Secrets of London
[Jesień 72, 09.09 Księżycowy Staw Basilius, Miles & Thomas] The Song of the Jellicles - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [Jesień 72, 09.09 Księżycowy Staw Basilius, Miles & Thomas] The Song of the Jellicles (/showthread.php?tid=4908)

Strony: 1 2


[Jesień 72, 09.09 Księżycowy Staw Basilius, Miles & Thomas] The Song of the Jellicles - Millie Moody - 13.06.2025

09.09

Było już po świcie.

Czyli zdecydowanie zaczął się następny dzień, chociaż dla Miles - póki w końcu nie zasnęła, to nie można było mówić o kolejnym dniu. A ona była na nogach za moment już pełne 24 godziny.

Szaleństwo.

Tak czy inaczej nie mogli zostać w klubokawiarni, bo widmowe łapska zaciskały jej ręce na szyi okaleczonego Thomasa, z resztą zdecydowanie nie czuła się tam bezpiecznie. Oczywiście Basilius kwękał coś na temat tego, że może się jeszcze przydać rannym, którzy się tam schronili, ale wyglądał jak śmierć i ledwie stał, gdy Moody podjęła decyzję za całą trójkę. Potrzebowali odpoczynku i umieli kurwa czarować, więc złapała za dłonie obu przyjaciół i teleportowała się w miejsce, które zamiast spalenizny śmierdziało stęchlizną. I świeżą farbą.

Gdy ich stopy dotknęły posadzki na holu, na moment tylko spojrzała w górę, by upewnić się, że gwieździste sklepienie nad którym pracowała kolejny tydzień nadal tam jest.
– Proszę, podeprzyj Thomasa od drugiej strony, musimy wejść na piętro... – poprosiła Liszka wiedząc, że jest to tego dnia (w sensie przed spaniem) ostatnia rzecz o którą go poprosi. W głowie eksplodowały jej pomysły co jeszcze mogłaby zrobić zanim zaśnie, jeśli zaśnie. Przynieść wodę. Przynieść cukier. Przynieść jakiś eliksir na wzmocnienie. Przynieść kurwa zapasowe ciało i przerzucić mu do niego duszę, żeby odpoczął. Człapiąc powolutku do góry, czując ciężar oślepionego Thomasa na swoim ciele, zdawała sobie sprawę z tego jak sama jest zmęczona tym co się wydarzyło. Świeże powietrze Księżycowego Stawu otumaniało ją brakiem swądu spalenizny, choć w sumie oni nadal jebali na kilometr tym co się wydarzyło w Londynie. Byli jednak zbyt zmęczeni mieli wyjście - albo dotrą do pokoju, albo zasną w balii. Wolała to drugie. Musieli odpocząć.

Nogi automatycznie powędrowały do jej pokoju. Może powinien pojawić się tu skomplikowany proces myślowy w którym Miles racjonalizowała swoje działania, ale tak na prawdę nie myślała o niczym jak o tym, żeby zadbać o tych dwóch loczkowanych debili. Przez okno wpadało światło poranka, ptaki nakurwiały srogo, co było słychać nawet gdy okiennica była zamknięta. W pokoiku panował swojski syf, który Prewett miał już okazję oglądać kiedy czasem odwiedział Miles w mieszkaniu jej i brata. Walające się ciuchy, farby, szkice, również te zgięte i pogięte w charakterystyczne papierowe kulki. Drugie łóżko zasłane było (nie mylić z zasrane) obrazami. Kanwy uwalone jedna na drugiej nigdy skończone - przerażajace wykrzywione twarze, senne i depresyjne pejzaże, złociste rozbryzgi, zwinięte ciała, kolorowe plamy. Eksperymenty, próby, niechciane dzieci. Najpierw jednak odprowadzili Thomasa do pogiętej pościeli łóżka, które już nie pamiętało jak to jest być pościelone. Znajomy zapach, znajoma miękkość, znajoma przestrzeń. To nie był jego pokój, ale spędzał w tym miejscu wystarczająco dużo czasu, żeby wiedzieć gdzie jest.

