Secrets of London
[18.09.1972] Harvest, death, rebirth again | Prue & Ambroise - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [18.09.1972] Harvest, death, rebirth again | Prue & Ambroise (/showthread.php?tid=5026)

Strony: 1 2 3


[18.09.1972] Harvest, death, rebirth again | Prue & Ambroise - Prudence Fenwick - 04.08.2025

adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

18.09.1972, Exmoor

Nie dało się już dłużej ignorować aury, jaka była wyczuwalna w powietrzu. Jesień była tuż tuż, natura o tym przypominała. Noce były coraz zimniejsze, tak samo jak dnie, drzewa mieniły się kolorowymi liśćmi, wiatr nie miał już w sobie nic z letniej bryzy, raczej zaczynał ostrzej zacinać. Na zewnątrz było rześko, jeszcze nie okropnie chłodno, jednak coraz bardziej surowa pogoda wymagała narzucenia na siebie grubszego płaszcza. Prudence należała do osób, które marzły dość szybko. Jej policzki robiły się rumiane, palce lodowate, skostniałe. Nie przeszkadzało jej to jednak jakoś szczególnie w eksploracji okolicy. Zwłaszcza, że poczuła zew.

Wróciła z Ministerstwa do Exmoor po swoim dyżurze. Zjadła coś na szybko, po czym poczuła chęć znalezienia się na zewnątrz. Nie oddalała się szczególnie daleko, nie po ostatnim doświadczeniu związanym z zagubieniem w tym dziwnym lesie, nie miała jednak zamiaru siedzieć w rezydencji, kiedy obok miała taką malowniczą okolicę. Już niedługo miała wrócić do Londynu, wtedy nie będzie mogła sobie pozwolić na takie spacery.

Zbliżało się Mabon, Bletchley dość mocno wierzyła we wszystkie rytuały, które działy się podczas sabatów. Stwierdziła, że jest to idealny moment na to, aby znaleźć coś, co mogłaby oddać Matce w ofierze. Przemierzała niewielki zagajnik powoli szukając czegoś, co mogłoby ją zainteresować. Miała szczęście natrafiła bowiem na skarb - zwłoki. Nie mogła się oprzeć temu, aby po nie sięgnąć. Bardzo delikatnie podniosła szkielet stworzenia, była to najprawdopodobniej jakaś wiewiórka, nornica, albo kuna - tak naprawdę póki co ciężko jej było to stwierdzić. W drodze powrotnej do rezydencji zebrała również kilka gałęzi, które zdobiły kolorowe liście. Chciała stworzyć z tego jakiś dar dla Bogini. Może nie należała do osób szczególnie uzdolnionych, jednak odczuwała potrzebę, aby w ten sposób podziękować jej za to, co ją spotkało.

Jej nogi zaprowadziły ją do biblioteki. Było to miejsce, w którym lubiła spędzać czas, nie sądziła też, aby o tej porze (późnym popołudniu) było szczególnie oblegane.

Położyła ostrożnie wszystkie przedmioty, które udało jej się zebrać na stole, po czym zdjęła swój płaszcz i powiesiła go na jednym z krzeseł. Była gotowa do działania. Póki co jednak wpatrywała się we wszystkie rzeczy, które udało jej się tutaj przynieść, próbowała sobie jakoś to zwizualizować jako całość, jednak nie szło jej to jeszcze najlepiej, potrzebowała czasu, a może nieco alkoholu, który ułatwiłby jej pracę. Sama jeszcze nie do końca wiedziała, co będzie bardziej sprzyjające.




RE: [15.09.1972] Harvest, death, rebirth again | Prue & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 05.08.2025

