![]() |
|
[11.09.1972] can you remember who you were | Geraldine & Astaroth - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [11.09.1972] can you remember who you were | Geraldine & Astaroth (/showthread.php?tid=4841) Strony:
1
2
|
[11.09.1972] can you remember who you were | Geraldine & Astaroth - Geraldine Greengrass-Yaxley - 28.05.2025 adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic IV 11.09.1972, las
Decyzja, którą podjęła wydawała jej się być całkiem racjonalna. Mieli drugiego łowcę w piwnicy, szkoda było nie skorzystać z jego obecności, nawet jeśli nie znajdował się aktualnie w najlepszej formie. W sytuacji, jak ta wypadało sięgać po wszystkie możliwości. Nie mieli ich zbyt wielu, więc nie zastanawiała się nad tym zbyt długo. Wiele razy zdarzało jej się polować, tropić z bratem. Jedno z tych wyjść zakończyło się jego śmiercią, co nadal ciążyło Yaxleyównie, ale sądziła, że będzie dobrze wrócić do tego, co kiedyś mieli. Nie był to może najlepszy moment, bo Roth powinien najpierw ogarnąć się do końca z tym swoim drobnym uzależnieniem od eliksirów, ale wydawało jej się, że dobrze zrobi mu takie wyjście. Poczuje się przydatny, chociaż przez chwilę. Wiedziała, że ostatnio z tym u niego trudno i trochę brała to na siebie. Odusnęła go latem od swoich problemów, bo nie chciała, aby ponownie stała mu się krzywda, przez nią. Nie miała pojęcia, czy podjęła dobrą decyzję, ale miała dobre intencje, chociaż jak wiadomo dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. Poszła więc po brata, do tej nieszczęsnej piwnicy, w której go zamknęli. Wypuściła go, informując po krótce dlaczego to robi. Nie miała przy sobie eliksirów, które zapewne aktualnie by go uszczęśliwiły. Nie do końca była w stanie przewidzieć, jak się zachowa, czy potraktuje sprawę poważnie, czy uzależnienie będzie wpływało na niego zbyt mocno. Gdyby coś poszło nie tak... jakoś sobie poradzi. Zdarzało jej się już przecież go pacyfikować, nie obawiała się tego, że może zrobić jej krzywde. W oczach Yaxley Astaroth zawsze był tylko i wyłącznie jej młodszym bratem, nigdy nie był bestią, nawet wtedy gdy zmienił się w wampira. Może było w tym nieco hipokryzji, bo przecież od najmłodszych lat była uczona, aby polować na podobne stworzenia, jednak gdy chodziło o jej rodzinę, to miała nieco inne standardy. Mieli zacząć przeczesywać las, szukać śladów, znaleźć zaginionych. Nie brzmiało to szczególnie skomplikowanie, robili to wiele razy, wspólnie. Brakowało jej ich współpracy, może był to dobry moment na to, aby do tego wrócić. Starała się jakoś wyczuć jego emocje, nastawienie, nie była jednak do końca pewna, czego powinna się spodziewać. Miała świadomość, że mógł grać, mógł ją oszukiwać, uzależnieni robili naprawdę dziwne rzeczy, aby osiągnąć to, na czym im zależało. Musiała być czujna, aby zareagować, jeśli pojawi się taka potrzeba. Księżyć oświetlał im drogę, w okolicy było cicho, co jakiś czas mogli usłyszeć krakanie wron, czy innych ptaków, które przerywało tę nie do końca wygodną ciszę. Szli przed siebie, całkiem żwawym krokiem. Nie mogli marnować czasu, bo i tak stracili go zbyt wiele. - Szukamy dwóch osób, kobiety i mężczyzny. - Wymruczała cicho, chciała przypomnieć mu po co się tutaj znaleźli. - Teleportowali się wbrew swojej woli, nie do końca wiadomo gdzie, to może być ten las. - Ale nie musiał, wolała jednak myśleć, że faktycznie dobrze połączyli kropki i uda im się znaleźć zagubionych, nie powinna nastawiać się na sukces, zważając na czynniki, które się pojawiły, ale czy był sens w poszukiwaniach, jeśli nie miało się chociaż odrobiny nadziei? - Jak się czujesz? - Spojrzała na brata próbując wyczytać cokolwiek z jego spojrzenia. Musiała o to zapytać, w końcu spędził w piwnicy kilka dni, nie miała pojęcia, jak do końca mogło to na niego wpłynąć. Nie