![]() |
|
[13.09.1972] pod powierzchnią | Benjy & Prudence - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [13.09.1972] pod powierzchnią | Benjy & Prudence (/showthread.php?tid=5311) |
[13.09.1972] pod powierzchnią | Benjy & Prudence - Prudence Fenwick - 05.11.2025 adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I jezioro, okolice Exmoor
Księżyc rozświetlał im drogę kiedy szli przez las w stronę jeziora. Wierzyła, że Benjy wiedział dokąd zmierza, bardzo dobrze znał okolicę, co było gwarancją tego, że tym razem nie utknie w lesie na dzień, czy noc. Miała pewne obawy, jednak dosyć szybko zostały rozwiane, Fenwick zresztą potrafił być bardzo przekonujący jeśli chodziło o wprowadzanie swoich pomysłów w życie, tak właściwie to chyba ona podczas którejś z rozmów rzuciła coś o nocnej wizycie nad jeziorem, więc w sumie można było to uznać za ich wspólny pomysł. Na szczęście nie popełniła już błędu nowicjusza i przygotowała się do tego wyjścia odpowiednio. Po ich pierwszym wspólnym spacerze zakupiła sobie odpowiednie obuwie, do tego zaopatrzyła się w dość ciepły, płaszcz, który nadawał się do leśnych wędrówek, jakby wiedziała, że będzie ich więcej. Nie był to ciepły wieczór, w powietrzu dało się już wyczuć powiew zbliżającej się jesieni, ale temperatura nie była jeszcze najgorsza, co najistotniejsze nie padał deszcz, więc na spokojnie mogli wybrać się na spacer, niby nie byli z cukru, jednak Prue kręciłaby nosem, gdyby miała wychodzić z domu podczas ulewy. Była dosyć wygodna, zresztą nigdy nie należała do osób jakoś specjalnie zżytych z naturą. Gdy tylko weszli do lasu, gdzie zaczęło robić się gęściej, a światła było coraz mniej złapała Benjy'ego za rękę, nie daj Merlinie, aby zgubiła się gdzieś pośród tych drzew, musiała mieć pewność, że jest tuż obok niej, inaczej mogłaby spanikować. Kiedy czuła ciepło jego dłoni pod swoją strach gdzieś ulatywał, zamiast tego pojawiało się bardzo silne poczucie bezpieczeństwa. Była pewna, że nic złego jej się przy nim nie stanie. Jak zawsze Fewnick dostosował się do jej nieco powolnych ruchów, to znaczy jak na nią były szybkie, jednak przy nim... jego wielkości kroków, cóż wolała nie myśleć o tym, że pewnie przeklinał w duchu to, jaka była opieszała, nie dawał zresztą nawet po sobie poznać, że mu to przeszkadza, a może wcale mu to nie przeszkadzało? Nie była pewna, tak samo jak wielu innych rzeczy, tak właściwie to miała tylko i wyłącznie pewność co do tego, że chciała z nim spędzić ten wieczór, i kilka kolejnych, bo okazał się być naprawdę wspaniałym kompanem. - Daleko jeszcze? - Powiedziała niezbyt głośno, nie chcąc za bardzo naruszać tej ciszy, która panowała wokół nich. Nie miała pojęcia ile musieli przejść, by znaleźć się na miejscu, liczyła na to, że nie miał to być zbyt długi spacer, bo nie była najlepszym piechurem. RE: [15.09.1972] pod powierzchnią | Benjy & Prudence - Benjy Fenwick - 06.11.2025 Kiedy zapytała, czy daleko jeszcze, uśmiechnąłem się sam do siebie, nie wiedząc nawet, czy mogła to dostrzec w tym bladym, srebrnym świetle księżyca. Las był już gęsty, gałęzie tworzyły nad nami sklepienie, przez które światło przedzierało się tylko smugami, trochę jakby wstydliwie. Szedłem powoli, dopasowując krok do jej rytmu, słyszałem, jak ściółka cicho szeleściła pod jej butami - nowymi, solidnymi, które pewnie miały zapewnić jej spokój ducha. Wiedziałem, że po ostatnim spacerze nie chciała ryzykować kolejnego potknięcia w błocie, to było bardzo rozsądne z jej strony, bardzo pasujące do niej. Urocze, bo się starała. - Jusz niedaleko. - Powiedziałem w końcu, nie podnosząc głosu, żeby nie zepsuć tej subtelnej ciszy, która zawisła między nami. Las pachniał ziemią, sosną i chłodem, który zapowiadał jesień. Nie lubiłem jesieni, ale tego wieczoru mi nie przeszkadzała. - Będzie szybciej, jeśli pszestaniesz oglądaś kaszdy koszeń, jakby miał cię zaatakowaś. - Zerknąłem na nią kątem oka, pozwalając sobie na wtrącenie czegoś luźniejszego, mimo że wiedziałem, z czego wynikała jej ostrożność - pomimo tej