Secrets of London
[26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów (/showthread.php?tid=1921)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Vakel Dolohov - 28.10.2023

Rozstanie dwójki połączonych młodziaków. Moment, w którym powinno się pewnie zachować należytą sytuacji powagę - nikt normalny nie cieszył się z rozpadu czyjegoś narzeczeństwa, a jednak Dolohov odetchnął głęboko, kiedy tylko dotarło do niego, że nie musi już wcale udawać cienia sympatii względem Sauriela, a zamiast tego może przybrać maskę troskliwego, pijanego wujka na weselu kuzynki. Co prawda nie mógłby go zjechać od góry do dołu, bo po pierwsze - rodzina Dolohov się z Rookwoodami miała dobrze (nie wiedział, wolał nie sprawdzać, do rodzinnego domu jeździł wyłącznie z przymusu, ale ostatnio kiedy odwiedził Little Hangleton to jeszcze się lubili), po drugie - musiał mieć przecież trzymać klasę. Był dobrym mężem, naukowcem, pionierem jeżeli chodziło o wróżbiarstwo, jak wykona jakiś zły ruch, to zamiast dobrym wujkiem Dolohovem, do którego można iść po poradę, stanie się kimś na wzór Loretty i Mulciberów, na których wszyscy zezowali z zażenowaniem zastanawiając się cóż takiego wciągnęli, zanim tu przyszli. On by tego po prostu nie zniósł.

- Ojoj, jak mi przykro - skomentował ich rozstanie, przyjmując ton niebezpośredniego dowcipnisia. - I tak nigdy nie był cię godny, gdybyś go tutaj zaprosiła, to pewnie przyszedłby ubrany jak mugolski bezdomny. - Czyli jak zawsze. Nie to, żeby Prewett ubrał się dużo lepiej... No ale z syna Edwarda przecież nie będzie kpić. Śmiesznie, że gdyby Laurent nie powstrzymałby się przed byciem szczerym na temat pojedynku, to by się pewnie pojawiła pomiędzy nimi jakaś nić porozumienia. Dolohov cały czas starał się wyglądać poważnie, ale też tutaj pasował tak mocno, że aż wcale - to był modniś, pedant, swoim klientom podawał bardzo drogie herbatki w porcelanie wartej więcej niż niejeden pierścionek zaręczynowy, z dumą drukował swoje teksty w gazetach kierowanych do kobiet - ten pojedynek to była dla niego po prostu bzdura.

- Bardzo smutno? - Powtórzył po nim w zamyśleniu. Nie podejrzewał, że dziedzic Prewettów będzie kimś tak delikatnym, ale to było nawet urocze. Odwrócił twarz w jego kierunku, mierząc go, tym razem już szczerze zaciekawionym spojrzeniem. - Może to cena, jaką człowiek musi zapłacić za dar i to, jak bardzo sława obdziera go z bycia postrzeganym jako...

Światło nagle mu zgasło.

Bardzo bojąc się przypadkowego ośmieszenia, spodziewał się naprawdę wielu rzeczy, jakie mogły mu się w takim miejscu przytrafić. Wybujała wyobraźnia nieraz podsunęła mu wizję zagubionej Avady lecącej w jego kierunku z pojedynkowego parkietu, ale to... Peregrin albo Lycoris by go pewnie złapali, kiedy jego czerep spadał prosto na leżącą na stoliku w ich loży babeczkę, ale nie było ich tutaj, więc wyrżnął czołem o blat, bo jego umysł uznał, że bardziej niż z otoczeniem, zechciałby połączyć go z Kanclerzem siedzącym na klozecie. Tracenie przytomności i spontaniczne wizje to nie było coś niespotykanego w jego życiorysie, ale serio - wyczuć tak silną intencję wydostania się z szaletu, że aż go zmiotło mocniej niż przed wyborami, które miał wygrać Leach? Po kilku długich sekundach leżenia nieprzytomnie wreszcie się podniósł, musiał ściągnąć zniszczone okulary (trudno, miał ze dwadzieścia zapasowych par) i otrzeć czoło z jakiegoś losowego kremu (o absolucie, o kurwa, jak on nie znosił być brudny).

- Na szyszkę leszego... - spanikował zupełnie, bo był strasznie tchórzliwym człowiekiem, a to było niemalże ucieleśnieniem najgorszych koszmarów ukochanej przez magazyn „Czarownica” primadonny. (No, pomijając te koszmary o tym, że go tatuś znowu tłucze za bycie pedałem, ale to wydawało się teraz bardzo odległe.) Szybko wyciągnął chustkę i otarł to czoło, zanim jakiś frajer to uwieczni. Udawał, że się z tego śmieje, nawet ruszył tak uspokajająco dłonią, wcale nie potrzebuję niczyjej pomocy, a to było bardzo zabawne, ha ha. Tak naprawdę cokolwiek miał zgotować mu los, nic nie przebije tego, jak w Hogwarcie spadł ze schodów, oprowadzając młodych uczniów po Zamku jako nowa twarz wśród Prefektów. Jedna z uczennic widząc to chciała przepisać się do Beauxbatons. - Ugh... Eden, wiem już, gdzie zgubił się twój brat i nie jest to piwnica. Wyjątkowo muszę iść po niego sam... - Bo przecież ani jej, ani Lyssy nikt nie wpuści do męskiej ubikacji. - Poczekasz tu z moją córką? - Ale nie czekał wcale na odpowiedź, tylko pognał stąd... Tak, tak po prostu uciekł tak szybko jak tylko pozwalała mu na to jego znikoma kondycja, bo i tak, zanim przekroczył jej próg, musiał kilka razy głęboko odetchnąć.