wiedziała, czy będzie z nią szczery, ale miała w sobie odrobinę empatii. RE: [11.09.1972] can you remember who you were | Geraldine & Astaroth - Astaroth Yaxley - 29.05.2025 Wrzaski, krzyki, zapach krwi. Wrzaski, krzyki, zapach krwi. Wrzaski, krzyki, zapach krwi. – Głównie to obijało się o moją głowę i plamiło ostatnie strony dziennika. Nie miałem nic, oprócz niego i własnych, destrukcyjnych myśli. Nie chciałem myśleć, ale im bardziej próbowałem się od tego odciąć, tym było gorzej. Nie zmrużyłem oka. No, może na sekundę, ale obudziłem się szybciej, niż bym chciał. Powinienem być zlany potem, ale nie byłem. Byłem za to martwy. Ten stan się nie zmienił. Martwy i zamknięty w piwnicy wbrew własnej woli. Geraldine. To ona. To był jej pomysł. Uważała, że mam problem z eliksirami, ale mój problem miał zupełnie inne imię. Nazywał się wampiryzmem. Nie chciałem pić krwi, a mimo to rzucałem się jak oszalały na każdą podrzuconą torbę. To było szaleństwo. Byłem niczym zwierzę. Może nawet gorzej. Nie chciałem myśleć, nie chciałem wspominać, ale obrazy i tak zalewały moją głowę. Czytałem dziennik, co było błędem. Było tam dużo wyrzutów sumienia, agresji, bólu, rzeczy, których nie da się naprawić. I ta największa z nich – niemal zabicie Laurenta. Z jednej strony pragnąłem wyjść z tej klatki i odurzyć się eliksirami. Z drugiej – miałem wrażenie, że mam zbyt wysokie standardy, że powinienem dostać gołą podłogę i wodę z kałuży do picia. Czasami była jeszcze trzecia opcja, która najbardziej mnie przerażała – wyjść stąd i wypić do cna każdego, kto stanie mi na drodze. Nie mogłem ufać Geraldine. Ale nie mogłem też ufać sobie. Miałem wrażenie, że prawdziwy Astaroth znika. Że niedługo nie zostanie już nic, tylko Bestia. Pytanie tylko, czy wtedy ktoś mnie powstrzyma? Czy będę biegał po świecie i krzywdził niewinnych? Robił to, z czym przez całe życie walczyłem? To było przerażające. Miałem za dużo czasu na myślenie, a nie wiedziałem, kiedy Geraldine i jej wesołej drużynie odwidzi się trzymanie mnie w tej piwnicy. Byłem tu dopiero dzień, może dwa, a już miałem siebie serdecznie dość. Potrzebowałem zasnąć. Przespać chociaż chwilę. Może i obudziłbym się przerażony, że znowu coś zrobiłem… Ale chciałem chociaż przez moment nie myśleć. Odciąć się od tego wszystkiego. ZASNĄĆ. Taaak. Dlatego poszukiwania były wybawieniem. Ale... Byłem też wściekły na Geraldine. Miałem ochotę ją rozerwać za to, że rządziła mną i moją wolnością. Ale zamiast tego, tylko pchnąłem ją mocno na ścianę. To był odruch. Zasyczałem dziko, ukazując kły. Zmieszałem się przez to. Od razu się tego wstydziłem. Powiedzieć, że tego nie znosiłem, byłoby mocnym niedopowiedzeniem. NIENAWIDZIŁEM tej części siebie z całego serca. Więc jak mógłbym ją zaakceptować? Nie byłem pewien, co zrobię później. Ale teraz mieliśmy misję do wykonania. Zawsze... Polowanie, tropienie odrywały mnie od codziennych spraw, pozwalały się wyciszyć. Więc ruszyłem w las z Geraldine, ale nie powiedziałem ani słowa. Tylko słuchałem, próbując skupić się na informacjach o zaginionych. Jak się czułem?! Nie najlepiej. Może i jadłem, ale picie krwi z worków to nie to samo, co z żywej osoby. Tęskniłem za Kimi i właściwie uważałem, że to przeze mnie odeszła. Nie spałem. A jeśli już, to ledwo. W niczym nie przypominałem dawnego siebie. Byłem spięty. Zmęczony. Ale nie chciałem tego analizować. Nie teraz. – Rinaaa, interesuje cię to w ogóle?! – rzuciłem, umyślnie używając zdrobnienia jej imienia, którym posługiwał się Ambroise. Nie byłem pewien, które z nich wkurwiało mnie w tej chwili bardziej. Pożar Londynu, droga, zamknięcie – wszystko wspominałem sobie w kółko, co nie napawało optymizmem. Zacisnąłem dłonie w pięści. Najchętniej połamałbym cały ten las, ale niestety nie miałem takich możliwości. – Zamknęłaś mnie i... KIEDY