Secrets of London
[13/9/1972] The weight of water, the way you told me to look past everything | BF, PB - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [13/9/1972] The weight of water, the way you told me to look past everything | BF, PB (/showthread.php?tid=5350)

Strony: 1 2 3


[13/9/1972] The weight of water, the way you told me to look past everything | BF, PB - Benjy Fenwick - 16.11.2025

adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I


13/09/1972, Exmoor
Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz nie miałem w sobie ani odrobiny chęci wracania do normalnego świata, pozwalając sobie na to błogie nicnierobienie przez tę jedną chwilę, póki świat jeszcze o nas nie upomniał. Mgła wisiała za oknem, jak ciężka kotara, zupełnie nieruchoma, tłumiąca wszystkie dźwięki z zewnątrz, jakby świat postanowił na chwilę wstrzymać oddech - było tak cicho, że słyszałem jedynie trzask ostatniej szczapy drewna dogasającej w kominku i nic więcej, żadnego wycia wiatru, ptaków odlatujących do ciepłych krajów, chlupotu wody w jeziorze, niczego. Leżałem na plecach, na czymś, co z odrobiną dobrej woli dało się nazwać „łóżkiem”, wpatrzony w sufit chatki, a pierwszy blask poranka rozlewał się po deskach powoli, ostrożnie, ustępując miejsca ciemności nocy. Trudnej, chaotycznej, momentami ciemniejszej, niż byśmy chcieli, ale jednocześnie jasnej i pełnej pulsującego, ciepłego światła.
Słońce jeszcze nie wzeszło, a żar w palenisku prawie wygasł, pachniało dymem, wilgotnym drewnem i tym ledwie uchwytnym chłodem nadciągającej brytyjskiej jesieni - takim, który wciskał się głęboko pod skórę, jeśli mu się na to pozwoliło. Nie zrobiliśmy tego, tej chaotycznej nocy świat zewnętrzny nie miał tu wstępu - wydarzyło się dostatecznie wiele, abyśmy chcieli chociaż na chwilę o nim zapomnieć. Wszystkie koce, poduszki, narzuty - wszystko, co tylko można było zrzucić na podłogę, wylądowało na dywaniku przed kominkiem. Zrobiliśmy sobie gniazdo, posłanie, leże - jak zwał, tak zwał - bo kanapa była dobra tylko do tego, żeby na nią spojrzeć i stwierdzić, że absolutnie się na niej nie zmieścimy. Nie to, byśmy nie próbowali, w końcu nie można było mówić o „naukowej ciekawości” i poprzestać na jednym wyborze, nawet jeśli okazał się najwygodniejszy.
W półmroku jej włosy były ciemne, ale o cieplejszym odcieniu niż zazwyczaj, podszytym radościami, które mgliście pamiętałem z ich widoku w słońcu szkolnych błoni, splątane, rozsypane po mojej skórze i kocach pod nami. Miała ciepłą, miękką skórę, tak gładką w kontraście do mojej własnej, że mogłem bez końca rysować po niej jakieś niewidzialne wzory, pozwalając sobie na tę rozciągającą się w klatce piersiowej satysfakcję, na spokój, który zwykle mi nie towarzyszył. Tym razem było inaczej - nie byłem do tego przyzwyczajony, ale nie miałem najmniejszego zamiaru kwestionować błogości tej ciszy. A było cicho - tak cholernie cicho, że słyszałem własne serce, jej oddech, jakby zsynchronizowany z moim, i ten miękki, ciepły dźwięk koca, który przesunął się odrobinę, kiedy przyciągnąłem ją bliżej. Nie gadałem, to była chyba największa anomalia całego poranka - to, że milczałem, nie próbując niczego obrócić w żart ani nie komentując mgły, ognia czy faktu, że miejsce na podłodze było nieporównywalnie wygodniejsze niż jakikolwiek mebel w tej chatce. Po prostu patrzyłem w sufit i w półki pod nim, na których stały trzy kubki, kremowa świeca, w połowie spalona, trzy całe świeczki i jakieś książki, których tytułów nie pamiętałem z przeszłości. Mgła za oknem mieszała się z parą na szybach, brzeg jeziora był niewidoczny, dając złudzenie, jakby świat się kończył dokładnie na drewnianej ramie okiennej - tutaj, w tej chatce, w półmroku, gdzie ciepło naszych ciał było ważniejsze niż wszystko, co czekało poza tymi drzwiami.
Nie mówiłem nic. Rzadko mi się to zdarzało, ale teraz cisza była lepsza niż słowa. Patrzyłem na sufit, na półki nad nim, zastanawiając się, czy którykolwiek z leżących tam przedmiotów był świadkiem tak pięknego chaosu, jak ten, który zostawiliśmy tu tej nocy. Przez dłuższą chwilę nie robiłem niczego - tylko oddychałem, słuchałem, chłonąłem to, że była dokładnie tu, a nie gdziekolwiek indziej. Ja też. Pierwszy raz od dawna nie było mi śpieszno do powrotu do rytmu dnia, gwałtownych ruchów i błyskotliwych odżywek, ale Prue nie była przecież moją kochanką, nie mieliśmy tego przelotnego romansu, o którym mówiliśmy kiedyś żartem, próbując zamienić poważne sprawy w coś lżejszego. Była moją dziewczyną, ja byłem jej, choć z początku w żartach, udowodniliśmy to sobie, i to, co działo się między nami, miało przez to ten specyficzny, inny ciężar, który czułem teraz w każdym jej oddechu i w każdym swoim. Nawet jeśli to miało datę ważności, a coś mi podpowiadało, że oboje się z tym liczyliśmy, nie obchodziło mnie to w tej chwili. Dawno już nie czułem czegoś tak po prostu dobrego - bez podtekstów, bez ucieczek, bez tego, że zaraz wszystko się posypie.
Milczałem, a jednak uśmiechałem się pod nosem, tak idiotycznie, że wolałem, żeby nikt tego nie widział - no, może poza nią, ale ona akurat miała policzek wtulony w moją klatkę piersiową, więc wątpiłem, że analizowała moje wyrazy twarzy. Jeszcze przez dłuższą chwilę moje ramię spoczywało pod głową Prudence, a palce rysowały po jej skórze bez żadnego planu, jakby samo ciało pamiętało, co robić, a myśli były tylko dodatkiem. Dopiero później uniosłem się nieco na łokciach i spojrzałem na nią w tym półmroku, w którym jej włosy miały kolor czegoś pomiędzy brązem a ciemną miedzią, rozświetlone nierównymi, dogasającymi językami ognia. Uśmiechnąłem się szerzej, tym razem nie próbując tego ukrywać, przesunąłem palcami po jej ramieniu, nie przestając się uśmiechać. Leżała spokojnie, z tym lekkim zmarszczeniem między brwiami, które - co przyszło niepostrzeżenie, a jednak już stało się prawdą - uwielbiałem prostować pocałunkiem.
- Wyglałem. - To słowo pojawiło się w mojej głowie, jak dziecinny triumf, kiedy spojrzałem na jej-moją koszulę leżącą na podłodze, tuż koło stosu koców, więc musiałem mruknąć to także na głos. Oczywiście nikt niczego nie przegrywał, ale fakt, że koszula tam wylądowała, a ona wylądowała na mnie, dawał mi to słodkie, absurdalne poczucie zwycięstwa. Za oknem mgła podchodziła pod sam parapet, mleczna i powolna, jakby wcale nie chciała ustąpić przed świtem. Szyby były zaparowane, a powietrze pachniało jesienią, mokrym drewnem i ciepłem, które wciąż trzymało się wnętrza po całej nocy - nie tylko w chacie, ale i we mnie - to dopiero było idealne.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/16723d998d34717fd8c4a269433dbc2a/b776a4167d01ae7d-3a/s250x400/eaaadb60545eb57ba1232093e468214b6fa0f97e.pnj[/inny avek]

!Strach przed imieniem


RE: [13/9/1972] The weight of water, the way you told me to look past everything | BF, PB - Pan Losu - 16.11.2025

Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach. Przerażenie narasta w tobie z każdą chwilą, aż nagle wbrew swojej woli wypluwasz z siebie słowa: Wasz ból jest bramą do prawdy. Uczyńcie z mojego imienia kompas i podążajcie za słowem, które niesie się ustami Londynu..


RE: [13/9/1972] The weight of water, the way you told me to look past everything | BF, PB - Prudence Fenwick - 17.11.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=5MpbmET.jpeg[/inny avek]

Nie miała ochoty otwierać oczu, obawiała się, że jeśli to zrobi to to wszystko zniknie, rozmyje się niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Był to zupełnie inny poranek od tych do których przywykła, dużo lepszy niż jej codzienność. Czuła pod sobą ciepło jego ciała, mogłaby nawet powiedzieć, że była w stanie usłyszeć bicie jego serca, może wcale by nie skłamała, miała bowiem głowę opartą o jego klatkę piersiową, czuła jak się porusza, to w górę to w dół. Skupiła się na tym spokojnym, miarowym ruchu.

Nie chciała się poruszyć, aby nie zepsuć tego wyjątkowego momentu. Wiedziała, że będzie go długo pamiętać, tak właściwie to może i na zawsze. Pierwszy raz od bardzo dawna czuła spokój, niczym się nie przejmowała. Nie dochodziły do niej żadne inne dźwięki, tylko te związane z jego obecnością, jakby świat przestał istnieć, i znajdowali się w nim tylko oni, ciało przy ciele. Spodziewała się, że to będzie niebagatelne, nie zawiodła się. Mogłaby tu utknąć na zawsze, w tej chatce oddalonej od rzeczywistości. Była bezpiecznym miejscem, azylem w którym mogli schować się przed tym, co czekało na nich na zewnątrz. Wiedziała jednak, że nie mogą zostać tu na zawsze, a szkoda, to mogłoby być bowiem najlepszym, co im się przytrafiło. Życie jednak nie było takie proste.

Podłoga okazała się być całkiem praktycznym miejscem do spędzenia nocy, zadbali o to całkiem odpowiednio. Nie sądziła, że gdzieś indziej w chatce byłoby im równie wygodnie. Zresztą miała najlepszą poduszkę z możliwych, emanującą prawdziwym, niepodrabialnym ciepłem, które potrafiło ukoić do snu. Ten przyszedł całkiem szybko, jak na zupełnie nowe miejsce. Nie powinno jej to dziwić po tej chaotycznej nocy.

