![]() |
|
[05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele (/showthread.php?tid=3340) |
RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Charlotte Kelly - 31.05.2024 Okolice drinków – No cóż, nie mamy wyjścia. Musimy ożenić Morpheusa, aby urządzić mu wesele w klimatach baśni Barda Beedle’a – westchnęła tylko Charlotte na jego wywody. – Chociaż jemu pewnie lepiej spodobałyby się motywy związane z tarotem albo gwiazdami. Gdzieś w pobliżu trwały różne tragedie. Tu ktoś zamienił się w kapibarę, tu grożono sobie nawzajem kutasami, tam obstawiano, jak długo pożyje pan młody, podszywano się pod asystentów Dołohowa i Williamów Lestrangów i bito na środku parkietu. Charlotte jednak jak zawsze była skupiona na tym wątku, którego główną bohaterką była ona i niezbyt dbała o resztę świata. Posłała Selwynowi prawdziwie zakochane spojrzenie, kiedy ten pocałował ją w czoło, wyobrażając sobie, że Jonathan jest wielką porcją lodów czekoladowo – orzechowych z posypką, syropem klonowym oraz dużą porcją bitej śmietany. Och tak, każdy mężczyzna chciałby, aby jakaś kobieta patrzyła na niego tak, jak Charlotte umiała spojrzeć na taki deser. Ani trochę nie spłoszona jego zachowaniem, bo i ktoś taki jak ona, kto chyba znał zasady przyzwoitości tylko po to by wybierać, które z nich ma ochotę złamać, nie mógł się spłoszyć dotykiem i pocałunkiem w czoło. A matka Charlotte robiła coraz bardziej i bardziej skwaszoną minę… – Wolałam wrzesień, ale pomyśleliśmy, że październik będzie piękną tradycją – powiedziała obłudnie, bo ostatnio też mieli się żenić w październiku i tak, chciała przypomnieć o tym matce. Ale nagle coś w minie Jonathana się jej nie spodobało. Naprawdę ciężko było popłynąć tak, by Charlotte czymkolwiek się przejęła, gdy jednak wspomniał o ciąży (na litość boską, jakby nie przechodziła tego trzykrotnie i nie twierdziła, że to tylko po to, by nie narzekali, że tylko jeden z nich może być chrzestnym!), wbiła mu paznokcie w ramię, które wciąż trzymała. Ale taki drobiazg nie sprawił, że wyszła z roli. O nie, nie dałaby matce takiej satysfakcji. – Jeśli to będzie dziewczynka, nazwiemy ją po tobie – stwierdziła, po czym pociągnęła Jonathana na bok, ignorując słowa matki, wspominającej coś o braku wstydu. Pani Crouch zresztą ruszyła zaraz ku wyjściu z sali, nie mogąc widać znieść przebywania w tej samej przestrzeni, co wyrodna córka. – Jonathanie, za ten ostatni fragment jesteś mi winny najmniej złotą kolię. No naprawdę, odwołanie ślubu po raz drugi byłoby całkiem zabawne, ale teraz będę musiała tłumaczyć wszystkim, że mają mi nie odmawiać wina! Potrzebuję się napić. Teraz. Chociaż… nie wiem czy kątem oka nie widziałam, jak ktoś po tym drinku zamienił się w świnię… RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Laurence Lestrange - 31.05.2024 Laurence z Camille, podeszli do stolika z drinkami.
