![]() |
|
[Ostara 72] Brenna i Castiel - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +---- Dział: Knieja Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=31) +---- Wątek: [Ostara 72] Brenna i Castiel (/showthread.php?tid=584) Strony:
1
2
|
[Ostara 72] Brenna i Castiel - Brenna Longbottom - 29.11.2022 adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic Wciąż nic się nie działo. Ani w południe, gdy zbierała niby to beztrosko jajka w lesie (co dla biednego Patricka skończyło się małym złamaniem i pewnie wielkim ciosem w dumę), ani popołudniu, kiedy kręciła się po straganach w poszukiwaniu ciasteczek, ani nawet teraz, gdy zaczynał się sabat. I oby tak zostało, pomyślała Brenna. Niebo już się ściemniało, nadchodząca noc niosła ze sobą wiosenny chłód, a kobieta bezczelnie wspięła się na jeden z wielkich głazów, pokrytych runami, otaczających polanę ognisk. Stąd miała dobry widok na to miejsce, dobrze sobie znane, bo położone przecież blisko jej domu: leśną polanę, chronioną czarami, porośniętą po bokach kwiatami, rosnącymi w przedziwny sposób. W centrum zaś rozświetloną blaskiem płomieni. Za skałami zaś znajdowała się już ściana lasu, Kniei Godryka, poza wytyczną ścieżką o tej porze ciemnej, może nawet trochę strasznej. Przymknęła na moment oczy. Do nosa Brenny, wyczulonego na zapachy, docierała woń dymu, roślin i... tak, pieczonych kiełbasek. (Przez chwilę była nawet bliska zeskoczenia z głazu i udania się na ich poszukiwania, ale miała jeszcze trochę słodyczy, zgarniętych na jarmarku.) Do uszu - dźwięki muzyki, gwar wielu głosów, śmiechów i nawoływań, mieszających się ze sobą w niezrozumiałą kakofonię. Zwykła zabawa. Doskonale obstawiona przez Brygadzistów i może nawet Brenna nie musiała wciąż wypatrywać zagrożenia, zwłaszcza, że nie była na służbie, a mogłaby po prostu spróbować się dobrze bawić. Drgnęła, kiedy usłyszała, że ktoś przechodzi obok głazu. Nie pierwszy, nie ostatni raz: niektórzy spóźnialscy dopiero nadchodzili oświetloną ścieżką, wiodącą na polanę, inni odchodzili albo spacerowali po okolicy. Wychyliła się jednak odruchowo i jej usta rozciągnęły się w uśmiechu, kiedy rozpoznała jasną czuprynę Flinta. - Bu! - zawołała z góry, podpierając się o skałę i spoglądając na Castiela z góry. - Badasz pogłoski o drzewach w Kniei, obłożonych starożytną klątwą, co ponoć ożywają w ostarową noc, czy przyszedłeś szukać czekoladowych jajek? Jeśli to drugie, to już za późno. Prawdopodobnie wszystkie zjadłam. No dobrze, znalazła ich tylko dziesięć i w dodatku trzy dosłownie dostały nóg, więc trochę wyolbrzymiała, ale podejrzewała, że do tej pory okoliczne dzieciaki wyzbierały wszystkie, co do jednego. RE: [Ostara 72] Brenna i Castiel - Castiel Flint - 29.11.2022 Święto Ostary było dla niego prawdziwym wytchnieniem. Co roku, tydzień przed świętem wszyscy pracownicy jego departamentu zamykali bądź zawieszali trwające zadania, wykopaliska i oględziny. Każdy czarodziej przygotowywał się aby na czas tego wiosennego święta nie mieć zbyt dużej ilości pracy. Castiel nie był wyjątkiem. Należał do grona początkujących pracoholików jednak skrycie uwielbiał jarmarki, światła, śpiewy, tańce, muzykę. Od wielu lat dyskretnie przyjaźnił się z Laylą Bell, a więc ta barwa i różnorakie atrakcje wabiły go. Być może nie brał udziału w większej ilości zabaw ale sama obserwacja niezwykle go odprężała. Ubrany był też w jaśniejsze kolory. Rękawy koszuli podwinął do łokci i o dziwo, szedł boso. Buty związane sznurowadłami powiesił sobie na ramieniu, a różdżkę wsunął za ucho. Ewidentnie był odprężony czego bardzo potrzebował. Podskoczył kiedy zaatakowało go z góry wesołe "bu". - Wyżej wejść się nie dało? - zapytał, a jego usta już przybierały kształt zachwyconego uśmiechu. Takie niespodzianki bardzo lubił a towarzystwo Brenny zawsze owocowało w wesołość, energię i szaleństwo - te składniki miały u niego solidny popyt! - Opisałaś właśnie drzewce bądź entów i nie, wcale