Otworzyła w końcu oczy jej wzrok przesunął się na zaparowaną szybę, pierwsze promienie słońca jeszcze nie wpraszały się do środka, ale wiedziała, że już za chwilę nadejdzie dzień. Szkoda, ale musieli się z tym pogodzić. Póki co jednak jeszcze nie było powodu, by uciekać z tego miejsca, mogli spędzić tu trochę czasu.

Cisza zupełnie jej nie przeszkadzała, była całkiem wymowna, nie było sensu nic mówić, kiedy wszystko zostało pokazane, nie wszystko potrzebowało zostać wypowiedziane. Poprawiła się nieco, wtulając się w niego jeszcze bardziej, jakby w ogóle było to możliwe. Dotyk opuszków jego palców był kojący, zachęcał do tego, aby jeszcze na moment zmrużyć oczy, pozwolić sobie na chwilę się zapomnieć, tylko dzień się zbliżał nieuchronnie, nie pozwoliła sobie więc póki co na sen, być może jeszcze nadejdzie.

Poruszył się, uniósł na łokciach, co spowodowało, że Prudence w końcu uniosła głowę i spojrzała na niego, z ciepłym uśmiechem, który malował się jej na ustach. Była całkiem zadowolona z tego, gdzie i w jaki sposób się znaleźli. Wszystko wydawało się być takie proste, spoglądała na niego i miała wrażenie, że ogarniały ich te same uczucia, przede wszystkim zrozumienie, nic nie wydawało jej się bardziej słuszne, chociaż głos z tyłu głowy przypominał jej, że to nie było bezterminowe, jednak w tej chwili nie miało to najmniejszego znaczenia.

- Nie czuję się, jakbym przegrała. - Powiedziała cicho. Zresztą od samego początku nie wydawało jej się, że w tej grze będą jacyś przegrani, chociaż próbowała nieco ją komplikować. Nie byłaby sobą, gdyby wszystko potoczyło się zbyt prosto.

- ale tak, tym razem wygrałeś. - Dodała jeszcze, aby nie umniejszać jego zwycięstwu, dopiął swego, właściwie to razem dopięli, ale mniejsza o to. Wiedziała od samego początku, że nie będzie w stanie mu się oprzeć, zbyt długo walczyli z tym co ich do siebie przyciągało. W sumie to, co wydarzyło się podczas tej nocy było warte tych wielu lat walki, którą ze sobą toczyli. Miała wrażenie, że to spotęgowało ten moment, który był nieunikniony.

Oderwała w końcu od niego spojrzenie, wysunęła się też nad chwilę spod jego ramienia, bo coś tuż nad nimi zwróciło jej uwagę. Być może nie powinna przerywać tego momentu, jednak książki, notesy? Póki co jeszcze nie wiedziała, czym to właściwie było przykuło jej wzrok. Typowo dla siebie, jak widziała coś takiego postanowiła wziąć to w swojej ręce, szczególnie, że z tej odległości te książki wyglądały, jakby znajdowały się tutaj od dawna, a starocie wyjątkowo przyciągały Prue. Każdy przedmiot miał swoją historię, która mogła zostać wysłuchana, przynajmniej kiedy ktoś taki jak ona mógł go dotknąć. Ciekawe, czy ktoś kiedyś zobaczy to, co wydarzyło się w tej chatce, nie wątpiła w to, że to miejsce mogło zapamiętać to, do czego między nimi doszło, emocje nie odchodziły w zapomnienie tak łatwo, szczególnie takie silne.

Uniosła się tylko na moment, by wziąć książkę, notes w rękę, po chwili ponownie opadła na jego tors, bo było jej na nim całkiem wygodnie i nie zamierzała szybko opuszczać tego miejsca. Szczególnie, że gdy tylko się od niego odsunęła poczuła chłód, zdecydowanie wolała być otulona ciepłem jego ciała. Nie zmieniało to jednak faktu, że teraz miała w ręce coś, co mogła przeczytać.

- Ciekawe. - Mruknęła cicho, kiedy otworzyła notes, nie była to jednak książka, co zobaczyła w momencie, w którym na kartce zobaczyła odręczne pismo i daty, może niezbyt starannie zapisane, jednak dało się je odczytać.




RE: [13/9/1972] The weight of water, the way you told me to look past everything | BF, PB - Benjy Fenwick - 17.11.2025

Leżałem jeszcze przez chwilę, pozwalając jej wtulić się głębiej w moje ciało, obserwując to, jak delikatnie poruszała się w rytmie mojego oddechu. Czułem jej dłoń, sposób, w jaki przytrzymywała mój tors, jakby bała się, że jeśli je puści, wszystko rozpłynie się w powietrzu, zostawiając po sobie jedynie pustkę. A może to ja sam bałem się pierwszego poruszenia, ruchu, który miałby przerwać ten moment? Mgła za oknem wciąż była gęsta, niemal fizyczna, przylegała do szyby, chcąc zatrzymać świat poza chatką, pozostawiając nas w tym odrębnym czasie, gdzie nic nie istniało, poza nami. Czułem jej bicie serca, spokojne i miarowe, czułem też dziwne ciepło w mojej własnej piersi, które nie było ani dumą, ani satysfakcją - raczej czymś czystym, nieokreślonym, jakbyśmy przez te kilka godzin odłożyli na bok wszystkie nasze maski. Jej oddech na mojej skórze był równie hipnotyzujący, co cichy trzask drewna w kominku, który dogasał powoli, zostawiając za sobą jedynie aromat dymu i wilgotnego drewna.
Podniosłem się powoli na łokciach, pozwalając nam odsunąć się odrobinę od siebie, by spojrzała na mnie, a ja na nią - i właśnie wtedy uświadomiłem sobie, jak bardzo nie chciałem przerywać tej chwili. Ten uśmiech, miękki, poranny, prawdziwy, trafił we mnie z siłą, której nie zdążyłem zamortyzować, zanim poczułem się jak ktoś, kto wreszcie doszedł na szczyt, chociaż od zawsze wierzył, że trasa będzie wiecznie pod górę. Uśmiechnąłem się pod nosem, bo wiedziałem dokładnie, co miała na myśli, nie potrzebowałem nic dodawać - jej ton był spokojny, pełen wyważonej pewności siebie, takiej, którą znałem z jej zachowania w innych sytuacjach, chociaż nigdy w kontekście czegoś tak osobistego. Mogłem odparować coś błyskotliwego, coś więcej, nadal w stylu żartobliwego triumfu, ale prawda była taka, że rzeczywiście - nie istniała tu kategoria zwycięzców, nie istniała gra, tylko my, spleceni przez noc i przez coś, co od lat wisiało między nami jak napięta, niewidzialna lina. To było nasze zwycięstwo, nie moje, nie jej, a nasze. Nie musieliśmy mówić nic więcej, jeszcze nie teraz, bo wszystko już zostało powiedziane w sposobie, w jaki leżeliśmy razem, w ciepłej harmonii, którą trudno było znaleźć na zewnątrz.
Jej spojrzenie uciekło wyżej, a ja dopiero wtedy ruszyłem głową, śledząc kierunek - książki, notesy, drobiazgi na półce - te same, na które patrzyłem jeszcze chwilę wcześniej, tak naprawdę ich nie widząc, ją jednak zaciekawiły. Zanim zrozumiałem, co właściwie przyciągnęło jej uwagę, zdążyła się wysunąć z moich objęć. Kiedy wyciągnęła rękę, by sięgnąć po książkę, moje spojrzenie podążyło za nią z przyzwyczajenia, bardziej niż z potrzeby, na dłuższy moment zatrzymując się na jej pośladkach i zarysie piersi. Cholera.
Cholera.
Cholera.
A może jednak nie? Krótki błysk zawahania przeciął mi głowę, ale nie sięgnąłem, nie wyciągnąłem dłoni, nie zmieniłem ułożenia ciała. Prawda była prosta - to, co tam leżało, było starsze niż wszystkie słowa, które potrafiłbym teraz wypowiedzieć. Starsze niż ta noc, starsze niż historia, którą powoli rozsupływaliśmy. Twarda oprawa, przetarta z jednej strony. Zagięty róg, którego nigdy nie prostowałem. Pismo, które wyglądało, jakby pisał je ktoś, kto nie mógł zdecydować, czy chce już spać, czy jeszcze milczeć, wylewając żale i złości nad kartką. Mój dziennik - nie ten z ostatnich miesięcy, nie ten z tych dni, które dopiero składały mnie na nowo, ten starszy, z czasów, o których rzadko myślałem, a jeszcze rzadziej o nich mówiłem - nie wiedziałem, jakim cudem się tu znalazł, ale wylądował z nią tuż obok mnie. Były w nim rzeczy, których nigdy nikomu nie dałem do przeczytania, ale kiedy przewróciła pierwszą kartkę, miałem w sobie tę spokojną rezygnację, która przychodziła tylko wtedy, kiedy już komuś coś wyznałeś i wiedziałeś, że reszta jest tylko cieniem starej wersji siebie. Szczerością, która zdążyła się wydarzyć. Przeszłością, która wyblakła, zanim ten poranek w ogóle wstał.
Patrzyłem na niego i nią, gdy otwierała pierwszą stronę - na to, jak jej palce wsuwały się pod papier, na zmarszczenie między jej brwiami pojawiające się, kiedy dostrzegła daty, pismo, nieporządek dawnych prób zrozumienia samego siebie. Natknęła się na notatki, w których próbowałem być systematyczny, ale kończyło się na tym, że zapisywałem strzępy myśli, daty bez kontekstu, pojedyncze zdania, które miały mnie do czegoś doprowadzić, a zostawały zawieszone jak kolejny urwany most. Nie drgnąłem jednak - nawet o milimetr.
Leżałem jeszcze przez chwilę, obserwując, jak jej palce ślizgały się po papierze, a oczy, te same oczy, które znałem od lat, delikatnie poruszały się po liniach zapisanych w notesie. Nie mówiłem nic, tylko pozwoliłem jej zająć się tym, co przykuło jej uwagę, przyciągając ją znów bliżej, kiedy ponownie wtuliła się we mnie. Czułem każdy drobny przesuw koca, każde drgnięcie jej oddechu na mojej skórze. Samemu też niemal odruchowo, nieświadomie, przesunąłem palcami po jej ramieniu i po jej plecach, delikatnie, nie chcąc niczego zakłócać.
Tak. Nie ważne, że od razu rozpoznałem papier - zagięty narożnik, krzywe linie, daty, których wcale nie chciałem pamiętać, a jednak pamiętałem, jak człowiek pamięta pęknięcie w drewnie pod własnym oknem. Nie chciałem się ruszać ani przerywać tej chwili - wszystko między nami było zbyt idealnie wyważone, by to teraz psuć, jakby przez te kilka godzin świat się wstrzymał tylko po to, żebyśmy mogli w pełni istnieć w tym miejscu. Pochyliłem głowę, dotknąłem ustami jej włosów - pachniały nocą, dymem z kominka i czymś, czego wolałem nie nazywać, żeby tego nie spłaszczyć, nie sprowadzić do jednego słowa. Pocałunek był miękki, spokojny.
- Jeśli chcesz, czytaj. - Mruknąłem cicho, głosem, który jeszcze pamiętał sen i rozgrzane powietrze naszej nocy, kiwając głową. - To w posządku, moszesz zaspokoiś ciekawość. - Powiedziałem, uśmiechając się pod nosem, obserwując, jak jej palce przesuwają się po kartkach. Przewróciłem się trochę na bok, przyciągając ją bliżej, żeby poczuła, że nic się nie zmieniło. - Laszej nie pisałem tu niczego zdlosznego o na twój temat, chyba sze moje młodsze ja miało jakieś dziwne pomysły, o któlych zapomniałem.
Patrzyłem na notes, na jej twarz, i pozwoliłem sobie uśmiechnąć się szerzej, bardziej swobodnie niż wcześniej, mimo świadomości tego, co znalazło się przypadkiem w jej dłoniach. To była już część przeszłości, tej, o której powiedziałem jej wystarczająco dużo, żeby nie musiała się domyślać w ciemno. Natomiast to wszystko, co działo się w tym poranku, było dla mnie zwycięstwem, którego nie chciałem kwestionować. Było... Teraźniejszością - ważniejszą, bardziej istotną. Miałem w sobie ten dziwny rodzaj czujności, który budził się tylko wtedy, kiedy naprawdę zależało mi na tym, żeby niczego nie zepsuć.