Zamykając za sobą drzwi, rozejrzał się jeszcze wokół...

- Elliott..? Już myśleliśmy, że zostałeś w pracy...

Głos wróżbity był na tyle rozpoznawalny, aby Kanclerz mógł od razu zacząć zastanawiać się, jak dużo o nim wiedział, bo kto normalny rzucał czyimś imieniem, wchodząc do łazienki, skąd on niby wiedział? Zamiast otworzyć mu tę kabinę, najpierw stanął przy lustrze i dobrze się w nim obejrzał. Nie mógł sobie darować, nie planował tego, ale tak nagle zobaczył swoją twarz. Później ostentacyjnie umył ręce i czoło. Następnie nacisnął na klamkę, korzystając (oczywiście!) z różdżki, bo przecież jej nie dotknie (obrzydliwe!).


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Victoria Lestrange - 28.10.2023

Odetchnęła lekko i przywołała na swoją twarz uśmiech, choć nie był on zbyt szeroki. Miała w życiu i w sercu wystarczająco dużo zawirowań, by nie mieć siły i ochoty tryskać szczęściem na lewo i prawo. Ale jakkolwiek ciężko nie było, nie zamierzała pokazywać przed publiką żadnego złamania, żadnej słabości. Cokolwiek działo się w jej sercu i głowie – miało pozostać właśnie tam, dla niej… I ewentualnie dla kilkoro bliskich jej osób, z czego dwójka z nich była tutaj dzisiaj: Cynthia i Laurent. Dobrze, że tutaj byli, bo przynajmniej Lestrange nie czuła się tak samotna jak mogłaby.

Dostrzegła wejście Loretty, która wedle słów Louvaina nie miała się tu dzisiaj zjawić. Na takie wydarzenie sama nie wybrałaby takiego ubioru, biorąc pod uwagę, że był to pojedynek o jej honor… Można było mieć wątpliwość co jej dokładnie przyświeca. Ale ktoś zaczął się przy niej kręcić i Victoria dość prędko straciła zainteresowanie. Kuzynka czy nie, raczej nigdy nie były ze sobą przesadnie blisko. Ale wszyscy Lestrange byli raczej… chłodni. Paradoksalnie najlepszy kontakt miała z największym dziwakiem rodziny: imć Williamem…

– Nic nie szkodzi – odezwała się do Eden i doceniła jej szczerość. Naprawdę.  – To wszystko to była decyzja naszych rodziców, więc… – wzruszyła ramionami, jakby ją to nie obchodziło… Co rzecz jasna nie było prawdą, ale znowu – nie zamierzała swoich problemów sercowych wywlekać na publikę. – Ale nie sądzę, żebym dała się w coś podobnego wrobić trzeci raz – dodała jeszcze i uśmiechnęła się pod nosem. Zrozumiała aluzję… Eden najwyraźniej nie była zadowolona ze swojego małżeństwa – i nie mogła jej za to winić, naprawdę. Cicho parsknęła na słowa Vakela. Ubrany jak mugolski bezdomny… Wątpiła. Gdyby przyszedł, to pewnie ubrałby się porządnie, bo by mu powtarzała pięć razy co i jak i zrobiłby to dla spokoju. Nie odpowiedziała Dolohovowi jednak, że tak naprawdę to Sauriela tu zaprosiła, tylko, że on odznaczył się rozsądkiem i uznał, że lepiej nie, bo jeszcze sam skończy na arenie. Westchnęła tylko raz jeszcze. – To nic. Ale dziękuję wam za miłe słowa – powiedziała spokojnie.

– Ano, szybko poszło – odpowiedział Cynthii, która brzmiała na zdziwioną, że to już ostatnia tura. Szast, prast… Tu nie było czasu na długie tury zastanawiania się gdzie uderzyć. Po prostu się to robiło i… Już. Nie przeszkadzała rozmowie pomiędzy Laurentem i Cynthią płynąć, kiedy dawali sobie te krótkie sekundy na poznanie się i bardzo szybkie nadrobienie „zaległości” ze szkoły. Słuchała ich jednym uchem, bo jej skupienie było… Chyba nigdzie tak naprawdę. Rozmowa o Saurielu sprawiła, że się po prostu rozkojarzyła i to jemu poświęciła swoje myśli, a nie temu, co działo się na arenie, czy w ogóle dookoła. Był znacznie bardziej wart tych myśli niż sądził i niż ten cały pojedynek. Z tego dziwnego marazmu wyrwały ją dopiero słowa Laurenta. – Bo jestem – odpowiedziała mu cicho, tak, żeby dosłyszeć to mógł tylko on i Cynka. – Ale nie jestem tu przecież dla pojedynku – a żeby się pokazać. I żeby w jakiś tam sposób dopingować. Bo sam pojedynek mało ją obchodził. A zresztą… Ani się obejrzała a już było po nim.