tam nie szedłem. - przystroił się w minę niewiniątka. Znała go na tyle dobrze, że mogła przewidzieć, że ta myśl bardzo go kusiła i jeśli nie teraz, to później miał w planach pokręcić się po tych najmocniej zaczarowanych okolicach. - Właśnie zastanawiałem się czemu chodzę boso w okruszkach czekolady ale jak widzę twój brudny policzek to chyba już wiem kto się nimi tu objada. - nie wiedział jak dziewczyna to robi ale w jej towarzystwie był skory do żartów. Może nie zdawała sobie sprawy, ale naprawdę nie zdarzało mu się to często. Nabrał głęboko tchu i pomny tego, że Brenna jest wysoko, począł się gramolić w jej stronę, starając się nie myśleć o tym, że widoki mogą wpędzić go w zawrót głowy. Usadowił się obok niej, a buty zsunął z ramienia na trawę. - Dzięki za te pączki. Baldur się w nich zakochał i coś wspomniał, że rozważa przeprowadzkę do Nory Nory. Orientujesz się czy może się z kimś spotyka? Jeśli nie to mojego brata ma już prawie w garści. - gdy się uśmiechnął to w jego policzkach pojawiły się te legendarne dołeczki absolutnego szczęścia na myśl o angażowaniu rodzeństwa w różne szalone przedsięwzięcia. Wiedział, że Brenna to podłapie wszak od dobrych piętnastu lat rozumieli się niemalże bez słów. RE: [Ostara 72] Brenna i Castiel - Brenna Longbottom - 29.11.2022 Na co jak na co, ale na rozgadanie i energię można było w jej towarzystwie liczyć. Niektórzy przez to uciekali na jej widok gdzie pieprz rośnie. Inni po prostu pokornie godzili się z losem, wysłuchując wszystkich opowieści Brenny. - A wiesz, że to rozważałam? Jest tu w pobliżu takie jedno drzewo, próbowałam na nie wejść przez pięć lat z rzędu i nigdy się nie udało. Aż na jednej gałąź się załamała, tak samo jak moja noga i jakoś potem nie było okazji… czyli matka szykowała się do rzucania niewybaczalnych, gdy tylko na to drzewo spojrzałam… może pora sprawdzić, czy tym razem dałabym radę? Nawet w tym wszystkim nie zmyślała. Faktycznie między dziesiątym a piętnastym rokiem życia próbowała wchodzić na to drzewo bardzo regularnie, faktycznie złamała nogę i faktycznie matka wymusiła na niej przyrzeczenie, że „będzie mądrzejsza”. Przesunęła się nieco, robiąc Castielowi miejsce. Obserwowała, jak wdrapuje się na górę, gotowa w razie czego go podtrzymać – sama wchodząc tu omal nie zleciała, chociaż we wszelkich wspinaczkach miała doświadczenie. W przeciwieństwie do Flinta nie tylko nie cierpiała na lęk wysokości, ale też w sadzie otaczającym rodową posiadłość nie ostało się ani jednego drzewo, na które swego czasu nie weszłaby panienka Longbottom. W Hogwarcie zresztą też wystarczyło pokazać jej drzewo w pobliżu błoni, by pięć minut później siedziała na najwyższej gałęzi… - Och, nie, nie o entach mówię. Otóż w Kniei Godryka drzewa wyrastają na prochach Greengrassów i podobno na ich wezwanie stają w obronie Doliny. Ale jest w samym sercu Kniei jedno drzewo o uschniętych gałęziach. Ponoć obłożone klątwą za przewiny Greengrassa, na grobie którego je zasadzono. I w Ostarę ożywa, by złapać nieostrożnych wędrowców, a potem zamknąć ich na zawsze pod swoją korą… - opowiedziała, trochę zniżając głos, jakby opowiadała jakąś straszną historię. Zaraz jednak znów się uśmiechnęła. – Chociaż to prawdopodobnie bajka dla dzieci. Szukałam tego drzewa parę lat i nic. Tak. Szukała drzewa obłożonego klątwą, które ponoć łapało ludzi. Młoda Brenna bywała nazbyt ciekawska. Po dwudziestce wprawdzie trochę zmądrzała, chociaż pewnie zdaniem niektórych to „trochę” to było ciągle za mało. I wciąż, gdy biegała po lesie, czy w wilczej, czy ludzkiej postaci, rozglądała się czasem z ciekawością, czy nie dostrzeże gdzieś przedziwnego, uschniętego drzewa. – Upuściłam jakieś okruszki? Skandal, muszę przemyśleć swoje postępowanie – stwierdziła, szerzej otwierając oczy, jakby dowiedziała się czegoś strasznego. No doprawdy, niedopuszczalne marnotrawienie czekolady! – Nie zamarzasz tak bez butów? Chociaż wy Flintowie pewnie jak trafiacie na morze przywykliście do różnej pogody. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej na informacje o tym, że serce Baldura przepadło dla pączków Nory. Nie tylko podziękowała za pomoc, ale przy okazji dołożyła cegiełkę do realizacji Wielkiego Planu Reklamowego Brenny, opracowanego specjalnie dla Nory Nory. – Wystarczyły same pączki? A myślałam, że do tej trzeba spróbować jeszcze kremówki. Baldur ma szczęście, że jestem kobietą, inaczej musiałby się ze mną pojedynkować o pannę Figg. Ale tak to powiem, że Nora jest wolna. Można nawet dałaby mu jakiś kącik i pączki, gdyby pomógł jej z wyremontowaniem sufitu. Ale twój brat powinien się totalnie spieszyć, bo jestem pewna, że przez jej czekoladowe ptysie i makadamię niedługo absztyfikanci będą się bili pod drzwiami kawiarni, kto dostanie rękę Nory i wolny dostęp do waniliowych torcików… tych swoją drogą nie mam, ale chcesz jajko? Wydobyła z koszyka, która leżał u jej boku, kolorową pisankę. Jedną z tych, które dziś znalazła w lesie. Nie zdążyła zjeść wszystkich, tylko dlatego, że do koszyka dołączyło parę ciasteczek kupionych na straganach, ale Castiel miał rację, upaprała się trochę czekoladą, co zdradzało, że niedawno uraczyła się jednym z jajek. RE: [Ostara 72] Brenna i Castiel - Castiel Flint - 30.11.2022 - Hej, Bren, mówisz chaotycznie. Nie zrozumiałem wszystkiego. - na szczęście nie poślizgnął się i nie spadł. Postanowił udawać, że jest dzielnym dorosłym czarodziejem i drobne wysokości są mu niestraszne... do momentu aż ich nie dostrzeże. Z tego też powodu musiał (i to praktykował) patrzeć na zadowoloną buzię Brenny, raz na jakiś czas zahaczając o jej spojrzenie. - Sugerujesz, że w pobliżu jest inne zaklęte drzewo niż te w Kniei? - oczy mu rozbłysły. Rzadko spacerował po Dolinie Godryka, a więc wiele miejsc było mu obcych. W większości czasu zajmował się klątwami zgłaszanymi do Banku Gringrotta, a nie starczało mu czasu na odnajdywanie "pereł" pośród dzikich terenów Doliny. - Zdajesz sobie sprawę, że mnie nie trzeba dwukrotnie namawiać jeśli chodzi o sprawdzanie poziomu magii w przedmiotach, miejscach i podmiotach? - uniósł brew i gotów był zerwać się na równe nogi (tj. nieumyślnie spaść) i ruszyć na poszukiwanie tego drzewa. Nie obawiał się nawet potencjalnych obrażeń, podstawy magii uzdrawiania znał (musiał to umieć skoro miał za bliźniaczą siostrę uzdrowicielkę). - Drzew o uschniętych gałęziach może być wiele, zwłaszcza w tak zalesionym terenie i świeżo po zimie. Myślę, że szukanie tego teraz to jak próby znalezienia źdźbła trawy pośród liści. - nie do końca wierzył w tę historię. Nie wydawała się dostatecznie "porywająca". Faktycznie, musiała to być bajka dla małych czarodziejskich dzieci, bo swoim okiem nie dawał temu wiary. - Jeśli ma to w sobie nasiono prawdy to magia musi być prastara i słabo wykrywalna bo entowie i drzewce zostały pogrzebane w starej historii magii, której nie traktuje się już realnie. - wzruszył ramionami. Mimo wszystko musiał przyznać, że święto Ostary upiększało okolicę i jeśli się człek uprze to dojrzy przejaw rzadkiej magii nawet w kamieniu. Trzeba do tego mieć dobrze rozwiniętą wrażliwość na magię i może wyobraźnię? Cóż, Castiel potrafił twardo stąpać po ziemi. - Poza tym czego stare drzewo miałoby chcieć od Merlina winnych wędrowców? Brakuje tu około setki szczegółów, a sama wiesz, że podania legend mogą być rozrzedzone kiedy są przekazywane z ust do ust, a nie z papieru na papier. - mógłby debatować o tym dobre parę godzin, a nie znalazłby w tym nudy. Prawiłby na ten temat do momentu całkowitego wyczerpania treści. Uśmiechnął się na widok swoich bosych stóp. - Pamiętaj, że od dzieciaka pływałem w lodowatych wodach oceanicznych bądź jeziornych. Chłodna trawa to dla mnie upał. - a poszerzył uśmiech bo jednak był zdecydowanym zwolennikiem chłodnych temperatur a nie gorąca. Lubił zimę i żałował, że już się skończyła. Musiał mentalnie przygotować się do upałów, które za