świadomości, sądziłem jednak, że obchodzenie się z nią, jak z jajkiem to nie była konieczność, w końcu oboje wiedzieliśmy, że tym razem miało być inaczej. Prue miała w sobie coś... Nieoczywistego. Na pierwszy rzut oka wydawała się krucha, ale krucha kobieta nie wróciłaby po zmroku do lasu, zachowując się tak, jakby głęboko mi ufała. Kiedy jej dłoń wsunęła się w moją, zupełnie odruchowo, cicho, jakby bała się naruszyć spokój lasu… Nic nie powiedziałem, tylko zacisnąłem palce na jej palcach - to wyszło samo. Ciepła miała niewiele, była drobna, lżejsza od mnie pewnie o połowę, jeśli nie więcej, ale kiedy złapała mnie za rękę, jakby to ona stała się czymś, co trzymało mnie stabilnie na ziemi, nie odwrotnie. To miała być przyjemna, nocna wyprawa we dwoje, w znane rejony. Nie potrzebowałem mapy - każde drzewo, zakręt tej ścieżki znałem jak linie na własnej dłoni. Byłem tu tyle razy, że nawet z zamkniętymi oczami potrafiłbym dojść do brzegu jeziora, ale z pewnego konkretnego powodu tego wieczoru to nie jezioro było dla mnie tym celem, o którym myśl napawała mnie naprawdę przyjemnym uczuciem. Było nim nasze odosobnienie samo w sobie. Nie lubiłem przyznawać przed sobą takich rzeczy - tego, że mi na czymkolwiek zależało, ale to właśnie tak wyglądało. Nie wiedziałem, kiedy to się stało, ale… Przywykłem do tej obecności - jej kroków obok moich, jej oddechu, tego, że czasem mówiła rzeczy, po których tylko kiwałem głową, bo nie wiedziałem jeszcze, co odpowiedzieć. Nie wiedziałem wielu rzeczy, ostatnio coraz bardziej to sobie uświadamiałem, nie miałem pojęcia, choćby o tym, czym było to coś w mojej klatce piersiowej - coś między spokojem a napięciem, ciepłem a lekkim ukłuciem pod żebrami. Nie nazywałem tego - może nie chciałem, może nie umiałem, ale wiedziałem jedno. Jeśli puściłbym jej rękę, zrobiłoby się wyraźnie zimniej, jakoś wcale nie miałem zamiaru sprawdzać, jak bardzo. Zatrzymałem się na moment, żeby spojrzeć w górę, przez prześwit w koronach, księżyc zawisł wysoko, jak srebrna moneta, zimny i piękny. - Słyszysz? - Zapytałem po chwili. Z oddali dochodził cichy szmer - woda uderzająca o brzeg, jezioro było już naprawdę blisko. - To tam. Jeszcze mosze sto kloków. - Odwróciłem się do niej, a kiedy jej spojrzenie spotkało moje, w tym krótkim błysku odbitym od księżyca, pomyślałem… !Strach przed imieniem RE: [15.09.1972] pod powierzchnią | Benjy & Prudence - Pan Losu - 06.11.2025 Słyszysz go. Słyszysz kroki czarnoksiężnika, który znajduje się tak blisko. Czujesz smród zgnilizny jego duszy. To omamy? Przez moment tak sobie wmawiasz, bo to lżejsze niż pogodzić się z prawdą, że być może jakaś część Niego będzie w tobie już na zawsze. RE: [15.09.1972] pod powierzchnią | Benjy & Prudence - Benjy Fenwick - 06.11.2025 Wsłuchałem się w otoczenie, bo przecież sam zasugerowałem Prue, by to zrobić. Wbiłem wzrok w jej oczy, przyglądając się im w blasku księżyca i…Zamarłem, dosłownie, jakby ziemia przykleiła mnie do miejsca, w którym stałem. Jeszcze przed chwilą słyszałem tylko oddech Prue, spokojny, równy, i plusk wody gdzieś przed nami, ale to… To było inne. Nie było wiatru, nie było ruchu, a mimo to coś szurało po ściółce za naszymi plecami. Najpierw cicho - ledwie trzask gałązki, zbyt wyraźny, by mógł być przypadkiem, potem kroki, powolne, ciężkie, znajome. Takie, które brzmiały w mojej głowie co noc od ośmiu dni - od tamtego pożaru, chwili, gdy wszystko stanęło w ogniu. Przez moment myślałem, że to echo naszych butów, które z opóźnieniem odbijało się od skał, nawet jeśli to nie miałoby za wiele sensu - wolałem uznać, że tylko wydaje mi się, iż ktoś idzie za nami, ale wtedy wiatr przyniósł ten zapach. Nie pomyliłbym go z niczym innym. Niósł w sobie coś, co pachniało spalenizną i zgnilizną zarazem, jakby powietrze przesiąkło tamtym wrześniowym wieczorem. Zgniły, metaliczny, ciężki, jak dym z pożaru i krew zmieszana z popiołem. Momentalnie cofnęło mnie o tydzień, prosto do tamtej nocy - ósmego września. Powiedziałem sobie, że to nic - to tylko