Czas zbyt szybko leci. Nie spodziewał się co prawda, że w rodzinie odbędzie się kolejny ślub. Nie bez pośrednio od strony rodzeństwa, ale bardziej od kuzynostwa. Otrzymawszy zaproszenie, długo się zastanawiał nad wszelkimi rozwiązaniami i decyzją, czy w ogóle iść. Miał przecież pięcioletniego syna. Nie było dla niego problemem zostawić go z wynajętą opiekunką. Pytanie tylko, czy miał iść sam? Podjął co prawda ryzykowną decyzję, aby odnowić zepsutą lata temu relację z Camille Delacour. Rozmowa nie była prosta, lecz szansę otrzymał. Po upływie kolejnych dni i zastanowień, wysłał list z zapytaniem, prośbą, czy zechciała mu towarzyszyć. W nerwach oczekiwał jej odpowiedzi. Ta przyszła jeszcze tego samego dnia, przyniesiona przez sowę. Zgodziła się. Niedługo po tym, gdzie chciał jej odpisać, przyleciała druga wiadomość. Okazało się, że i Camille otrzymała zaproszenie. Poczuł wewnętrzną ulgę. Ubrany w czarny garnitur z białą koszulą i czarnym krawatem. Tego samego koloru również obuwie i szata. Podjechał powozem po Camille, którą odebrał spod jej miejsca zamieszkania. Razem udali się na uroczystość zaślubin jego kuzyna Perseusa z Vesperą. Miejsca zajęli blisko jego rodziny, obserwując jak jego brat pełnił rolę świadka. Po tej uroczystości, nadeszła pora na składanie życzeń i wręczanie prezentów, upominków. Laurence był na to przygotowany. Z Camille złożyli im życzenia i wręczyli pięknie zapakowane dwa wina, najdroższe francuskie, gdzie jedno z nich było magiczne, posiadające właściwości polepszające humor i nastrój. Po wspaniałym posiłku obiadowym, można było przejść do sali balowej aby podziwiać pierwszy taniec pary młodej. Przy drugim utworze, gdzie również i goście mogli skorzystać z dołączenia do pary młodej na parkiecie, Laurence zaprosił Camille do tańca… [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=l8AnWA1.png[/inny avek] RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Imogen Rookwood - 01.06.2024 Obok muzyki z Isaacem, potem szukam męża
Zniknięcie kelnera zbiło ją nieco z tropu, ale uznała, że być może był potrzebny w innej części posiadłości - jeśli dobrze pamiętała, za jakiś czas miały zostać zaserwowane lody. Albo tort? Nie, chyba nie. Kiedy wtrącała się pomagała przy organizacji wesela, w jej dłonie wpadł plan wydawania posiłków - tort zapewne pojawi się po zmroku, by wbite w niego świeczki wyglądały efektowniej. W każdym razie, szybko wyrzuciła z głowy obraz (nie)znajomego kelnera i skupiła się na swoim rozmówcy, mrużąc przy tym przebiegle swoje syrenie oczy. — Ach... Dziękuję, to miłe z twojej strony — odpowiedziała z fałszywą skromnością, ledwo powstrzymując się przed rzuceniem wiem przecież — Ale to mojej bratowej powinieneś dzisiaj słodzić! Żartowałam. Mów mi, że jestem najpiękniejsza, najmądrzejsza i najwspanialsza ze wszystkich kobiet. Właściwie, to mógłbyś mnie objąć w talii i porwać na parkiet, aby mój mąż zrobił się zazdrosny. Zasłużył na to, wiesz? Przyznał mi się, że chciał mnie zdradzić. Zatrzepotała rzęsami kokieteryjnie i skróciła dzielący ich dystans, pochylając się przy tym lekko do przodu, by wyeksponować dekolt. — To dobrze — pokiwała głową, a potem spojrzała na zamieszanie na parkiecie za plecami dziennikarza. Wyglądało na to, że Bulstrode i Rosier poróżnili się o kobietę i poczuła piekącą zazdrość o to, że to nie ona jest na jej miejscu. Zaraz potem przeniosła pytające spojrzenie Isaaca. Nie przyszedł tu dla sensacji, tak? Teraz