystko wiedział, nie?
Nawet to, że w ostatnim czasie świat dookoła nich robił się coraz bardziej chaotyczny. Prawdopodobnie miał przez to prędzej niż później wyzionąć ducha. Nie spodziewał się dożyć późnej starości. Wręcz przeciwnie - nawet jeśli wtedy na ganku mówił dziewczynie o ponownym zejściu się w okresie, gdy będzie mieć już zalążki demencji, szanse na to praktycznie nie istniały.
Jednak nie chciał o tym teraz myśleć. Jego słowa były raczej lekkie i rozbawione. Miały na celu rozładowanie napiętej atmosfery, szczególnie że już przecież całkiem nieźle im to wychodziło. Kto by pomyślał, że różowy kot mógł przynieść im upragnioną zgodę.
- Wyjątkowo dużo. To właściwie całkiem zawiła historia zaczynająca się od nekromancji a kończąca na różowym futerku - odparł doskonale zdając sobie sprawę z tego jak absurdalnie to zabrzmiało.
A jednak taka była prawda, co nie? Gdyby nie tamto spotkanie Towarzystwa Herbologicznego, zdecydowanie nie byłby dziś właścicielem jakiegokolwiek zwierzaka. Mimo to, miał wtedy zadziwiająco dużo powodów, aby nim zostać. Padło na Lilię. Kilkanaście godzin po zatrważająco wysokich szansach na śmierć został starą panną z kotem. Sam to powiedział. Mimo to spojrzał na Geraldine, jakby powiedziała coś naprawdę zaskakującego.
- Nie umiesz szydełkować? Myślałem, że haftowanie i szydełkowanie to jakieś wymuszone hobby czystokrwistych panien - spytał, jak gdyby rzeczywiście w to wierzył.
Oczywiście, że tak nie było. Przecież znał Geraldine. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie była ani trochę bliska temu stereotypowemu obrazowi młodej panny na wydaniu. Za to ją przecież kochał.
- Tak. Bardzo dużo. Poza tym, Panienko Yaxley, nie da się mnie spizgać. Tylko ja mam taką możliwość. Spizgania się i uwierz mi, nie korzystam z niej często - stwierdził pobłażliwie, kręcąc przy tym głową, bo wizja czyjejkolwiek a już zwłaszcza jej próby spizgania go wydawała mu się całkiem zabawna.
Szczególnie, że musiałaby nie tylko go do tego namówić, co samo w sobie wykluczało czynne i osobiste spizganie go. Musiałaby także wziąć pod uwagę to, że nie tak łatwo było mu się upalić. Mieć pojęcie o ilościach i dawkach, jakie wystarczyłyby do tego, żeby zrobić to tylko trochę. Miał cholernie mocną głowę, nie siekało go tak łatwo, więc jasne - mogłaby próbować. Dobrze, że była bogata, bo wypaliłby jej przy tym całkiem sporo towaru. A pewnie i tak byłby w stanie podejmować racjonalne decyzje.
Posłał niepoważne spojrzenie w kierunku dziewczyny.
- Możesz też pokazać mi cycki. Szansa, że ulegnę będzie mniej więcej taka sama - skwitował, nie mogąc się przed tym powstrzymać.
Tak, znowu zachowywali się w ten sposób. Zupełnie tak, jakby nie było między nimi żadnej niewidocznej ściany czy przepaści. Jak gdyby mogli tak po prostu dyskutować o hipotetycznych opcjach, które mogła wykorzystać, aby w przyszłości osiągnąć założone przez siebie cele.
Poza tym oczywiście, że nie zamierzał dawać Geraldine żadnych wskazówek, w jaki sposób powinna go podejść, żeby zrobił coś, czego wcześniej nie miał zamiaru robić. W żartach czy też nie, nie planował tego. Już i tak zdecydowanie zbyt mocno na niego działała. Sama jej obecność sprawiała, że zaczynał gubić się w swoich postanowieniach. To, że tu nadal siedzieli było dostatecznym dowodem.
Nie potrafili tak zwyczajnie się pożegnać. Nie umieli ponownie dać sobie odejść. W efekcie trzymał rękę na troczkach jej spodni, obejmując dziewczynę ramieniem i wpatrując się w nią w ten trudny do określenia sposób. Niby luźny, niby rozbawiony, jednak gdzieś pod spodem całkiem intensywny. Może nie pożądliwy. Tego teraz między nimi nie było. Jednakże podszyty spokojną czułością. Sentymentalny. Nie lubił tego określenia.
- No, musisz mi to wyjaśnić. Dogłębnie i szczegółowo - odpowiedział bezbłędnie, przenosząc swoją uwagę na towarzyszące im zwierzę i zdecydowanie oczekując na te wyjaśnienia.
Bowiem tak - miał oczy, ale w dalszym ciągu nie zamierzał odpuszczać Geraldine szansy na pogrążenie się w tłumaczeniu, co takiego nietypowego, niezwykłego i wow było w fakcie, że wziął sobie różowego kota. Tym bardziej, że już przecież ustalili, że ochujał. Ochujani ludzie postępowali w taki sposób, nie?
- Mówiłem, że potrafię zaskakiwać. Nie mów mi, że nie znasz mnie od tej strony... ...no, wiesz, jakiej... ...nie jestem taki jak wszystkie. Jestem spontaniczny, niekonwencjonalny, trochę szalony. Zdarza mi się też okazjonalnie ochujać, no ale - urwał, uśmiechając się pod nosem i kolejny raz poklepując kanapę obok siebie...
...tylko po to, aby wbić całkiem zaskoczone spojrzenie w kotkę, która faktycznie postanowiła skorzystać z zaproszenia, tyle tylko, że w zdecydowanie inny sposób. Śmiało skoczyła na Geraldine. Niezbyt zadowoloną Geraldine, warto, by wspomniał. To go nieoczekiwanie rozbawiło.
- Nie mów mi, że czujesz dyskomfort z powodu małego kotka - aż uniósł brwi, posyłając Yaxleyównie pytające spojrzenie i niemalże parskając; zamiast tego tylko drgnął mu kącik ust. - Boisz się sama to zrobić? - W końcu mogła własnoręcznie zdjąć kota z kolan, nie potrzebowała do tego jego pomocy.
Poza tym wyglądała... ...uroczo. Naprawdę uroczo. To zdecydowanie był widok, którego Roise nigdy by się nie spodziewał, ale w tym momencie zaskakująco go doceniał.