Nie pamiętał, kiedy ostatnio powitał go całkowicie spokojny poranek. I choć w teorii tego dnia wcale nie było inaczej, bowiem każdy kolejny dyżur w szpitalu był naznaczony tym samym bardzo powoli ustępującym brzemieniem, nie dało się ukryć, że tego ranka było nieco inaczej. Jesień niemal całkowicie wyparła już lato, zaczynając przejmować Wielką Brytanię w ten bardzo cichy, niemalże senny sposób. Było to odczuwalne szczególnie poza granicami miasta. Tam, gdzie nad polami snuły się strzępki wilgotnej mgły, dopiero rozwiewane przez chłodne wiatry. I gdzie ptaki szybowały nad drzewami zmieniającymi swe barwy, szykując się do nadejścia krótszych, szarych dni i długich, ciemnych nocy.
Część dzikich gęsi już teraz z krzykiem podrywała się do lotu ponad wrzosowiskami otaczającymi rezydencję, formując charakterystyczne klucze na pochmurnym niebie, żeby odlecieć do cieplejszych krain. W Exmoor nie było już bowiem ani śladu po letniej aurze. Deszcze i wiatry zacinały coraz bardziej, szarpiąc i mocząc poła płaszczy. Pogoda robiła się zdecydowanie mniej zachęcająca do długich spacerów i spędzania czasu na zewnątrz, przynajmniej dla większości ludzi. Co prawda nie doświadczyli jeszcze pierwszych przymrozków, jednak to była już wyłącznie kwestia czasu.
Ambroise miał tę świadomość. Po prawdzie mówiąc, nie miał zupełnie nic przeciwko tej nagłej zmianie pogody, nawet jeśli w pewnym stopniu mogło im to popsuć część planów związanych z pobytem w górach Snowdonii. Nie martwił się tym jednak na zapas, raczej licząc na to, że jakiekolwiek siły do tej pory czuwały nad ich życiem, w tym wypadku miały zadbać o to, aby wszystko przebiegło bez nieoczekiwanej zamieci śnieżnej na samym początku jesieni. Jeśli zaś chodziło o ochłodzenie i deszcze, nigdy nie odstręczało go to od spędzania czasu pośród natury. Nie tak został wychowany, aby bać się podobnej aury.
Wręcz przeciwnie. Korzystając z posiadanej wiedzy i tego, że pozostało im jeszcze co najmniej kilka dni, by przygotować się do nadejścia mrozów, nie od razu zaszył się w murach rezydencji Ursuli. Zamiast tego wyłącznie pozostawił tam swoje rzeczy, zabierając kilka bardziej przydatnych przedmiotów i udając się na łowy.
Może nie dosłownie. Zapewne lepszym określeniem byłyby tu zbiory, jednak w porannej szarówce (nawet posiadając właściwe umiejętności) trudno było od razu dostrzec wszystko, czego się szukało. Musiał zatem dosyć mocno skupiać się na znalezieniu dokładnie tych dziko rosnących ziół i roślin, które potrzebował zebrać, zanim będzie za późno. To był zdecydowanie ostatni dzwonek, nie dało się tego nie zauważyć.
Mabon nadchodziło wielkimi krokami. Zostało im jeszcze tylko kilka dni po brzegi wypełnionych planami. Niedługo miał udać się z Geraldine do Snowdonii, musiał też załatwić sprawy w Londynie i w Whitby. W tym roku zdecydowanie nie mógł marnować czasu na bzdury. To zaś oznaczało, że powinien rozsądnie korzystać z każdej wolnej chwili.
W tym wypadku zamierzając przeznaczyć najbliższą wolną godzinę czy dwie na coroczne przygotowania do rytuałów. Tak. Jeśli była jakaś rzecz, jaką lubił w Mabon i ogólnie w sabatach, bez wątpienia były to właśnie one. Mimo napiętego grafiku, nie zamierzał więc pominąć tej części tradycji, po dłuższym spacerze wracając do budynku głównego posiadłości i niemal od razu kierując swoje kroki w miejsce, gdzie spodziewał się znaleźć odpowiednio dużo przestrzeni.
No cóż. Zazwyczaj pewnie całkiem słusznie, jednak ten rok nie był dokładnie taki sam jak zawsze. Nie, odkąd w kilka osób przenieśli się tu praktycznie na stałe, więc raczej powinien spodziewać się tego, że jego zwyczajowe miejsce może zostać przez kogoś zajęte. Nie potrzebował ani sekundy, aby zauważyć, że w bibliotece już ktoś był. Jeszcze mniej zajęło mu stwierdzenie, kto postanowił mieć dokładnie takie same plany.
- Prue - kiwnął głową, odzywając się cicho, ale zdecydowanie.
Nie zamierzał już od progu straszyć dziewczyny. Nie planował skradać się przez pomieszczenie. Po prawdzie, pytaniem jej o pozwolenie na zajęcie części biblioteki również nie zamierzał się wygłupiać. Po prostu wszedł do środka, rzucając spojrzenie na to, co robiła, po czym podchodząc do najbliższego okna, żeby odłożyć kilka pożyczonych stąd przedmiotów na parapet.
- To jakiś gryzoń? - Spytał przy okazji, machając ręką w kierunku czaszki.
Całkiem niezły wybór, jak na jego oko. Interesujący. Z pewnością.


RE: [18.09.1972] Harvest, death, rebirth again | Prue & Ambroise - Prudence Fenwick - 05.08.2025

Bletchley zawiesiła się na moment. Była to jedna z tych chwil, kiedy jej umysł płatał jej figle, tak właściwie to zabrał ją w drobną wycieczkę. Przed jej oczami znajdowały się strony ksiąg, właściwie to obrazy szkieletów, próbowała dopasować gatunek zwierzęcia do kości, które przyniosła ze sobą.

Ciałem była obecna, oczywiście, jak zawsze, wzrok miała jednak nieco zamglony. Nie usłyszała otwierających się drzwi, które powinny uświadomić ją o tym, że już nie jest w bibliotece sama. Jej podróż nie trwała bardzo długo, może kilka minut, chyba znalazła w głowie potrzebne informacje, a przynajmniej tak się jej wydawało. Nigdy nie mogła mieć przecież pewności. Powróciła do rzeczywistości, gdy usłyszała głos, który wypowiedział jej imię. Nie wystraszyła się, wiedziała, że jest  w miejscu, w którym może czuć się bezpieczna.

Odwróciła się w kierunku Greengrassa, kiwnęła mu delikatnie głową na przywitanie. - Ambroise. - Najwyraźniej po raz kolejny wybrali to samo miejsce na spędzenie chwil w samotności. Otaksowała go wzrokiem, zwróciła uwagę na to, że przyniósł ze sobą rośliny. Najprawdopodobniej wpadł na ten sam pomysł co ona. Nie powinno ją to dziwić, czarodzieje skrupulatnie podchodzili do świętowania sabatów, starali się do nich przygotować.