– Dobra, teraz miejsce dla Ciebie Liszek. – powiedziała, a jej głos niemał łamał się zmęczeniem. – Kociak, nie dostań zawału będzie głośno – uprzedziła Thomasa, po czym translokacją energicznie wyjebała z drugiego łóżka płótna, robiąc z nich usypisko pod ścianą na której były osadzone drzwi. Drzwi ozdobione w kartę tarota - arcykapłankę z dojrzałą i spokojną twarzą Moody, pobożne życzenia Erika Longbottoma, które najwidoczniej na tyle przypasowały dziewczynie, że nie wyjebała tego przez okno, a ozdobiła pokój. Swój pokój.

Ich pokój. Z łóżka z Thomasem zgarnęła jedną kołdrę (na ślepo, nie wnikała czy to była jej pościel czy ta którą Figg wcześniej tutaj przywlekł) oraz koc. Rzuciła je niedbale na odsłoniętą przestrzeń do spania, a potem już z zaskakującą dla siebie łagodnością nakierowała Basiliusa na przygotowane miejsce. Potem zasłoniła okno i powiedziała coś mało wyraźnie i wyszła.

Woda. Musieli mieć pod ręką wodę.

Kiedy wróciła obaj już spali.

Postawiła kubki z wodą na stoliku (tej niewielkiej odsłoniętej przestrzeni stolika) i przez moment zastanowiła się co w tym układzie zrobić ze sobą. Thomas był ranny, Basilius ujebany robotą po korek. Po chwili bezmyślnego patrzenia się to na jednego to na drugiego ściągnęła włochaty jasiek ze swojego posłania z którego nie korzystał Figg i położyła się na hałdzie ubrań Wcale Nie Brudnych Tylko Takich, Które Jeszcze Da Się Założyć Być Może. Bezsenność nie miała tu nic do gadania. Odcięło ją od świadomości gdy tylko zamknęła oczy.


!Strach przed imieniem


RE: [Jesień 72, 09.09 Basilius, Miles & Thomas] The Song of the Jellicles - Pan Losu - 13.06.2025

Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach.


RE: [Jesień 72, 09.09 Basilius, Miles & Thomas] The Song of the Jellicles - Thomas Figg - 14.06.2025

- No bez przesady, nie jestem obłożnie chory, umiem chodzić jeszcze - oburzył się próbując się wyswobodzić i samemu pójść p schodach do góry. Dumnie postawił nogę na pierwszym stopniu, nawet na drugim! Ale na trzecim już nie, bo wyłożył się na schodach jak długi.
- Ała, kurwa rzeczywiście, pomóżcie jednak, proszę... - mruknął zbierając się i potulnie "wracając na miejsce", aby pomogli mu dostać się do sypialni, w której znajomy zapach pozwala mu się odprężyć. Nawet hałasowanie z robieniem miejsca na drugim łóżku mu nie przeszkadzało, cholerą mogliby tu zrobić koncert nad jego głową, czy wielkie kucie betonu czy nawet... W sumie to nic by mu nie przeszkodziło, był tak wyzuty z sił, że jak nigdy zasnął dość szybko. W znajomym zapachu łatwo można było się odprężyć.

***

Wiercił podczas snu niemiłosiernie. Nawet mruczał jakieś niezrozumiałe słowa, zdecydowanie nie miał spokojnych snów.
Nie miał pojęcia ile spał. Nie wiedział która jest godzina. Cholerą nie wiedział nawet, ze powieki będą tak trudne do otworzenia. Nie był w stanie ich podnieść, wszystko było czarne, totalne egipskie ciemności, tak ciemno nie było nawet wtedy kiedy utknął z Anthonym w piramidzie. Zaraz, przecież czuł ,że podnosi powieki, ze mruga, wiec dlaczego...
Zerwał się na łóżku.
- Kurwa ja nie wid... - zaczynał krzyczeć, ale nagle uderzyły go wspomnienia z poprzedniego dnia. Przypomniał sobie kto jest Ministrem Magii, jaki mają rok i co się działo. Opadł na łóżko już spokojniejszy. - No tak, nie widzę. Głupie oczy, proszę się zaleczyć - burczał pod nosem leząc wpatrzony w sufit, chyba, bo nie był pewien gdzie jest skierowana jego twarz. Sam powrót do Stawu pamiętał jak przez mgłę. - Millie?- zapytał przekrzywiając głowę tak, aby móc nasłuchiwać lepiej. Jednak życie bez zmysły wzroku strasznie ssało, skąd miał wiedzieć czy jest sam czy nie.


