![]() |
|
[Wiosna 1972] Ogniska, wino i wianki - SABAT BELTANE - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +---- Dział: Knieja Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=31) +---- Wątek: [Wiosna 1972] Ogniska, wino i wianki - SABAT BELTANE (/showthread.php?tid=1076) |
RE: [Wiosna 1972] Ogniska, wino i wianki - SABAT BELTANE - Stanley Andrew Borgin - 14.03.2023 Ruda peruka? I to dokładnie taka, która do złudzenia przypominała tę smarkulę z Harpii? Na całe szczęście już nie grała zawodowo w quidditcha. Jego teoria się potwierdziła. Wszystkie fanty oferowane przez tego goblina to było jedno, wielkie oszustwo. Tu nie można było nic dobrego trafić. - No to Ci się trafiło. Nie powiem. Zazdroszczę - powiedział całkowicie poważnie - Chcesz to możemy się zamienić - zaoferował. Byłoby mu to naprawdę na rękę. Wszystko tylko nie rzeczy związane z tamtą przeklętą drużyną - Mamy chyba trochę pecha... Chociaż wydajesz się zadowolona ze swojej nagrody - podsumował spoglądając na ich zdobycze. Czy powinni w takim razie pójść po nakaz aresztowania? - Dzisiaj jego szczęśliwy dzień. Następnym razem się nim zajmiemy - stwierdził kiedy odchodzili od stoiska. Czym mogli się zająć w tym momencie? Jakieś ciastka z wróżbą czy inne wyławianie jabłek z wody zębami? Stanley rozglądał się za czymkolwiek, byleby zapomnieć o swojej tragicznej nagrodzie. Czy jego oczy mogły się mylić? Czy to nie był ten legendarny szukający Zjednoczonych? To przecież nie mogło być możliwe. Skąd on miałby się właśnie tutaj znaleźć? - Cynthia. Widzisz tego mężczyznę? - zapytał swojej towarzyszki - To Nott. Z Puddlemere - wyjaśnił jej - Muszę podejść... Chociaż uścisnąć dłoń - oznajmił i ruszył w jego kierunku. Ruchem ręki również starał się zachęcić kobietę, aby też podeszła. - Dzień dobry, przepraszam, że przeszkadzam. Pan Philip Nott? Ze Zjednoczonych? - zapytał. Wolał się upewnić czy przypadkiem już mu nie padło na wzrok - Można zająć chwilę? Że też Stanley nie miał przy sobie klubowego szalika. Taka okazja mogła się już nigdy nie przydarzyć. RE: [Wiosna 1972] Ogniska, wino i wianki - SABAT BELTANE - Cameron Lupin - 14.03.2023 O, to bardzo dobrze, pomyślał, w duchu ciesząc się, że nie będzie musiał zbytnio przepłacać u obcych handlarzy. Wprawdzie chciał świętować Beltane, jednak nadejście mają wiązało się z tym, że zbliżało się lato, a wypadałoby godnie spędzić te kilka słonecznych miesięcy. Eh, ten ostatni miesiąc przed czerwcem zapewne spędzi pod znakiem oszczędzania i przeszukiwania starych ciuchów w poszukiwaniu drobnych. — Ma się tego farta, Julie — mruknął, nieudolnie zdrabniając nowe imię przyjaciela. Pokiwał głową, uśmiechając się pogodnie do Lovegooda. — Naprawdę cię uratował, czy tylko sobie jaja robi? — Wolał dopytać, tak na wszelki wypadek. Westchnął cicho na widok znajomego munduru, z początku nie zauważając modyfikacji dokonanych przez goblina lub któregoś z jego dostawców. Dopiero po chwili dotarło do niego, że spódniczka jest zdecydowanie zbyt krótka. Zarumienił się. — Niestety, nie mój rozmiar — stwierdził z ubolewaniem, parskając cichym śmiechem. Nie odwrócił wzroku od kostiumu, zadziwiony wymiarami. Jego brudne myśli momentalnie powędrowały do Heather. Nie przypominał sobie, aby na spotkania po służbie przychodziła w tym stroju. Zamrugał parę razy, zanim odezwał się do Charliego: — C-co