Przeniosła wzrok ponownie na kości, które znajdowały się na stoliku. Kiwnęła twierdząco głową. - Wydaje mi się, że to wiewiórka, ale nie mam pewności. - Najpewniej tak właśnie było, wolała jednak nie wspominać o tym, że jest tak na pewno, bo nie lubiła nie mieć racji, w tym wypadku więc po prostu sugerowała, że mogła się pomylić w swoim osądzie.

Pomysł, aby stworzyć z tego dary dla matki może nie był zupełnie standardowy, ale pasował do Prudence, wydawało jej się, że bogini doceni jej inwencję twórczą. Nie do końca jeszcze wiedziała, jak będzie wyglądał produkt końcowy, ale na pewno w trakcie tworzenia wszystko się wyklaruje.

- Mabon się zbliża. - Powiedziała cicho, Greengrass na pewno o tym wiedział, jednak postanowiła wytłumaczyć, co tutaj robiła, bo może nie było to aż tak oczywiste.

- Widzę, że też postanowiłeś przygotować się do sabatu. - Stwierdziła fakt, po raz kolejny. Było to oczywiste, mogła się tego domyślić, a jednak wypowiedziała to w głos, żeby wspólnie ustalili, to co tutaj robią. Nie powinni sobie przeszkadzać, każdy znajdzie dla siebie miejsce.

Wróciła do przyglądania się swoim materiałom. Zaczęła porządkować wysokie trawy, które przyniosła z dworu. Same kości nie były chyba do końca dobrym pomysłem, przyda im się coś żywego do towarzystwa. Powoli układała je w dłoniach, próbując nadać swojemu dziełu jakiś kształt. Nie była szczególnie uzdolniona artystycznie, jednak nie wydawało jej się to w niczym przeszkadzać. Liczą się w końcu chęci, czyż nie? Matka na pewno doceni jej zaangażowanie.




RE: [18.09.1972] Harvest, death, rebirth again | Prue & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 05.08.2025

Niespecjalnie znał się na zwierzętach. Nawet jeśli przez lata miał okazję znacznie poszerzyć swoją wiedzę w tym zakresie, nie przychodziła mu ona tak lekko jak w przypadku roślin. Co prawda, umiał powiedzieć co nieco na temat nie tylko ludzkich, ale i zwierzęcych kości, dostrzegając niektóre charakterystyczne elementy ich budowy mogące pomóc mu trafnie założyć, z czym ewidentnie zamierzała pracować Prudence. Paradoksalnie, być może nawet było mu to bliższe niż faktyczne, żyjące stworzenia i temat opieki nad nimi, bo jednak mimo wszystko, wiele rytuałów i eliksirów dosyć często wymagało wykorzystania składników odzwierzęcych. Jednakże nie uważał się za niekwestionowanego eksperta w tym zakresie.
Nie, nawet on nie miał o sobie aż tak wysokiego mniemania, aby przypisywać sobie nadmierne umiejętności tam, gdzie doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nawet w jego najbliższym otoczeniu znajdowali się prawdziwi eksperci. Nie lubił robić z siebie kompletnego idioty, wypowiadając się o czymś, co bardzo łatwo byłoby zakwestionować. Musiał mieć chociaż nikłe podstawy wiedzy, aby w ogóle wdawać się w jakąkolwiek dyskusję. W tym wypadku rzucił wyłącznie dosyć luźne pytanie w kierunku jego towarzyszki, lekko kiwając na uzyskaną odpowiedź.
- Klimatyczna zdobycz - skwitował zupełnie bez ironii, w tym wypadku raczej nie myśląc o tym, aby uznać wybór Prudence za dziwny bądź chociaż trochę odstający od normy.
Jasne, dla wielu osób mogło to być osobliwe. Ba, zdecydowanie miało takie być. Zdawał sobie z tego sprawę, ale w gruncie rzeczy przecież oboje widywali na ołtarzach znacznie bardziej odstające, oderwane od rzeczywistości dary. Ozdoby z roślin i kości były zaś bardziej interesujące, aniżeli odstręczające. Przynajmniej dla niego, nawet jeśli sam Ambroise w tym roku zdecydowanie zamierzał poprzestać na mniej skomplikowanym rzemiośle.
Nawet jeśli stosunkowo długo spacerował na zewnątrz, sięgając po bardzo różnorodne zbiory, praktycznie od samego początku miał swoją bardzo określoną wizję. Zamierzał trzymać się tego, co pierwotnie wymyślił, nie wykorzystując wszystkiego, co zebrał, ale też nie zostawiając sobie tego jako zapasowe opcje.
Nie. Wyjął z torby tylko część roślin, rzucając być może nieco pytające spojrzenie w kierunku Prudence, z jednoczesnym:
- Mhm - w kwestii rychłego nadejścia Mabon i przygotowań.
O tak, doskonale wiedział, że zostało im zaledwie kilka dni do sabatu. Kolejne ranki i wieczory mijały wyjątkowo szybko, niemalże jak z bicza strzelił. Tym bardziej, gdy były tak bardzo wypełnione zajęciami i natłokiem myśli z nimi związanymi. Prudence z pewnością miała tę świadomość.
Zdawał sobie sprawę z tego, że na tym etapie trudno byłoby mu ukryć przed kimś, kto tymczasowo mieszkał z nimi pod jednym dachem to, że w jego przypadku tegorocznemu sabatowi miała towarzyszyć jeszcze inna ceremonia. Nie próbował zresztą tego robić, nawet jeśli nie zaprosił osobiście Prudence na wesele. Nie czuł jednak jakichkolwiek wyrzutów sumienia z tego powodu. Nie było mu głupio. Nie, skoro doskonale wiedział, co robi.
Nie planował tłumaczyć się dziewczynie ze swojej decyzji, nawet jeśli do tego dnia mieli spędzać ze sobą czas, a Elias został zaproszony. Nie sądził zresztą, aby wzięła do siebie brak koperty ze swoim nazwiskiem. Nie byli przyjaciółmi. Jak dotąd nie poruszyli tego tematu i nie spodziewał się, że to jakkolwiek się zmieni. Mogli za to usiąść w jednym pomieszczeniu, rozmawiając o Mabon, czyż nie?
Nie czekał więc zbyt długo na odpowiedź na zadane nieme pytanie. Zamiast tego po prostu zajął miejsce w odpowiedniej odległości, przystępując do wyjmowania roślin z torby. W pewnym momencie dzieląc przy tym część zbiorów na dwie całkiem równe połowy, bez słowa przesuwając je w kierunku dziewczyny.
Piołun będący symbolem przejścia i zamknięcia starego cyklu. Krwawnik na wyleczenie starych ran. Bylica pospolita, ruta i wrotycz dla ochrony. Kilka gałązek rozmarynu i szałwi z ogrodu. Owoce głogu i jarzębiny kojarzone z połączeniem ze światem duchowym. Nie przesunął do niej tylko dębu. Dąb był jego i nie pochodził z tych okolic. Dąb był święty. Nie zamierzał tego komentować.