miał idealną okazję ku temu, by udowodnić prawdziwość swoich słów. — Zrób mi zdjęcie. Mam na sobie sukienkę wartą wypłatę całej dzisiejszej obsługi — poprosiła, po czym wyjęła jedną z róż z pobliskiej kwiatowej kompozycji i zapozowała z nią. Po części dla zaspokojenia swojego ego, ale poza tym przyświecał jej szczytny cel - chciała odwrócić uwagę Bagshota od bójki, z której relacja mogłaby stanowić nie lada smaczek dla czytelników Czarownicy... Jesteś lojalny swoim wzniosłym ideom, czy chcesz zarobić?, pytało jej spojrzenie. A potem rozejrzała się w poszukiwaniu Augustusa - powinien zobaczyć, co tutaj się dzieje, poczynając od tego, jak pozuje do zdjęć innemu mężczyźnie. RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Alexander Mulciber - 01.06.2024 Nieopodal wejścia do sali bankietowej. Za moimi plecami pojawia się nagle gang Dolohova: Lyssa, Peregrinus, Annaleigh i, oczywiście, sam wielki Vakel Dolohov, zaś u mojego boku materializuje się Eden Malfoy Lestrange. Rozmawiamy. Kulturalnie. Krótko. Przy najbliżej okazji odciągam na bok Eden – gdzie, to już ona sobie wybierze – byle z dala od reszty towarzystwa. Obiecał sztuczkę, to zrobi sztuczkę. Mulciberowi zrobiło się szkoda jąkatego gówniarza. Jego palce poruszały się szybko, w dobrze znanych, wyuczonych ruchach: przekładał karty w efekciarski sposób, na kuglarską modłę. Do sztuczek z kartami nie potrzebował jasnowidzenia. Nie było w tym ani krzty magii. Wystarczyła zwykła pamięć mięśniowa. Dłonie Alexandra pieściły wysłużoną talię w hipnotycznym skupieniu, z pewnością, która przydawała jego ruchom, przywodzącym zwykle na myśl zatwardziałego ćpuna – bo raz to przepełnionych swoistą powolnością, a raz to tchnących frenetyczną nerwowością – zadziwiającej gracji. Zamarł, kiedy wykonywał ostatnie przełożenie. Pan Dolohov nie pija kawy z mlekiem, powiedział ktoś za jego plecami. Prychnął leciutko pod nosem. Odwrócił się, spodziewając się, kogo będzie miał przyjemność ujrzeć za swoimi plecami. Zignorował komentarz córki Dolohova – tak, już pamiętał, że Dolohov ma córkę, przypomniał sobie nawet, że nosiła nazwisko Mulciber, co czyniło ich w sumie jakąś tam rodziną – kiedy już opadły emocje i przeszło mu to fatalne zamroczenie w związku z pojedynkiem o honor Loretty, przeczytał relację z Proroka Codziennego o tej farsie, i zwrócił wtedy uwagę na to nieznajome dziewczę, które chowając się za szkłami ciemnych okularów, tkwiło u boku ojca; o ile dobrze kojarzył, była córką jakiejś tam dalszej kuzynki, o której wiedział w sumie tylko tyle, że dłuższy czas mieszkała we Francji. Nie wnikał, kiedy i jak jego krewna – której zapewne w życiu nie widział – puściła się z Dolohovem, ani dlaczego dziewucha nie nosiła nazwiska ojca, tak samo, jak nie zagłębiał się zanadto w sens jej sprytnych przytyków. Miała ładny uśmiech, i jeszcze ładniejsze nogi, a on miał słabość do takich młodych kokietek, więc tylko bezczelnie powiódł wzrokiem po jej twarzy, o wiele dłużej skupiając spojrzenie na dziewczynie aniżeli na towarzyszącym jej młodym mężczyźnie w garniturze – jeżeli to był prawdziwy asystent Dolohova, to nawet mu współczuł, wyglądał na równie chorego, co i on – oraz żonie Vakela, w osobie Annaleigh Dolohov – idealnej siostrze Loretty, która zawsze wydawała się znudzona swym równie idealnym otoczeniem, tak jak i Alexander był znudzony jej idealną pozą damy, niczym nie różniącą się od innych idealnych dam z salonów. Dokończył sztuczkę. Wyciągnął