wspomnienie, pozostałość. „Klątwołamacze czasem widzą rzeczy, które nie istnieją, to efekt”, powtarzałem, „tylko efekt uboczny stresu i pracy.” Ale zapach nie znikał. Odwróciłem się mimo wszystko, odrywając wzrok od Prudence, tylko na sekundę - ciemność, drzewa, księżycowe światło rozlane po mchu, a jednak miałem wrażenie, że coś właśnie wtedy cofnęło się o krok, czekało. Piętnasty września, tydzień, minął tydzień, a wrażenie niepokoju pozostało, gdzieś między cieniem a wspomnieniem, i chociaż wmawiałem sobie, że jestem odważny, potrafię oddzielić rzeczywistość od złudzeń, wiedziałem, że to nie do końca prawda. „To nie on,” powtarzałem w głowie. „To nie on, to tylko wspomnienie.” Ale wspomnienia nie pachną, nie stąpają po liściach, nie wciągają chłodnego powietrza tak głośno, że czujesz to w karku. Palce mi drgnęły, zacisnąłem je mocniej na różdżce, którą trzymałem w kieszeni kurtki, ale nie wyciągnąłem jej, nie mogłem pozwolić, żeby Prue to zauważyła, nie mogłem jej przestraszyć. Ostatni raz czułem ten strach osiem dni temu - osiem dni odkąd pożar zniszczył wszystko, co było pewne. Osiem dni, odkąd jego przekleństwo rozlało się po ziemi jak ropa, a ja miałem wrażenie, że część tej ciemności wsiąkła we mnie. Nie wiedziałem, czy to coś z zewnątrz, czy może ja sam ją noszę, ale Prue zasługiwała na wieczór, który nie był skażony tym, co we mnie siedziało. Dopóki nie widziałem fizycznych śladów tej obecności, nie chciałem jej psuć spełniania życzeń - w końcu obiecałem, że zabiorę ją nad jezioro, byśmy mogli zanurzyć się w świetle księżyca, a to była prawdopodobnie jedna z ostatnich ciepławych nocy. Tyle tylko, że każde uderzenie mojego serca niosło ten sam, znajomy dźwięk - kroki. Za mną. Zawsze o krok. Zawsze za blisko. RE: [15.09.1972] pod powierzchnią | Benjy & Prudence - Prudence Fenwick - 06.11.2025 Lubiła być przygotowana na wszystko. Tak już miała, nie należała do osób, które zbyt często pozwalały sobie na popełnianie tych samych błędów, zwłaszcza, jeśli istniała możliwość, aby można było ich uniknąć. Zapobiegawczo więc zaopatrzyła się w odpowiednie obuwie, nie mogła pozwolić na to, żeby Benjy nosił ją na plecach za każdym razem, kiedy nie do końca radziła sobie z otoczeniem. Odpowiednie buty miały jej w tym pomóc, no przynajmniej częściowo. Nie wszystko było przecież od nich zależne. - Wspaniale. - Nie, żeby jakoś narzekała na ten spacer, jednak nie była jakąś ogromną pasjonatką długich wędrówek, zresztą dzisiejszym celem wieczoru nie było chodzenie po lesie. Prychnęła cicho, gdyby faktycznie oglądała każdy korzeń to znajdowaliby się jeszcze przy wejściu do lasu. Starała się zresztą za bardzo nie przejmować miejscem, w którym się znaleźli, chociaż nie dało się nie zauważyć, że nabawiła się pewnego urazu, zdarzało jej się na krótką chwilę zawieszać wzrok na niektórych gałęziach, jakby bała się, że coś może się z nich wyłonić, ale to i tak było niewiele jak na to, co ją spotkało. Zresztą wiedziała, że przy Benjy'm nie musi się bać. - Uwierz mi, że gdybym oglądała każdy korzeń, to daleko byśmy nie zaszli. - Coś czuła, że zdawał sobie z tego sprawę, bo była bardzo dokładna, jeśli się w coś angażowała. Zupełnie odruchowo wyciągnęła dłoń i chwyciła go za rękę, jakby to była najbardziej oczywista rzecz z możliwych, w końcu tak postępowały pary, czyż nie, a oni wbrew wszystkiemu postanowili się tak nazywać, więc korzystała z profitów, jakie to za sobą niosło. Dobrze było mieć przy sobie kogoś, kto wydawał się chcieć tej obecności drugiej osoby tak jak ona. Nie musieli mówić wiele, rozkładać tego na części pierwsze, po prostu byli, w tym miejscu i w tym czasie dla siebie i okropnie łatwo było się do tego bycia przyzwyczaić. Zatrzymali się na moment, Fenwick się do niej odwrócił, Prue spoglądała na niego uważnie, była dziwnie spokojna, jak na miejsce w którym się znajdowali. - Słyszę. - Do dźwięku gałęzi poruszających się na wietrze faktycznie dołączył ten wody uderzającej o brzeg. - Sto Twoich kroków, czy moich? - Bo to była zdecydowana różnica, nie, żeby jakoś