„Matka wyszła za mąż. Zaraz po tym, jak ojciec umarł. Za własnego szwagra - nie wiem, czy to w ogóle legalne??? Powiedzieli, że to dla dobra rodu, stabilność, ciągłość, te brednie, których używają zawsze, kiedy robią coś obrzydliwego. Dom zrobił się cięższy, jakby ściany chłonęły to całe ich gówno. On patrzy na mnie jak na kulę u nogi, a matka... Nie wiem, co się z nią stało. Jakby umarła razem z ojcem, a to coś, co chodzi w jej sukni... Nawet nie wiem, jak to nazwać. Teraz wszystko w domu jest… Gorzej. Nie wiedziałem, że może być gorzej. A jednak. Thaddeus nigdy nie był święty, jasne. Ale Aurelius… To coś innego. Wszystko musi być po jego myśli. Nienawidzi mnie. Wiem to.”

„Moja własna matka nagle zapomniała, że miała dzieci, które jej potrzebują. Mówi, że to lepsze dla mnie, dla Georgiany, dla Isobel i Leticii. Nie wierzę jej. Nie wierzę już w nic. Ginny cieszy się z tego, jak głupia… Nienawidzę tego miejsca. Ono mnie też.”

„Dzisiaj mnie uderzył. Nie wiem, za co. Może dlatego, że spojrzałem w jego stronę? Może dlatego, że nie chciałem się zgodzić. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz czułem się bezpieczny w tym domu. Matka milczy. Czasem patrzy tak, jakby widziała przez stół, na wylot. Myślę, że gdyby ojciec żył, przynajmniej wiedziałbym, że nie chciałby mnie zabić.”

„Dzisiaj znów dostałem, za nic właściwie. Znalazł powód, żebym poczuł, że nie jestem jego własnym dzieckiem. Ginny, na szczęście, nim jest. Chodzi tylko o mnie. Dlaczego? Nie wiem. Może taką mam twarz. Matka siedziała obok i udawała, że nic się nie dzieje. Tak, jakby wszystko było normalne. Może jest. Dla niej pewnie jest. Chciałbym kogoś, kto rozumie, że nie wszystko da się wytłumaczyć, że czasem po prostu jest strasznie i nic nie da się z tym zrobić.”

„Zastanawiam się czasem, jak to było, kiedy ojciec żył. Nawet jeśli był surowy, coś w tym było… Przewidywalne. Przynajmniej wiedziałem, czego się spodziewać. Teraz każde słowo, każdy gest, wszystko może skończyć się źle. Nie chcę tu być. Chciałbym po prostu zniknąć.”

„Georgiana wypaliła wszystko, co wiedziała, jednym zdaniem, takim niby mimochodem. Nie zdążyłem nawet jej kopnąć pod stołem, bo Isobel już to zrobiła, ale było za późno. Nie pomogło. Nie wiem, czego się spodziewałem. Myślałem, że będzie gorzej, ale nie aż tak.”

„Zmusili mnie, żebym trzymał dystans. Powiedzieli, że „pewne relacje nie przystoją komuś takiemu jak ja”. Jakbym był przedmiotem, który można przestawić na inne półki. Przeszła obok mnie na błoniach, uniosła wzrok, a ja odwróciłem się tak szybko, że aż zakłuło mnie w karku. Nienawidzę tego, że mnie do tego zmuszono. Nienawidzę, że to zrobiłem.”

„Nie mogę spać. Ściany szepczą, kroki po korytarzu odbijają się echem. Matka zawodzi w pokoju Aureliusa, a ja leżę sam i próbuję udawać, że to nic. Każdy dźwięk to przypomnienie, że jestem tu więźniem, chociaż nie jestem jedynym. Czy to pociecha? Głupio mi. Bo czuję, że powinienem coś zrobić, ale nie mogę. Nic nie mogę. Tylko milczę.”

„Wczoraj przeszło mi przez myśl, że jeśli zostanę w tym wszystkim sam, zwariuję. On jest jak cień, zawsze czai się za mną. Chciałbym uciec. Chciałbym, żeby ktoś mnie przytulił, choćby na chwilę, i powiedział, że będzie dobrze, ale nikt tego nie robi.”

„Wróciłem do szkoły i udaję, że wszystko gra. Nie piszę do niej, nie idę do niej, trzymam się tak daleko, jak mi kazano. Mimo to czasem złapię jej spojrzenie w bibliotece albo na schodach. Udaje, że nie widzi, tak samo jak ja. Boli to bardziej niż wszystko, co robią w domu. Nie wiem, jak długo jeszcze dam radę.”

„Mam czasem wrażenie, że ojciec wcale nie był taki zły, tylko ja wtedy nie wiedziałem, jak źle może być naprawdę. Teraz wiem. Aurelius nie udaje nawet przez chwilę, że nie chce mnie złamać. Wchodzi do tego domu tak, jakby zawsze tu był, wprowadza swoje zasady, a matka patrzy, jakby to było normalne.”

„Ginny znowu mnie wsypała. Tym razem listownie, więc mam trochę czasu, by się przygotować. Ale czy można??? Izzy była gotowa wpaść w furię, bardziej ode mnie, ja po prostu wyszedłem. Chciałem, żeby nikt nie widział, że się trzęsę. W Hogwarcie niby czuję się wolniejszy, ale wieczorami, kiedy wszystko cichnie, wraca to samo uczucie, co w domu.”

„Spojrzała na mnie i szybko odwróciła wzrok. To było gorsze niż cokolwiek, co robi on. Zrobiłem wszystko, czego ode mnie chcieli, a jest tylko gorzej.”

„Nie mam ochoty na nic. Wszystko wydaje się szare, nawet śnieg za oknem. Wszystko wali mi się w głowie. Czasami myślę, że lepiej byłoby, gdybym wcale nie wracał do domu. Chociaż wiem, że nie mogę. Nie jestem już małym chłopcem.”

„Nie wiem, czy to w ogóle powinno trafić do dziennika, ale muszę to gdzieś wcisnąć, bo inaczej rozsadzi mi głowę. Nie znam sposobu, żeby ją ocalić. Nie znam sposobu, żeby ocalić siebie.”

„Wszyscy chodzimy ciszej. Leta udaje, że nic się nie dzieje, Isobel udaje, że nic ją nie obchodzi. Ja też próbuję, czegoś pomiędzy, ale nie potrafię. Georgiana jeszcze nic nie wie, tak jak reszta. Nie wiem, co będzie, gdy się dowiedzą. Nie chcę wiedzieć. Muszę wiedzieć. Muszę temu zapobiec.”

„Izzy powiedziała, że wyglądam, jakbym był już w połowie drogi do obłędu. Może jestem. Może to jedyny sposób, żeby tego wszystkiego nie czuć. Leta udaje, że nic nie widzi, ale widzi. Boję się, że Ginny coś palnie przy śniadaniu, bo nie umie trzymać języka za zębami. Boję się wielu rzeczy. Myślę, że jestem tchórzem. A potem przypominam sobie Aureliusa i dochodzę do wniosku, że jestem po prostu w pułapce.”

„Isobel powiedziała, że zdobędzie kilka rzeczy. Nie pytałem, jakich. Kazała nam przyjść do doków dziś wieczorem. Powiedziała to tak, jakby robiła to już dziesięć razy wcześniej. Może to Ten Jej. Nie wiem, w co się pakuję. Powiedziałbym, że to był błąd, ale nie jestem przekonany. Może to początek czegoś, co będzie miało sens. Może czegoś, co wreszcie będzie moje. Nasze.”

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/16723d998d34717fd8c4a269433dbc2a/b776a4167d01ae7d-3a/s250x400/eaaadb60545eb57ba1232093e468214b6fa0f97e.pnj[/inny avek]


RE: [13/9/1972] The weight of water, the way you told me to look past everything | BF, PB - Prudence Fenwick - 18.11.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=5MpbmET.jpeg[/inny avek]

To, co połączyło ich tej nocy wydawało jej się być bardzo kruche. To nie była codzienność, chociaż jeśli tak miałaby wyglądać jej nowa codzienność, to nie miałaby nic przeciwko temu, by co rano budzić się w jego objęciach. Być może przez chwilę nawet uda jej się spełnić te marzenie. Wiedziała jednak, że to nie będzie trwać wiecznie, właśnie dlatego chciała się nacieszyć, tą całkiem prostą chwilą. To nie było niby nic nadzwyczajnego, choć miała wrażenie, że w ich przypadku wręcz przeciwnie. Nie byli tacy, jak wszyscy inni, zdawała sobie z tego sprawę, w ich przypadku ciężko było mówić o szczęśliwych zakończeniach, co nie zmieniało faktu, że mogli chociaż w pełni wykorzystać teraźniejszość, to też nie było najgorszą możliwością. Wreszcie dali sobie szansę, zobaczyli jak to jest, obawiała się tego, że mogło jej się to trochę za bardzo spodobać, że upadek zaboli bardziej niż powinien, jednak nie był to problem, którym powinna się przejmować w tej chwili, aktualnie mogła to ignorować.