RE: [04.09.1972] The Undersea World of Geraldine Yaxley || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 04.02.2025

Sięgała po te mocno zakorzenione w ich zachowaniu zagrywki, to nie było nic nowego. Wiele razy mówili do siebie w podobny sposób, ale teraz sytuacja rysowała się nieco gorzej, bo w dużej mierze chodziło przecież o to, że nie mieli mieć kolejnej szansy na to, żeby coś razem musieć, czy też chcieć, chociaż może i by chcieli, ale nie mogli. No, to wszystko było mocno skomplikowane.

Wolała więc mu przypomnieć o tym, że nic nie musieli, nie zamierzała bowiem dalej karmić się złudzeniami i iluzją, to już było za nią, dzisiaj dosyć mocno się o tym przekonała, nadal nie mogła wybić sobie z głowy tych słów, które powiedział do Corneliusa. Trochę ją to przygasiło jeśli o to chodzi.

- Najwyraźniej jednak byłam i głupia i ślepa. - Burknęła jeszcze pod nosem, aby mieć ostatnie słowo. Czy to bowiem nie było prawdą? Nie widziała, co się działo. Coś sobie założyła, bo tak było jej wygodniej i wydawało jej się, że ma rację, a rzeczywistość wyglądała zgoła inaczej. Nie mogła sobie tego wybaczyć, nie potrafiła, była zła, że wtedy tak łatwo się poddała, bo teraz mogliby nie siedzieć tutaj razem, nie było go przy niej, gdy znalazł się na dnie, o to miała do siebie żal. Chyba miała do tego prawo?

Kolejne słowa mężczyzny spowodowały, że znowu poczuła ciężar na żołądku. Wolałaby, aby to było jakieś nieporozumienie, żeby wcale tak nie było, on jednak temu nie zaprzeczał. Naprawdę chciał ze sobą skończyć, to było kurewsko przykre. Łatwo go wtedy skreśliła, założyła swoje, co okazało się nie mieć żadnego sensu i być bardzo krzywdzące, ale czy to coś zmieniało w ich aktualnej sytuacji? Nie wydawało jej się, na pewno zdążył już to wszystko przetrawić, ogarnął się w końcu, przynajmniej na pierwszy rzut oka.