parę miesięcy zaatakują Wielką Brytanię i będą odbierać chęci do życia. - Nikt nie wie co tak naprawdę siedzi w głowie mojego brata. Tylko on sam. - wzruszył ramionami bo o ile żartowali sobie o przeprowadzce do cukierni (brakowało osób do gotowania w ich domu, niestety), tak nie miał pojęcia czy było w tym ziarno realnych zamiarów. Nigdy nie poznał wspomnianej i zyskującej na sławie Nory. Być może kiedyś wybierze się do jej miejsca pracy. Póki co miał mnóstwo innych zajęć, których się łapał. - Dziękuję, że próbujesz się ze mną dzielić jednak nie będę nierozsądny i odmówię. Planuję później sam ich poszukać, aby później rzucić nimi w mojego brata. - na końcu języka chciał powiedzieć "w moją kuzynkę" lecz nie przystoi opowiadać jednej kobiecie o ataku na drugą kobietę - jeszcze się sprzymierzą i z kim będzie się czuł swobodnie jak nie z Brenną?! Cóż, trzeba zachować ostrożność. RE: [Ostara 72] Brenna i Castiel - Brenna Longbottom - 01.12.2022 - Jeżeli zrozumiałeś chociaż połowę, to i tak jestem niesamowicie pod wrażeniem – zapowiedziała Brenna. Wyrzucała czasem z siebie słowa z taką prędkością, że ludziom faktycznie ciężko było ją zrozumieć. Nie wspominając już o jej skłonności do różnych dygresji. Myśli Brenny chyba raczej biegały niż płynęły, a to, ile i jak mówiła, tylko to odzwierciedlało. Uśmiechnęła się półgębkiem na wszystkie wątpliwości Castiela. Czy ją dziwiło, że rozbierał tę historię na czynniki pierwsze? Ani trochę. Był w końcu zafascynowany klątwami na tyle, że nic dziwnego, że tak zareagował na sugestię o przeklętym drzewie… - To bajka, Cas. Jest w niej oczywiście tego więcej. Brzmiała jakoś tak… Dawno, dawno temu, w rodzinie Greengrassów żył mężczyzna, który był niezrównanym zielarzem i mistrzem eliksirów. Nade wszystko pragnął przyrządzić miksturę, która pomoże mu komunikować się z roślinami. Pewnego dnia dostrzegł w ogrodzie wdowy rzadkie ziele lecznicze, odmienione w przedziwny sposób i uznał, że właśnie dzięki niemu ma szansę wynaleźć odpowiedni eliksir. W noc Ostary ukradł ziele, nie bacząc na to, że wdowa hodowała je, by wyleczyć z choroby swego syna. Być może pokarała go bogini lub pomylił się przy formule, bo eliksir zamiast dać mu zdolność rozmowy z roślinami sprawił, że te wyrosły w jego ustach: i zadusiły go – opowiedziała. Czy była to prawdziwa opowieść? Pewnie nie. Czy było w niej ziarno prawdy? Kto wie. Brenna nie była nawet pewna, gdzie ją usłyszała. Może sama wymyśliła ją jako dziecko? Albo gdzieś w snach, błądząc wśród wspomnień swoich przodków, usłyszała baśń, którą dawno, dawno temu opowiadano zupełnie komuś innemu? – Wdowie jednak jego śmierć nie wystarczyła, by uczynić za dość utracie syna. Kiedy go pochowano i na jego grobie wyrosło drzewo, rzuciła na nie klątwę. Pień stał się czarny i suchy, gałęzie nigdy nie rodziły liści, i wyglądało, jak trafione piorunem, a uwięziona w nim dusza Greengrassa miała cierpieć przez wieki. I w każdą Ostarę usiłuje on schwytać wędrowców, w nadziei, że któryś z nich złamie klątwę: a gdy nie potrafią tego zrobić, z wściekłości więzi ich we własnym pniu. Zmieniła nieco pozycję, nogi zwieszając z kamienia. Gdy Flint odmówił jajka, dorzuciła je z powrotem do koszyka, do innych słodyczy, w które - przezornie - zaopatrzyła się w wielkiej liczbie. Nie były to wprawdzie ciasteczka Nory, ale dobrze było wypróbować i innych, prawda? - Oczywiście, nigdy nie znalazłam podobnego drzewa, chociaż nie przeszukałam całej Kniej - powiedziała lekko. Czy wierzyła w tę opowieść? Podejrzewała, że mogło być w niej jakieś ziarno prawdy, chociaż niekoniecznie w tym duszeniu. Ale jako dziecko oczywiście była całkowicie pewna, że gdzieś w lasach otaczających Dolinę mieszka dusza przeklętego Greengrassa. - Lodowaty ocean. Straszne rzeczy. Ale podobno wy, Flintowie, macie słoną wodę zamiast krwi, może to dlatego dajecie radę? I wiesz co, rzucanie jajkami z czekolady? Jeszcze się takie rozpryśnie i dojdzie do skandalicznego