specjalnie przejmowała się już tą odległością, sto kroków, jego, czy jej to było tyle co nic. W pewnym momencie Benjy odwrócił wzrok, Prue nie wiedziała, czy coś usłyszał, czy może coś innego zwróciło jego uwagę, spojrzała w tym samym kierunku, żeby upewnić się, iż nic nie wyskoczy z krzaków. Nie wydawało jej się jednak, aby coś tam dostrzegła. - Możemy iść dalej? - Zapytała cicho, bo skoro znajdowali się już tak blisko, to warto było się ruszyć, aby dotrzeć do celu. Naprawdę nie mogła się tego doczekać, nigdy wcześniej bowiem nie robiła podobnych rzeczy, to nie było w jej stylu, powodowało to więc w niej ogromną ekscytację. Nie miała pojęcia o tym, że coś rozproszyło Benjy'ego na dłużej, że coś próbowało owijać wokół niego swoje łapska, bo nie dawał tego po sobie poznać, dla niej był w tej chwili ostoją, gdyby tylko wiedziała, że sam zaczynał się rozsypywać. RE: [15.09.1972] pod powierzchnią | Benjy & Prudence - Benjy Fenwick - 06.11.2025 Patrzyłem, jak ostrożnie stawiała kroki, miała te nowe buty - pewnie długo wybierane, starannie dopasowane do wizji „przygodowej wersji Prudence”. Uśmiechnąłem się sam do siebie, znałem ją już na tyle, żeby wiedzieć, że jeśli mogła przygotować się na coś, to zrobi to w stu procentach. Zawsze była gotowa - z planem, z zapasowym planem i jeszcze z jednym awaryjnym, gdyby coś poszło nie tak. Kiedy sięgnęła po moją rękę, jakby to było zupełnie naturalne, poczułem to znajome ukłucie pod żebrami - coś we mnie drgnęło, za cicho, żeby to nazwać. Skóra jej dłoni była ciepła, miękka, ale zarazem pewna, chwyciłem ją mocniej, odruchowo. Tak miało być, tak było dobrze. Uśmiechnąłem się, nawet odważyłem się na coś w rodzaju krótkiego, żartobliwego szturchnięcia ramieniem. Nie patrzyła na mnie, a ja udawałem, że też nie patrzę na nią, chociaż kątem oka śledziłem każdy jej ruch. Miała w sobie coś… Nie wiem, może to to, że próbowała wyglądać pewnie, nawet jeśli coś ją niepokoiło. Po ostatnich wydarzeniach trudno się dziwić - każdy trzask gałęzi brzmiał inaczej, odkąd widzieliśmy, co potrafi ciemna magi, ale dziś chciałem, żeby czuła się spokojna, normalna, a może to ja chciałem się taki czuć. Grałem swoją rolę - tą spokojną, swobodną, trochę bezczelną. Prychnęła cicho, więc pozwoliłem sobie na krótkie parsknięcie śmiechu. - No, tak, gdybyś oglądała kaszdy koszeń, to ja bym jusz zdąszył wlóciś, zlobić helbatę i zasnąś pszy kominku. - Starałem się brzmieć swobodnie, jak dawniej, jak wtedy, zanim… Zanim wszystko zaczęło pachnieć dymem i żelazem. Uśmiechnąłem się krótko, żeby nie zdradzić, jak bardzo ulżyło mi, że coś wreszcie brzmiało normalnie. A potem usłyszałem to. Nie od razu - na początku to był tylko cień dźwięku, coś między szeptem wiatru a echem wspomnienia, ale od razu poczułem znajome mrowienie w karku. Te kroki. Nie jej. Nie moje. Odwróciłem wzrok, niby mimochodem, zobaczyłem tylko ciemność, poruszające się liście, nic więcej - nic, co istniało naprawdę. Przełknąłem ślinę, starając się, żeby mój oddech brzmiał naturalnie. Dźwięk wody coraz wyraźniej przebijał się przez wiatr, ale nie tylko on. - Sto moich kloków. - Odpowiedziałem po chwili, unosząc brew. - Czyli jakieś dwieście twoich, jeśli się postalasz. - Powiedziałem to z rozbawieniem, chociaż gdzieś pod spodem coś zaczynało zgrzytać. Coś z tyłu głowy - cichy szmer, który nie należał ani do wiatru, ani do jeziora. Potem coś się poruszyło, albo mi się zdawało. Spojrzałem w bok, za nią, gdzie cienie były zbyt czarne, a szum drzew wydawał się zbyt bliski. Na moment miałem wrażenie, że znów go słyszę - kroki, powolne, odległe, ale znajome. Nie. Nie teraz. Nie przy niej. Odwróciłem wzrok, jakbym po prostu coś usłyszał. Może ptaka, może wiatr - tak to wyglądało z zewnątrz. W środku jednak zamarłem. Zamrugałem, wciągnąłem powietrze, aż poczułem zapach wilgotnej ziemi, chłodnej wody. Wróciłem spojrzeniem do niej - jej twarz była spokojna, ufna, jakby nie widziała nic poza ścieżką przed nami, może właśnie to mnie uratowało. - Jasne, chodźmy. - Rzuciłem z udawaną