Właśnie dlatego pozwoliła sobie jeszcze bardziej do niego przylgnąć, czerpać przyjemność z tego ciepła, które od niego biło. Wiedziała, że szybko nie wyprze ze swojej pamięci tego obrazu. Nie chciała tego robić, nie kiedy czuła przy nim taką ulgę. Niczym się nie przejmowała, nie martwiła się o jutro, bo znaczenie miało tylko tu i teraz, kiedy była z nim, z dala od całego świata, który swoją drogą nadal wydawał się tkwić w miejscu, nienaruszony, jakby chciał dać im więcej czasu.

Ich spojrzenia się spotkały, nie musieli nic mówić, wszystko dało się wyczytać z ich oczu. Udało im się w końcu sięgnąć po coś, co było nieuniknione, Prue nie miała najmniejszej wątpliwości, że nie mogli postąpić bardziej właściwie. Nie, żeby przez moment się wahała, po prostu czuła, że dokładnie do tego dążyli. Niczego nie była bardziej pewna. Nie dyskutował z nią, nie skomentował w żaden sposób jej słów, mieli jasność co do tego, że w tej grze, którą podjęli ostatniego wieczora nie miało być przegranych, nie dało się nie ulec pokusie, nie kiedy była taka silna. Zresztą kiedy raz już tego posmakowała, wiedziała, że nie będzie odwrotu, że pozwoli sobie na kolejne momenty zatracenia, nie było sensu z tym walczyć, nie gdy coś ich do siebie przyciągało niczym ćmy do światła.

Nie zastanawiała się nad tym, jak wygląda, czy jest naga, kiedy sięgała po książkę, która okazała się wcale nie być książką. To był odruch, bardzo naturalny w jej przypadku. Nie mogła z nim walczyć. Prue nie ignorowała treści dostępnych na wyciągnięcie ręki, chociaż może powinna. Nie spodziewała się jednak, że będzie to dotyczyło jego, że trafi na jego zapiski z tych bardzo zamierzchłych lat.

Nim zaczęła zagłębiać się w te notatki zdążyła jeszcze do niego przylgnąć, ponownie wtulić się w ciało mężczyzny, nie chciała być w tej chwili w żadnym innym miejscu, to nie miało żadnego sensu, kiedy on znajdował się na wyciągnięcie ręki, nie było nic przyjemniejszego od ciepła jego ciała, które mogło ją rozgrzewać.

W jednej dłoni trzymała notes, powoli zaczęła czytać jego treść, dosyć szybko do niej dotarło, kto zapisywał w nim swoje przemyślenia, to wcale nie było takie trudne, jak się mogło wydawać. Spojrzała jeszcze na niego, chciała upewnić się, że nie ma nic przeciwko temu, aby zagłębiła się w jego świecie, tak właściwie to świecie Aloysius'a, którego też przecież kiedyś znała.

- Jesteś pewien? - Mimo wszystko musiała zadać to pytanie, w końcu to były jego prywatne, osobiste notatki, po które sięgnęła z ciekawości, mimo, że wtedy jeszcze nie wiedziała, że dotyczą jego. Mogła to sobie odpuścić, nie musiała wchodzić w jego przeszłość ze swoimi buciorami, nie chciała przekroczyć granicy. Miała świadomość, że gdyby tego nie chciał, to nie miałby najmniejszego problemu z tym, aby o tym powiedzieć, mimo wszystko trochę czuła się jak intruz, przynajmniej dopóki nie usłyszała jego kolejnych słów.

- Nie zdziwiłoby mnie to, Twoje młodsze ja również było bardzo pomysłowe. - Bez względu na etap ich znajomości, nie mogła mu odmówić braku kreatywności. Nie sądziła jednak, żeby rozpisywał się tutaj na jej temat, bo przecież krótko się przyjaźnili, nie wydawało jej się, aby była wtedy dla niego kimś znaczącym, jasne niby wspominał z czego wynikała ta nienawiść, może nawet nie nienawiść, a raczej nieustanne próby dopiekanie sobie, jednak to nadal nie wydawało jej się być na tyle istotne, żeby musiał o tym pisać.

Miała jego zgodę, więc czytała to, co było zapisane w notesie kartka po kartce. Powoli, by nie pominąć niczego istotnego. Nie do końca spodziewała się, że będzie dane jej przeczytać coś podobnego. Notatki były może chaotyczne, wyrwane z kontekstu, pojedyncze, ale nie można im było zarzucić braku emocji.

Coś zaczęło ją ściskać w sercu, gdy czytała każdą, kolejną stronę. Nie miała pojęcia, nie wiedziała, docierało do niej, że prawie go nie znała. Nie mówił jej wtedy o tym, nigdy się przed nią, aż tak nie otwierał. Mimo, że przecież była obok. Nie powinno jej to dziwić, z pozoru wydawało się przecież, że pochodzi z dobrej rodziny, z dobrego domu, nikt tylko nie wiedział tego, co działo się za zamkniętymi drzwiami. Zacisnęła usta, mimowolnie, widać było na jej twarzy konsternację, jakby nadal trawiła to wszystko. Nie czuła się z tym dobrze, miała do siebie pretensje, że nie zauważała znaków, że nie widziała tego, co przecież samo mogło się nasunąć. Może za dobrze się kamuflował, całkiem nieźle przychodziło mu granie roli gówniarza z dobrego domu, który mógł wszystko, teraz wiedziała, że to była maska, pod którą kryła się ludzka tragedia.

Jej oddech był bardzo cichy, jakby nie chciała w żaden sposób zakłócić tej chwili, oczy się nieco zaczerwieniły, bo nie do końca wiedziała, jak można sobie poradzić z czymś takim. Rodzina kojarzyła jej się z bezpieczeństwem, bez względu na wszystko, gdyby działo się w jej życiu coś naprawdę okropnego nadal mogła wrócić do rodziców, liczyć na miękki koc, herbatę i słowa pocieszenia, czy zupę, która miała ją rozgrzać albo ulubioną zapiekankę. On nigdy tego nie miał. Okropnie w nią to uderzyło. Nie spodziewała się tego, że mogło być, aż tak źle. Do tej pory nie miała pojęcia z czego wtedy wynikała ta jego nagła zmiana zachowania, ignorancja. Teraz obrazek zaczął składać się w całość, przyszło też zrozumienie.

- Nie wiedziałam. - Powiedziała w końcu cicho. Czego właściwie nie wiedziała? Że było tak źle, że coś takiego go spotykało? Że musiał ją porzucić? Że jego ojciec był kawałem chuja, a matka nie była w stanie stanąć w jego obronie? Zbyt wiele tego było, naprawdę nie wiedziała i trochę było jej głupio z tego powodu, że wtedy nie była bardziej dociekliwa, że nie zadawała pytań, jakby w ogóle mogło to coś zmienić.




RE: [13/9/1972] The weight of water, the way you told me to look past everything | BF, PB - Benjy Fenwick - 18.11.2025