zmarnowania zasobów. Obrzuć go... o, szyszkami. Jest ich tu sporo. Ja na przykład jedną wygrałam w loterii. Tym razem zademonstrowała mu... tak, smętną, podejrzanie wyglądającą szyszkę, którą "wygrała" w gobliniej loterii na straganach. RE: [Ostara 72] Brenna i Castiel - Castiel Flint - 06.12.2022 Brutalność opowiadanej przez Brennę bajki powinna poruszyć go do głębi jednak nie był już spłoszonym i wystraszonym dwunastolatkiem a dorosłym mężczyzną. Zajmował się zdejmowaniem klątw więc doskonale zdawał sobie sprawę na ile sposobów można stracić życie. Mógłby wymieniać całą noc. - Śmierć przez krwiożercze rośliny obrośnięte na ustach. Mam nadzieję, że nie opowiadano tego Longbottomom na dobranockę. - bo inaczej już wiem dlaczego niektóre osoby tego rodu są tak wybitnie... inne. Na jego wargach zamajaczył uśmiech, który przeczył jakiemukolwiek przerażeniu na wyobrażenie o uczynku Greengrassa i karze jaka na niego spadła. - Gdy ten zielarz zasłynąłby chociaż z czegoś niesamowitego to jego wściekłość miałaby uzasadnienie... ale szczerze mówiąc, niezła z niego szuja skoro za swoje nieszczęście obwinia podróżnych. Tu nawet nie miałoby sensu zdejmowanie z niego klątwy. Ja bym się dla niego nie starał bo jakby nie patrzeć, według treści tej bajki, dostał to, na co zasłużył. - wzruszył ramionami a brzegi jego duszy zasnuł szron. Stracił swoją dziecinną, puchońską bezinteresowność. Pierwszy raz był ze sobą tak bardzo szczery, wymówił na głos brutalną prawdę, że nie kwapiłby się do udzielenia pomocy "bohaterowi" bajki, gdyby ten faktycznie istniał i był gdzieś uwięziony. - Zrób coś dla mnie, Bren, i go nie szukaj. Wiem, że sobie poradzisz z każdym zagrożeniem ale po co szukać sobie kłopotów, co nie? - spytał retorycznie. Poza drobnymi ruchami i jeszcze mniejszą ilością gestykulacji nie ruszał się zanadto. Nie chciał zsunąć się z tego głazu. Nie było aż tak wysoko aby miał złamać sobie kręgosłup ale co miałby kusić los. Po pewnym czasie odsłonięte mięśnie jego przedramion napięły się, a on sam ograniczył się jedynie do spoglądania na twarz Bren, oświetlaną teraz przez popołudniowe słońce. - W mojej krwi płynie sól to dlatego nie potrafię utonąć. - roześmiał się na ten żart, elastycznie podłapując poczucie humoru Bren. Lubił nazywać ją w myślach przyjaciółką choć wiedział, że do tego poziomu trochę jeszcze im brakowało. Być może podświadomie trzymali się granicy spokojnej przyjaźni. - Słodka Morgano, co za zmęczona życiem biedna szyszka. - niełatwo było utrzymać powagę. Ostrożnie podniósł rękę i upewniwszy się, że nie zleci, sięgnął dwoma palcami po wspomnianą szyszkę i obejrzał ją sobie ze wszystkich stron. - Trochę słaba ta loteria skoro do wygrania jest takie biedactwo. Brakuje tylko czarnej mgiełki na płatkach i mamy klątwomagicznego potwora, szyszkołaka. - czuł się trochę jak na haju, jakby któreś z rodzeństwa dolało mu do porannej kawy zbyt mocno stężony eliksir rozluźniający. Humor mu dopisywał, nawet jeśli wypowiadał na głos swoje zdanie na temat zasłużonej śmierci. RE: [Ostara 72] Brenna i Castiel - Brenna Longbottom - 06.12.2022 - Och, nie, skąd. Jesteśmy przecież Longbottomami. W naszych bajkach zawsze były pojedynki. Na miecze albo różdżki. Najlepiej na oba. A moja ulubiona opowieść to ta o Trzech Braciach – powiedziała Brenna i właściwie w kwestii ulubionej opowieści mówiła prawdę, chociaż przy reszcie trochę wyolbrzymiała. Pojedynki były tylko w dziewięciu baśniach na dziesięć. I w każdej, którą opowiadali dziadek oraz bardzo, bardzo rzadko – ojciec. Matce zdarzało się jednak opowiedzieć coś innego. Z drugiej strony większość tych bajek była brutalna, ale Brenna chyba nawet tego nie dostrzegała: jak mogłaby, skoro w jej snach pełno było wspomnień umarłych? - To prawda – zgodziła się z Castielem bez oporów. Niektórzy brali ją za tego policjanta, który zawsze działa zgodnie z prawem i tę dziewczynę, która niezależnie od okoliczności serce ma na