ZAMIERZAŁAŚ MNIE WYPUŚCIĆ?! – warknąłem zirytowany. Była ostatnią osobą, która miała prawo pytać mnie, jak się czuję. I jeszcze wciągnęła w to Benka... Najwyraźniej nikomu nie mogłem ufać. RE: [11.09.1972] can you remember who you were | Geraldine & Astaroth - Geraldine Greengrass-Yaxley - 29.05.2025 Czy przejęła się tym, że brat na dzień dobry pizdnął nią o ścianę i pokazał swoje bielusieńkie kły? Nie do końca. Nie spodziewała się szczególnie ciepłego przywitania, realnie podchodziła do tego, co się działo. Wiedziała, że był wkurwiony. Zresztą pewnie też by była. Ona nie potrafiła usiedzieć zbyt długo w zamknięciu, mieli to we krwi. Musieli się włóczyć, wyjść gdzieś chociaż na chwilę. Sytuacja jednak była dość mocno skomplikowana, właściwie to ta jego przypadłość... To, że jej o niej powiedział odebrała jako proszenie o pomoc. Zamierzała więc mu ją dać, pewnie nie zakładał, że zrobi to w taki sposób, ale drastyczne metody były najbardziej skuteczne. Nie obchodziło jej za bardzo co o tym myślał, tak, czy siak robiła to dla dobra brata. Może kiedyś to doceni... Póki co jednak wyglądało na to, że szybko miałby się pogodzić z zaistniałą sytuacją. Cóż, jakoś zamierzała poradzić sobie z jego wkurwieniem, to nie był pierwszy raz, kiedy się odnosił do niej w podobny sposób. Tak już mieli, prawda? Zależało jej na nim, czy tego chciał, czy nie. Naprawdę przejęła się jego losem i chciała mu ułatwić egzystencję na tym świecie, ba może nawet jakoś pomóc na nowo zacząć żyć. Znaleźli się w końcu w lesie, znowu we dwójkę, jak za starych, dobrych czasów. Ta, jasne... Cóż jakoś na pewno z tego wybrną, nie był to chyba odpowiedni czas na wyrzuty, zwłaszcza, że musieli wytropić zaginionych, którzy przepadli w pizdu kilka godzin temu. Dreszcz przeszedł jej po plecach, kiedy usłyszała w jaki sposób się do niej odezwał. Zrozumiała aluzję. Oczywiście, że musiał zachować się w ten sposób, zamierzał być w stosunku do niej uszczypliwy, spodziewała się tego. Westchnęła ciężko nie kryjąc swojego niezadowolenia z jego podejścia. - Nie, tak pytam z czystej przyzwoitości. - Wysyczała przez zęby. Nie podobało jej się to, że zarzucił jej bycie nieszczerą. Naprawdę uważał, że miała gdzieś to, jak się z tym wszystkim czuje? Była jego siostrą, wiele razy udowodniła mu, że jej na nim zależy. Irytowało ją to, że zachowywał się w ten sposób. Zatrzymała się kiedy na nią warknął. Odwróciła się w stronę brata. Oczy jej błyszczały. Geraldine miała krótki lont, niestety, nawet w stosunku do niego. - Jak się w końcu ogarniesz! O ile w ogóle zamierzasz to zrobić, czy widzisz do jakiego stanu się doprowadziłeś? - Uniosła głos, bo czemu by nie. Miała nadzieję, że nikt nie usłyszy ich drobnej sprzeczki, bo nie zamierzała się z niej tłumaczyć. Może nie powinna się do niego zwracać w ten sposób, ale co jej pozostawało. Skoro nie widział tego, że robili to dla jego dobra, że chcieli dla niego jak najlepiej... zamierzała otworzyć mu oczy, nim te jej się zamkną. - Masz zamiar tak egzystować? Naprawdę uważasz, że to jest normalne? - Wydawało jej się, że nie widział w tym niczego złego, bo gdyby widział, to coś by z tym zrobił, a nie robił właściwie nic. Znalazł sobie swój sposób, te eliksiry nasenne i się nimi posiłkował, ale przecież nie mógł w ten sposób nieżyć przez wieczność, no niby mógł... ale właśnie, chodziło o to, żeby w końcu znalazł inną metodę, bardziej korzystną dla niego. RE: [11.09.1972] can you remember who you were | Geraldine & Astaroth - Astaroth Yaxley - 30.05.2025 Pokiwałem głową. Z goryczą na wargach. To bardziej pasowało mi do Geraldine, że pytała o to tylko z czystej przyzwoitości, jakby wymagały tego jakieś społeczne rytuały. Słyszałem jednak jad w jej głosie i wiedziałem, że naprawdę się martwiła. Że ta troska była autentyczna. A teraz? Teraz