masz na myśli? Widuję ją w tym, c-co najmniej raz w tygodniu. Uśmiechnął się pod nosem, odmawiając rozwinięcia tej myśli. Postanowił skorzystać z oferty przyjaciela i sięgnął po pojedynczą czekoladkę. Jednocześnie, postanowił nie otwierać własnej bombonierki. Kto wie, może lepiej zachować ją na później? Rozgryzł przekąskę, delektując się nadzieniem. Nie potrafił zidentyfikować smaku, jednak aż zamruczał cicho, wyrażając aprobatę. — Raczej to dziewczyny będą wyrywać nas — powiedział pewnie. Kto mógłby się oprzeć tym oczom szczeniaczka? Ruszył za Charliem do kramu Sary, również do niej machając i też poczęstował się herbatą. — Jakoś tak... dużo się tu dzieje, co nie? — Zmarszczył brwi, jakby nie do końca zorientowany w chaosie, który panował wokół nich. Tu jakaś kłótnia, tu jakiś atramentowy ludzik, w tłumie jacyś ludzie wołali, że koń pojawił się na festiwalu. Nieźle się tu bawili. !herbata z prądem RE: [Wiosna 1972] Ogniska, wino i wianki - SABAT BELTANE - Pan Losu - 14.03.2023 Pikantna herbataPo wzięciu łyka herbaty z prądem szybko pożałowałeś tej decyzji. Poczułeś, jak przez twoje ciało przechodzi dziwna energia, od której wszystkie twoje włosy stanęły do góry jak po uderzeniu pioruna. Jesteś naelektryzowany. Przez trzy posty każde zetknięcie z innym człowiekiem skutkuje delikatnym, niegroźnym porażeniem go. Posmak papryczek chilli będzie towarzyszył ci do końca wieczoru. Musisz przyznać, że czujesz się po tym wszystkim bardzo energicznie. RE: [Wiosna 1972] Ogniska, wino i wianki - SABAT BELTANE - Ulysses Rookwood - 14.03.2023 Ulysses nie wyglądał jakby się dobrze bawił podczas święta Beltaine. Pojawił się na nim w towarzystwie Alanny – koleżanki z pracy i spoza pracy oraz siostry Vespery. Szedł powoli, sztywno wyprostowany, za wszelką cenę starając się nie obracać głową na boki i nie rejestrować tego, co działo się dookoła. To, że działo się tak wiele i było tu tak dużo ludzi, naturalnie utrudniało mu mocno istnienie w tym momencie.
Przyszedł tu podrzucić kamień. Dokładnie po to. Wcale nie interesowała go loteria z goblinem, pierścionki, pączki i rysunki. Nawet potencjalne spędzenie nocy z ukochaną, gdyby taką posiadał (albo z jakąś inną przypadkową kobietą) wcale go nie interesowało. Dla młodego Rookwooda było tu stanowczo zbyt wiele bodźców, które go jednocześnie rozpraszały i sprawiały, że skupiał na nich przesadną uwagę. Ubrany był tak jak zwykle: to jest szedł w garniturze, pod koszulą i krawatem. Kiedy pojawił się na polanie nawet buty miał wypastowane, ale z każdym krokiem, z każdym grzęźnięciem w miękkiej trawie, z każdym przypadkowym otarciem o cudzy but, te stawały się coraz mniej wypastowane i mniej błyszczące. O nich też myślał. O tym, że najchętniej usiadłby gdzieś z boku i je wyczyścił. - Może… może najpierw załatwimy to, co po co tutaj przyszliśmy? – zapytał powoli, pytanie kierując bezpośrednio do swoich towarzyszek. Właściwie wszyscy przyszli tutaj w tym samym celu. – To kto pierwszy? Vesp? Alanna? Ja? Ostatecznie odczekał na decyzję towarzyszek i skierował się razem z nimi w stronę pierwszego z miejsc, gdzie mieli zostawić kamienie. RE: [Wiosna 1972] Ogniska, wino i wianki - SABAT BELTANE - Vespera Rookwood - 14.03.2023 Vespera do końca nie była przekonana, czy chciała się zjawiać na Beltane, ale przynależność do zamaskowanych władców świata zdecydowała za