Leżałem z nią tak, jakby cała przestrzeń tej chatki była wyłącznie nasza, bez szumu wiatru, bez innych dźwięków w powietrzu, jedynie z dymem dogasającego ognia i ciepłem, które przesycało powietrze między nami.
- Mhm. - Dotknąłem jej szyi, kciukiem przeciągając po wrażliwej skórze, od jej obojczyka aż ku miejscu pod uchem. - Gdybyśmy wtedy byli chociasz tlochę mniej zawzięci, zaciągnąłbym cię do wanny w łazience plefektów, to wiem na pewno, ale wiesz, to wcale nie byłoby kreatywne. To byłoby po plostu… Obowiązkowe. W swoim losaju absolutnie ikoniszne. - Uśmiechnąłem się szerzej, bardziej ciepło, opierając czoło o jej włosy. Jej ciało wtulone w moje było jak przystań, której od dawna szukałem, przynajmniej na kilka chwil, jakie sobie dawaliśmy, a jednak, kiedy trzymała w rękach mój notes, wciąż czułem lekkie napięcie - nie gniew, nie poczucie straty, tylko coś, co balansowało na granicy różnych uczuć.
Przez chwilę wpatrywałem się w nią w milczeniu, obserwując, jak jej oczy powoli pochłaniały kolejne linie zapisków, jakby starała się przeniknąć przez moje młodsze ja, które kiedyś żyło w cieniu wszystkiego, czego nigdy nie mogło powiedzieć na głos. A raczej - było o tym błędnie przekonane. Naprawdę sądziłem, że tak było lepiej, bo nie mogła zrozumieć, co znaczyło żyć w domu, w którym nigdy nie było się wystarczająco dobrym, a każdy gest, każda próba, była mierzona w kategoriach właściwego spełnienia niewypowiedzianych i stale się zmieniających oczekiwań kogoś, kto nigdy nie mógł cię zaakceptować. Wtedy naprawdę wierzyłem, że mogę się odciąć - od niej, od naszej przyjaźni, od nas - udawać, że niczego nie ma, prowadzić życie tak, jak tego po mnie oczekiwano, z zachowaniem dobrego imienia i pozornym brakiem zmartwień większych niż mecz quidditcha, ale to nie było możliwe. Każdy ruch, gest, próba sprawienia, że inni będą dumni, tylko wzmacniała pustkę po stracie kogoś, kogo nie chciałem tracić.
Potem przyszło poczucie buntu - wściekłość na samego siebie, na rodzinę, na świat, który mnie nie widział. Byłem wściekły na siebie, na sytuację, na nią - na Prudence, którą w tamtym czasie traktowałem z rezerwą. Byłem nabuzowany, rozgniewany, a gniew mieszał się z poczuciem osamotnienia, poświęcenia na nic, straty, której nie musiało być, bo i tak była bezsensownym porzuceniem jednej z nielicznych rzeczy, jakie czyniły mnie mną, a nie sztandarowym członkiem mojego rodu. Poczucie winy mieszało się z wściekłością, bo chociaż chciałem naprawić naszą relację, wszystko, co robiłem, wydawało się ją odpychać. Odcięliśmy się od siebie nawzajem, stało się coś, czego żadne słowa nie mogły naprawić, kontakt zniknął, nić porozumienia zerwała się, a my zostaliśmy wobec siebie obcy, wrogo nastawieni. Nie mogłem tego zaakceptować, na swój sposób próbowałem przywrócić jej uwagę, wywołać w niej reakcję, jednak moje starania były toporne, brutalne, niezrozumiałe. Chciałem, by mnie zobaczyła, skonfrontowała się ze mną w taki sposób, byśmy mogli poprowadzić tamtą zaległą rozmowę, ale robiłem to w sposób, który jedynie ją odstręczał, wznosił coraz wyższe mury między nami - to prowadziło tylko do dalszej nienawiści, do większego oddalenia, aż w końcu relacja między nami była już praktycznie nie do naprawienia.
Ironia losu tkwiła w tym, że wtedy znalazłem - a może raczej znaleźliśmy się nawzajem - kogoś, kto wydawał mi się rozumieć mnie lepiej, niż ja siebie, pozwalał mi oddychać w cieniu tego całego, mrocznego dziedzictwa. Związałem się z kimś, kto wydawał mi się odpowiedzią, antidotum na to wszystko - ironiczne, że była osobą, której mój ojczym nigdy nie zaakceptowałby w swoim salonie. Na tamten czas wydawało mi się to właściwe, może nawet odważne. Powiedziałem jej wszystko, pozwoliłem jej wejść w miejsca, do których nikt nie powinien mieć dostępu. Ona reagowała, odpowiadała, chociaż nie zawsze tak, jak mi się podobało, a ja chciałem po raz pierwszy w życiu zostać wysłuchany. Ona wykorzystała to po swojemu, a ja wykorzystywałem ją za to, że mnie słuchała. Ona poruszała moje słabe strony tak samo, jak ja poruszałem jej własne słabości. Relacja w toksycznym odbiciu - oboje byliśmy brudni tym, co z niej braliśmy, i co wnosiliśmy do stołu. Nim się obejrzeliśmy, zaczęliśmy robić sobie nawzajem krzywdę tymi wyznaniami, prawdami i półprawdami, używając ich jak monet, którymi płaciliśmy sobie za uwagę.  Wpasowywałem się w to, jakbym był stworzony z gliny, gotów, by ktoś ulepił ze mnie cokolwiek, byle nie to, kim byłem naprawdę. Oboje graliśmy tam w grę, której nie dało się wygrać i nazywaliśmy to miłością.
Ale to były zamierzchłe lata, zamknięte rozdziały, które teraz, tu z Prudence - leżąc nago obok niej, wtulony w nią na tych kocach rozłożonych na podłodze - wydawały mi się zupełnie obce, jakby nie należały już do mnie. Lata minęły, epoki odeszły, a ja już nie byłem tamtym chłopcem, on już dawno nie żył, to była historia sprzed lat, zakończona na tym, co kiedyś było, wydarzyło się, minęło i nigdy nie miało wrócić.
Wiedziałem, że nie mogła wiedzieć - nie, bo przez lata sam starałem się odciąć od tego, kim byłem i co mnie otaczało, ucząc się stwarzać pozory. Każde moje działanie, każda próba zwrócenia uwagi, bycia zauważonym, była odbierana, jako czarująca, flirciarska, bananowa, wyzywająca, chamska, niezrozumiała i przede wszystkim półprawdziwa. Przez długi czas wierzyłem, że mogę żyć tak, jak tego oczekiwano ode mnie - stać się tym, kim chciałby mnie widzieć ojczym, przymykać oczy na swoje cierpienie, na brak prawdziwego domu, bezpieczeństwa, którego inni nigdy nie odczuwali w taki sposób. To była rola, maska, którą zakładałem, starając się być „dostatecznie dobry w byciu złym”, chociaż wiedziałem, głęboko w sobie, że nigdy nie będę wystarczający w jego oczach ani w oczach tych, którzy powinni kochać bezwarunkowo. Czułem się jak podrzutek we własnym życiu, nawet jeśli nikt nigdy nie wypowiedział tego wprost. Robiłem, co mogłem, a i tak byłem „nie dość” - nie dość posłuszny, nie dość ułożony, nie dość ich, chociaż starałem się tak cholernie, że aż bolało. Były chwile, gdy łapałem się na tym, że sam nie wiedziałem, czy bardziej chciałem ich akceptacji, czy bardziej chciałem, żeby się wszyscy do diabła ode mnie odczepili. Byłem przekonany, że jeśli będę robił wszystko dokładnie tak, jak oczekiwali, to w końcu znajdę ten spokój, o którym wszyscy mówili, ten porządek, który rzekomo miał nadejść wraz z podporządkowaniem się zasadom, ale spokój nie nadchodził, za to pojawiała się frustracja - duszna, lepka, wiążąca ręce i gardło.
A potem ten bunt we mnie urósł - najpierw był cichy, ledwie wyczuwalny, jak chrupnięcie witki od odrzuconej miotły pod butem, ale z czasem zamienił się w głuchy ryk - byłem zły, wściekły, a potem jeszcze bardziej zraniony, bo cokolwiek robiłem, nie mogłem być sobą nawet w oczach tych, którzy powinni mnie znać najlepiej.
W ferworze własnego buntu odciąłem się również od niej, zniszczyłem tę ostatnią, niemal niewidoczną nić porozumienia, którą kiedyś trzymaliśmy w dłoniach, a potem nie potrafiłem znaleźć sposobu, by ją odzyskać. Zachowywaliśmy się wobec siebie obco, zimno, wrogo, jakbyśmy nie tylko zgasili światło, ale jeszcze zamknęli i zasłonili okna, żeby nic nie mogło się przebić przez tę ciemność. Miałem żal. Do niej, choć nie miała w tym winy. Do siebie - o wiele bardziej. Chodziłem nabuzowany, pełen poczucia winy i wściekłości, a ponieważ nie wiedziałem, co z tym zrobić, przerzucałem to na nią w najgorszy możliwy sposób. Zamiast mówić, rzucałem wyzwania - zamiast przepraszać, wyrzucałem z siebie głupie, wyraźnie prowokujące teksty. A my, z każdym takim ciosem, zapadaliśmy się coraz głębiej, dalej od siebie. Aż nadszedł ten moment, kiedy naprawdę się znienawidziliśmy, mocno, nieodwracalnie - tak wtedy sądziłem.
- Pluey. - Odezwałem się w końcu, cicho, prawie szeptem, trącając czule kciukiem jej dolną wargę. - Wszystko to… To naplawdę nic takiego. - Powiedziałem to tak spokojnie, jakby chodziło o pogodę, a nie o lata niewypowiedzianych rzeczy, które zatrzasnęliśmy za kilkoma drzwiami, grzebiąc je pod trzema tonami milczenia.
Pochyliłem się i musnąłem jej włosy ustami, czując je ciepłe, pachnące nocą. Nie chciałem, żeby w jej oczach odbijała się jakakolwiek troska o tamte lata, wersje mnie i jej, bo nie byliśmy już tamtymi ludźmi - to, co było kiedyś, było cieniem, a cienie przestają straszyć, kiedy się je wreszcie obejrzy przy świetle. To nie powinna być przeszłość, która mogłaby nas zranić - była tylko historią, która ukształtowała to, kim się staliśmy, i mogliśmy ją teraz oglądać z dystansu. Nie chciałem, żeby szukała tam winy, ani odpowiedzi, które już dawno przestały mieć znaczenie. Poza tą jedną, która pozostała - no, właśnie.
Palcami przesunąłem jej włosy za ucho, a drugą ręką delikatnie, prawie niespostrzeżenie, przewróciłem kilka stron pod opuszkami jej palców. Wiedziałem, co tam będzie, zanim jeszcze je odsłoniłem - metodycznie zagięta, prowizoryczna koperta, wciśnięte w nią karteczki, pomięte, trochę przyżółkłe od czasu, zapisane pismem, które nie należało do mnie. Przez chwilę moje palce zwlekały, jakbym nie chciał otwierać tej puszki Pandory, ale w końcu pozwoliłem kartkom opaść. Wypadły na koce jak drobne, papierowe duchy dawno minionych spraw. Spojrzałem na nie krótko, ledwie na moment, ale wystarczająco, by poznać kształt liter - runy, słodkie aż do bólu - wyłapując wzrokiem jeden z liścików. Po jednej stronie drobne, trochę zbyt ozdobne znaczki, które znałem na pamięć, po drugiej moje własne pismo. Nowsze, dojrzalsze, cięższe, ciemne znaki kreślone z pewnym oporem, powoli - zimowe, styczniowe. Poczułem, jak coś we mnie drgnęło. Wiedziałem, co tam było - nigdy nie zapomniałem, ślad po tamtym wieczorze, kiedy pomyślałem, że albo porozmawiamy szczerze, albo już nigdy. Chciałem spróbować jeszcze raz, naprawić to, co przez chwilę nie wydawało się już całkowicie stracone.

„ᛁ ᚲᚾᛟᚹ ᛁ×ᛗ ᚨ ᛊᛏᚱᚨᛜᛖᚱ ᛏᛟ ᛁᛟᚢ, ᚨᚾᛞ ᚦᛖᚱᛖ×ᛊ ᚾᛟᚦᛁᛜ ᛒᛖᛏᚹᛖᛖᚾ ᚢᛊ ᚨᚾᛁᛗᛟᚱᛖ, ᛒᚢᛏ ᛁᚠ ᛁ ᛈᚱᛟᛗᛁᛊᛖ ᛏᛟ ᛒᛖ ᚲᛟᛗᛈᛚᛖᛏᛖᛚᛁ ᚺᛟᚾᛖᛊᛏ... ᚹᛁᛚᛚ ᛁᛟᚢ ᛏᚱᛁ ᛏᛟ ᛚᛁᛊᛏᛖᚾ ᛏᛟ ᛗᛖ, ᛏᚨᛚᚲ ᚨᛒᛟᚢᛏ ᚢᛊ, ᚨᛒᛟᚢᛏ ᚹᚺᚨᛏ ᚺᚨᛈᛈᛖᚾᛖᛞ? ᛁᛟᚢ ᛞᛟᚾ×ᛏ ᚺᚨᚢᛖ ᛏᛟ ᛞᛟ ᚨᚾᛁᚦᛁᛜ ᛟᚱ ᚱᛖᚲᛏ; ᛃᚢᛊᛏ ᛚᛁᛊᛏᛖᚾ. ᛁ ᚢᚾᛞᛖᚱᛊᛏᚨᚾᛞ ᛁᚠ ᛁᛟᚢ ᛞᛟᚾ×ᛏ ᚹᚨᚾᛏ ᛏᛟ. ᚹᛖ ᛟᚾᛚᛁ ᚺᚨᚢᛖ ᚨ ᚠᛖᚹ ᛗᛟᚾᚦᛊ ᛚᛖᚠᛏ ᛟᚠ ᚦᛖ ᛚᚨᛊᛏ ᛊᚲᚺᛟᛟᛚ ᛁᛖᚱ, ᛊᛟ ᛁ ᚹᛟᚾ×ᛏ ᚷᛖᛏ ᛁᚾ ᛁᛟᚢᚱ ᚹᚨᛁ. ᛁ ᛞᛟᚾ×ᛏ ᚹᚨᚾᛏ ᛏᛟ ᛒᛖ ᛁᛟᚢᚱ ᛖᚾᛖᛗᛁ; ᛁ ᚾᛖᚢᛖᚱ ᛞᛁᛞ.”