- Doceniam szczerość, ale każde kłamstwo kiedyś wychodzi, czy tam prawda, która jest zatajana. - Nie miała pojęcia, jak właściwie się czuła z tym, że został zmuszony do tego, aby przekazać jej tę informację. Zaskoczyło ją to, poczuła się, jakby dostała obuchem w głowę, bo zupełnie nie spodziewała się takich rewelacji. To było dużo, nawet jak dla niej. Miała do siebie okropny żal za to, jak wszystko potoczyło się wtedy w maju, ale nie mogła cofnąć czasu, po raz kolejny bardzo tego żałowała.

- To nie jest szczególnie zaskakujące, stać Cię na więcej Roise. - Jasne, tego właśnie powinna się po nim spodziewać, w końcu Ambroise wiedział wszystko najlepiej i nigdy tego nie ukrywał. To było więc całkiem prawdopodobne, że akurat to słowo padnie z jego ust jako ostatnie.

- To różowe futerko nie do końca pasuje do okropnego czarnoksiężnika, nie sądzisz? - Skoro już sam wspomniał, że historia wzięcia kota łączyła się z nekromancją... to nie mogła się powstrzymać przed tym komentarzem. Powinien mieć jakąś akromantulę, czy chociażby czarnego kota, a nie tą różową, słodką kulkę.

Parsknęła cicho, na ten komentarz o haftowaniu i szydełkowaniu. - Mnie się nie da do niczego zmusić, ale to też powinieneś wiedzieć. - Nie była w stanie usiedzieć nawet pięciu minut podczas których miała się uczyć tych czynności. - Na szczęście u nas w Snowdonii, to ojciec miał ostatnie słowo, szczególnie jeśli chodzi o mnie, wystarczyło, że przyszłam do niego ze łzami w oczach, a od razu dostawałam sztylet, czy łuk do ręki i mogłam się zająć tym, co faktycznie mnie interesowało. - Tak, była córeczką tatusia, pozwalał jej na wszystko, nawet na te drobne braki w wychowaniu, jakie powinna mieć każda panna z dobrego domu. Owinęła go sobie wokół palca, gdy tylko przyszła na świat, i już od tamtego momentu korzystała z tego przywileju. Ojciec zawsze stawał po jej stronie, mimo tego, że to raczej Jennifer miała ostatnie słowo wobec wszystkich innych rzeczy, jednak nigdy nie wtedy gdy dotyczyło to Geraldine.

- Jak tak o tym mówisz, to mam chęć faktycznie sprawdzić, czy się nie da. - Dla Yaxleyówny to stwierdzenie nie miało najmniejszego sensu, jeśli się czegoś chciało, to zawsze można było to osiągnąć. W jej słowniku nie istniało wyrażenie nie da się.

- Czekaj, czyli cycki też by nie zadziałały? Trzeba poszukać innych metod. - Skoro te najbardziej oczywiste miały nie zadziałać wypadałoby sięgnąć po coś kreatywniejszego.

To nie tak, że zamierzała go podchodzić, bo przecież nie powinna już tego robić, kiedyś całkiem zgrabnie jej to wychodziło, ale aktualnie nie mogła sobie pozwalać na takie numery. To już było za nim.

- Po pierwsze to jest kot, myślałam, że ich nie lubisz. - Kiedyś rozmawiali o posiadaniu psów, nigdy nie padło jednak stwierdzenie, że mogą mieć kota, nie do końca jej to pasowało. - Do tego, ta Twoja kotka wygląda raczej jak wata cukrowa, jest słodziutka i urocza, a Ty... - Przeniosła na niego spojrzenie i zawiesiła je na mężczyźnie na dłuższą chwile. - A Ty taki nie jesteś. No nie pasujecie do siebie. - Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Nie miała pojęcia, jak wygląda sprawa ich charakterów, bo może o to chodziło?

- Tak, zdecydowanie jesteś szalony i ochujany, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. - Wbrew pozorom jednak wydawało jej się, że podejmuje raczej racjonalne decyzje, a przynajmniej się starał, zwłaszcza w ich przypadku. Najwyraźniej posiadanie kota mogło się łączyć ze spontanicznością.

- To nie tak, że czuję dyskomfort, mam lekki uraz do kotów. - Wolała jednak teraz nie wspominać, skąd się jej wziął. Głupio by było jej mówić aktualnie o byłym, który zmieniał się w koty i przebywał w towarzystwie małej dziewczynki... To było nieco dziwne.

- Nie boję się. - Ona się przecież niczego nie bała, żeby to potwierdzić wyciągnęła rękę spod koca i sięgnęła w stronę kotki, tyle, że nie ruszyła jej z miejsca, a pogłaskała zwierzę po szyi. Pierwszy krok za nią.