dłoni. W rzeczywistości jednak Brenna doskonale wiedziała, że nie wszystko da się załatwić w majestacie prawa, a jeżeli w jednym ręku trzymała to serce, to drugą zaciskała czasem w pięść. – Gdy byłam młodsza, zdawało mi się, że powinna to drzewo spalić, ale potem do mnie dotarło, że pewnie uznała to za zbyt łagodną karę… Wzrokiem wodziła po polanie i ogniach, ale kiedy poprosił, by nie szukała kłopotów, zwróciła ku niemu spojrzenie, a na jej twarzy pojawił się przekorny uśmiech. - Kiedy ja lubię kłopoty. Ciekawie je rozwiązywać. Bez nich jest w życiu tak nudno – oświadczyła żartobliwie. Przez głowę przeszła jej myśl, że właściwie szukanie przeklętych drzew byłoby jednym z jej mniej niebezpiecznych przedsięwzięć obok ukrywania ludzi poszukiwanych przez śmierciożerców, łapania śmierciożerców, a w pracy zgłaszania się na ochotnika do spraw, które nie należały do tych łatwych i przyjemnych. Mówienie o tym Castielowi nie było jednak dobrym pomysłem. Nie tylko przez ogólną konieczność zachowania tajemnicy ani o to, że lepiej nie martwić niepotrzebnie ludzi. Ot… jeszcze spadłby z wrażenia z tego kamienia na informację w rodzaju "hej, dwa dni temu szłam do lokalu, w którym spodziewałam się zastać śmierciożerców". – Ale mogę obiecać, że nie będę szukać tego drzewa, robiłam to przez pół dzieciństwa i bez rezultatu – dodała, tym razem już całkiem szczerze. – Chociaż już nie obiecam, że ono nie znajdzie mnie, wiesz, w końcu mieszkam tu dość blisko. Choć najgorsze, co mi się przytrafiło w okolicznych lasach, to złamana noga. A. I raz chciały mnie zeżreć diabelskie sidła. Brzmiało to dość strasznie, ale właściwie jak na dwadzieścia siedem lat, z których przynajmniej przez dwadzieścia włóczyła się po okolicy i pewnie nierzadko samopas, uważała, że to całkiem niski bilans wypadków. - Hej, nie obrażaj mojej szyszki – oburzyła się teatralnie na informacje o tym, że wygrała „takie biedactwo”. To była jej szczęśliwa szyszka! Brenna tak postanowiła. Wydała w końcu na nią parę sykli. - Szyszkołak? A co by taki robił? Czy po jego ugryzieniu człowiek obrastłałby szyszkami? A może wyrastałyby mu korzenie i zamieniał się... Merlinie, zaraz. Na czym rosną szyszki? Na sosnach, prawda? Świerkach? Obu? RE: [Ostara 72] Brenna i Castiel - Castiel Flint - 07.12.2022 - U Flintów opowiada się o krakenach, syrenach i morskich kraksach. Nie ma to jak dobra bajka na sen, co nie? - roześmiał się na te wszystkie wspomnienia kiedy to z siostrą wpatrywali się jak w obraz w ojca opowiadającego barwnie morskie historie i przygody. Wbrew pozorom to nie te historie zniechęciły dziatwę do regularnych wypłynięć statkami. Krakena może i się bał (tak jak czarodziej wystarszyłby się szarżującego buchorożca) ale mimo wszystko lubił wodę, pływanie, szum fal. Miał to we krwi i mimo, że zawodowo zajmował się zupełnie czym innym to w wolnych chwilach pomagał w stoczni. Podniósł zaskoczone spojrzenie i przyjrzał się profilowi dziewczyny kiedy ta tak łatwo przytaknęła jego osądowi. Najwyraźniej zgadzali się również w tych kwestiach, których nie brał pod uwagę. Dotychczas uważał Brennę za tę najbardziej dobrotliwą osobę, która w razie czego potrafi przyłożyć zaklęcie między oczy. Nie podejrzewał jej, że mogłaby poprzeć pomysł ukarania kogoś poprzez rzucenie klątwy. Ba, sam siebie o to nie podejrzewał. - Nie wiem jak to wygląda u mugoli ale widzę po starych czarodziejskich rodach silne więzy rodzinne. Gdyby coś takiego ktoś zrobiłby nam to... nie wiem jak ty, ale ja nie byłbym skory przestrzegać wówczas prawa. Liczyłoby się tylko adekwatne ukaranie. - nie miał już obaw przed dzieleniem się taką myślą. Miała prawo go za to ofukać jako przedstawicielka służb aurorskich. Powinna jednak wiedzieć, że ten chuderlawy Castiel z dzieciństwa jest już na tyle dorosły, że i jego myśli obejmują bardziej krwawe sposoby wymierzania sprawiedliwości na własną rękę. - Ze mną w kłopoty nie wpadniesz. Mnie kłopoty omijają szerokim