Remis.

Aż parsknęła i to wcale nie cicho.

– O przepraszam – rzuciła zaraz do swojego otoczenia (Eden, Vakel, Lyssa, Cynthia, Laurent) i pokręciła głową. Więc jak to się miało do tego, co się zobowiązali panowie zrobić? Nikt się z niczego nie wywiąże, a na dodatek honor Loretty obroniony nie został… Ale biorąc pod uwagę jak się ubrała i że chyba się z kimś kłóciła… No to cóż.

Poruszenie obok niej sprawiło, że odruchowo się odwróciła, widząc jak Vakel… Coś mu się działo. Zasłabł? Wyciągnęła do niego ręce, by bardzo delikatnie potrząsnąć mężczyzną i upewnić się, że nic mu nie jest.

– Hej, wszystko w porządku? – zapytała szczerze zatroskana, ale dość szybko doszedł do siebie… I nie wydawało się to tak poważnie jak wyglądało. Zresztą zaraz się pozbierał, zwrócił do Eden i… gdzieś poszedł. Zostawiając (wcale nie tak) biednego Laurenta z samymi babami. Była całkiem zdziwiona tym, co się właśnie wydarzyło.




RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Laurent Prewett - 30.10.2023

- Nie ma za co przepraszać, nic się nie stało. - Naprawdę nie przepadał za wspominaniem czasów szkolnych, dlatego już w odpowiedzi do Cynthii na słowa, że "chyba traktowali go jak równego" tylko się uśmiechnął. Nie miał jednak też kobiecie niczego za złe, przecież niczego złego nie powiedziała. - Dziękuję za miłe słowa względem Atreusa. Zgadzam się, że jest wyjątkowy. - Praca aurora... Laurent się zastanawiał, czy miała ona jakiś wpływ na Atreusa. Negatywny. Ale nie potrafił powiedzieć. Wiele rzeczy się zmieniło - na lepsze i na gorsze. Beltane na pewno wpłynęło na wiele osób. Tymczasem oto są - siedząc na widowisku pojedynkowym... ale to chyba i lepiej. Ludzie potrzebowali przecież rozrywki, prawda? Chociaż to bardzie Laurent próbował przekonywać do tego siebie samego. Ten świat umarłby w depresji, gdyby zaprzestano przedstawień i spektakli, nie ważne w jakiej formie.

Właściwie jeśli wszystkie pojedynki wyglądały tak dynamicznie, ale jednocześnie kontrolowanie jak te to nie były wcale takimi złymi widowiskami. Nikomu nic złego się nie działo - co najwyżej cierpiała czyjaś męska duma na deskach pojedynkowych. To było wkupione w ramy porażki, a przecież nikt nie szedł tam z założeniem, że przegra.

Dolohov był przytłaczający. Sprawiał, że Laurent się lekko spinał i to już wcale nie był przekonany, że chodzi tylko o zażenowanie tym, jak bardzo jego ojciec stawał na rzęsach, kiedy dowiedział się, że ktoś próbował go zabić. Głupie? W końcu każdy rodzic powinien chcieć chronić swoją latorośl. Nie do końca wiedział, z czego to wynika - niektórzy po prostu mieli w sobie naturalną charyzmę i przyciągali, a przy innych włoski dęba stawały. Tak jakbyś miał zaraz spojrzeć w oczy drapieżnika, który zaraz rozszarpie cię żywcem, jeśli tylko zrobisz nieuważny krok na jego teren. Różnica polegała na tym, że Laurent nie bał się dzikiego Nundu. Vakela Dolohova mógłby się już bać. Chyba to ton jego głosu sprawił, że odwrócił wzrok w jego stronę w trakcie przerwy między rundami. Kiedy powtórzył za nim słowa, które wypowiedział, zamieniając je w pytanie. I chwilę potem oczy Vakela się zamgliły i ten... jakby stracił władzę nad swoim ciałem. Siedząc obok nieco wyciągnął odruchowo po niego ramiona, żeby go złapać, przytrzymać, podtrzymać. Nie miał pojęcia, co się z mężczyzną stało, co to było za nagłe odpłynięcie, ale babeczka wydawała się teraz blondynowi najmniejszym problemem i zmartwieniem. Bliżej było mu wizji katastroficznej, gdzie Dolohovowi dzieje się jakaś krzwyda.