RE: [18.09.1972] Harvest, death, rebirth again | Prue & Ambroise - Prudence Fenwick - 05.08.2025

Bletchley miała jakieś pojęcie o zwierzętach, roślinach. Może nie potrafiła ich hodować, ani jednych, ani drugich, jednak sporo czasu spędziła na nauce o wszystkich procesach zachodzących w przyrodzie, odpowiednią ilość czasu poświęciła na naukę anatomii, zaczynała od zwierząt kończyła na ludziach. To przychodziło jej całkiem lekko, zresztą nie była to jakaś tajemna wiedza, raczej bardziej podstawowa, wydawało jej się, że każdy powinien mieć w tych tematach względne pojęcie, dobrze było potrafić od siebie rozróżnić podstawowe gatunki roślin, czy zwierząt, mieć świadomość, które mogły być niebezpieczne, a które wręcz przeciwnie. Nie była może specjalistką, jednak nie była też laikiem.

- Fakt, miałam dzisiaj szczęście. - Kącik ust drgnął jej w uśmiechu, nie uniosła jednak głowy, więc Ambroise pewnie tego nie dostrzegł, ciągle wpatrywała się w ten drobny szkielet, który leżał na stole. Nie doszukiwała się w jego głosie ironii, wiedziała, że był jedną z tych osób, które faktycznie mogły docenić piękno podobnych zdobyczy. Nie narzekała, wizja zaczęła jej się klarować. Póki co była całkiem zadowolona ze swojego pomysłu, oby na koniec nic się nie zmieniło, nie zakładała, że coś może nie pójść po jej myśli (a może powinna), zwłaszcza, że nie była szczególnie biegła w tych kreatywnych działaniach, liczyła się wizja? Czyż nie, jakoś powinno udać się jej ją spełnić Na pewno będzie zadowlona... pozytywne nastawienie było ważną częścią całego procesu. Wierzyła, że w ten sposób może Matka będzie jej sprzyjać i nieco pomoże jej w tworzeniu tego arcydzieła.

Zdawała sobie sprawę, że dla Greengrassa to Mabon miało być wyjątkowe, jednak nie wypytywała go o tę część. Nie miała w zwyczaju wtrącać się w nieswoje sprawy. Nie byli przyjaciółmi, co już dawno ustalili, więc nie wydawało jej się naturalne wypytywanie o jego zmianę stanu cywilnego. Dobrze dla niego, zawsze cieplej robiło się na sercu, kiedy można było dostrzec jakieś światełko nadziei pośród tego całego zamieszania związanego z coraz bardziej jawną wojną w świecie czarodziejów. Nie powiedziała tego oczywiście na głos, wolała zostawić te myśli dla siebie.

Układała to, co udało jej się zebrać. Na Ambroisa zwróciła ponownie uwagę dopiero, kiedy dostrzegła, że przesuwa w jej kierunku część swoich zbiorów. Nie prosiła go o to, jednak to było całkiem miłym gestem z jego strony. Sięgnęła po rośliny, zaczęła je przeglądać, nie zdziwił ją jego wybór. - Dzięki. - Mruknęła cicho pod nosem, bo doceniła jego gest, nie musiał tego robić, a jednak zrobił.