nią. Z jednej strony chciała poczuć trochę emocji w swoim życiu, a takie miejsca są przepełnione tym wszystkim. Liczyła też, że spotka tutaj kogoś ciekawego, kogoś wartego uwagi. Tak, miała na myśli konkretną osobę, ale nie miała zamiaru tego nikomu zdradzać. Upierała się, że póki co nie potrzebowała partnera, nie po stracie dwóch kochających mężów. Czasami myślała o tym, że może została przeklęta, dlatego jej małżeństwa nie miały happy endu. Ubrała dzisiaj specjalnie na tą okazję ciemnozieloną suknię z długimi zwiewnymi rękawami pod, którymi z łatwością ukryła pewien ważny przedmiot. W odpowiednich miejscach wyszyte na niej były listki zieloną nicią i kilka kwiatów. Wszystko zaczarowane tak, aby się delikatnie mieniło i zdobiło jej osobę. Na głowie miała pleciony wianek z niebieskimi kwiatkami i mnóstwem zielonych liści. Na miejsce przybyła razem ze swoim bratem i jego koleżanką, gdyż nie pomyślała wcześniej, aby umówić się z ewentualnym partnerem. Wiedziała jednak, że jej brat też był dobrym towarzyszem na sam początek, a że mieli wspólny cel w przybyciu w to miejsce to nic nie przeszkadzało, aby się tu pojawić razem. Jej uwagę od razu przykuł rozgardiasz, który towarzyszył temu miejscu, ale nic nie było w tym dziwnego, gdyż tłum ludzi zwykle był chaotyczny, a to oznaczało, że jej zadanie będzie znacznie łatwiejsze niż się można było spodziewać. Zwróciła uwagę nawet na goblina, który sprzedawał losowe fanty. Kusiło ją, aby do niego pójść, ale wiedziała, że jej brat zawsze ma swoje priorytety i nie miała zamiaru mu ich psuć. Skinęła do niego głową i ruszyła niczym cień tuż za nim. — Możesz pierwszy. – odpowiedziała, ale pozostawiła również szanse na decyzję dla Alanny. RE: [Wiosna 1972] Ogniska, wino i wianki - SABAT BELTANE - Sarah Macmillan - 14.03.2023 - Ależ ty jesteś ulocza - zwróciła się do Danielle wniebowzięta. - Dbaj o nią dlogi panie - to mówiąc, spoglądała oczywiście na Carrowa - bo to jest dama walta uwagi! Smacznego wam życzę. - Nalała im wybranej herbaty, po czym dodała: Może chcecie posłuchać jakiejś histolii? Panie Johnson, pan to zna najlepsze histolie... !opowieść powinna już działać... Następnie odwróciła się do panny Yaxley. - No tak, widzę - odparła na ten tekst, że są tu razem. - Pszecież pszyszliście tutaj jako pala? - Czy to w ogóle powinno być pytanie? Nikt jeszcze nigdy nie był o nią zazdrosny, więc nie do końca wiedziała, jak w ogóle powinna się zachować. - Oh, ale lomantycznie... wiecie, jak pójdziecie za mój stlagan, to ścieszka doplowadzi was do takiej uklytej polanki na uboczu i... - Urwała. Nie dlatego, że nagle do niej dotarło, że się nie powinna zachęcać losowych ludzi do publicznych uniesień na leśnej polanie, po prostu zawołał ją kolega. Odmachała mu entuzjastycznie, krzycząc bardzo koślawo Julek!, bo chciała krzyknąć Challie!, ale powstrzymała się w ostatnim momencie. Chciała wrócić do tej polany, już nawet otworzyła usta i wtedy... Oh. Oh. Zrobiła się czerwona. - P-panie Gio - wyłapała jego imię spomiędzy wierszy - t-tak pszy żonie? Prawdę mówiąc, opcja wybrania się na tę polanę w trójkę wcale jej nie gorszyła, ale no... Ta piękna, wysoka pani nie wyglądała na szczególnie chętną. RE: [Wiosna 1972] Ogniska, wino i wianki - SABAT BELTANE - Pan Losu - 14.03.2023 Opowieść- A wiesz co szczurze lądowy - zaczął jeden z duchów, kompletnie ignorując