RE: [Jesień 72, 09.09 Basilius, Miles & Thomas] The Song of the Jellicles - Basilius Prewett - 20.06.2025

Basilius oczywiście początkowo trochę się sprzeciwiał pomysłowi Millie, aby przenocować tam. Nie dlatego, że miał wobec tego jakieś straszne obiekcje, ani że tak chętnie zapatrywał się na nocowanie w domu matki, które miała już pewnie swoje własne komentarze na temat Spalonej Nocy, ale... Po prostu naprawdę źle się już czuł, więc musiał jakoś udowodnić, że nie czuł się wcale aż tak źle, skoro potrafił jeszcze protestować. Poza tym mógł się jeszcze przydać rannym. To że nie mógł wymyślić żadnego dobrego argumentu (słabo rzucone ale ranni nie zadziałało) i już po chwili nieszczególnie pamiętał co mówił nic nie znaczyło.

Przynajmniej zanim czuł, że zaraz padnie, udało mu się doczyścić skórę z czerwonej farby za pomocą różnych specyfików.

Basilius nieszczególnie rozglądał się po tym miejscu, nawet jeśli przecież doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że był tam gdzie wcześniej nie powinien być. Gdzieś niedaleko musiał być ten staw, nad którym obiecali sobie z Millie pewne rzeczy, a ona zaciągnęła go do... No właśnie. Do czego tak naprawdę? Czegoś cholernie głupiego, co najwyraźniej było obecnie cholernie potrzebne.

Nie, ale nie widzisz, zaraz wywalisz się na twarz, a jeśli mam być szczery twój złamany nos całkiem by mi teraz przeszkadzał – wypalił, nie myśląc szczególnie jak nieprzyjemnie mogło to zabrzmieć. Po prostu był zmęczony i nie chciał, aby Thomasowi jeszcze coś się stało. Thomas oczywiście chwilę później się wywalił. Basilius taktycznie nawet tego nie skomentował. Jedynie spróbował wymienić z Millie znaczące spojrzenie, ale jego spojrzenie było trochę rozbiegane.

Rozważałaś kiedyś jakąś kolumnę w Proroku na temat ekspresowych porządków? – mruknął pod nosem do Millie, gdy usiadł na szybko odgryzowanym łóżku. – Albo... – Łóżko było szalenie miękkie. Od razu zapomniał jaką złośliwością chciał ją uraczyć. – Nie wiem. Nie ważne. Dziękuję.

Chciał poczekać, aż Millie wróci, aby jeszcze ją o coś zapytać, ale... Chyba nie wyszło.

***

Obudził się dziwnie ociężały. Na pewno myslał jaśniej, niż w chwili gdy zasypiał, ale ciało wciąż protestowało wobec nadmiernego wysiłku, na które zostało wystawione i brak odpowiedniej ilości godzin snu, która mogłaby mu to zrekompensować. A i tak będzie musiał udać się dzisiaj do pracy. I zobaczyć co u Icarusa. I Electry i matki. I u kuzynów. I..
Przymknął jeszcze na chwilę oczy próbujac nie myśleć o tym wszystkim przez kolejne pięc minut. Po dwudziestu obudził go ponownie głos Thomasa.

I to już rozbudziło go mocniej.
Nic się nie dzieje. Zostałeś ranny. To chwilowe – powiedział nieco odruchowo, unosząc się na łóżku i nie do końca rejestrując fakt, że Thomas już doatrł do tego wniosku. Powoli usiadł i zsunął nogi. Zakręciło mu się w głowie, ale nie było to nic co zaraz by nie przeszło. Gdy poczuł się już nieco lepiej, rozejrzał się po pomieszczeniu.
To chyba było jednak głupie, że tutaj był.
Po pierwsze Millie, przez to wszystko spała na stercie ubrań.

Po drugie czy Millie nie wspomniała, że to był ich pokój. I czy oni... Czy w takim razie Thomas i Millie...

Hm...

Będzie musiał się jej o to zapytać.