tylko ujadała w odpowiedzi na moje ujadanie. Ale to niczego nie zmieniało. Nie zamierzałem zmieniać swojego nastawienia do niej. Zasłużyła sobie. Niezależnie od tego, co nią kierowało, to, co mi zrobiła, nie było dobre. To wcale nie była opieka. To była klatka. Troska podszyta przemocą. Zamykała mnie w niewoli jak dzikie zwierzę. Jakby to miało mnie uleczyć? Z czego? Z bycia krwiopijcą?! Miałem wyimaginowane dreszcze po jej słowach. Fikcyjne, bo przecież moje trupie ciało nie reagowało jak żywe. – A JAK MAM EGZYSTOWAĆ?! JAK MAM SIĘ OGARNĄĆ?! JESTEM JEBANYM WAMPIREM! NIC Z TYM NIE ZROBIĘ! – ryknąłem. Wkurwiało mnie to do granic. Te ostatnie godziny spędziłem na rozszarpywaniu siebie od środka, na krzewieniu nienawiści do własnej egzystencji. Powtarzałem w głowie słowa Victorii, że jestem niedojrzały, że zachowuję się jak dzieciak, że powinienem się pogodzić z tym, kim się stałem. Ale jak mógłbym?! Jak mógłbym?! JAK MÓGŁBYM?! Nie potrafiłem. Coraz trudniej było mi się skupić nawet na prośbach Laurenta czy Victorii. Chciałem coś naprawić. Miałem przed sobą misje, którymi chciałem zadośćuczynić. Odkupić winy. Ale zamiast tego... Może to wszystko naprawdę nie było normalne? Może się pogubiłem? Ale przecież nic normalnego już mnie nie dotyczyło. Nie byłem normalny. Byłem... Bestią. A nie chciałem przecież nią być. Nie mogłem nią być. Ale musiałem. Nie miałem innego wyjścia, oprócz... Bałem się. Bałem się tak cholernie mocno, że aż czułem, jak krew zalewa mi mózg, jak rozlewa się po całej mojej głowie, paraliżując myśli. To też zapewne było fikcyjne uczucie. Nienawidziłem siebie tak bardzo, że... że nie da się tego zmierzyć. Chciałem... tak, naprawdę chciałem ratować ludzi. Przed takimi jak ja. Młodymi wampirami, którzy nie mieli żadnej kontroli, którzy gubili się w pragnieniu, którzy atakowali bez refleksji. Którzy pili i pili, i pili. Nie mogłem tak egzystować. Ale nie mogłem też tej egzystencji sobie odebrać. I to było najgorsze. Impas. Zawieszenie między śmiercią a życiem, które wcale nie było życiem. Rozdzierało mnie od środka, rwało w pół. Było nieznośne. Uciążliwe. Bolało moją duszę, o ile ją miałem. Może dlatego właśnie ta gorsza część mnie zaczęła się wyślizgiwać. Wymykać spod kontroli. Może próbowała ratować siebie? Może domagała się krwi? Albo... może próbowała mnie wesprzeć? Dać mi siłę? Bym poczuł się silnym? Potwornym, ale silnym? Nie roztrząsałem tego. Nie miałem do tego głowy. Czułem, że coś się dzieje. Coś wielkiego. Jak wtedy... Tylko że teraz... Traciłem ponownie nad tym kontrolę. Coś we mnie ryło się ku powierzchni. Coś, co chciało ujrzeć światło księżyca. | Rzucam na Nocną Marę. [roll=Z] [roll=Z] RE: [11.09.1972] can you remember who you were | Geraldine & Astaroth - Geraldine Greengrass-Yaxley - 02.06.2025 Nie da się ukryć, że podejście brata działało na nią jak czerwona płachta na byka. Wydawało jej się, że nie jest w stanie dostrzec najprostszych wniosków, które nasuwały się same. Naprawdę zależało jej na nim, chciała jakoś pomóc mu wyjść z tego bagna, w którym się znajdował, przynajmniej po części bo wiadomo, że były też rzeczy na które nie miała wpływu. Nie mogła niczego zrobić z jego największą przywarą, którą był przynajmniej dla niego wampiryzm. Nie miała zamiaru trzymać go w tej piwnicy do usranej śmierci, nie tylko dlatego, że nie było to możliwe, bo nie mógł umrzeć. Zamierzała tylko przez jakiś czas odizolować go od tego, co było dla niego złe, co powodowało, że zatracał się w tym swoim cierpieniu. Najwyraźniej nie był w stanie pojąć jej metod działania (nie był to pierwszy raz). Może kiedyś zrozumie, jak to jest, i że gdy bardzo Ci na kimś zależy to nie przejmujesz się specjalnie metodami po które sięgasz, liczy się tylko to, aby pomóc tej osobie. - Co z tego? Co z tego, że jesteś wampirem? Mogłeś