twoje słowa sprzeciwu - opowiem ci historię. Siadaj wygodnie. Wszystko rozpoczęło się burzliwej nocy, roku pańskiego… to jest… eh… Kiedy żeśmy jeszcze na statkach pływali, a to było w przeszłości tak dalekiej, jak panu Johnsonowi jest daleko do myślenia- - EJ. - Dobrze mu powiedziałeś, sir. - To my żeśmy wypływali na wody dalekie i nieznane, do krain, co ich jeszcze wtedy nie było na żadnej z magicznych map. Tak poznałem moją żonę- - Nie jestem pewien, czy wypada opowiadać historię o waszym poznaniu, sir. - Ale to jest bardzo dobra historia. - Ostatnia pani, która ją usłyszała, wybiegła z wozu cała czerwona… - Niech będzie… No w każdym razie, ta historia, co ją teraz plotę, to jest historia naszej śmierci, o tym, jak się żeśmy rozbili o skały, ale zanim się rozbiliśmy o te skały, to płynęliśmy statkiem i- - Nie uważasz, że to dosyć oczywiste? - Zamknij tę mordę i mi nie przerywaj bo- - No co mi kurrrwa zrobisz? - Zamknij się po prostu albo każę całą naszą trójkę wyegzorcyzmować. Nastał dłuższy moment ciszy. - Kontynuuj, sir. - Ah, no tak… Gdzie ja się. To jest. Uh. Ah no tak, płynęliśmy na tym statku i to nie było tak, powiadam ci szczurze lądowy, to nie było tak, żeśmy aż tak nie umieli sterować łajbą, coby się rozbić w takim miejscu. Pływaliśmy w warunkach gorszych, na wodach, które wciągnęły w swą toń wielu śmiałków, ale to, co my żeśmy tam zobaczyli, to przechodziło ludzkie pojęcie. Duchy wspólnie opowiedziały wam historię o tym, jak to na tym statku widzieli, jak to oni opisali, „rzeczy niestworzone”. Twierdzili, że wody, na których pływali, były przeklęte i wywoływały w nich omamy. Widzieli swoje martwe już żony, ale nie stanowiły one niematerialnych bytów tak jak oni teraz, lecz posiadały fizyczną formę. Widzieli dzieci bawiące się w kajutach, chociaż żadne dzieci z nimi nie pływały. Widzieli wyspy oddalone od statku tak blisko, że mogliby sięgnąć po nie ręką. Podali ci nawet przybliżone współrzędne, na których się wtedy znajdowali. Daleko. Trzeba by posiadać jakiś większy statek… - I myśmy myśleli, że tkwimy w czyśćcu, po prostu. Że to jest jakiś etap. Ale powiadam ci, byliśmy żywi. I pamiętam, jak umieram, jak tonę w tej zimnej wodzie… - Został tam nasz największy łup. - Bardzo tęsknię za tym złotem. - Ja tęsknię za czuciem czegokolwiek. - No… zanudziliśmy cię, co? Żywi nie lubią chyba słuchać takich historii… RE: [Wiosna 1972] Ogniska, wino i wianki - SABAT BELTANE - Cynthia Flint - 14.03.2023 Mina mu zrzedła na widok miedzianych, sztucznych włosów i w spojrzeniu mężczyzny pojawiły się jakieś dziwne iskierki, których Cynthia nie umiała lub nie chciała rozpoznawać. Każdy miał swoje życie i swoje demony, należało zostawić je w spokoju i się nie wtrącać. Ruch jej głowy i rąk przy wyjmowaniu fanta z worka sprawił, że srebrny warkoczyk zakołysał się niespokojnie na ramieniu, a wstążka prawie zaplątała się w duży guzik. Gdy dostrzegła plakat jakiegoś człowieka z bukietem róż, zmarszczyła brwi — nie miała pojęcia, kto to, bo Flint interesowała się światem dookoła niej (polityką, gwiazdami czy sportem), jak ludzie zeszłorocznym śniegiem przy Bożym Narodzeniu. Westchnęła bezgłośnie na jego słowa, obdarzając go pociągłym spojrzeniem jasnych tęczówek. - Jeśli jesteś fanem, to proszę. - wyciągnęła w jego stronę plakat, biorąc perukę, która niestety również nie miała wielu zastosowań, chyba