Dołożyła rośliny do swojej kompozycji, powkładała gałązki w wolną przestrzeń, dzięki czemu jej dzieło wydawało się być kompletne. Na samym środku znajdowały się kości wiewiórki, resztę dopełniały rośliny. Skończyła, chyba tak? Musiała jeszcze ocenić, czy faktycznie nadawało się to do złożenia Matce, z drugiej strony chyba nie pogardzi żadną ofiarą, liczył się gest, pamięć, cała ta otoczka.


rzemiosło ◉○○○○
[roll=O] (na rzemiosło rzucam - + 5 za 1 kropkę do rzutu)


RE: [18.09.1972] Harvest, death, rebirth again | Prue & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 05.08.2025

Przeszli do działania w dokładnie taki sposób, w jaki lubił to robić: po prostu, całkowicie bez zbędnych słów i dyskusji na temat tego, co każde z nich planowało zrobić. Słysząc podziękowania ze strony Prudence, kiwnął jeszcze tylko głową, wydając z siebie ledwo słyszalny dźwięk brzmiący jak kolejne proste mhm, równie dobrze mogące być też jednak zwykłym odchrząknięciem spowodowanym suchością gardła.
Od czasu pożarów Londynu męczył go bowiem ten cholerny kaszel, który pojawiał się i znikał w różnych momentach, niezależnie od okoliczności czy pory dnia. Olejki eteryczne zawarte w ziołach zdawały się pomagać na problem, jednak raczej na objawy, nie zaś samą przyczynę. Leczył się, oczywiście, jak wszyscy, ale kaszel nie ustępował tak po prostu. Nawet teraz ostatecznie musiał sięgnąć do torby po butelkę wody, pociągając z niej łyk i wracając do przerwanej pracy.
Nic nie mówił. Nie musiał. Cała uwaga Ambroisa była skupiona na jego własnych rękach i długich palcach, które sprawnie, choć bez pośpiechu wyginały cienkie gałązki wierzby w możliwie jak najbardziej symetryczne koło mające pełnić rolę podstawy wieńca. Fragmenty drzewa były chłodne i giętkie, kiedy zaczął je skręcać. Całkiem swobodnie uginały się pod dotykiem, pachnąc wilgocią i zostawiając na jego dłoniach zielonkawo-brunatne smugi. Nie przeszkadzało mu to. Nie należał do ludzi, którzy brzydzili się ziemią i jej darami. Wręcz przeciwnie. Dokładnie tak jak nie obawiał się obcować ze śmiercią, całkiem gładko przyjmując pomysł Bletchleyówny za coś normalnego. Ot, wyjątkowo kreatywny dar. Podkreślił to jednokrotnie, wyrażając aprobatę, później jednak nie patrzył w stronę dziewczyny.
Pracował w ciszy. Dokładnie tak jak lubił to robić, nie posuwając się do wypełniania przestrzeni zbędną paplaniną. Praktycznie przy nikim nie odczuwał podobnej potrzeby, jednak w przypadku obecności Prudence szczególnie nie starał się być duszą towarzystwa. Znali się już zresztą na tyle, aby wiedzieć, kiedy należy rozmawiać, kiedy zaś skupić się na czymś, co samo w sobie też było przecież częścią rytuału, nawet jeśli Mabon jeszcze nie nadeszło.
Chodziło o wyczucie. O to, by giętkie gałązki wierzby płaczącej, które stanowiły podstawę wieńca nie pękły, zamiast tego splatając się w jedną zwartą formę. Zamykając okrąg, Roise wzmocnił go sznurem z lnianej nici, wiążąc gałązki na trzy obroty. Nigdy nie robił tego dwukrotnie. Nigdy nie wiązał nic na jeden supeł. Trójka i jej wielokrotność były w tym wypadku niepisaną zasadą, jakiej się trzymał.
Kiedy konstrukcja wieńca zaczęła trzymać kształt, sięgnął po piołun, wplatając go gęsto przy podstawie okręgu, a następnie wypełniając przestrzenie pozostałymi ziołami, na samym dole delikatnie wsuwając między nie gałązkę dębu trzema żołędziami.
Na koniec wygiął pięć cienkich patyków brzozowych, związując je w pentagram przyozdobiony czerwonymi owocami głogu i jarzębiny nasuwającymi mimowolne skojarzenie z barwą krwi i ognia. Idealnie. Robił to powoli, niespiesznie i z niemalże nazbyt głęboką precyzją. Każdy kąt, każdy punkt miał w końcu swoje znaczenie. Zawiesił gwiazdę idealnie pośrodku wieńca. Tam, gdzie całość skupiała swoją energię. Tam, gdzie wszystko się przecinało. Nie patrzył długo na finalny efekt własnej pracy. Wystarczyło jedno spojrzenie, by wiedział, że wszystko jest tam, gdzie powinno być. Odsunął się zatem odrobinę do tyłu, dopiero wtedy ponownie przenosząc wzrok na Prudence.
- Eleganckie. Odkryłaś nowy talent? - Rzucił cicho, kolejny raz bez ironii.
Jej dzieło było ładne, naprawdę ładne. Czaszka wyjątkowo tam pasowała.

Rzemiosło ◉○○○○ - tworzenie wieńca
+ 5 za kropkę
+ 30 za III w Zielarstwie


[roll=O]


RE: [18.09.1972] Harvest, death, rebirth again | Prue & Ambroise - Prudence Fenwick - 05.08.2025

Nie ciążyła jej cisza. Nie zawsze trzeba było urozmaicać sobie zajęcia bezsensowny gadaniem. Każde z nich znalazło się tutaj w konkretnym celu. Zajmowali się swoimi dziełami może w jednym miejscu, jednak pracowali w pojedynkę. Nie spoglądała na to, co robił Ambroise, skupiła się w pełni na swoim autorskim pomyśle.