- Panie Dolohov? - Zapytał z napiętym głosem, ze strachem, podnosząc spojrzenie na Eden, to na Lyssę. Ale w zasadzie zanim niebieskooki zdążył dobrze wpaść w prawdziwy strach i wołać o pomoc, to Vakel już... się podniósł. Laurent cofnął się, przyglądając się mężczyźnie i gotów wyciągnąć własną chustkę, żeby mu podać, ale ten sobie poradził... bardzo szybko. Tak jakby to ubrudzenie się było największym koszmarem. Całkowicie w zasadzie zszokowany tą sytuacją... chyba mężczyzna tak tragicznie reagował na wizje. Albo była tak intensywna? Już zresztą Victoria podeszła do niego, ewidentnie również zaniepokojona sytuacją, albo po prostu chcąc pomóc, nie, nawet bez "albo". Po prostu chcąc pomóc. - Nie potrzebuje pan pomocy..? - Upewnił się, ale finalnie po prostu zostawił mężczyznę, bo ten chyba... tak, to chyba musiała być jakaś wizja.

Odetchnął oglądając się za Dolohovem, by zaraz spojrzeć na Victorię.

- Chcesz ze mną podejść do Philipa? - Zapytał, bo sam podniósł się ze swojego siedzenia, zamierzając w zasadzie podejść do obu stron - ze względu na Atreusa po drugiej stronie. Och, czyżby widział tam też rozgadanego Stanleya..? Wyciągnął do niej dłoń, skinął głową, spodziewając się, że większość tego towarzystwa ma jednak oczy zwrócone na Louvaina i skierował się z towarzyszką do Philipa, Eryka i Bella.

- Jeśli wszystkie pojedynki byłyby takie kontrolowane i kulturalne to nawet nie byłyby tak przerażające. - Powiedział ni to żartem ni to serio, podchodząc do towarzystwa razem z Victorią. - Victoria Lestrange, moja towarzyszka dzisiejszego wieczoru. - Przedstawił kobietę. - Philipa Notta oraz pana Erika Longbottoma zapewne znasz, a to Bellamy Dupont. - Przedstawił towarzystwo. - Zadowolony z przebiegu pojedynku?




RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Erik Longbottom - 31.10.2023

Pan Lestrange z pewnością jest racjonalnym i trzeźwo myślącym człowiekiem — powtarzał niczym mantrę, jakby faktycznie miało to zapewnić Philipowie bezpieczeństwo na resztę wieczoru. — Wszczęcie bójki po zakończeniu oficjalnego pojedynku mogłoby się źle odbić na jego reputacji. Nie tylko w mediach, ale też w Srebrnych Różdżkach.

Klub ten był na swój sposób elitarny i chociaż atmosfera skandalu mogła przynieść wiele dobrego, aby przyciągnąć do niego chętnych wrażeń czarodziejów, tak nie mógł przymykać oka na wszystko. Zwłaszcza gdy po przeciwnych stronach barykady znalazła się dwójka członków organizacji. Gdyby sytuacja faktycznie eskalowała, w gazetach mogłoby się pojawić jakieś sprostowanie od miejskiego Klubu Pojedynków. Trudno było jednak określić, czy ogłoszenie miałoby na celu zdystansowanie się od obu mężczyzn, czy otwarte potępienie porywczości prowodyra konfliktu.

Poczuł na sobie spojrzenie Notta, jednak nie miał zamiaru składać mu żadnych obietnic. Gdyby przyszło co do czego, to oczywiście, że zrobiłby co w jego mocy, aby jak najszybciej ukrócić wymianę ciosów, ale nie chciał też obiecywać niczego na zapas. Na pytanie kolegi, uśmiechnął się uprzejmie, przez dłuższą chwilę zbierając słowa do kupy.

Zapewne bawiłbym się lepiej, gdybym przy każdym zaklęciu nie zastanawiał się, czy to ten moment, gdy będę musiał wkroczyć — stwierdził, kręcąc z rozbawieniem głową. Cóż, taka była prawda. Gdyby siedział na widowni, bez odpowiedzialności za Philipa, pewnie jeszcze bardziej doceniłby ten spektakl, a tak... Podobał mu się pokaz umiejętności w wykonaniu tych dwóch czarodziejów. To była czysta, wyrównana rozgrywka. Całkiem dobra technika. Więcej powiedzieć nie mógł – masa szczegółów pewnie mu umknęła, gdy był zbyt zajęty analizowaniem naprędce sytuacji Philipa.

Wzrok Erika powędrował ku arenie, gdyż zauważył jakiś ruch w okolicy loży VIP-ów. Zauważył, że Vakel Dolohov próbuje się wydostać ze swojego miejsca. Zdał sobie też sprawę, że u boku Eden Lestrange dalej nie było jej brata. Skrzywił się mimowolnie, gdy poczuł nieprzyjemne ukłucie w okolicy serca. A przecież obiecał, że się zjawi i będzie dobrze bawił. Może coś go zatrzymało w pracy? Może zapomniał? Zignorował? A może, gdy my się tutaj bawimy, Ministerstwo Magii staje się kolejnym Beltane, pomyślał wbrew swej woli i momentalnie wybałuszył oczy. Ta myśl bardzo, ale to bardzo mu się nie podobała.