że ktoś lubił przebieranki. - Zdecydowanie mamy pecha, ale ludzie wyglądają na rozbawionych i aresztowanie mogłoby popsuć festyn. Zauważyła z obojętnym wzruszeniem ramion, otwierając torebkę. Powiększona magicznie była głęboka i pojemna, a ruda peruka zniknęła w jej wnętrzu bez najmniejszego problemu. Zapięła srebrny guzik w kształcie wężowej głowy z zielonymi oczyma. Odeszli od stolika, a ona znów przyglądała się mijanym stoiskom i ludziom, co rusz dostrzegając w tłumie znajome twarze. Panował spokój, chociaż była przekonana, że Aurorzy mieli pełne ręce pracy. - Hmm? - mruknęła w jego stronę z nutą zaskoczenia, gdy tak nagle przystał, wpatrując się w kogoś w tłumie. Znajomy? Rodzina? Kobieta zgarnęła srebrne pasmo za ucho, mimowolnie zerkając w stronę jegomościa, o którego chwilę potem nawet zapytał, więc mogła kiwnąć głową. Co w nim było specjalnego? - Nott skąd..?- powtórzyła za nim pod nosem, unosząc brew. Z bezgłośnym westchnięciem ruszyła jednak za nim , podchodząc do mężczyzny. Zlustrowała go wzrokiem, dłużej zatrzymując się na jego twarzy i nie przerywając Borginowi, poprawiła torebkę na ramieniu, wsuwając dłonie do kieszeni wierzchniego okrycia. Pracownik Ministerstwa przypominał teraz zafascynowanego uczniaka, a jakaś chłopięca niewinność oraz podziwem zatańczyły na jego buzi. Nott musiał być dla niego naprawdę wyjątkowy. - Dzień dobry. Proszę wybaczyć nam zakłócanie Pańskiego spokoju, mój znajomy zdaje się wielkim fanem. Przywitała się, nakierowując tym samym rozmowę na Stanleya, który wyglądał, jakby zobaczył najpiękniejszą na świecie istotę i nawet się zakochał. Prawda była o Cynthii jednak taka, że ona nawet nie umiała zbyt dobrze latać na miotle, a co dopiero znać się na związanym z nim sporcie. Czując narastające pragnienie, rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu stoiska z napojami. Może porzeczkowy rum lub grzane wino? RE: [Wiosna 1972] Ogniska, wino i wianki - SABAT BELTANE - Patrick Steward - 14.03.2023 Patrick zmarszczył brwi, najwidoczniej zdając sobie sprawę, że myśli jego i Erika pobiegły zupełnie różnym tonem. Choć sporo by ułatwiło, gdyby rozwiązaniem całej sprawy było znalezienie Lordowi Voldemortowi kobiety, z którą mógłby spędzić miło tę noc, zamiast próbować przejąć władzę nad ogniem Beltaine.
- Czas, w którym duchy są blisko żywych – sprostował. – To był żart. Jak twój o bransoletce – wyjaśnił. Niespecjalnie udany, bo jakaś część Stewarda – w akcie desperacji, mogłaby rozważać hipotetyczne opętanie kogoś żywego po swojej śmierci. – Tylko mniej zabawny. Victoria miała rację, gdy zakładała, że patrol mijał im do tej pory całkiem spokojnie. Gdy uświadomiono go o właściwościach pierścionkach, sekundę, najwyżej dwie, patrzył z zainteresowaniem na własną, skrzącą się złotem rękę. Potem ściągnął go i schował do kieszeni. Westchnął teatralnie. I tu pewnie powiedziałby coś o tym, że najwidoczniej łatwiej oświadczyć się Erikowi, niż hipotetycznej kobiecie, ale wszystko przerwało pojawienie się osobliwego dziwaka, a potem gonitwa za jego atramentowym tworem. Steward znowu zaklął pod nosem. Zdążył się już przekonać, że trafienie w poruszającego się przeciwnika w tłumie bawiących się czarodziei wcale nie było takie łatwe. Teraz przeciskał się między kolejnymi ludźmi, licząc na to, że uda mu się trafić ten właściwy moment, w którym będzie