Szło jej to nie najgorzej, pozytywne nastawienie chyba pomogło, bo wszystko udawało jej się tworzyć dokładnie tak jak sobie wymyśliła. Nie zdarzało się to często. Nie była szczególnie biegła w tych wszystkich artystycznych pierdoletach, ale dzisiaj, dzisiaj miała w sobie wyjątkowe pokłady cierpliwości i skupienia. Może to był klucz do sukcesu? Nie miała pojęcia, zresztą nie zamierzała o tym jakoś szczególnie rozmyślać, grunt, że układało jej się to wszystko tak, jak sobie wymyśliła.

Działała powoli, w skupieniu, nigdzie jej się przecież nie spieszyło, nie miała żadnych planów, przynajmniej jak na razie, mogła sobie pozwolić na to, aby poświęcić temu odpowiedni czas. Dawno nie czuła takiej harmonii, jakby wszystko samo zaczęło jej się układać, włącznie z tymi gałązkami. Widać niewiele jej było potrzebne do tego, aby znaleźć nowy rytm. Cóż, nie dało się ukryć, że sama nie do końca poznawała siebie podczas ostatniego tygodnia, ale uważała to za dobrą zmianę. Pozbyła się tego balastu, który ciągnęła za sobą od lat, było jej dzięki temu całkiem świeżo i lekko. Może w końcu zaczęła widzieć jakąś nadzieję, kto ją tam właściwie wiedział.

Skończyła. Tak właściwie nie miała pojęcia, skąd wiedziała, że to już koniec, ale coś sugerowało jej, że już wystarczy, w końcu co za dużo to też nie do końca dobrze. Odsunęła się o krok, by obserwować swoje dzieło. Uśmiech pojawił się na twarzy Bletchley, bardzo wyraźny, nieczęsto się to zdarzało, bo zazwyczaj drgały jej jedynie kąciki ust. Tym razem jednak była naprawdę zadowolona z efektu swojej pracy. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak sobie to zwizualizowała. Naprawdę była zadowolona z efektu, jaki osiągnęła.

- Poczułam natchnienie, nie sądzę, aby miało się to powtórzyć. - Odpowiedziała cicho, bo jednak należała do tych osób, które w jednym udanym dziele widziały szansę na odkrywanie bardzo głęboko ukrytych talentów. Nie sądziła, żeby miało to nieść ze sobą jakieś długotrwałe zmiany, czy nagle odnalezioną artystyczną smykałkę.

Przeniosła powoli wzrok w stronę miejsca, w którym Greengrass jeszcze chwilę wcześniej tworzył swoje dary. Zdawała sobie sprawę z tego, że wyjątkowo dobrze radził sobie z roślinami, także nie była szczególnie zdziwiona, gdy zauważyła, że i jego dzieło było udane.

- Tobie też poszło całkiem nieźle, może nie tak dobrze jak mi... - Musiała to dodać, prawda? Nie, żeby konkurowali, bo przecież cel mieli słuszny, jednak nie była w stanie powstrzymać się przed tym komentarzem.

- Myślę, że Bogini będzie zadowolona. - W końcu najważniejsze było to, aby to Matka doceniła ich starania, a nie ktoś inny. Liczył się gest prawda, a że niósł ze sobą przy okazji całkiem ładne przedmiot to zupełnie co innego.




RE: [18.09.1972] Harvest, death, rebirth again | Prue & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.08.2025