Nigdy jej tego nie wręczyłem - miałem to zrobić następnego ranka po tamtym dniu, kiedy skręciła kostkę i zostałem z nią dłużej, niż powinienem, ale potem przyszło życie. Przyszły burze, inne obowiązki, inne drogi, a ta karteczka utknęła między stronami mojego dziennika, zapomniana, jak gdyby przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Spojrzałem na nią jeszcze raz, lekko unosząc brew, z pół-żartobliwym uśmiechem, który miał w sobie nutę goryczy.

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/16723d998d34717fd8c4a269433dbc2a/b776a4167d01ae7d-3a/s250x400/eaaadb60545eb57ba1232093e468214b6fa0f97e.pnj[/inny avek]


RE: [13/9/1972] The weight of water, the way you told me to look past everything | BF, PB - Prudence Fenwick - 18.11.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=5MpbmET.jpeg[/inny avek]

Wstrzymała oddech, kiedy poczuła kciuk przesuwający się po jej skórze. Przy nim łatwo było zapomnieć o wszystkim, nawet o oddychaniu. Nie mogła jednak teraz zatracać się w tym dotku. Nie kiedy znalazła ten notes, gdy doszło do niej to wszystko. - Podejrzewam, że nie musiałbyś mnie tam zaciągać. - Nie mieli jednak możliwości tego sprawdzić, bo ich relacja została skazana na niepowodzenie, nie przez nich samych, a osoby trzecie. Sporo jej się teraz rozjaśniło, wiele do niej dotarło. Szkoda jej było tego straconego czasu, ale rozumiała dlaczego tak musiało się wydarzyć. Wtedy nigdy nie byłaby dla niego odpowiednia. Pochodzili z różnych światów, to nie miało racji bytu, nie mogło się udać. Nie było więc sensu roztrząsać przeszłości. Zresztą dostali swoją drugą szansę, być może nie miała trwać wiecznie, jednak chociaż przez chwilę mogli stać się swoją ostoją. To było całkiem przyjemnym uczuciem.

Tak, czy siak on chyba był skazany na taki los. W końcu i tak uciekł. Znalazł kogoś z kim to zrobił, kto pomógł mu podjąć decyzję. Zniknął z tego świata, w którym nie mógł się odnaleźć, gdzie musiał spełniać wygórowane oczekiwania. Niewielu by się na to odważyło, nie każdy był w stanie znaleźć w sobie taką siłę. Zresztą sama Prue nie miała pojęcia o tym wszystkim, co go spotkało, gdy zakończyli naukę w Hogwarcie. Dopiero ostatnio dowiedziała się, jak potoczyło się jego życie. Była tak bardzo zaślepiona tą nienawiścią, że nie widziała, jak się męczył. Miała o to do siebie żal, chociaż, czy gdyby wiedziała więcej, to byłaby w stanie zareagować? Tak właściwie, czy mógł w ogóle podjąć lepszą decyzję? Musiał uciec, żeby zawalczyć o siebie. Inaczej nadalby tkwił w świecie, z którym zupełnie nie byłoby mu po drodze.

Była mu wdzięczna za to, że dopuścił ją do tych wspomnień, że pozwolił jej przeczytać swoje notatki, zmieniały one nieco wizję jej własnego świata, otworzyły oczy, uświadomiły, że nic nie było tak oczywiste, jak mogło się wydawać. To nigdy nie było proste, powinna zdawać sobie z tego sprawę, okropnie łatwo przyszło jej uwierzenie w to, że był takim na jakiego się kreował, a przecież wiedziała, że pod tą maską kryło się coś więcej. Tak jednak ją do siebie zraził, że naprawdę wierzyła w to, że był takim okrutnym człowiekiem.

- To wcale nie jest nic takiego. - Nie chciała tego bagatelizować, mimo, że przecież minęło tak wiele lat. To miało na niego ogromny wpływ. Teraz rozumiała, chociaż niczego to nie zmieniało, po prostu docierało do niej, czym się wtedy kierował, dlaczego postępował tak, a nie inaczej. Poniekąd nawet rozumiała, że może tak było prościej, próbował ją do siebie zrazić, spalić wszystkie mosty, by nie było do czego wracać. Powinno jej być przykro, że nie chciał jej tego wyjaśnić, jednak typowo dla siebie próbowała to zrozumieć, przeanalizować, przetrawić. Nie należała do osób, którym szybko przychodziły osądy.

Czuła jego ciepły oddech na swojej szyi, znajdowali się tak blisko, idealnie się w tym odnajdywali i chociaż mogła się złościć na to, że stracili wiele lat, to jednak doceniała, że w końcu mieli możliwość, chociaż na chwilę zatopić się w tym, co ich do siebie przyciągało.

Wsunął pasmo jej włosów za ucho, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie, jakby robił tak od lat i nie mogła się pozbyć wrażenia, że bardzo szybko przyzwyczai się do tego, że znajdował się obok. Łatwo było przywyknąć do dobrego. Przesunął palcami po kartkach, pewnie, jakby doskonale wiedział, czego szuka. Nie przestała podążać wzrokiem za jego palcami, pod którymi znalazła się koperta, to co wysypało się z niej na koce spowodowało, że wróciły wspomnienia. Nie musiała brać w swoje dłonie ani jednej z nich, kolekcjonował je wszystkie, zbierał, jakby miały dla niego jakieś znaczenie, może faktycznie miały? Pamiętała, że to był ostatni moment, kiedy jakoś próbowali się ze sobą porozumieć, pamiętała, jak czekała na lekcje run, nie mogła się doczekać kolejnego wymienionego liściku, bo chociaż przez krótki moment miała wrażenie, że nic się nie zmieniło, mimo, że przecież nie rozmawiali już ze sobą ani na korytarzach, ani na schodach, miała jednak ten drobny element przez który nadal znajdował się w jej świecie.

- Nie wierzę, że je zbierałeś. - To wcale nie było dla niej takie oczywiste. Raczej pogodziła się z tym, że ich drogi w pewnym momencie po prostu się rozeszły, udawali, że nigdy ich nic nie łączyło, tak było wygodniej, ten poranek jednak okazał się wiele wyjaśnić.

Uniosła wzrok, by spojrzeć mu w oczy, wtedy zauważyła, że jedna z karteczek przykuła na dłużej jego uwagę, wpatrywał się nią zbyt intensywnie. Wyciągnęła więc wolną dłoń, by złapać ją w swoje palce. Wymienili wiele listów, nie była w stanie stwierdzić, czy był to jeden z nich, dość szybko przeczytała runy, linijka po linijce, mimowolnie otworzyła usta, gdy zapoznała się z treścią tego, co znajdowało się na pożółkłej kartce papieru.

Nawet wtedy, po tych latach, kiedy ze sobą walczyli pamiętał o tym, że był moment w którym coś dla niego znaczyła, nie chciał być jej wrogiem, zamierzał to zmienić, tylko nigdy nie przekazał jej tego listu, może to i lepiej, bo nie była pewna, czy wtedy byłaby gotowa go wysłuchać, z drugiej strony zawsze mu ulegała, pewnie i wtedy by się tak stało. To nie byłoby szczególnie zaskakujące.

- Ty prowadziłeś wtedy dużo bardziej skomplikowaną walkę. - Nie do końca potrafiła sobie, jak to mogło być, walczyć z nią, ze sobą, ze wszystkimi wokół. To był ogromny ciężar, z którym pewnie nikt inny nie byłby w stanie sobie poradzić.




RE: [13/9/1972] The weight of water, the way you told me to look past everything | BF, PB - Benjy Fenwick - 18.11.2025