Myślicie, że się zbierają do wyjścia, czy na coś czekają? — spytał po chwili, starając się odsunąć od siebie negatywny myśli. Wskazał na publiczność, która zdaniem Erika zaczynała miotać się po widowni, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. Może liczyli, że jednak nastąpi druga część widowiska?

Gdy podszedł do nich Laurent wraz z Victorią, Erik skłonił przed nimi elegancko głowę, nie wtrącając się jednak do rozmowy. Pozwolił, aby to Nott grał pierwsze skrzypce.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=kuYsegN.png[/inny avek]


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Rabastan Lestrange - 31.10.2023

Nawet nie tyle można, ile wręcz trzeba. Myślisz, że przedszkolankom by zabronili? — Uniósł wysoko brwi, ciągnąc dowcip przyjaciółki o krok dalej. — One pewnie też chcą mieć trochę świętego spokoju w pracy.

Rabastan był najmłodszym z rodzeństwa, więc w przeciwieństwie do swojego starszego brata nie miał okazji doświadczyć tego, jak to jest mieć małe dziecko w domu. A z tego, co się orientował, rodzice też się zbytnio nie palili do tego, aby sprawić sobie trzeciego potomka. Może żywot drugiego syna przekonał ich do tego, że lepiej nie sprawdzać, gdzie w przyszłości może wylądować trzeci Lestrange?

Za mało wyrafinowana impreza — zacmokał z niezadowoleniem, sympatyzując z Bellatriks. — Może powinnaś sobie znaleźć jakieś bardziej egzotyczne rozrywki? Ciekawe, czy nasi kuzyni z Ameryki nieco lepiej znają się na zabawie.

Mówiąc o kuzynach miał oczywiście na myśli czarodziejów, a nie odległych krewnych z ich rodów. Chociaż arsenał zaklęć, jakimi się posługiwali, był dosyć podobny, tak z tego, co się orientował Rabastan, czarodzieje z tego drugiego kontynentu mieli nieco inny światopogląd niż Brytyjczycy. Jeszcze bardziej... tradycyjny? Może to pozwoliło im zachować jakieś magiczne rozrywki, które na wyspach zostały już zapomniane?

Zostało nam jeszcze trochę lata. — Wzruszył sztywno ramionami, poprawiając sobie fryzurę. — Może Prewettowie zorganizują jakąś gonitwę konną. Najpierw takich zwykłych koni, a potem powietrzną z tymi... Abraksanami!

Oczy Rabastana rozbłysły na samą myśl. To dopiero byłoby widowisko. Na pytanie panny Black rozejrzał się tylko na prawo i lewo, jakby liczył, że któryś z gości będzie wiedział coś więcej. Prawdę mówiąc, nie został poinformowany o tym, czy Louvain szykował jakieś after-party dla krewniaków lub swoich najwytrwalszych kibiców. Może nawet dobrze by się tam bawili, jednak... Lestrange nie miał zbytnio ochoty na socjalizowanie się w tak dużym gronie. A co, gdyby zaproszono jeszcze jakichś ludzi z ulicy, niezwiązanych ze śmietanką towarzyską Londynu? Poczuł dreszcze na plecach.

Możemy się przejść po dzielnicy. Jeśli wydarzy się coś godnego uwagi, to po prostu się wprosimy — stwierdził nieoczekiwanie.

Mały spacer pozwoli im nieco odpocząć po tym, jak spędzili tyle czasu upchnięci w loży VIPów. A jeśli przyjęcie Notta lub Louvaina okaże się jedną z tych okazji, których po prostu nie można przegapić, to kto wie... Może zaszczycą ich swoją obecnością? W każdym razie Rabastan i Bella po niedługim czasie od ogłoszenia wyników, zebrali swoje manatki i udali się powoli do wyjścia. Ale kto wie, może inni goście spotkają ich jeszcze tej nocy na swojej drodze?