Zdawał sobie sprawę z tego, co zakiełkowało w głowie Prudence. Zbyt dobrze ją znał, aby nie dostrzec, że w tym momencie starała się wykorzystać resztki komponentów, których nie umieściła w swoim wyjątkowym dziele, wbijając mu kolec głogu pod paznokieć. No, przynajmniej próbując to zrobić. Mentalnie.
W innym wypadku nie byłaby zresztą sobą, czyż nie? Z jednej strony próbowała wykazać się odpowiednio sabatową pokorą i skromnością, jakiej wielu czarodziejów oczekiwałoby po kimś, kto tworzył dary dla Matki. Nie dalej niż minutę czy dwie wcześniej powiedziała mu, że jej talent w istocie był raczej jednorazowym wyczynem...
...tylko po to, żeby moment później wykazać się niezmiernie nieprzekonująco zawoalowanym poczuciem własnej wartości, usiłując podkreślić swoją przewagę w rzemieślniczej pracy. Tak. Poszło mu całkiem nieźle. Mhm. Ta. Jasne. Prudence naprawdę była mistrzem komplementów. Towarzyską gazelą...
...a potem pojawiła się druga część zdania. Oczywiście, że skwitował to wymownym parsknięciem, zbywając dziewczynę machnięciem dłoni.
- Śnij dalej. Masz też elegancką wyobraźnię - ani trochę nie przeszkadzało mu to, że ta odpowiedź nie należała do zbyt kreatywnych i równie dobrze mógłby zaserwować jej jakąś Twoją Starą.
Nie zamierzał specjalnie wysilać się, aby dociągnąć do poziomu, który dla niego prezentował się mniej więcej tak samo. Zresztą, gdyby miał na podorędziu podobny zestaw alternatywnych dodatków do wiązanek, może byłoby co porównywać. Tymczasem tak? Nijak nie brakowało mu u siebie czaszek martwych gryzoni, ale zamierzał pozostać przy wersji, wedle której on również mógłby wytworzyć z nich takie cacko, jeśli by je znalazł.
W końcu pani od zajęć artystycznych zawsze dostrzegała w nim pewien talent, nieprawdaż? Niewykorzystany potencjał i tak dalej. Miał wprawne palce, nawet jeśli rzemiosło niespecjalnie go interesowało. Nie zwykł malować obrazów ani rzeźbić w drewnie. Wieńców też na ogół nie robił. Miał tylko doświadczenia z komponentami do eliksirów, niczym więcej. To w zasadzie mu wystarczało.
- Pozostaje to tylko okadzić i czekać na ołtarz na Mabon - kiwnął głową, ostatecznie przystając na słowa dotyczące zadowolenia Bogini.
Ani przez moment nie wątpił bowiem, że tegoroczne wieńce miały naprawdę dobrze prezentować się w oczach Matki. A to było najważniejsze, nieprawdaż?
Mhm. Dokładnie.
Kolejny raz zwrócił wzrok w kierunku Bletchleyówny, patrząc na nią z uwagą. Nie zadał jej jednak pytania o to, czy zabrała ze sobą coś, czym mogłaby oczyścić stworzone dary. Z pewnością o tym nie zapomniała. W końcu nie mogła narzekać na pojemność swojej pamięci. Co jak co, ale ją miała wyjątkowo zadziwiającą, nawet jeśli po tylu latach już wiedział, z czego to wynikało.
Zamiast tego, sięgnął do torby, wyciągając z niej saszetkę i rozwierając ją, aby wyciągnąć stamtąd rulon z ciasno związanych suszonych ziół oplecionych jutową nitką. Rzucił też przy okazji wzrokiem na to, co znajdowało się tuż obok nich, lekko unosząc przy tym brew i wzruszając ramionami. Tak, też mogło być przydatne. Zdecydowanie nie miało zaszkodzić.
- Czynisz honory? - Spytał bez zbytecznej kurtuazji, wykładając kadzidło pomiędzy nich i rozglądając się za zapałkami, które powinny leżeć na jednej z półek.
Tak, to nie mogła być zapalniczka. To musiało być drewno. Nie on ustalał zasady, ale w tym wypadku bez wątpienia się ich trzymał.


RE: [18.09.1972] Harvest, death, rebirth again | Prue & Ambroise - Prudence Fenwick - 06.08.2025

Oj tam, Prue po prostu lubiła być najlepsza. To nie była żadna nowość. Dążyła do bycia idealną pod każdym względem, sprawiało jej to przyjemność, chociaż wiedziała, że nie było też do końca potrzebne. Miała świadomość, że świetnie radziła sobie z wieloma tematami, jednak kiedy kolejna rzecz, zupełnie przypadkiem jej się udała, to cóż nie mogła odmówić sobie tej przyjemności, aby to podkreślić.

- Cała jestem taka elegancka. - Akurat przy Greengrassie nie musiała się gryźć w język, pozwalała sobie przy nim na więcej, niż większości osób, nie musiała być wybitnie powściągliwa, znali się zbyt długo, aby hamowała swoje odruchy. Może nie byli przyjaciółmi, nie zmieniało to jednak faktu, że wiedzieli o sobie sporo.

Oczywiście, że każde z nich miało inne materiały z których tworzyło swoje dzieło. Prue postawiła na nieco bardziej alternatywne komponenty, i wydawało jej się, że to był właśnie klucz do jej sukcesu. Oczywiście wsparcie Ambroisa i jego roślin było nieocenione, ale o tym nie wspominała, bo nie to było sercem jej przedmiotu.

Miała szczęście, coś zasugerowało jej, że powinna znaleźć się w lesie, tam znalazła te wspaniałe kości. Ogólnie sądziła, że ostatnio wyjątkowo wszystko układało się samo, jakby życie podsuwało jej pod nos opcje, które mogła wykorzystać. Nie musiała rozmyślać, szukać rozwiązań, pojawiały się znikąd. Nauczyła się z tego korzystać, nie zastanawiała się nad tym, po prostu sięgała po to, co znajdowało się na jej drodze i było jej z tym całkiem lekko.

- Tak, zostało ledwie kilka dni. - Mogli tak właściwie w spokoju, bez stresu czekać na sabat, bo to, co było najważniejsze udało im się załatwić wcześniej. Cóż, całkiem nieźle się złożyło. Zazwyczaj wolała mieć te kilka dni na przygotowania, nie znosiła działać na ostatnią chwilę, więc to nie było czymś nowym, ale nigdy jeszcze nie udało jej się samej stworzyć tak pięknej ofiary.

- Mogę, ale nie muszę. - Nie widziała problemu w tym, żeby Greengrass zajął się tym sam, oczywiście doceniała jego inicjatywę i chęć oddania jej pałeczki, ale nie była taka hop do przodu, nie musiała robić wszystkiego sama. - Tam są. - Widziała, że rozglądał się w poszukiwaniu zapałek, a jakoś tak się złożyło, że dostrzegła je na niższej półce, sięgnęła po pudełko tuż po tym, jak wspomniała, gdzie się znajdują.