łukiem. Mam tak spokojne życie, że czasem w nim zasypiam. - roześmiał się krótko, podchodząc do tych słów z dystansem. - Jedyna adrenalina to rozszyfrowanie natury klątwy i jej unicestwianie. Przez te wszystkie środki bezpieczeństwa nałożone w kursach na departament Łamaczy Klątw niełatwo jest sobie cokolwiek zrobić przy takich klątwach. Nawet krew się nie poleje. - wszak Klątwołamacze współpracowali z wieloma departamentami: aurorski do ochrony i odnajdywanie miejsc bądź osób obłożonych klątwą, rzeczoznawcy artefaktów aby rozwiewali wątpliwości i podpierali przedmiot odpowiednią historią stworzenia, jubilerzy - jeśli chodziło o zaklętą biżuterię, alchemicy - by leczyć farmakologicznie, zielarze by tworzyć odpowiednie mieszanki... mógłby wymieniać w nieskończoność. Nic więc dziwnego, że jego praca nie polegała po prostu na siedzeniu w biurze a na częstym teleportowaniu się z miejsca na miejsce. - To w końcu Dolina Godryka. Jeśli coś ma cię zaatakować to jest świetny teren. - żartował sobie choć czuł, że w tych słowach jest ziarno prawdy. Oddał jej grzecznie szyszkę, którą postanowiła chronić. Wybuchnął śmiechem na jej słowa ale to był tak niespodziewany atak radości, że przechylił się do tyłu... i to był błąd. Spadł. Niestety, nie spadał w ten majestatyczny sposób, czas nie zatrzymał się, wiatr nie rozwiał mu kusząco włosów na twarz... nawet życie nie przewinęło mu się przed oczami. Nie zdążył krzyknąć ani złapać oddechu bo rąbnął ramieniem o trawę. Nie była to wielka wysokość ale na siniaka idealna. Stęknął, wywinięty kończynami w dziwne strony i przez chwilę zastanawiał się gdzie jest góra, a gdzie dół. Nie widział nic przez włosy. Zdusił w sobie kolejny atak śmiechu bo to był tak żałosny pokaz upadania, że należało to osobiście wyśmiać. - Nic nie widziałaś! - zawołał do niej ale nie podnosił się bo trawa była tutaj miło chłodna. Odwlekał jak tylko się da moment wstawania bo jeśli to zrobi to będzie musiał poczuć zażenowanie i zawstydzenie swoją fajtłapowatością. RE: [Ostara 72] Brenna i Castiel - Brenna Longbottom - 07.12.2022 - A są w tych opowieściach chociaż jacyś pojedynkujący się piraci? Co to za bajka bez dobrego pojedynku. Syreny, krakeny, to wszystko brzmiało doskonale, ale odrobina akcji (albo śmierci) czyniła każdą historię ciekawszą. Przynajmniej zdaniem Brenny. Gdy matka próbowała raz opowiedzieć jej Kopciuszka, dziewczynka najpierw zaczęła ziewać, a potem dopytywać, jak to się stało, że w całym państwie tylko Kopciuszek miała aż taką małą nogę, i w takim razie skąd wcześniej brała buty, a w ogóle, to o co w tym chodzi, królewicz pokochał ją tylko dlatego, że tak dobrze tańczyła? - Miejmy nadzieję, że żadne z nas nigdy nie będzie musiało się przekonać, co zrobiłoby w takiej sytuacji - powiedziała na słowa Castiela odnośnie bliskich, już tym razem całkiem poważnie. Żyli w złych czasach, a chociaż Flintowie powinni być bezpieczni ze względu na czystość krwi, nikt nie wiedział, co przyniesie los. A ona? Wielokrotnie tłumaczyła krewnym i ofiarom przestępstw, że muszą działać zgodnie z prawem. Nie chciała i nie mogła się zastanawiać, jakby postąpiła, gdyby sprawa dotyczyła jej. Choć w głębi ducha wiedziała chyba, że nie mogąc załatwić wszystkiego w duchu przepisów, mogłaby spróbować sięgnąć po bardziej radykalne środki. Może właśnie dlatego wolała nie zagłębiać się w ten temat. - Naprawdę? Żadnych zmartwychwstających królów w przeklętych grobowcach? Chcesz mi powiedzieć, że te wszystkie książki o klątwołamaczach kłamią? Nie wiem, jak przeżyję takie zniszczenie dziecięcych złudzeń... A potem... Brenna odruchowo wyciągnęła rękę, próbując złapać Flinta: niestety nie zdążyła. Tak oto okazało się, że jej gadulstwo dosłownie zwala ludzi z nóg. I z głazów. Natychmiast zeskoczyła w ślad za nim, dużo sprawniej niż sam Castiel - choćby dlatego, że celowo, ale swoje robiło i to, że nie bała się wysokości, więc wylądowała na lekko ugiętych nogach obok