Rabastan Lestrange & Bellatrix Black
Postacie opuszczają sesję



RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Lyssa Dolohov - 01.11.2023

Lysas przekrzywiła lekko głowę w odpowiedzi na słowa Eden. Dziwnie by było, gdyby bliźniaki się tutaj zaczęły zaraz bić, bo jeszcze pewnie by ukradli uwagę od głównej atrakcji tego wieczoru, nie mówiąc już o tym że niekoniecznie słowa Lestrange zrozumiała. Czyli co, Eden mogła podnieść na swojego brata rękę, ale on już nie był w stanie jej oddać? Może nawet trochę by jej imponowała postawa prezentowana przez blondynkę, gdyby chociaż odrobinę ją interesowała. Zamiast tego Mulciber uśmiechnęła się do Eden ze zrozumieniem, by w końcu, podobnie jak ona, odwrócić głowę w stronę Vakela.
Dziewczyna przyjęła postawę jakże zainteresowanej wszystkim co działo się dookoła niej. Bystre spojrzenie przeskakiwało po otaczających ją osobach, kiedy słuchała co mieli do powiedzenia, jednak sama nie mówiła zbyt wiele. Co najwyżej kiwnęła gdzieś głową, dając znać że absolutnie słucha co się do niej mówi. W końcu jednak jej spojrzenie, jak na komendę, kiedy tylko Eden wymruczała pod nosem magiczne słowa, przeniosło się na postać Loretty. Przez moment przyglądała się jej, albo raczej nie jej, a mężczyźnie który zjawił się przy jej boku, odciągając ją nieco od reszty kłębiących się przy niej ludzi.
W końcu jednak Lyssa w większość skoncentrowała się na tym, co działo się na scenie, uważnie obserwując poczynania Louvaina i ściskając w dłoni chusteczkę, którą wcześniej jej podarował, a teraz będącą jej największym skarbem. Pewnie też dalej by obserwowała Lestrange'a, gdyby nie fakt, że Vakel nagle padł jak długi na ziemię. Wzdrygnęła się, przez moment nie do końca rejestrując co dokładnie się wydarzyło, aż wreszcie opadła na kolana obok niego.
- Papa?! - rzuciła głośno, ale nie był to jeszcze krzyk. Faktycznie, gdyby był tu Peregrinus to pewnie złapałby go, zanim Vakel dotknąłby ziemi i się potłukł, zamiast tego musiał zadowolić się Lyssą, która rozgorączkowana zaczęła klepać go po policzku. Delikatnie jednak, tak by zwyczajnie go ocucić, a kiedy wreszcie ten otworzył oczy, zakrzyknęła coś nieartykułowalnego z ulgą. Szkoda tylko, że jej ojciec był niewdzięcznym bucem i pierwsze co zrobił, to czmychnął czym prędzej z trybun, paplając coś pod nosem o bracie Eden i pozostawiając Lyssę pod jej opieką. Mulciber odprowadziła ojca spojrzeniem, aż wreszcie powoli wsunęła się na swoje miejsce z odrobinę zakłopotaną miną. Nie zauważyła w sumie z tego wszystkiego, że pojedynek tym samym dobiegł końca, bo zamiast na parkiem, wzrok przeniosła na Eden, nie będąc pewną jak poważnie traktowała to zajmowanie się nią, które zlecił Dolohov.


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Anthony Ian Borgin - 01.11.2023

- Nawet jakbyś pił przed nikt Ci nic nie powie, jesteś przecież Atreusem. - w odpowiedzi na słowa przyjaciela, Anthony wzruszył ramionami, przecierając zaraz oczy i robiąc kolejnego, zbyt dużego łyka alkoholu. Zerkał na Bellatrix, ale zerkał też na Lorettę, której posłał zadziorny uśmiech, zanim podszedł do niej jej towarzysz.
Był zmęczony, miał mnóstwo pracy, ministerstwo miało dużo zajęć komorniczych w ostatnim czasie, a dodatkowo pracował nad swoim zadaniem. Nie był jednak zaskoczony, że Lestrange zdecydował się na pokazowy pojedynek w imię godności Loretty. I całe szczęście, że poczciwy Lou, nie wiedział wszystkiego. Odwrócił twarz w kierunku brata, słuchając go z zaciekawieniem. - No wiem przecież, tak się droczę. Też pewnie wziąłbym go na sekundanta, gdybym miał się pojedynkować o czyiś honor. - zauważył z niewinnym wzruszeniem ramion, uśmiechając się zadziornie. Normalnie powiedziałby, że wziąłby Staszka, ale nadal się trochę dąsał o Sauriela. Nie jadł śniadania, pił za szybko i za dużo płacił, za mało sypiał — jaki mógłby tego efekt?
Świat pięknie wirował.
- Oczywiście, że t..tak. Zawsze jest w porządku, byłem w nocy w robocie. - wyjaśnił dyplomatycznie, głosem skowronka i kołysząc palcem w powietrzu. Trochę przysypiał, gdy walczyli i trochę dyskutował, ale nie chwiał się jednak aż tak, a przynajmniej taką miał nadzieję. Był jednak pewien, że na trochę przysnął.
Ocknął się nieco skostniały, przecierając oczy i przeciągając się leniwie, wbił zaspane spojrzenie na arenę. A potem odwrócił twarz w kierunku Atreusa i Stanleya, posyłając im błyszczące, pytające spojrzenie. - Lou wygrał, nie? Kurwa, głodny jestem. - mruknął, przesuwając dłonią po karku. Pan niezbyt trzeźwy komornik przesunął dłońmi po swojej koszuli i spodniach, chcąc doprowadzić wygląd do względnego porządku. Wszak było tu mnóstwo ludzi. Dostrzegł też, że Laurent zabrał Victorie do Notta, co spowodowało nagłe uniesienie brwi. - Pokłócili się z Lou? - zapytał jeszcze ciszej, tak, aby jego przyjaciele tylko mogli go usłyszeć. Nie mógł też powstrzymać się przed tym, aby nie zerknąć na Trixie. Wyprostował się potem i wstał, maskując zachwianie złapaniem się barierki, odetchnął głębiej i zaczął szukać w kieszeni papierosów, aby zapalić.