umrzeć, a jednak dalej chodzisz po tym świecie. To dar, musisz to kurwa w końcu zrozumieć. - Mogło go już tutaj nie być. Pamiętała, jak jego oddech zwalniał, ciało robiło się chłodne, jak serce przestało bić, gdy trzymała go w swoich ramionach. Była pewna, że już nie wróci, że odszedł, a jednak jakimś cudem wrócił na ten świat. Może nie był w pełni sobą, może stał się wampirem, ale czy naprawdę zapomniał jakim był człowiekiem? Jeśli tak, to zamierzała mu o tym przypomnieć, ktoś musiał to zrobić. Yaxleyówna nie należała do delikatnych osób, i powinien zdawać sobie z tego sprawę, zresztą już mieli za sobą ten okres kiedy się nad nim spuszczała, to nie zadziałało. Trzeba było spróbować czegoś innego, bo oczywiście nie zamierzała się poddać. Nie spodziewała się tego, że rozzłości brata na tyle, że straci nad sobą panowanie. Powinna była to przewidzieć, zwłaszcza po tym, że spędził ostatni czas w piwnicy, z dala od kogokolwiek, jak zwierzę zamknięte w klatce, teraz musiał to nadrobić. Wokół nich pojawiła się mgła. Nie miała pojęcia, czy to przez las, czy przez coś, co robił. Zauważyła zmianę w jego aparycji, nie dało się jej nie zauważyć. Musiała reagować szybko, nie mogła być pewna, że nie zrobi jej krzywdy, a mieli tylko znaleźć zagubionych w lesie. Zawsze coś. Sorry Romulus, będziesz musiał poczekać chwilę dłużej. Nie była szczególnie z tego zadowolona, nie chciała doprowadzać do kolejnej kłótni między nimi, a wyszło jak zawsze. Poczuła strach, nie była w końcu nieustraszona. Bała się tego, że może zechcieć ją skrzywdzić, ale nie mogła skupiać się na tym strachu. Musiała jakoś go spacyfikować, prawda? Kto, jeśli nie ona. Zareagowała odruchowo, nie uciekała, najlepszą obroną był przecież atak, więc gdy tylko dostrzegła to dziwne coś w jego oczach, gdy poczuła ten ogarniający ją strach zamachnęła się ręką, właściwie to pięścią, aby uderzyć go w twarz z całej siły. Może to go nieco otrzeźwi? [roll=W] [roll=W] ◉◉◉◉◉ AF, rzucam na walkę wręcz - szybki lewy sierpowy w piękną buźkę Aska RE: [11.09.1972] can you remember who you were | Geraldine & Astaroth - Astaroth Yaxley - 04.06.2025 Och, nie przepadałem za tym. Było częścią tej nowej natury, z którą uparcie walczyłem. Nocna Mara wymknęła mi się znowu spod kontroli. Nie potrafiłem nad tym zapanować, więc czułem zmiany w moim ciele i to wszechogarniające zmieszanie, że Geraldine widzi mnie właśnie takim. Że takim mnie zapamięta. Jako ogromnego, bladego, potwornego wąpierza. Już nie brata, tylko Bestię. Czy to była ona? Fizyczny obraz tej Bestii, która czaiła się we mnie od początku? Była brzydka. Tak czułem. Tak stwierdzałem, po częściowym oglądzie swojego ciała. Spojrzałem na swoje paskudne pazury. Skrzywiłem się, ukazując kły ostrzejsze niż zwykle. Poruszyłem głową, czując znajome, nieprzyjemne mrowienie w karku... Nie, nie znajome. Nowe. Pewnie skutek uboczny przybrania tej... powiększonej postaci. Byłem wysoki, ale TO już była przesada. Stawać się jeszcze wyższym? Na co to komu? Syknąłem wściekle. To nie było fair. Tak samo jak to, że Geraldine postanowiła mnie zaatakować. Prozaiczne. – Stój – wysyczałem niewyraźnie przez wydłużone kły. Meh. Wciąż nie nauczyłem się mówić z tymi modyfikacjami. Cóż, to był dopiero mój... trzeci raz? Oby ostatni. A i tak nie zdążyłaby się powstrzymać przed atakiem, więc... Spróbowałem się uchylić, żeby nie dostać od niej w szczękę, chociaż... przy moim obecnym wzroście to wcale nie miało być takie łatwe. – Chcesz się bić, Gigi? – zapytałem z wyzwaniem, używając jej przezwiska z czasów naszej smarkatej młodości. Teraz, cóż... już nie miała tej przewagi, co kiedyś. Mógłbym jej spuścić porządne lanie. Byłem o tym przekonany, o zgrozo!, mając po swojej stronie Bestię, której tak cholernie nienawidziłem. Ale nie zamierzałem przestać. Zamierzałem