mógł znowu spróbować spleść zaklęcie. [roll=N] - rzut na to, czy Stewardowi uda się unicestwić atramentowego stwora [roll=N] - Co to w ogóle było? - wymamrotał. - Wracamy na stanowisko tej rysowniczki? Tego dziwaka trzeba przynajmniej spisać. I wlepić mu jakiś mandat. RE: [Wiosna 1972] Ogniska, wino i wianki - SABAT BELTANE - Erik Longbottom - 14.03.2023 Dobra partnerka z pewnością by nie zaszkodziła. Raz, że wprowadziłaby element zamieszania, gdyż mogła potencjalnie odciągnąć uwagę Czarnego Pana od jego morderczych ciągot, a dwa, gdyby pochodziła z dobrego domu, to znaczy czystej krwi, mogłaby wpaść w jego łaski, a gdyby jeszcze cóż... Nie chciała zagłady sporej części magicznej społeczności i mugoli, to może nawet naprostowałaby swojego wybranka? Ciekawa perspektywa, chociaż najpierw musiałaby się znaleźć chętna. — Och. Ooo, już rozumiem! Wybacz. — Wbił na krótką chwilę wzrok w podłoże. Nie chciał wprawiać Patricka w zakłopotanie. — W sumie jest to całkiem zabawne... i stymulujące. Wymyślenie sposobu na opętanie drugiego człowieka i przedłużenie sobie swojego nie-życia, to dobra pożywka dla umysłu. Takie spostrzeżenia są najlepsze. Zachęcają do dyskusji. Nie chciał sztucznie wybuchać śmiechem, czy okazywać nieprawdziwej reakcji. Ich myśli podążyły zupełnie inną drogą w tej kwestii, ale czy można było im się dziwić? Mieli sporo na głowie, a to, że próbowali dobyć jakkolwiek logiczną rozmowę, nieograniczającą się do wymiany cichych uwag na temat cywili i tak było sporym osiągnięciem. Poza tym ten patrol stanowił okazję do tego, aby lepiej się wyczuć. Na każdej drodze zdarzały się przeszkody, najwyraźniej właśnie trafili na jedną z nich. Stewardowi dużo lepiej szło z pościgiem, chociaż dzieliła ich różnica zaledwie kilku centymetrów wzrostu, tak przemieszczanie się wśród takiego tłumu było dla Erika niemałym wyzwaniem. Koniec końców udało mu się jednak dogonić partnera, a widząc, że ten posłał już jedno nieudane zaklęcie w stronę celu, postanowił mu nieco pomóc, ponawiając czar, którego chciał użyć wcześniej. (Rozproszenie) Czy Erikowi udaje się tym razem poprawnie rzucić zaklęcie rozpraszające i pozbyć się powołanego do życia atramentowego czarodzieja?
[roll=O][roll=O] [roll=O] [roll=O] Erik musiał wyglądać, jak kompletny wariat, machając różdżką w stronę ludzika, ale w końcu zaklęcie zadziałało. Promień światła wystrzelił z czubka różdżki i trafił w ludzika... Chwilę po tym, jak zaklęcie Stewarda już załatwiło sprawe. Cóż, liczyły się chęci, a te były u Longbottoma spore. Zasapał się lekko, ale szybko poklepał Patricka po plecach. Odwalili dobrą robotę, nawet jeśli nie był to jeszcze koniec świata, na jaki się szykowali przez ostatnie kilka dni. — Nie wiem — odparł automatycznie, jednak na tym się nie zatrzymał i z miejsca zaczął teoretyzować. — Magia kształcenia? Transmutacja? Że też ludzie rzucają takie żarty dla własnego widzimisię. Gdyby to było jakieś przyjęcie, a nie bazar, to pewnie dostałby jeszcze żądania, żeby zapłacić za szkody. Zniszczone meble, suknie, garnitury, czy Merlin jeden wie, co jeszcze. Pokręcił głową. — Ta, mandat będzie musiał wystarczyć. Ewentualnie notka, żeby stawił się w biurach brygady. Aresztować go nie aresztujemy, bo nie ma jak go przenieść — mruknął pod nosem, sprawdzając, czy ludzik, aby na pewno zniknął, po czym ruszył w stronę stoiska Uli. |