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Atreus Bulstrode - 02.11.2023

Uśmiechnął się do Stanleya wręcz obrzydliwie miło, kiedy ten postanowił przywołać sytuację z końca maja. No i chuj, dobry nastrój diabli wzięli, bo Staszkowi nie podobało się najwyraźniej, że raz na jakiś czas musieli się w czymś zgodzić bez wcześniejszej przepychanki.
- Odbiję sobie kiedy już stąd wyjdziemy - odpowiedział z lekkim uśmiechem, który zmienił się na nieco bardziej właściwy dla niego. Nieco bardziej zblazowany i świadczący o tym, że myślami był trochę gdzie indziej, bo spojrzenie przeniósł na parkiet, śledząc przez dłuższy moment sylwetkę Louvaina.
- Aha, zaraz - rzucił mimowolnie do Borgina w odpowiedzi na cokolwiek on sobie tam własnie gadał pod nosem. Trzeba mu było przyznać, że był bardzo dobry w pomaganiu Stanleyowi i jednoczesnym absolutnym nie zwracaniu na niego uwagi. Usadził Anthony'ego, ale głowa Atreusa niemal przez cały czas zwrócona była w stronę areny, a spojrzenie śledziło każdy kolejny ruch Lestrange'a i Notta. Czasem cmoknął z pewnym rozczarowaniem, tylko po to by znowu syknąć z udawanym współczuciem dla przeciwnika. W końcu też, wyprostował się, kiedy młodszy z Borginów był już cały zabezpieczony, akurat żeby usłyszeć werdykt sędziego, który nawet jeśli mógł brzmieć gorzej, to nie był aż tak przyjemny.
Atreus skrzywił się lekko, pozbawiając przyjaciela wcześniej opróżnianej przez nich piersiówki i pociągając z niej duży łyk. Rozczarowanie rozlało się po ciele tak samo sprawnie, jak przyniesione przez alkohol ciepło.
- Można tak powiedzieć - rzucił w odpowiedzi na pytania Borginów, krzywiąc się przy tym nieco i oddając piersiówkę, pustą już, Anthony'emu. - Nie, Laurent zwyczajnie pokazuje, komu bardziej kibicował w tym pojedynku - rzucił jak gdyby nigdy nic i uśmiechnął się nawet lekko, jakby wszystko mu już było jedno. Prewett mógł chociaż poudawać trochę, że jego serce stało po właściwej stronie tak samo na początku, jak i na końcu starcia. Ale nic to.
- Jest remis - rzucił wreszcie z boleściwym westchnięciem, wyciągając z kieszeni paczkę papierosów i po wyciągnięciu jednego, oferując je również przyjaciołom. Zaciągnął się i wreszcie zszedł na parkiet, wychodząc na przeciw Louvainowi.
- Następnym razem - połamiemy mu ręce, rzucił do Louvaina, zapewniając go, że nawet jeśli tym razem nie wyszedł z potyczki zwycięsko, to zawsze mógł przecież liczyć na jakiś rewanż. Mimowolnie też, spojrzał w bok, w kierunku Notta i Laurenta, który akurat podszedł do niego.


RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Philip Nott - 02.11.2023

Pojedynek wreszcie dobiegł końca, powinniśmy się rozerwać. Moje zaproszenie do baru jest nadal aktualne. Przyłączysz się? — Zwrócił się do obu swoich towarzyszy, zmieniając temat. Lestrange zagościł w ich rozmowach na dłużej, niż powinien. Pierworodnie zapraszał wyłącznie Erika, jednak teraz stał przy nich Bell. Nie zamierzał go wykluczać, jednocześnie nie zamierzając go zmuszać. Będzie chciał ich opuścić to nie będzie go zatrzymywać. Powinien zapytać jeszcze samego Erika o zdanie, jednak on wydawał mu się być kimś, kto nigdy nie ma nic przeciwko dodatkowemu towarzystwu przy barze. Nie chciał zostać wyprowadzony z błędu w tej kwestii. Obecna sytuacja bardzo sprzyjała temu aby poznał lepiej swojego sekundanta.

To z pewnością psuje zabawę, ale takie są uroki bycia sekundantem. Na całe szczęście możesz zrzucić z barków ciężar tej odpowiedzialności. — Przyznał mu rację w tej kwestii. Ze swojej strony Philip nie zakładał swojego udziału w ponownym pojedynku o honor Loretty i przez to nie sądził aby potrzebował prosić Erika o ponowne bycie jego sekundantem.

Niektórzy faktycznie mogą zbierać się do wyjścia, uznając to widowisko za zakończone, niektórzy mogą iść do baru albo w dowolne miejsce na tej hali. Mogą też na coś czekać, chociażby na rozwój sytuacji po pojedynku. — Za sprawą słów Erika samemu spojrzał w stronę areny i loży VIPów, dostrzegając sylwetkę wróżbity, z którego usług korzystała jego matka. Wyłowił spośród barwnego tłumu swoją rodzinę, którzy nadal siedzieli na swoich miejscach. W końcu będzie musiał do nich podejść, jednak zrobi to dopiero jak przestanie spędzać czas w gronie znajomych. Także chciał przeznaczyć ten czas na ewentualne spotkania ze swoimi fanami i ewentualnie na powiedzenie paru słów dla prasy, jeśli zostanie o to teraz poproszony.