prowokować dalej. – Ach, Gertruda w trakcie misji ratunkowej. Kołek w dłoń, wampir do klatki, bo przecież to dla jego dobra – zaśmiałem się ironicznie, z nutą żalu, przygotowując pazury do ataku, z sykiem na języku. Nie zaatakowałem. Jeszcze nie. Czekałem na jej ruch, by oddać ze zdwojoną siłą. | Rzucam AF na unik przed pięścią Geraldine. [roll=PO] [roll=PO] RE: [11.09.1972] can you remember who you were | Geraldine & Astaroth - Geraldine Greengrass-Yaxley - 04.06.2025 Bała się, strach ją ogarnął, bo był to pierwszy raz, kiedy Astaroth całkowicie pokazał jej swoją naturę. Walczyła z podobnymi bestiami, ale tym razem był to jej brat. To sporo zmieniało. Oczywiście, że spodziewała się, iż kiedyś do tego dojdzie, to musiało wydarzyć się prędzej, czy później, zważając na to, jakie napięcie panowało między nimi od tygodni. Powstrzymywał się dość długo, ale nadszedł moment, w którym stracił nad sobą panowanie. Jakoś sobie z tym poradzi, nie była zwyczajnym laikiem, kto jak kto, ale ona na pewno nie da sobie zrobić krzywdy, zresztą też nie chciała, żeby mu się coś stało. Trudno było być starszą siostrą wampira. Czy naprawdę sądził, że Stój wystarczy, żeby ją powstrzymać? Przecież to prosiło się o przekroczenie granicy. Mógł pomyśleć... cóż, nie powinna spodziewać się zbyt wiele, był w końcu jej bratem, nie zmieniał tego fakt, że ugryzł go wampir, że stał się jednym z nich. Nie dało się pozbyć z niego yaxleyowatości. Uchylił się przed jej ciosem. Nie była z tego powodu zadowolona, liczyła bowiem na to, że nieco otrzeźwi to Astarotha. Będzie musiała wymyślić coś innego. - Nie chcę się bić, ale jeśli w ten sposób mam Ci przemówić do rozsądku, to nie mam nic przeciwko. - Wszystko zależało od niego, czyż nie? To on zaczął, on postanowił pokazać tę uroczą wersję siebie. To nie ona zaczęła tę osobliwą kłótnię. - Nie chodzi o to, że jesteś wampirem, tylko o to, że się staczasz debilu, jakbyś nie był wampirem i robił coś podobnego też bym Cię zamknęła w klatce. - Nie to było przecież problemem, a to, że postanowił radzić sobie z rzeczywistością przy pomocy tych nieszczęsnych eliksirów, zatracał się w nich. - Nie wbiłabym Ci kołka w serce, ile razy mam ci powtarzać, że dla mnie nadal jesteś przede wszystkim moim młodszym bratem, kiedy to do Ciebie dotrze? Wkurwia mnie to, że nie doceniasz tej drugiej szansy, jaką dostałeś, nie wszyscy mają tyle szczęścia. - Uniosła głos, nie miała pojęcia, w jaki sposób mogłaby do niego dotrzeć i zaczynało to ją okropnie irytować, czuła się bezsilna i nie znosiła tego uczucia. RE: [11.09.1972] can you remember who you were | Geraldine & Astaroth - Astaroth Yaxley - 05.06.2025 Zaśmiałem się. Kpiąco, z nutą żałości. Musiałem wyglądać, jakbym wył do księżyca, choć to przecież nie ta bajka. Księżyc był tylko niemym świadkiem. Dawał mi cień, dyskrecję, odrobinę prywatności. Jeśli Geraldine zniknie w tym lesie, może będą mnie oskarżać. Ale nie znajdą dowodów. Albo znajdą, gdy mnie już dawno nie będzie. ...i oto była ta sławetna druga szansa. Szansa na bycie potworem. Z pokorą pozdrawiam. – Świetnie. Rozumiem, że i ty byłabyś wdzięczna, gdyby potwór zamienił cię w potwora? To przecież druga szansa, prawda? Mogę zabijać pod jego flagą, zdobywać łaski, przypodobać się. Może mnie adoptuje? Może będzie mi bardziej ojcem niż Gerard kiedykolwiek był?! – wyrzuciłem z siebie, głosem pełnym jadu i żalu. Ani przez chwilę nie zamierzałem dołączać do tego, który mnie stworzył. Przemienił. Zabił. A może zabił i dopiero potem przemienił? Nigdy bym do niego nie dołączył. Sama myśl, że mógłby po mnie wrócić, wywoływała dreszcze strachu i obrzydzenia. Jakby nie patrzeć, pokonał mnie i upokorzył. Zdominował. – Dziwne... Bo wielokrotnie widziałem, jak wbijasz mi kołek w serce. Jeszcze częściej, jak mnie dekapitujesz. I to wersje