Możesz jeszcze chwilę pospać – powiedział do Thomasa na tyle cicho, aby nie obudzić Millie. – Ogarnę się i zmienię ci opatrunek. Jak się czujesz?


RE: [Jesień 72, 09.09 Basilius, Miles & Thomas] The Song of the Jellicles - Millie Moody - 21.06.2025

Podłoga była twarda, ale nie był to pierwszy raz kiedy Miles mając do wyboru - dotrzeć do łóżka albo zasnąć w miejscu w którym się znajdowała... zasypiała w miejscu w którym się znajdowała.

Leżała w absolutnym braku czujności (może to była kwestia tego, że dotarła do bezpiecznego miejsca, z bezpiecznymi ludźmi wokół?), ale też i to co przyszło do niej na moment przed przebudzeniem było... co najmniej absorbujące.

Była nad Księżycowym Stawem, który nosił swoje tajemnice i skrywał swoje ciała pod mętną wodą. Był jak ona, a ona była jak on. I było spokojnie i było pięknie. A potem przyszedł zachód słońca i pojawiły się cienie. Widma zaczęły wychodzić spomiędzy drzew.

ZDRAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAADA LĘKAJ SIĘ LĘKAJ SIĘ IMIENIAAAAA

śpiewały, szeptały, darły się, skamlały, groziły coraz głośniej, tym głośniej im słońca znajdowało się na horyzoncie mniej.

Miles poruszyła się niespokojnie, ciało napięte i przerażone przeciwstawiało się sennemu odrętwieniu. Szarpnęła głową.

– Nie...– wysmyknęło jej się przez blade usta, brudne od sadzy czoło zraszał zimny pot. – Nie... zostawcie... zostawcie mnie... nie...

Dopadli ją. Dłonie zaciskały się na nadgarstkach, na kostkach, jak wtedy, jak w Lecznicy, gdy przez ścianę mieszkał człowiek o oczach i włosach białych jak śnieg. Dotyk był wszędzie, życie uchodziło z niej jak z wizji, którą dostała w prezencie od swojego psychiatry wraz z nowym lekiem. Czarne włosy stawały się białe. Oczy traciły blask i tylko krzyk, gorzki, przepełniony strachem i dzikością, tylko on był prawdziwy, ostatni, jedyny, rozszarpujący ciało w ostatnim błaganiu.


RE: [Jesień 72, 09.09 Basilius, Miles & Thomas] The Song of the Jellicles - Thomas Figg - 26.06.2025

Leżał w miękkiej pościel. Otoczony znajomymi zapachami, które pozwoliły mu się rozluźnić. Wspomnienia poprzedniego dnia nie wróciły na raz, był to raczej spóźniony pociąg, wiozący wagony wspomnień. Niektóre wybrakowane z racji tego, że został na pewnym etapie pozbawiony wzroku. Co nie sprawiło, że nagle ten wieczór? Bardziej noc i poranek, był mniej obfity w wydarzenia. Absolutnie jak przez mgłę pamiętał powrót tutaj do Stawu. Ale gdzie do cholery była Millie? Nigdy nie wstawała wcześniej niż on, a teraz? Był na łóżku sam, to było dziwne.

Wystarszyłeś ją

Usłyszał natrętny głos w głowie i machinalnie odpowiedział mu na głos.
- Myślałem, że sobie poszedłeś - powiedział to niemal po tym jak usłyszał głos Basiliusa i aż prawie podskoczył. A na pewno poruszył się nieswojo. Niemożność dojrzenia co się wokół niego dzieje byłą nowym i dość nieprzyjemnym doświadczeniem, dobrze, że od tamtego wybuchu jeszcze nie ogłuchł. Chociaż, taka klątwa która sprawiałaby że ktoś głuchnie i staje się niewidomy, jeszcze mu tylko zabrać zdolność mowy i nijak się z nim porozumieć nie będzie dało.
Pewnie teraz Prewett pomyśli, ze mówił do niego. W sumie tak lepiej, gdyby wyszło, że mówi do siebie. Bycie odklejeniem w świecie czarodziejów nie było niczym dobrym.
- Już nie zasnę, skoro się obudziłem, ale spokojnie nie ucieknę przed zmianą opatrunku - odpowiedział uzdrowicielowi, za bardzo nie miał celu w tym żeby wychodzić dzisiaj z łóżka. Pewnie przydałoby się wykąpać, ale nie musiał się do tego zrywać od razu. Pewnie by leżał na łóżku, gdyby nie dobrze znany mu głos. Nie było mu trzeba wiele, dobrze wiedział co się dzieje