swobodą i pociągnąłem ją lekko za rękę. - Bo zalaz powiesz, sze cię plowadzę na dlugi koniec świata. - Chciałem, żeby brzmiało to lekko, by przegoniło ciszę, która zaczynała być zbyt gęsta. Przeszliśmy kilka kolejnych metrów, niebo powoli otwierało się między gałęziami, księżyc wisiał wysoko. Noc była jasna, czysta, powietrze pachniało wodą i torfem. Im dalej szliśmy, tym bardziej dało się słyszeć jezioro. Przez moment widziałem w wyobraźni, jak wyglądaliśmy tu wtedy - młodzi, głośni, bezmyślni. Lato pachniało dymem i piwem, a ja śmiałem się tak, że bolały mnie żebra. Teraz wszystko było cichsze. Woda odbijała światło, które rozlewało się po jej powierzchni jak rozlana rtęć. Uśmiechnąłem się lekko, odwracając wzrok od tafli, bo przez chwilę miałem wrażenie, że w jej odbiciu widzę coś, czego nie ma - cień, może tylko drzewo, już po sekundzie znowu byłem spokojny. Przynajmniej z pozoru. W końcu tego właśnie się nauczyłem - udawać, że nic się nie dzieje. Głos miałem lekki, beztroski. A w środku? W środku liczyłem własne kroki, i te drugie, które nie chciały ucichnąć. RE: [15.09.1972] pod powierzchnią | Benjy & Prudence - Prudence Fenwick - 06.11.2025 Nie zamierzała pozwolić na to, żeby jedna - być może bardzo intensywna sytuacja, spowodowała w niej wstręt do takich miejsc. Być może odczuwała strach, może jej kroki były odrobinę niepewne, jednak stawiała je, jeden za drugim. Liczyła na to, że Benjy pomoże jej trochę odczarować podobne miejsca. Zresztą kiedy chodziło o niego, to nie wydawało się wcale takie trudne. Wiedział co robi, wiedział dokąd ją prowadzi, łatwo było uwierzyć w to, że ma nad wszystkim kontrolę, że nie musi się niczego bać, przy nim wszystko było dużo prostsze. Być może przywykła do tego, aby radzić sobie ze wszystkim sama, ale aktualnie nie było to konieczne, całkiem łatwo przyszło jej odnalezienie się w tej nowej rzeczywistości, w której był przy niej. - Podejrzewam, że zdążyłbyś też jeszcze coś zjeść, wziąć prysznic, może nawet przeczytać. - Tak, gdyby faktycznie miała oglądać korzenie, to Benjy miałby bardzo dużo wolnego czasu, który mógłby wykorzystać. Na szczęście nie zamierzała tego robić. Nie zareagowała na szturchnięcie, poza tym, że uśmiechnęła się sama do siebie, kiedy to zrobił. Brakowało jej takiej lekkości, jaka im dzisiaj towarzyszyła, niczym się nie przejmowała, bo nie musiała. Byli tylko oni, las no i jezioro do którego powoli się zbliżali. To miał być naprawdę przyjemny wieczór. - Czyli muszę się postarać, bo zrobi się z tego trzysta. - Odpowiedziała cicho. Nie mogła go zawieść, była w końcu nową wersją Prudence, gotową na przygodę. Nie spodziewała się, że tak łatwo przyjdzie jej zmienić swoje nastawienie do podobnych wypraw, jak widać - wystarczyło odpowiednie towarzystwo, a nawet ona była w stanie odnaleźć to gdzieś w sobie. - Jestem, aż taka przewidywalna? - Dodała z udawanym oburzeniem. Akurat coś podobnego mogło paść z jej ust. Dreptała więc za nim, w sumie to raczej tuż obok niego, kiedy pociągnął ją w stronę ścieżki. Już niedługo mieli znaleźć się nad jeziorem. W powietrzu coraz bardziej była wyczuwalna wilgoć, wiatr też zrobił się nieco chłodniejszy, co oznaczało, że faktycznie zmierzali do ich dzisiejszego celu. - Hmm. - Wyrwało jej się, gdy znaleźli się na miejscu. Widok był zachwycający, jednak to natura malowała najpiękniejsze obrazy. Tafla jeziora ledwie drgała, było spokojne, jakby spało, może noc tak na nie działała. Księżyc oświetlał okolicę, dopełniał ten obraz. Było tu całkiem malowniczo, czuła się trochę jak intruz, który wszedł nie do swojego świata, ale chyba nikt nie będzie miał im tego za złe. - Warto było. - Dodała cicho. Warto było wejść do ciemnego lasu, aby znaleźć się w tym miejscu. - Myślisz, że woda jest znośna? - Wiedziała, że na pewno nie będzie ciepła, o ile w ogóle kiedykolwiek w ciągu roku można było uznać wodę w podobnych zbiornikach za ciepłą. Niby mieli jeszcze lato, ale noce były coraz chłodniejsze, co wiązało się z tym, że pewnie i woda nie należała do najbardziej