całkiem realistyczne. Jak najbardziej możliwe do zaistnienia, czyż nie? – zauważyłem lodowato, sycząc z wściekłością. Zachowywałem się dziko. Świat mnie rozpraszał, a jednocześnie nie istniał. Coś we mnie pulsowało. Bestia poruszała się niespokojnie tuż pod skórą. Zęby zaczynały mrowić. Pazury drżały z niecierpliwości. Łapać. Szarpać. Zgasić myśl. Wgryźć się w życie - szeptała. Nie chciałem tego. Nie chciałem być potworem. Ale to było silniejsze ode mnie. Było we mnie. Było mną. – Jadłem, kurwa, przed chwilą jadłem... A znowu... – zacisnąłem powieki, jęknąłem przez zęby. Mruknąłem. Syknąłem. Dźwięki mieszały się w moim gardle. Las rozmazywał się przed oczami. Tylko Geraldine pozostawała wyraźna. Ona i jej puls. Czułem wyobraźnią jej smak na języku... Wyobraźnia pod tym kątem była dla mnie bezwzględna. Czy świat serio zniknął? Czy po prostu zamilkł w oczekiwaniu? – Zjadłbym cię. Och, jakbym cię zjadł... – wyznałem niemal z namaszczeniem. – Świeża krew... jest o niebo lepsza od tej z worków. Tamta to zimne paskudztwo. Ale świeża... rozświetla mnie od środka. Na moment czuję się żywy, Geraldine. Mam wrażenie, że wtedy płynie we mnie krew, że czuję wszystko. I wiem też, że moja ofiara cierpi – urwałem, przełykając ślinę. Myśli zalewały mi głowę. Krew, krew, krew – jedyna rzecz, której teraz naprawdę pragnąłem. Podniecała mnie. Wabiła. Prowokowała. – Może powinienem na ciebie zapolować... – wyszeptałem po dłuższej ciszy, niemal czułym, intymnym tonem. Jakby Bestia szeptała to tuż obok mojego ucha, przekonując mnie, że to wcale nie byłby zły pomysł. Wręcz okazja. Pokręciłem głową. Kręciłem głową, próbując wyrzucić z głowy te myśli. Nie chciałem ich. Niech sobie pójdą. Niech ulecą. Niech znikną i nie wiercą mi dziury w głowie. RE: [11.09.1972] can you remember who you were | Geraldine & Astaroth - Geraldine Greengrass-Yaxley - 05.06.2025 Westchnęła ciężko kiedy zobaczyła reakcję swojego brata. Zatracał się w tym wszystkim, coraz bardziej gubił siebie. Nie podobało jej się to wcale, czuła się bezradna, przez co złościła się, ale nie na niego, na siebie. Nie do końca wiedziała, w jaki sposób może na niego wpłynąć, i czy w ogóle jest w stanie to zrobić? Nie powinna się poddawać, tyle, że ileż można walczyć z wiatrakami? - Możesz zabijać, oczywiście, to Twój wybór, ale nie musisz tego robić, wszystko zależy od Ciebie. - Być może nie było to takie proste, ale przecież było możliwe, różne były wampiry. Na pewno kosztowałoby go to sporo samokontroli, ale nie wątpiła, że jeśli ktoś miałby sobie z tym poradzić, to właśnie on. - Pierdol go, jeśli chcesz możemy go zabić za to, co Ci zrobił. - Wiele razy o tym myślała. Chciała wrócić w tamto miejsce, znaleźć tego typa i skrzywdzić go za to, co zrobił jej bratu. Dokończyć to, czego nie zrobili wcześniej. Może to byłby idealny nowy początek dla Astarotha? - Ojciec jest jaki jest, robi co może, żeby nam było dobrze. - Miała świadomość, że jej brat mógł nie odczuwać od Gerarda tyle ciepła co ona, bo pod tym względem to Geraldine zawsze była dla niego najważniejsza, ale rekompensowało mu to to, że był oczkiem w głowie matki. Każdy miał swoje ulubione dziecko i nigdy się z tym nie kryli jakoś specjalnie. - Nigdy bym Cię nie zabiła. - Bez względu na wszystko Roth zawsze pozostawał przede wszystkim jej bratem, nigdy nie uważała go za bestię, nawet kiedy faktycznie się nią stał. Czy naprawdę to do niego nie docierało? Robiła wszystko, aby ułatwić mu tę egzystencję, przyjęła go do siebie, naprawdę chciała mu pomóc, to że robiła to nie do końca odpowiednio? Cóż, bywa, dla niej również to zupełnie nowa sytuacja, w której próbowała się odnaleźć. Wiedziała jednak, że nie zostawi go samego sobie. - Nie sądzę, żebym była specjalnie smaczna. - Co innego miała powiedzieć? Nie spodziewała się tego, że może w