Zerwał się, pewnie na równe nogi. Być może w swoich snach. Bo kiedy podrywał się, żeby dopaść do Millie kierowany jej głosem - stopy zaplątały mu się w kołdrę i jedyne co mu wyszło to spektakularnie zamachać rękami, niczym pisklę, które stanowczo zbyt wcześnie postanowiło opuścić gniazdo. Może i wyglądało to zabawnie, ale nie miał czasu i sposobności na ocenę tego, bo jak długi runął na podłogę o milimetry mijając Basiliusa i chyba tylko niebywałym szczęściem nie runął całym ciężarem na śpiąca kobietę. Każda część ciała jęczał mu z bólu po wczorajszych ekscesach jak i obecnym wypadku. Kaszel wstrząsnął jego ciałem, kiedy dźwigał się na czworaka, ale z niego obrońca, sam potrzebuje częściej pomocy niż ją udziela. Po omacku zaczął szukać... Kurwa czego? Millie przecież nie spałaby na podłodze? Musiał się podnieść, podejść do niej i ją obudzić.
- Millie? Obudź się, to tylko sen - zawołał głośno brnąć do niej po omacku.


RE: [Jesień 72, 09.09 Basilius, Miles & Thomas] The Song of the Jellicles - Basilius Prewett - 01.07.2025

Pójdę sobie jak tylko zmienię opatrunki – powiedział, unosząc nieco brew do góry,  Hm... Może oni rzeczywiście byli razem i Thomasowi, kiedy już nieco wypoczął, przeszkadzała jego obecność w pokoju? Ale też... Czy Millie tak szybko by sobie kogoś znalazła na kilka dni po tym gdy na dobrą sprawę oznajmiła mu, że być może za dziesięć lat dalej nie będzie nikogo miała? A może po prostu Thomas zakładał, że uzdrowiciele nigdy nie śpią dłużej niż godzinę?
W sumie... Rozumiał czemu ktoś, patrząc na niego samego,  mógł wysnuć taką teorię.
Mniejsza o to. Teraz musiał przekonać swoje ciało, że miłoby było jednak się rozbudzić, umyć się, spróbować jakoś oczyścić swoje ubrania (całe szczęście miał zapasowy komplet w pracy), wymienić opatrunek Thomasowi, zjeść i iść do Munga jednocześnie modląc się, aby nic więcej już się dzisiaj nie wydarzyło. Hm... To brzmiało jak naprawdę dużo rzeczy, każda wydawała się strasznie męcząca, a jego nogi były jakoś dziwnie wciąż przytwierdzone do łóżka. Teoretycznie mógł dzisiaj zostać. Odpocząć. Mung na pewno by zrozumiał. Pewnie nawet nie oczekiwali, że wszyscy się pojawią, ale... Nie potrafił. Potrzebował pomóc. Upewnić się, czy nikt z jego bliskich tam nie leży.
Westchnął cicho i przejechał dłonią po twarzy. Musi się tylko rozbudzić i zaraz będzie lepiej.
Świetnie, w takim razie daj mi chwilę i... – No cóż. Oczywiście tej chwili nie mógł dostać bo nagle wydarzyło się dużo rzeczy na raz.
Millie ewidentnie miała koszmar. Basilius od razu zerwał się na równe nogi, aby jej pomóc, ale niestety na ten sam pomysł wpadł Figg.
Thomas nie...Jebut. Thomas upadł na podłogę na całe szczęście nie wpadającą przy tym ani na Millie, ani na Basiliusa. – Mówiłem nie. Nic ci nie jest? Proszę nie ruszaj się na chwilę. Nie rób sobie większej krzywdy. Zaraz ci pomogę. Millie? – przykucnął obok kobiety (no i w sumie też Thomasa) i delikatnie potrząsnął jej ramieniem. – Millie obudź się – mówił, zerkając to na czarownicę, to na Figga, pilnując, aby nikt juz nikogo nie tracił.