przyjemnych. Miała jednak pewne założenie, nie zamierzała się wycofać, bo kiedy coś sobie postanowiła to raczej starała się doprowadzać plan do realizacji, mimo tego, że mogło się to wiązać z jakimiś nieprzyjemnościami. - Zapewne bywałeś tu często. - Stwierdziła w sumie fakt, miał więc doświadczenie w podobnych sytuacjach, którego Bletchley zdecydowanie brakowało. Trochę zazdrościła im tej beztroskiej młodości, jej samej jakoś nigdy nie udało się z nikim stworzyć zbyt bliskich więzi, na pewno nie na tyle, by spędzać razem wakacje, czy inne wolne chwile. Trochę ją ominęło w sumie z własnego podejścia, mogła nie być taka wycofana, ale może gdyby nie to, to byłaby kimś zupełnie innym, zresztą nie było rzeczy, których nie dało się nadrobić. RE: [15.09.1972] pod powierzchnią | Benjy & Prudence - Benjy Fenwick - 06.11.2025 Patrzyłem na nią dłużej, niż powinienem, mając świadomość, że takie spojrzenia zostają - te ciche, zawieszone, kiedy człowiek zapamiętuje coś na zawsze. Może to właśnie ten moment będzie mi się śnił, kiedy już dawno przestaniemy mówić do siebie, kiedy las zgaśnie w pamięci, a jezioro przestanie być miejscem, tylko stanie się mglistym obrazem. - No, jakbym miał tyle czasu, to mosze wleszcie pszeczytałbym coś powasznego. - Powiedziałem półżartem. - Ale wtedy uznałabyś, sze cię zaniedbuję, więc chyba lepiej, jak nie oglądasz tych koszeni. - Mruknąłem z rozbawieniem, rzucając jej krótkie spojrzenie znad ramienia. Szturchnąłem ją lekko, tylko po to, żeby zrzucić z siebie to napięcie. Fragmenty gałęzi trzeszczały pod naszymi butami, powietrze było wilgotne, pachniało torfem, nocą. Gdy zaczęła żartować o krokach, pokręciłem głową z udawaną rezygnacją. - Nie jesteś pszewidywalna. - Powiedziałem, odwracając do niej głowę, kiedy rzuciła to z udawanym oburzeniem. - Po plostu cię znam, to, wblew pozolom, bywa jeszcze glośniejsze. - Uśmiechnąłem się, pół żartem, pół z czułością, której wcale nie planowałem. - Na pszykład wiem, sze zalaz powiesz coś w stylu „Wcale nie!”, a potem zlobisz dokładnie to, co myślę, sze zlobisz. - Pokręciłem lekko głową i pociągnąłem ją delikatnie za sobą, kiedy ruszyliśmy w stronę jeziora. Palce, które splatały się z jej palcami, poruszyły się lekko, bezwiednie, jakby sprawdzały, czy naprawdę była przy mnie. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie ten gest, ale nie cofnąłem ręki - to było zbyt naturalne, zbyt ludzkie, by przerywać. Miałem wrażenie, że im bliżej jeziora, tym więcej wspomnień podchodziło mi do gardła, jak dym. Ta sama ścieżka, tylko cichsza - tam, gdzie kiedyś brzmiał śmiech i trzask ognia, dziś był tylko szum wiatru i kroki w wilgotnych liściach. Prue nie miała o tym pojęcia - i dobrze, nie chciałem mieszać jej spokoju z moimi duchami, a to miejsce wywoływało ich wiele, równie dużo tych dobrych, co także kojarzących się z tym, co już nie miało wrócić. Wilgoć uderzyła mnie w twarz, powietrze zmieniło się, zrobiło się cięższe, zimniejsze, ale czystsze. Gdy wyszliśmy z lasu, księżyc rozlał się na jezioro srebrzystym światłem. Tafla wody była spokojna, ledwie poruszana wiatrem, a po drugiej stronie majaczyła chatka, wciąż stojąca, chociaż dawno nikt o nią nie dbał. To były same obrzeża posiadłości, nieistotne z perspektywy dorosłych ludzi, którzy nie spędzali czasu na biwakowaniu, a jednak dla mnie to miejsce miało w sobie coś z dawnych lat, z tamtego lata, które nigdy już nie miało się powtórzyć. Mój żołądek zacisnął się na wspomnienie, które mnie nagle ogarnęło - lipiec, śmiechy, zimna woda, któryś z chłopaków, klnący, gdy próbował złowić coś większego niż własny but. Zrobiłem krok naprzód, wciąż trzymając jej dłoń. Świat był wtedy prostszy. - Znośna? - Powtórzyłem pytanie z lekkim rozbawieniem. - Zaleszy, co losumiesz pszes „znośna”. Kiedyś pszychodziliśmy tu latem. Woda była zimna jak diabli, ale i tak nikt nie miał odwagi się pszyznaś, sze malsnie. - Wziąłem głębszy oddech, spoglądając w stronę pomostu. Noc była jasna, prawie przejrzysta, a w powietrzu czuło się chłód od wody, ale