- W sumie możemy to zrobić razem. - Skoro i tak nieco współpracowali, to mogli to zakończyć wspólnie. Odpaliła zapałkę, aby Greengrass mógł zbliżyć kadzidło, i zająć się tymi ostatnimi szlifami na ich dziełach.




RE: [18.09.1972] Harvest, death, rebirth again | Prue & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.08.2025

Prue musiała po prostu przejść do porządku dziennego z tym, co wydostało się spomiędzy jego warg, zanim jeszcze dobrze zdążył zakodować jej słowa. A było to parsknięcie. Krótkie, nieco szczekliwe, bez wątpienia równie rozbawione, co też nieco ironiczne. Tak, oczywiście, jasna sprawa. Przecież doskonale wiedział, jak elegancka jest jego towarzyszka. Zawsze taka była, czyż nie?
Co prawda, część ludzi mogłaby zakwestionować ten fakt, ponieważ większość zwyczajowo eleganckich ludzi raczej nie zwykła grzebać w leśnych ściółkach w poszukiwaniu odpowiednio rozłożonej, względnie czystej padliny do dekoracji wieńców na Mabon, jednak... ...to oznaczało raczej wyłącznie tyle, że nie wszyscy znali się na prawdziwej elegancji. A ona jak najbardziej dopuszczała podobne czynności, nieprawdaż?
Przynajmniej w oczach Ambroisa, który (jak było raczej powszechnie wiadomo) uznawał się za nieoficjalny autorytet w dziedzinie nadawania szyku nawet tym pozornie najbardziej makabrycznym czynnościom. Nie, nie miał najmniejszych oporów, aby w nowej, drogiej koszuli babrać się w cmentarnej ziemi albo zaplamić sobie spodnie krwią, gdy sytuacja tego wymagała.
Nawet jego zawodowe ubrania nie należały do byle czego. Zarówno w Mungu, jak i podczas świadczenia prywatnej praktyki uzdrowicielskiej nosił stroje szyte na miarę. Korzystał przy tym z niewątpliwego i niepodważalnego argumentu, jakim było to, że dyrekcja szpitala w żadnym wypadku nie byłaby w stanie dostarczyć mu ubrań w odpowiednim rozmiarze. Dzięki temu nie musiał kłopotać się dyskusjami na temat wątpliwej jakości materiałów używanych do uszycia standardowych mundurków. Miał po prostu własne.
We właściwym kolorze? We właściwym kolorze. W ustandaryzowanym kroju? We właściwym kolorze.
W przypadku jego dodatkowego zajęcia, także nie stawiał na byle co. Być może na pierwszy rzut oka wcale nie odróżniał się od tłumu ludzi (w końcu o to mu chodziło), jednakże nawet jego zwyczajowa czerń i oszczędność w charakterystycznych elementach ubioru nie była taka znowu niedbała. Dokładnie tak jak postawa. On po prostu nosił się lepiej.
- Byłoby trudno, gdybyś nie była - wzruszył ramionami.
No, po tylu latach...
Tak, to zdecydowanie był moment na powiedzenie o wronach, nawet jeśli nie kłopotał się wypowiedzeniem tego na głos. Zarówno Cornelius, jak i on sam nie zadawaliby się z byle kim, prawda?
Mhm. Mhm.
- W istocie. Nic nie musisz - stwierdził szybciej niż miał możliwość przeanalizować swoje słowa (czego zresztą nie zamierzał robić), również raczej niespecjalnie czując potrzebę gryzienia się w język.
Nie. Nie przy Prudence. Znali się od takich stron, że jeśli nadal spędzali ze sobą czas (a ewidentnie spędzali) raczej nie musieli dbać o powstrzymanie się przed jakimikolwiek słowami. Mogli postawić na ten rodzaj świadomej swobody, którego nie miało się z większością ludzi.
Moment później aprobująco kiwnął głową, nie komentując sokolego oka dziewczyny, jednak bez wątpienia doceniając spostrzegawczość Bletchleyówny, jak i jej chęć współpracy. Nie zamierzał odmawiać dalszej współpracy, szczególnie gdy sama ją zaproponowała. Zamiast tego, nie czekał aż Prudence zapali zapałkę i zdąży poparzyć się w palce, czekając na ruch z jego strony.
Zawczasu ujął pęczek suszonych ziół, zbliżając je do ognia i przechodząc do rzeczy. Ponownie cicho i w skupieniu, jak na ostatni fragment rytuału przystało. Obserwując dym, zmrużył oczy, zachowując jednak spostrzeżenia na później i kończąc oczyszczanie wieńców, zanim ponownie otworzył usta.
Nie pytał Prue, czy też to widziała. Zamiast tego odłożył dymiący się zwitek ziół na podstawkę pod filiżance, zamierzając dać mu się wypalić do samego końca. Nie tylko dla samego gestu, lecz także, aby potwierdzić swoje przypuszczenia. Zanim jednak miał okazję przyjrzeć się kształtom w powstałym pyle, zwrócił oczy w kierunku dziewczyny.
- Ciekawe - stwierdził, kątem oka przyglądając się smudze dymu, która jeszcze nie do końca rozwiała się w powietrzu.