RE: [Jesień 72, 09.09 Basilius, Miles & Thomas] The Song of the Jellicles - Millie Moody - 01.07.2025

Koszmar nasilał się, łzy płynęły strugą, głos niknął w gardle, w ciele przeklinanym mocą, którą odczuła na swojej skórze w wizji, a teraz, a teraz odczuwa na jawie. Na jawie?

Jedna z kościstych dłoni wypłynęła z mrowia otaczającego ją ciasno roju dłoni, złapała jej ramię i potrząsnęła nim. Wrażenie było tak mocne, tak prawdziwe... nagle ciało, które zdawało się ospałe, które zdawało się zbyt wolne, jakby zatopione w gęstej brei rzeczywistości, nagle ciało zrzuciło z siebie tą ospałość, reagując prawem nawyku, pamięcią obudzonych mięśni gotowych żarliwie się bronić, wyszarpnąć ostatni skrawek życia, ostatnią szansę...

Nokaut był niespodziewany, wprawne wywinięcie ramieniem uderzyło w łokieć magimedyka, który gruchnął obok niej (nich) na ziemi, twarzą w ubrania, które da się jeszcze przecież założyć, bo wcale nie były aż tak brudne. Szczęśliwie złociste ślepia w końcu się rozwarły, a zamiast krzyku pozostał tylko spazm zdezorientowanej dziewczyny.

– Dom... jestem w domu, ja...– nagle zobaczyła to pobojowisko, którego była przyczyną w niemal każdym stopniu. Nie czekając długo zagarnęła do siebie obu mężczyzn, w końcu ręce miała dwie, a słowami nie dało się wyrazić jak bardzo potrzebowała teraz poczuć inną rzeczywistość. Tą bardziej... prawdziwą. Niepomna na opatrunki, niepomna na wymierzony w półśnie cios, postanowiła łzy otrzeć sadzą ze splątanych kędziorów czarnych włosów swoich przyjaciół, drżenie ukoić ciężarem ich obecności. – To... to był... ja... na bogów, jesteście, żyjecie, ja żyję, przetrwaliśmy...– szeptała im w przyciskane do siebie głowy uspokajając się, ale też trzymając mocno i bezwzględnie, chłonąc dotyk, który był prawdziwy, chłonąc smród minionej nocy, koszmaru, który się skończył, choć wsiąkł w ich ubrania i włosy, był tak odległy tu - w Księżycowym Stawie. – Dajcie, dajcie mi moment proszę, to było.. to było straszne, wszędzie otaczały mnie te... te upiory, te z dymu, cienia, kazały mi... kazały mi się bać, ale... ale kiedy jesteście obok, to niczego się nie boję. Nie chcę się bać. Jeszcze moment...proszę... – zaklinała rzeczywistość, kruczymi szponami własnych dłoni zachłannie kradnąc ich dusze.

Walka wręcz I



RE: [Jesień 72, 09.09 Basilius, Miles & Thomas] The Song of the Jellicles - Thomas Figg - 09.07.2025