Podobnie jak Erik, powitał Laurenta i Victorię lekkim skinięciem głowy.

Byłyby przede wszystkim bezpieczniejsze dla obu pojedynkujących się czarodziejów. — Przyznał Laurentowi rację, doskonale wiedząc o tym, że on pozostawał przeciwny wszelkiej przemocy fizycznej. Wszyscy wiedzieli, że nie ma na świecie takiej siły, która powstrzymałaby ludzi od sięgania po przemoc fizyczną. — Miło mi cię poznać, Victorio. — Zwrócił się do towarzyszącej Laurentowi czarownicy, z ciepłym uśmiechem.

To była bardzo wyrównana, emocjonująca walka więc jak najbardziej. Jak wasze wrażenia? — Odpowiedział na zadane mu pytanie w sposób niewskazujący na to, że brak rozstrzygnięcia na jego korzyść nie budzi jego frustracji. Wskazane było pokazanie siebie od znacznie lepszej strony, przy czym nie rozmijał się tak bardzo z prawdą. Bo naprawdę była to wyrównana i bardzo emocjonująca walka. To zdecydowanie nie był dobry moment na pokazywanie światu jak bardzo nie lubi przegrywać, nawet jak zasady sportowej rywalizacji stanowiły dla niego świętość i nie mógłby posunąć się do próby oszustwa.

Zaprosiłem Erika i Bella do baru. Dołączycie do nas? — Zaproponował z zachęcającym uśmiechem, wodząc spojrzeniem od Laurenta do Victorii. Musiał liczyć się z odmową z ich strony, zwłaszcza jeśli mieli inne plany na resztę tego wieczoru.




RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Victoria Lestrange - 02.11.2023

W sumie nie wiedziała, czy po pojedynku po prostu wszyscy mają się rozejść do domu, czy może zawodnicy jeszcze chcieli się pobawić i pławić w wygranej… Tyle, że żaden z nich nie wygrał. Laurent nachylił się nieco do Victorii, na co ona tylko kiwnęła głową i uśmiechnęła się lekko. Bo czemu by nie? Gdzieś musieli podejść najpierw, skoro Laurent znał się z Nottem, a ona była spokrewniona z Lestrange’m. Odwróciła się jeszcze tylko na momencik do Cynthii.

– Póki co idziemy. Strasznie się cieszę, że przyszłaś. Ty pewnie idziesz pogadać z Lou? – zwróciła się do niej i uśmiechnęła, po czym wstała ze swojego miejsca. Wyprostowała jeszcze sukienkę, która w trakcie siedzenia i nachylania się do Dolohova nieco się pogniotła, ale zaraz przyjęła dłoń Laurenta i dała się pociągnąć do Philipa, Erika i Bella.

– Dobry wieczór, miło mi poznać – zwróciła się do nieznajomych jej mężczyzn. Odwróciła jeszcze głowę na momencik do Longbottoma, bo jak mogła go nie znać, skoro przyjaźniła się z Brenną i całe 27 lat mieszkała w Dolinie Godryka, a poza tym pracowali w jednym Departamencie? – Cześć, Erik – przywitała mężczyznę. Nie chciała przerywać tej krótkiej rozmowy pomiędzy Laurentem a Philipem, więc się tylko uśmiechała, zaś na propozycję Notta odwróciła głowę do Laurenta.

– Co myślisz? – spytała, doskonale wiedząc, że przy barze to Prewett będzie jej podawał drinki, starym sprawdzonym już sposobem, gdzie to ona będzie piła za niego i oddawała mu pusty kieliszek. Po odpowiedzi twierdzącej uśmiechnęła się jeszcze raz do Notta. – Zaraz przyjdziemy w takim razie, przepraszam na moment – i pociągnęła Laurenta ze sobą do Louvaina i reszty osób, które się przy nim kręciły (Atreus, Stanley, Anthony?).

– My tylko na chwilkę, bo widzę, że zaraz uzbiera się tutaj kolejka – rzuciła do mężczyzn. – Szkoda, że się nie udało – chociaż tak naprawdę to było jej wszystko jedno. Po tym co Loretta tu robiła, kłócąc się z jakimś gościem, to sama miała wątpliwość co do tego całego pojedynku i jego sensu, no ale nic. – Może następnym razem, Lou – dodała, chcąc dodać kuzynowi otuchy. – Swoją drogą, Loretta jednak się zjawiła – nie wiedziała na ile mężczyźni byli tego świadomi.

Poczekała chwilę, aż Laurent powie swoje, po czym pożegnali się, robiąc miejsce innym i zgodnie z obietnicą wrócili do towarzystwa, które chwilkę wcześniej opuścili., by razem z nimi pójść do baru.


Postacie opuszczają sesję
(Bell, Erik, Philip, Victoria)