jak dla mnie, nie było jeszcze najgorzej. - Myślisz, sze naplawdę chcesz się zanuszyś? - Spytałem. Uśmiechnąłem się krzywo, ale w tym uśmiechu było coś więcej niż tylko rozbawienie. - Mogę wejść pielwszy i to splawdziś, jeśli boisz się, sze zamienisz się w sopel. - Zaoferowałem. Księżyc oświetlał taflę jeziora, a ja nie mogłem oderwać wzroku od jej sylwetki w tym świetle. Patrzyłem na nią przez chwilę w milczeniu - światło księżyca łapało kosmyki jej włosów, odbijało się w oczach, które wyglądały, jakby wchłaniały całe to srebro. Była piękna, w sposób, który zostawał człowiekowi w głowie wtedy, gdy już nie ma prawa zostać. Wiedziałem, że to, co właśnie widziałem - to spojrzenie, chłód jeziora, ten uścisk dłoni, będzie jednym z tych wspomnień, które nie zechcą odejść. Kiedyś, gdy wszystko się skończy, ta noc wróci do mnie w najmniej odpowiednim momencie. RE: [15.09.1972] pod powierzchnią | Benjy & Prudence - Prudence Fenwick - 06.11.2025 - Podejrzewam, że gdybym naprawdę zaczęła je oglądać, to byś mi towarzyszył. Pilnowałbyś mnie, żeby przypadkiem coś mnie nie zżarło. - Jakoś nie do końca wydawało się jej, aby Benjy zostawił ją samą w ciemności wśród drzew, miała to dziwne wrażenie, że był skłonny trwać przy niej podczas tych dziwactw, które czasem ją ogarniały. Nie zostawił jej w końcu, kiedy przepadła w otchłań przeszłości podczas jednego z ich spacerów, czuwał tam nad nią, by nie stała jej się krzywda. Opiekował się Prue, gdy tego potrzebowała, nie musiała nic mówić - po prostu był przy niej. - Poniekąd to jest ze sobą powiązane, znasz mnie więc możesz przewidzieć mój ruch. - Nie mogła sobie odpuścić ostatniego słowa, ale zapewne i to przewidział, bo miał świadomość, w jaki sposób działała Prudence. Może i nie mieli przyjemności przebywać w swoim towarzystwie zbyt wiele w ciągu ostatnich lat, ale był taki czas, kiedy bardzo często na siebie wpadali. Wtedy nie do końca doceniała tę ich dziwną więź, teraz jednak, kiedy odpuściła i pozwoliła sobie na to, żeby przestać walczyć było zupełnie inaczej. Jak widać wystarczyło spojrzeć na obrazek nieco szerzej, a wszystko mogło być dużo prostsze i przyjemniejsze. Nie sądziła, aby jeszcze kiedyś miała pojawić się w tym miejscu, także starała się zapamiętać, jak najwięcej szczegółów, zresztą sama i tak by tutaj nie trafiła, może gdyby pojawili się tutaj w dzień... po ciemku jednak nawet z jej doskonałą pamięcią nie była w stanie obeznać się z drogą, która prowadziła nad jezioro. Może to i lepiej, na zawsze już będzie się dla niej wiązało z tym krótkim czasem w przeszłości, kiedy połączyło ich coś więcej. Dobrze było mieć miejsca do których warto było wracać, nawet tylko we wspomnieniach, przypominały o tym, że był pewien moment w czasie i przestrzeni, kiedy wszystko wydawało się proste. Napawała się wiec widokiem i tą ciszą, która była bardzo przyjemna, przerywana jedynie przez szum wody uderzającej o brzeg i silniejsze podmuchy wiatru, które szeleściły liśćmi drzew znajdujących się wokół jeziora. - To nie brzmi szczególnie pocieszająco, jeśli latem była zimna jak diabli, to teraz jaka jest? - Nie do końca wiedziała, czy chce znać odpowiedź na to pytanie, przynajmniej Benjy był z nią szczery i przygotowywał Prue na najgorsze. Naprawdę to ceniła, chociaż w tym wypadku, wolałaby tego nie wiedzieć, bo to skłaniało ją do zastanawiania się, czy naprawdę chce to zrobić. Czy zimna woda była w stanie ją powstrzymać przed spełnieniem swoich założeń? Jeszcze nie zadecydowała. Dawna Prudence pewnie by skapitulowała, odpuściła, uważała, że to jest zupełnie niepotrzebne, znalazła milion powodów dla których nie warto byłoby włazić do jeziora. Ta nowa wersja Prue, która miała chęć przeżyć coś więcej chciała zobaczyć, jak to jest, nawet jeśli miałoby ją to kosztować przeziębieniem w przeciągu kilku najbliższych dni. - Myślę, że tego chcę. - Takie mieli w końcu założenie, gdy wyruszali, nie chciała go zmieniać. - Obawiam się, że jeśli zrobisz to pierwszy, a ja zobaczę Twoją reakcję, to nie będzie opcji, żebym