Czułem, jak jej oddech drgał pod moim dotykiem, jak wstrzymywała go mimowolnie, i wiedziałem, że w tym momencie moglibyśmy zapomnieć o całym świecie. Leżałem przy niej, nagi, spokojny w sposób, którego nie znałem z młodości, a jednak jej głos sprawił, że coś we mnie zadrżało, jak stary mechanizm, który dawno temu przestał działać, a teraz ktoś nagle podniósł pokrywę i postukał w jego wnętrze - jakimś dziwnym trafem, w zaledwie kilka dni, dotarła do tej warstwy, którą tak długo zakopywałem pod śmiechem, zaczepkami i byle jak sklejoną pewnością siebie.
Tak, nawet jeśli próbowałem o tym teraz zapomnieć, dotarło do mnie, że chociaż mieliśmy szansę na drugą próbę, wszystko, co naprawdę liczyło się między nami, i tak zostało w pewien sposób okaleczone. Nie przez nas, lecz przez świat zewnętrzny, oczekiwania, które musieliśmy spełniać. Czasami myślałem, że mogłem odciąć się od tego wszystkiego, zachowywać się tak, jak się ode mnie żądało, ale im bardziej próbowałem, tym bardziej rosło we mnie poczucie winy, złość na samego siebie i na wszystkich wokół. Żadne z nas nie miało wtedy pojęcia, jak to wyglądało od środka. Nie mogła wiedzieć, bo nie mówiłem, a ja nie mówiłem, bo wydawało mi się, że nie mam prawa otworzyć ust. Żyłem w tamtym domu jak ktoś, kogo dopisano ołówkiem na marginesie, a potem kazano mu udawać pierwszy wers poematu. Próbowałem się dostosować, naprawdę, przez jakiś czas byłem prawie pewien, że dam radę odciąć się od wszystkiego - od niej, od siebie, od tego, co czułem. Wystarczy przecież robić to, czego od ciebie wymagają, prawda?
Tyle że… Jakkolwiek się starałem, przybierałem postawy i miny, które miały mi pasować, nigdy nie byłem wystarczający. Nigdy nie byłem synem tego człowieka, który ożenił się z moją matką, nie miałem być, kiedy to do mnie dotarło, zakotłowało się we mnie coś gorącego i głupiego, coś, co potrafiło palić żywcem myśli. Złość - na siebie, na niego, na świat, matkę, na nią, chociaż nie zrobiła nic złego. Na wszystko. Czułem, że zabiłem coś dobre­go między nami, a najbardziej wkurzało mnie, że nie potrafiłem tego odżałować.
I tak - próbowałem zwrócić na siebie jej uwagę, w idiotyczny, chłopięcy, brutalny sposób. Wyzywające zaloty, zaczepki, które miały wyglądać na kpiącą obojętność, a w rzeczywistości były desperackim trzaskaniem drzwiami. Nic dziwnego, że mnie wtedy nienawidziła, ja sam siebie nie znosiłem.
Lekkie muśnięcie kciukiem jej skóry zatrzymało ją na sekundę, widziałem to, czułem to, a jednak nie było moją intencją odciągnąć jej myśli od notesu. Sama go znalazła, sama dotarła do prawdy, którą ja kiedyś próbowałem zamknąć na klucz, miała pełne prawo to czytać. Przesunąłem palcem kolejny raz po wnętrzu jej dłoni, a potem spojrzałem na nią, uważnie, spokojnie, bez tamtego młodzieńczego niepokoju.
- Ale wtedy nie miałem plawa niczego od ciebie chcieś. Nie miałem plawa prosiś cię o cokolwiek, kiedy sam nie wiedziałem, kim jestem. - Mruknąłem półgłosem, z lekkim zmiękczeniem słów opartym na wspomnieniach, których nigdy nie mieliśmy szansy stworzyć. Było w tym coś bezczelnie znajomego, coś, co wracało do mnie szybciej, niż zdrowy rozsądek kazał się odsunąć, ale tym razem nie musiałem się odsunąć. Trzymała moje notatki, przeglądała lata mojego własnego pogubienia tak, jakby to była jakaś mapa, a nie bałagan, który nosiłem w głowie i torbie. Pamiętałem, jak bolało mnie każde słowo, które sam wtedy wypowiedziałem. Może dlatego teraz tak długo milczałem, pozwalając jej czytać. Wsunąłem to pasmo za ucho bez zastanowienia - ciało robiło to samo, co kiedyś wyobrażałem sobie zbyt wiele razy, zanim głowa zdążyła zbudować jakąkolwiek obronę. Patrzyłem na nią, było to tak naturalne, że aż przerażające w swojej prostocie. Przesunąłem palcami po kartkach, wyczuwając kopertę, z której wysypały się karteczki - świadectwa naszych dawnych prób komunikacji. Runy na kartkach, w zaledwie jednej chwili, przestały być tylko wspomnieniem - były dowodem, że coś pomiędzy nami naprawdę istniało, nie tylko kłótnie, nie tylko gniew. Nie tylko wojna, w którą oboje uwierzyliśmy. Były dowodem, że próbowałem, wtedy nieporadnie, cholernie źle, ale jednak. W jej oczach było jednak coś, czego nie potrafiłem unieść, więc patrzyłem w dół, na zapiski i na to, jak przesuwała wzrokiem po słowach, które w końcu wróciły do właściwego adresata. Nie powinna była smucić się z tego powodu - nie na tym powinno nam teraz zależeć, by rozdrapywać stare rany.
Przyciągnąłem jej dłoń do ust, całując kostki palców - gest prosty, ale niosący więcej, niż chciałem się przyznać, potem nachyliłem się trochę, opierając czoło o jej skroń, może bardziej dla mnie niż dla niej, bo kiedy powiedziała, że wtedy prowadziłem bardziej skomplikowaną walkę, poczułem, jakbym dostał kilka lat spóźnione rozgrzeszenie, na które nie zasługiwałem.
- Ej. - Mruknąłem, trochę lżej, pozwalając wrócić ciepłu do głosu. - Nie patsz na nie w taki sposób. Gdybym wiedział, sze po latach będziemy czytaś te bzduly nago na podłodze, mosze pisałbym stalanniej. - Rzuciłem, doskonale pamiętając, jak potrafiła krytykować moje runy. - Całe szczęście, udało mi się odwlóciś twoją uwagę od tej stlony, gdzie pisałem o tym, jak baldzo mi się podoba twój tyłek. - Uniosłem lekko brwi i mrugnąłem do niej, próbując wprowadzić odrobinę lekkości w tę ciężką ciszę. Nie czekałem, aż to przemyśli, tylko bezczelnie podszczypnąłem ją w pośladek.
- Mosze powinniśmy tlochę dawkowaś te jaksze optymistyczne tleści. - Powiedziałem z lekkim uśmiechem, przesuwając palcami po karteczkach. - Ta ksiąszka… - Wskazałem głową na notes. - No, cósz, nie ma doblego zakończenia. Chociasz… Właściwie tludno to stwieldziś, nie do końca pamiętam, co było ostatnie. Wydaje mi się, sze zakończenie jest otwalte. - Lekko zmarszczyłem brwi, sięgając, by przewrócić kilka stron dalej. Zamrugałem bezrozumnie.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/16723d998d34717fd8c4a269433dbc2a/b776a4167d01ae7d-3a/s250x400/eaaadb60545eb57ba1232093e468214b6fa0f97e.pnj[/inny avek]


RE: [13/9/1972] The weight of water, the way you told me to look past everything | BF, PB - Prudence Fenwick - 18.11.2025

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=5MpbmET.jpeg[/inny avek]

Niby byli już zupełnie innymi ludźmi, przeżyli swoje, mimo wszystko poczuła dziwny ciężar, kiedy przeczytała te jego osobiste notatki. Dotarło do niej, jak wiele niedopowiedzeń było między nimi wtedy. Nie wydawało jej się, aby szczerość w przeszłości pomogła go ocalić przed tym całym złem, które mu się przytrafiło, jednak miała do siebie żal, że nie dostrzegała wszystkiego. Była przecież nie najgorszym obserwatorem, zawsze widziała więcej, a wtedy tak łatwo było jej go skreślić, uznać za skończonego idiotę. Doskonale zresztą go grał. Nie można było mu tego odmówić. Maskował to, co się działo perfekcyjnie, w tamtym czasie w ogóle nie brała pod uwagę tego, że coś to powodowało. Założyła, całkiem szybko, że po prostu znudziło mu się jej towarzystwo, że wraz z upływem czasu docierało do niego to, że relacja z nią, znajomość, przyjaźń, cokolwiek innego będzie dla niego ciężarem. W tamtych czasach Prue bardzo łatwo było w to uwierzyć, bo nie była najbardziej pewną siebie osobą, raczej widziała w sobie dziwadło, zresztą wszyscy naokoło tylko ją w tym utwierdzali. Nie walczyła z tym jakoś specjalnie, znalazła swoją drogę, swoje zasady, których usilnie się trzymała, aby jakoś przetrwać. Los się musiał kiedyś odmienić.

Doceniała to, że pozwolił jej zajrzeć do tych notatek, pokazał jej przeszłość w zupełnie innym świetle. Nie musiał przecież tego robić, nie musiał pokazywać jej, co wtedy przeżywał, a jednak nie miał przed tym oporu. To też wydawało jej się być całkiem wymowne, trochę szkoda jej było czasu, który stracili na tę sztuczną nienawiść, która pojawiła się znikąd, ale nic w tej chwili nie mogli z tym zrobić, wyjaśnienia jednak, nawet jeśli po czasie zupełnie zmieniły jej opinię na temat tego, co się wydarzyło. To nie tak, że zapomniała o tym wszystkim, co wtedy sobie robili, w jaki sposób ze sobą walczyli, jednak mogła spojrzeć na to z pewnym dystansem. Zresztą minęło wiele lat, nie było sensu tego rozgrzebywać, nie kiedy znajdowali się tu i teraz, leżeli na miękkim posłaniu i mogli napawać się ciepłem swoich ciał. Coś ich do siebie przyciągnęło, coś postawiło ich ponownie na tej samej drodze, i chociaż wiedziała co sądził o przeznaczeniu, to ona sama nie mogła jakoś wyprzeć ze świadomości tego, że faktycznie tak miało się wydarzyć. Mieli doznać tego spokoju, wyjaśnić sobie wszystko, zapamiętać się w zupełnie innym świetle.

- Dobrze, że teraz wiesz kim jesteś. - Powiedziała lekko, bo w końcu mogli się przed sobą zupełnie otworzyć, wyznać sobie te wszystkie tajemnice, skrywane bardzo głęboko. Wertowała te kartki w notesie z zainteresowaniem, wcale nie ukrywała tej ciekawości, bo chciała go zrozumieć, w końcu chyba zaczynało jej się to udawać.

Okropnie łatwo było im przy tym drugim poznaniu się do siebie zbliżyć, to przyszło im całkiem naturalnie, ciągnęło ich do siebie coś bardzo silnego, czego jeszcze nie potrafiła nazwać, właściwie to nawet nie chciała, nie wszystko musiało zostać określone konkretnym słowem. Wiedziała, że podobało jej się to, gdzie wylądowali, jak skończyli, właściwie to dopiero zaczynali ten nowy stopień znajomości, który być może nie miał potrwać długo, jednak nie dało się nie zauważyć, że potrzebowali siebie w tej chwili, nawet na moment.

Ton jego głosu się zmienił, próbował nieco rozluźnić atmosferę, która przez ciężar wspomnień zrobiła się dość mocno napięta. Potrafił to robić, potrafił odwracać uwagę. Całkiem szybko i ona się ożywiła. - Na pewno pisałbyś staranniej, jestem o tym święcie przekonana, jasne... - Nadal pamiętała, jak zwracała mu uwagę na to, aby nieco bardziej przykładał się do swoich notatek, niestety jej słowa nie miały na niego żadnego wpływu, nie działały. Nie wydawało się Prue, aby jakakolwiek wizja związana z ich wspólną przyszłością mogła to zmienić, a szkoda... chociaż nie wydawało jej się, aby wtedy wpadła na to, że można korzystać z takich argumentów.