niego. - Żyjesz? - upewniła się, przyklękając przy czarodzieju, już w lekkiej panice, ale okrzyk "nic nie widziałaś" sprawił, że odetchnęła z ulgą. Przysiadła więc wprost na trawie i sama, nie mogąc się powstrzymać, roześmiała się krótko. - Przepraszam. Na litość Merlina, moje poczucie humoru okazuje się wręcz zabójcze - wykrztusiła po chwili. - Kości na pewno całe? Czy to ten moment, gdy mam w panice biec po uzdrowiciela? Brenna wyciągnęła zza pazuchy różdżkę i wyszeptała "lumos", rozświetalając jej kraniec. W blasku zaklęcia mogła lepiej przyjrzeć się Castielowi, w poszukiwaniu ewentualnych obrażeń. - Pokaż głowę. Żadnych siniaków? W głowie ci się nie kręci? Twoja siostra zamordowałaby mnie w okrutny sposób, jeżeli przeze mnie dostałbyś wstrząśnienia mózgu. Niby mówiła trochę żartobliwie, bo wyglądało na to, że jednak się nie połamał ani nie rozbił sobie głowy, ale obserwowała go uważnie, ze szczerą troską, bo jednak ten głaz był wysoki, a dobrze wiedziała, że człowiek czasem przez adrenalinę nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak mocno ucierpiał. RE: [Ostara 72] Brenna i Castiel - Castiel Flint - 08.12.2022 - Piraci to nazwa mugolska. Ojciec opisywał korsarzy, który grabili, zatapiali... ale to jak chcesz znać pełne historie to wystarczy, że zagadasz na ten temat mojego ojca na jakimkolwiek bankiecie. Zapewniam, że nie przestanie o tym mówić przez najbliższą godzinę i będziesz mogła poznać tysiąc szczegółów tych historii. - odparł wylewnie, zrzucając na barki rodziciela opcję wtajemniczenia w żeglarskie baśnie i bajki Flintów. Szkoda, że nie mieli w rodzinie pisarza. Nie należeli do utalentowanych artystycznie osób... przynajmniej ten tutaj, analfabeta artystyczny. - Bren, te zmartwychwstające stwory to po prostu inferiusy. Do tego typu umordowanych czarną magią miejsc wysyłany jest specjalny oddział Klątwołamaczy i jakieś pięć osób z innych departamentów. Mnie tam wciąż nie biorą... ale jak się wykażę to mam szanse na większą zauważalność i więcej adrenaliny. - takie jest życie - tylko ci, który cholernie ciężko pracowali i poświęcali (niekiedy i życie) mnóstwo czasu na samorealizację mieli szansę dostać się do miejsc śmiertelnie niebezpiecznych. Castiel był w ich oczach wciąż zbyt młodym... dlatego swój zawód uważał czasami za nudny. Machnął ręką na tę historię i skupił się na słowach Brenny. Powaliło go z nóg. Po prostu tak się roześmiał, że stracił równowagę. W jednej chwili dopadła go nagła produkcja serotoniny a w następnej sekundzie twardo lądował na ziemi. Łupnięcie nie należało do przyjemnych doświadczeń. Gdzieś tam jego ciałem wstrząsnął szok - nie był czarodziejem, który jakoś często musiał znosić ból więc pierwszy szok go solidnie otrzeźwił. Przewinął się z ramienia na plecy kiedy usłyszał kroki i spanikowany głos Brenny. Wpadł nagle na szalony pomysł. Nienormalny. Nielogiczny. Właśnie z tego powodu tego zapragnął bo to mogło pomóc wybudzić go z marazmu i dostarczyć tej adrenaliny, której potrzebował aby "czuć, że żyje". To okrutne, ale najlepsze jest to, że nikt się nie mógłby tego po nim spodziewać. Po omacku sięgnął do głowy, sprawdzając czemu go łupie przy skroni. Jak nic wróci do domu z guzem na głowie, jeśli nie skłoni Brenny do kilku zaklęć leczniczych. Otworzył jedno oko, a potem drugie i powoli podniósł się do siadu. Grę czas zacząć... Podniósł zdezorientowany wzrok na dziewczynę i po chwili rozejrzał się niepewnie po okolicy. - Hę...? - to był jego pierwszy komentarz na jej potok słów. Zmrużył oczy kiedy przyświeciła bliżej zaklęciem. - Ymm... co ja tu właściwie robię? Zepchnęłaś mnie z wysokości...? - wszak to ona stała nad nim z różdżką a on był tu poturbowany. Popatrzył na nią podejrzliwie i nieufnie, odgrywając po prostu uraz głowy. Chciał zobaczyć jak zareaguje, jak zacznie panikować... a może go przejrzy i uzna, że ten jego "żart" jest tak denny, że faktycznie musiał zbyt mocno uderzyć się w głowę? Czas pokaże! |