tej chwili myśleć o tym, jak smakuje jej krew, powinna się tego spodziewać, zwłaszcza po tej postaci jaką przybrał. Kurwa mać. Nie sądziła, że to wyjście tak się potoczy. Mogła to przemyśleć, mogła wyruszyć do lasu sama, zostawić go w tej piwnicy, aż nie wydobrzeje. - Chcesz mnie wystraszyć, czy o co Ci chodzi? Jakbyś chciał na mnie zapolować, to byś to zrobił, a nie o tym gadał. - Nie umiała zrozumieć tego, do czego zmierzał. Bawił się nią? Proszę bardzo. Mógł spróbować ją zaatakować, mógł spróbować ją ugryźć, nie bała się tej próby która mogła nadejść. Jakoś sobie poradzi, zawsze sobie radziła. Zamierzała doprowadzić do tego, że wyjdą z tego lasu razem, chociaż aktualnie nic na to nie wskazywało. RE: [11.09.1972] can you remember who you were | Geraldine & Astaroth - Astaroth Yaxley - 06.06.2025 Chyba znowu wyglądałem normalnie. Ludzko. Ale wewnątrz… było tylko gorzej. Jakbym się staczał coraz niżej, zagłębiał w tych niegodnych myślach, jakbym tracił kontakt ze sobą. Zawsze tak było. Wystarczyła iskra. Myśl o krwi. Drobna. Ledwie muśnięcie. I już mój umysł leciał w tym kierunku z obłędem, nie do zatrzymania, nie do odratowania. Choćbym krzyczał, błagał, zaprzeczał... Nic nie działało. Czy znowu miało być za późno? KREW. KREW. KREW. – To nie ja – wychrypiałem zbolały, jakbym mógł się jeszcze odciąć, udowodnić niewinność. Jakbym mógł zapomnieć. Nie myśleć. Nie myśleć. NIE MYŚLEĆ. Ale... moje ciało… wiedziało swoje. Pragnęło. Potrzebowało. Wysuwało się ku temu łakomie, błagalnie, choć ja sam próbowałem trzymać je na smyczy. Objawiało się jego pożądanie, a następnie dawało ujście w podłych gestach, pokusach, manipulacjach. Na koniec również w bólu. W kradzieży. Zawsze w kradzieży. Nie chciałem taki być. Las milczał. Jakby też się bał. Nie było żadnego dźwięku, żadnej kotwicy, której mógłbym się chwycić. Dryfowaliśmy w czerni. Czy byliśmy już zgubieni?! – To ta moja druga natura… on… ten egoistyczny dupek… – zasyczałem, osuwając się na kolana. – Pragnie krwi. Mąci mi w głowie... ciągle kusi i szepcze, że mogę, że jest okazja, tak na wyciągnięcie ręki... – wyznałem, zakrywając uszy dłońmi, jak dziecko, które chce odgonić potwora spod łóżka. Jakbym mógł złapać te myśli między palce. Przygnieść je, uciszyć. Nie wypuszczać. Miałem przeogromną nadzieję, że może były jak motyle. A może jak ćmy, bo była noc. A ja przecież byłem dzieckiem nocy… Ech, nie pomagało. Nie pomagało. Nie pomagało. Nic nie pomagało. – Chciałbym pić i pić… Wypić wszystko – wyrzuciłem z siebie, a potem zasyczałem z bólu, z nienawiści. Wbiłem palce w ziemię. Głowa nie pomaga. To może ziemia. Może gleba. Mech. Natura. Może mnie umocni… Umocni… Umocni! – Matka… Matka jest ze mną… Otuli mnie. Powstrzyma. Nie pozwoli... czynić zła… - zacząłem jakby się modlić, choć z reguły nie przejmowałem się zanadto kowenami, wybierając imprezowanie. Ale... może tym razem? Może na końcu swej drogi miałem odnaleźć odkupienie?! OBY!!! Bo to bolało. Wszystko bolało. Zacisnąłem zęby tak mocno, że kły rozcięły mi dolną wargę. Czułem paskudny smak własnej krwi – starej, gęstej, obojętnej. Nie chciała nawet wypłynąć. Zastanawiała się, czy warto. Czy ma to jakiś sens. Nie, krwio, nie miało. Jedyny sens miała świeża krew. Uniosłem wzrok. Geraldine. Była jedynym kolorem w tym czarno-szarym świecie. Spojrzałem na nią z nadzieją. Plugawą, obleśną nadzieją. Może pozwoli mi choć spróbować? Mówiła, że nie będzie smaczna. A ja wiedziałem, że będzie najsmaczniejsza. Podniosłem się. I ruszyłem. Nagle, gwałtownie, jak do sprintu. Jakbym startował w maratonie śmierci. Im mniej się domyśli, tym lepiej. Chciałem ją przewrócić z zaskoczenia. Przygnieść do ziemi. Przytrzymać. Poczuć puls pod moimi palcami. Zdobyć dominację. Wygrać. | Rzucam na AF w celu przewrócenia Ger na ziemię. [roll=PO] [roll=PO] |