- Zawsze potrafiłeś mnie rozpraszać. - Nie, żeby wydawało jej się, iż znalazłaby taki istotny komentarz w tym notesie, jednak właśnie to robił, znowu ją rozpraszał, odsuwał jej myśli od tego wszystkiego, czego się przed chwilą dowiedziała. Wzdrygnęła się nieco, gdy poczuła uszczypnięcie, przywróciło ją to do tu i teraz.

- Dawkowanie może być wskazane, trudno jednak było mi się powstrzymać... - Jak zawsze zresztą, jeśli notes trafił już w jej ręce, to chciała wyciągnąć z niego, jak najwięcej treści, to było dla niej zupełnie typowe, jednak miał rację, co za dużo to niezdrowo, być może kiedyś jeszcze do tego wrócą.

- Wiesz, że możemy to zweryfikować, często tak robię, gdy coś czytam, może to nie jest najlepszy nawyk, ale nie mogę się powstrzymać przed tym, aby zajrzeć do ostatniego rozdziału. - Niektórzy mogli uznać, że psuło to całą frajdę z czytania, ale ona nie była jedną z tych osób.

Benjy sięgnął tuż nad nią do notesu, ułatwiła mu to nieco przesuwając się w jego kierunku, właściwie to wsunęła się nieco bardziej w jego bok, aby mógł przewertować kolejne kartki. Mogli sprawdzić to zakończenie, tyle, że przecież było to tylko i wyłącznie zakończenie pierwszej części powieści, jednego z etapów w jego życiu. Miał szansę na swoje dobre zakończenie, ciągle mógł je napisać.




RE: [13/9/1972] The weight of water, the way you told me to look past everything | BF, PB - Benjy Fenwick - 19.11.2025

Poczułem lekkie ukłucie w klatce piersiowej, bo gdzieś tam w głębi wiedziałem, ile tak naprawdę straciliśmy, gdy przez lata coś między nami nie działało, pozwoliliśmy, by sztuczna nienawiść wkradła się między nas. Teraz jednak byliśmy tu, obok siebie, na miękkim posłaniu na podłodze przed kominkiem, po upojnej nocy. Mogłem poczuć jej ciało, ciepło skóry przy skórze, jednak to nie była tylko nagość ciała, już nie, ale i tak nieoczekiwana, lecz nieuchronna nagość emocji - pełna, szczera, otwarta, bo właśnie na taką zasługiwała zarówno tamta Pruey, jak i ta tutaj, ze mną. Przesunąłem palcem po jej ramieniu, prawie dotykając miękkiej, gładkiej szyi, tak naturalnie, jakbyśmy zawsze tak spędzali poranki, jakby ta bliskość wcale nie była niczym nowym. Nasze ciała oplatały się wokół siebie na tych miękkich kocach, bezwstydnie, w tym najwłaściwszym znaczeniu tego słowa, tak swobodnie i bez szczególnego myślenia o głębi tych gestów, że każdy dotyk, przesunięcie dłoni po jej skórze sprawiało mi zaskakującą przyjemność. Chciałem gubić się w jej włosach, pieścić skórę, wdychać jej zapach, jakby czas przestał mieć znaczenie, a jedyne, co naprawdę się liczyło, to to, że byliśmy razem, tu i teraz. Chciałem, żeby to trwało, żebyśmy mogli nie myśleć dłużej o przeszłości ani przyszłości, tylko o tym jednym momencie, w którym mogliśmy sobie pozwolić na wszystko.
To stwierdzenie, jakie opuściło jej usta, brzmiało tak ciepło i jednocześnie tak przewrotnie. Mrużąc oczy, spojrzałem na nią z lekkim uśmiechem, jakbym próbował ocenić, ile w tym stwierdzeniu było z prawdy, a ile z czystego, chociaż zadziornego komplementu, i odpowiedziałem, przesuwając wolną dłonią po jej ramieniu.
- Wciąsz debilem, ale twoim? - Wyrwało mi się, zanim zdążyłem się powstrzymać, chociaż wcale nie było w tym nieprawdy, łatwiej było być głupcem w jej obecności, gdy między nami pojawiła się ta nieoczekiwana, ale intensywnie głęboka bliskość, nawet jeśli dawaliśmy sobie termin ważności naszej relacji i tego, co nas łączyło. Nie było w tym nic przesadzonego, po prostu przyciągała mnie całą sobą, a ja, jak zawsze, poddawałem się temu instynktownie, bez zastanawiania się nad tym, co powinniśmy lub nie powinniśmy robić. To nie była tylko fizyczność, chociaż skóra przy skórze była niezwykle pobudzająca - to był spokój w chaosie przeszłości, otwarcie się na siebie w zupełnie nowy sposób.
Jej wzrok błądził po notatkach, a ja czułem, jak moje ręce odruchowo wędrują po jej ciele - chciałem czuć każdy centymetr jej skóry, fragment po fragmencie, odkrywając zakamarki miękkiego, ciepłego ciała kogoś, kto na tych kilka chwil należał tylko do mnie - mogliśmy leżeć tak godzinami, w tym stanie niemal idealnej bliskości, nie musząc niczego nazywać, nie musząc niczego wyjaśniać, definiować. Było w tym coś pierwotnie prostego, a jednocześnie zaskakująco intensywnego. Dokładnie tak, jak w mojej reakcji na jej kwestionowanie - westchnąłem teatralnie, gdy wspomniała o mojej staranności pisma, próbując podważyć to, że naprawdę mogłem się przy tym postarać.
- Och, umiem kaliglafować, wiesz. - Prychnąłem, unosząc ręce w geście oburzenia, chociaż w środku śmiałem się do siebie. - Mosze dawno nie pisałem nic stalannie, ale naplawdę potlafię. Pochodzę s „doblego domu”, Pludence, nie wyoblasasz sobie nawet, ile godzin spędzałem nad litelami. Umiem pisaś ładnie, stalannie, kleśliś te wszystkie szlaczki, zawijaski, ąęki… Kochanie, po plostu nigdy nie chciałem się tym pszejmowaś w naszej kolespondensji, a jusz tym balsiej w notatkach. - Mruknąłem, spoglądając na jej twarz, próbując wyłapać uśmiech lub cień rozbawienia. - Telas tesz nie płacą mi za ładne „ąę”, całe szczęście, ale jak dasz mi coś do pisania, to nawet ci to udowodnię. Ostatnie stlony są puste. - Dodałem, puszczając figlarnie oko. Zerknąłem na jej usta i włosy, na ten poranny, lekko nieposkromiony wygląd, i uśmiechnąłem się szeroko. Kto tu kogo bardziej rozpraszał?
- Jeszcze chwila i pomyślę, sze naplawdę na mnie lecisz. - Powiedziałem półszeptem, po czym przybliżyłem twarz, prawie muskając jej włosy wargami, cały czas obserwując sposób, w jaki trzymała tę jedną karteczkę. Czy cokolwiek by to zmieniło, gdyby wtedy do niej dotarła? Nie wiedziałem - być może, ale czy tak naprawdę chcielibyśmy to wiedzieć? Niektóre rzeczy powinny zostać w przeszłości, czas z pewnością nie był linearny, ale nie dało się go zmienić - katowanie się tym niewiele by nam teraz dało, a przecież mogliśmy być całkiem szczęśliwi, teraz i tutaj, razem.
Zachichotałem cicho, podciągając się minimalnie, aby ułożyć się wygodniej na miękkim posłaniu - to wszystko było zadziwiająco naturalne, chociaż wciąż w głębi duszy wiedziałem, że granica między tym, co niewinnie przyjemne, a tym, co bezwstydne, jest cienka. Nie bałem się przyznać przed samym sobą, że sam też się rozpraszałem, jej obecność działała na mnie w sposób, którego nie potrafiłem wcześniej opanować - teraz jeszcze jakoś mi to wychodziło. Jak długo? Nie wiedziałem.
Oplotłem ją ramionami mocniej, przyciągając Prue bliżej, po czym zerknąłem na przechwycony notes, przesuwając palcem po kolejnych stronach, sprawdzając, czy wszystko zgadzało się z tym, co pamiętałem. No - przynajmniej w teorii.
- No dobsze, tak… Mosze tlochę pszesadziłem s ilością szczegółów. Nie czytaj tego. Pszeskocz palę stlon, gdy będziesz dalej zaspokajała ciekawość. - Mruknąłem, półżartem, półpoważnie, całkiem swobodnie odnosząc się do tej części naszej rozmowy, odnośnie. - Ale jusz wtedy miałaś boski tyłek, to fakty. - Nie mogłem się powstrzymać, by jej nie zaczepiać, nie podpuszczać, patrzeć na nią jak na kogoś, kto w tej chwili był absolutnie nieprzyzwoicie pociągający w tym porannym wydaniu. Uśmiechnąłem się półgębkiem, przesuwając wolną dłonią wzdłuż jej ramienia w kierunku biodra, nie odrywając jednak wzroku od notesu, bo coś tam nie grało. Była piękna, niewątpliwie, ale ja patrzyłem na kartki, ich układ na brzegu dziennika, bo wyglądały… Dziwnie. Wyglądały, jakby notes był całkowicie zapełniony, a przecież nie powinien być.
- Wiesz… - Mruknąłem cicho, przesuwając palcami wzdłuż krawędzi strony, po czym zbliżyłem się nieco, tak żeby jej włosy całkowicie oparły się na mojej twarzy, przestając łaskotać mnie w nią samymi, pojedynczymi pasmami. - Jesteś cholelnie… Seksowna. - Zrobiłem pauzę, żeby podkreślić słowo, wcale nie patrząc jej w oczy, bo notes wciąż przyciągał moją uwagę. Skupiłem wzrok na ciągach słów, przewracając kolejne strony, obserwując każdy szczegół, każdy ślad ołówka, każde zapisane słowo. - Gdy namawiasz mnie do kontlowelsyjnych posunięś, pod posolem welyfikasji, ale coś jest tu nie tak… - Dodałem, wskazując na linijki zapisków, które wyglądały, jakby przewidywały, albo wręcz planowały przyszłość, na ostatnich stronach - tych, które rzekomo miały być puste.
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/16723d998d34717fd8c4a269433dbc2a/b776a4167d01ae7d-3a/s250x400/eaaadb60545eb57ba1232093e468214b6fa0f97e.pnj[/inny avek]