Thomas może i osłem nie był, ale kiedy coś sobie do głowy wbił to łatwiej byłoby przekonać do zmiany zdania muła, niż jego. A już szczególnie kiedy chodziło o pomaganie bliskim mu osobą. Dlatego też słowne próby powstrzymania go przez Basiliusa miały tyle szans na powodzenie co proszenie słońca, aby te wzeszło dla odmiany na zachodzie.
- Żyje, nie to jest teraz ważne - odpowiedział w chłodne deski podłogi, która jeszcze przed chwilą wyszła mu tak boleśnie na spotkanie. Dobrze, że żadne gwoździe nie wystawały z desek, bo niechybnie by na jakiś się nadział.
Teraz już rozumiał co mówili jego znajomi w Hogwarcie, ze po intensywnym treningu quidditcha palą ich wszystkie mięśnie. Rychło w czas jak na takiego starucha jakim był. Ale zaczął dźwigać się z ziemi, totalnie po omacku, brak oczu był strasznie uciążliwy w życiu codziennym, nawet takie proste rzeczy jak wstawanie do pionu wydawało się dziwnie trudne bez możliwości spojrzenia co go otacza.
Może wtedy by był mniej zaskoczony nagłym zgarnięciem go przez Millie - nie żeby chciał się przed tym bronić czy uciekać, ale był to dla niego podwójny szok poprzez to, że absolutnie nie mógł się tego spodziewać. Stęknął czując kolejny raz tego poranka, a może popołudnia? Która byłą godzina? Ile spali? Tyle pytań, które mogłoby rozwiązać to, żeby już widział! Nie mniej tym razem jego twarz nie spotkała się z twardą podłogą, tylko z ciałem Moody. Skoro się obudziła to znaczy, że było dobrze, prawda? No tak uważał, dopóki nie usłyszał je słów.
- Żyjemy, żyjemy - stęknął, zachowując dla siebie żart, że umieranie we śnie byłoby strasznie lamerskie i zupełnie niekocie. Ale zdawał sobie sprawę, jak wczorajsze wydarzenia mogły wstrząsnąć ludźmi, nie codzień przychodzi wam walczyć o życie z ogniem. Pieprzony żywioł, dlaczego to musiał być ogień.
Nie wyrywając się z uścisku, po prostu przyjął do siebie co się stało i jakby to wszystko było zaplanowane wtuliła się w nią, przytulając jednocześnie Basiliusa, bo przecież inaczej się nie dało, skoro tkwili w plątaninie we trójkę. -Mówiłem ci, mam jeszcze siedem żyć, tak szybko się mnie nie pozbędziesz - rzucił żartobliwie, no już nie mógł się powstrzymać, trzeba było wprowadzić trochę śmiechu, najlepiej pomaga na smutek i koszmary. A przytulanie? Przytulanie też i jest miłe.
- Ja się nigdzie nie wybieram - mruknął tylko poprawiają się nieco, żeby mu zaraz nie ścierpło całe ciało.


RE: [Jesień 72, 09.09 Basilius, Miles & Thomas] The Song of the Jellicles - Basilius Prewett - 13.07.2025

Wbrew pozorom życie zawodowe Basiliusa nie było, aż tak obfitujące w szalone przygody, aby uzdrowiciel byłbprzyzwyczajony do dostawania w łokieć jako normalną reakcji na próbę pomocy. Co więcej, tak samo nie był przyzwyczajony, że po takim ataku, atakujący mógłby potem się w niego wtulić. Prewett nawet nie zdarzył porządnie zakląć, kiedy Millie już zgarnęła go w objęcia w tym dziwnym stosie ze zbyt dużą liczbą nog, rąk, konfuzji i brudnych ubrań na podłodze.
Tak, żyjemy – powtórzył za Thomasem, nie do końca wiedząc co zrobić z rękami i jak nimi właśnie objąć Millie. Nie chciał się odsuwać. Widział przecież, że tego potrzebowała. Poruszył dłonią, by jakoś pogładzić przyjaciółkę po ramieniu, ale natrafił na Thomasa i już miał zabrać rękę, ale wtedy Figg objął ich oboje i Basilius uznał, że cokolwiek by dalej nie zrobił i tak będzie niezręczne i chyba lepiej nie robić nic.

Przymknął więc na chwilę oczy pozwalając swojej głowie dać się tulić Milllie. I w sumie trochę też na niej leżeć.

Żyli. A przecież tak łatwo mogli nie żyć. Każde z nich. Byli mniej lub bardziej ranni, czy straumatyzowani, ale dalej żyli. Basilius ponownie poczuł się podobnie do tego, gdy przed kilkoma godzinami powoli odpływał w objęcia snu, z tym, że tak jak wtedy łóżko i zamknięte oczy zabierały jego ciału chociaż odrobinę zmęczenia, tak teraz ta nieco niezręczna sytuacja obejmowała jego głowie przynajmniej trochę stresu.

Chciał coś powiedzieć. Chciał wyrzucić Millie, że mogłaby z łaski swojej nie rzucać ubrań na podłogę. Chciał zauważyć, że koty przysłowiowo miały dziewięć żyć, a Thomas wczoraj oberwał raz więc co do cholery stało się z jeszcze jednym życiem, ale... Chyba bał się, że jeśli jakkolwiek się odezwie to jakoś to popsuje. A przecież Millie tego bardzo potrzebowała.