zanurzyła w tej wodzie chociaż palec. No i jeśli Ty zamienisz się w sopel? Jak wtedy wrócę? - Być może i Fenwick był duży i silny, jednak nie sądziła, żeby i na nim chłodna woda nie zrobiła żadnego wrażenia. - Już lepiej, abyśmy zamienili się w sople razem i zostali w tym jeziorze. - To brzmiało jak nie najgorszy plan, nie musieliby wracać do codzienności i mogli zostać tutaj na zawsze, nie byłoby to chyba najgorszym rozwiązaniem, miejsce było w końcu całkiem malownicze. RE: [15.09.1972] pod powierzchnią | Benjy & Prudence - Benjy Fenwick - 08.11.2025 Wiedziałem, że oboje byliśmy świadomi tej jednej rzeczy - nigdy bym jej tam samej nie zostawił, nie po tym, jak widziałem ją tamtą noc, bez tchu, zagubioną gdzieś daleko od rzeczywistości. - Masz lasję. - Odparłem cicho, z lekkim rozbawieniem, kiedy powiedziała, że bym jej towarzyszył. - Oczywiście, sze bym to zlobił. Nie mogę pszeciesz pozwoliś, szeby coś cię zszarlło. To by mi tlochę zepsuło wieczól. - Zrobiłem minę pełną udawanego namysłu. - Poza tym, jeśli jusz coś miałoby cię zjeść, to pszynajmniej chciałbym zobaczyś, co to takiego. Naukowe zaintelesowanie. - Rzuciłem jej krótkie spojrzenie, świadomie zadziorne, z tym ledwo zauważalnym błyskiem, który zawsze pojawiał się, gdy się z nią przekomarzałem. Wiedziałem, że odpowie, że nie zostawi tego bez komentarza - znałem ją, ale to nie było przewidywanie, to było coś innego, coś bliższego intuicji niż logice. Wystarczyło jedno spojrzenie, jedno drgnienie głosu i już wiedziałem, co powie. Zerknąłem na nią kątem oka, kiedy mówiła dalej. Miała rację, to „znasz mnie” i „przewidujesz mnie” było ze sobą powiązane, ale ja naprawdę nie przewidywałem, ja tylko pamiętałem. Miałem w głowie te wszystkie drobiazgi, które odróżniały ją od reszty świata - sposób, w jaki marszczyła brwi, kiedy coś ją naprawdę zaskoczyło, ten krótki moment zawahania, zanim coś powiedziała, jakby sprawdzała własne myśli. Palce mojej dłoni, tej, w której trzymałem jej rękę, poruszyły się delikatnie, zupełnie bezwiednie, jakby chciały zapamiętać jej ciepło. To było drobne drgnięcie, które nic nie znaczyło, a jednocześnie… Znaczyło wszystko. To właśnie taki moment zostaje człowiekowi w pamięci - ten, w którym jeszcze wszystko jest dobrze, zanim zacznie się psuć. Ścieżka urywała się tuż przy brzegu. Woda była ciemna, głęboka, a wiatr przynosił od niej zapach torfowiska i chłodu. Jezioro wyglądało spokojnie, ale to był ten rodzaj spokoju, który mógł w każdej chwili się poruszyć, zadrżeć, jak oddech. Księżyc odbijał się w wodzie jak srebrny półokrąg na czarnym lustrze. Powietrze było gęste od wilgoci, chłodu i zapachu mokrego drewna. Patrzyłem na taflę jeziora i przez krótką chwilę miałem wrażenie, że czas się zatrzymał, jakby świat czekał na nasz ruch. - Wiesz, jeśli latem była zimna jak diabli. - Powiedziałem, odrywając wzrok od wody. - To teraz jest po prostu… Diabelsko zimna? - Uśmiechnąłem się lekko, starając się zatuszować cień drżenia w głosie, nie przez strach przed wodą, tylko przez coś, co czułem głębiej. To miejsce zawsze było dla mnie żywe, ale dziś… dziś miało w sobie coś niemal przytłaczającego. Ona jednak była zdeterminowana, widziałem to, jej spojrzenie nie miało w sobie wahania. - Ty naplawdę chcesz to zlobiś, co? - Z westchnieniem rozpiąłem górny guzik koszuli. - Dobla, ale jak umlę s zimna, to na twoich lękach. - Puszczając dłoń Prudence, zbliżyłem się do samej krawędzi pomostu. Nachyliłem się lekko, żeby dotknąć wody palcami - wystarczyło jedno muśnięcie, by poczuć ten chłód, jak setki drobnych igiełek. - Idealna. - Mruknąłem ironicznie, otrzepując dłoń. - Nic tylko wskakiwaś. - Odwróciłem się do niej z tym półuśmiechem, który zwykle miał rozładowywać napięcie, ale tym razem coś we mnie zadrżało. Wiatr zawiał od jeziora, niosąc zapach chłodnej wody i liści. Księżyc rozlał światło po jej twarzy, a ja, nie myśląc o niczym więcej, pomyślałem tylko, że jeśli to miałoby być ostatnie dobre wspomnienie po odchodzącym lecie, to chciałbym, żeby wyglądało dokładnie tak. |