kartę. – Siódemka trefl, prawda? – rzucił do trzęsącego się ze strachu dzieciaka, który był odpowiedzialny za sprawdzanie listy gości. Oczywiście, że tak. Zobaczył to w jego oczach. (jeżeli ktoś jest ciekawy, to znalazłam specjalnie na tę okazję filmik z dojebaną sztuczką karcianą) Odwrócił się w tym samym momencie, w którym Vakel zagwizdał w jego stronę, jak na psa. Nawet go to rozbawiło. Nie spodziewał się, że Dolohov może mieć poczucie humoru, nie, więcej: nie spodziewał się, że Dolohov schodzi kiedykolwiek z piedestału natchnionego wieszcza. Schował karty do kieszeni, najpierw obracając je jeszcze chwilę w dłoniach. Skupił wzrok na Vakelu. Dolohov miał w sobie coś z nieboszczyka. Nie chodziło o jego chorobliwą wręcz chudość: Alexander dobrze wiedział, że jego własne ciało nosiło o wiele bardziej zaawansowane ślady narkotykowego wyniszczenia. To było coś w perfekcyjnym wymuskaniu jego fryzury, coś ostatecznego było w sposobie, jaki przycinał paznokcie, i w ogólnej schludności jego osoby, jak gdyby był trupem, świeżo obmytym na stole sekcyjnym. Kiedy patrzył na tę arystokratyczną twarz o wyrazistych rysach, myślał o woskowych figurach sławnych ludzi – ich nieruchome oblicza wydawały się dziwnie karykaturalne, tak samo, jak karykaturalna była wizja Vakela Dolohova w głowie Alexandra – Dolohov był oryginałem i imitacją zarazem, wypaczonym przez własną sławę. Nie zdążył odpowiedzieć na żadne z pytań jasnowidza, bo nagle, u jego prawicy pojawiła się ostatnia osoba, której spodziewał się ujrzeć w roli wybawicielki. Eden, co ty odpierdalasz. Brakowało jeszcze, żeby zaczęła wciskać Vakelowi kit, że nie kto inny jak jej mąż, William Lestrange wyszedł z piwnicy, i poddał się operacji plastycznej, która przypadkiem upodobniła go do dziedzica Mulciberów. Alexander po prostu na nią patrzył: uważnie, lekko ściągnąwszy brwi, w absolutnym milczeniu. Czy to była ta sama Eden Malfoy, która z lubością deklarowała mu, że wypruje mu flaki, i zrzuci go z wieży astronomicznej, żeby w swoich ostatnich chwilach mógł pobujać jelicie cienkim jak na bungee? Tak, z pełną premedytacją obrażali się przy każdej nadarzającej się ku temu okazji. Tak, była mu bliska, bliższa niż wielu ludzi: ta bliskość w niczym nie przypominała relacji, którą miał z Dianą, a tym bardziej – broń Merlinie – z Ambrosią. W pewnym sensie, on i Eden byli do siebie bardzo podobni, choć prezentowali się światu na skrajnie różny sposób: ich przyjaźń dla wielu mogła wydawać się czymś dziwnym, ale oni zawsze potrafili się ze sobą dogadać, nieważne, jak wiele ostrych słów padło między nimi – a może właśnie dlatego, że potrafili być ze sobą zaskakująco bezpośredni i nie unieść się tak od razu dumą, ta przyjaźń w ogóle trwała – bo Mulciber, który znakomitą większość atrakcyjnych kobiet traktował jak ładne ozdóbki na ramię (a brzydkie pomijał w ewidencji pamięci), nie dość, że cenił sobie punkt widzenia Eden i słuchał jej rad, to jeszcze zmuszał się w obecności kobiety do zachowania względnego decorum. Nie przerywał Eden jej tyrady. Po prawdzie, poczuł się niemalże rozczulony jej troską. Przeniósł spojrzenie na Vakela. na odczytanie intencji Vakela, bo czemu nie, chcę potem słyszeć, jak obrażasz mnie w myślach :gnije: [roll=PO] – To nic osobistego, Vakel. – Byłeś pierwszym… Celebrytą?, którego nazwisko wpadło mi do głowy. Uśmiechnął się lekko – jego montonna ekspresja była dzisiaj jeszcze bardziej zredukowana niż zazwyczaj, bo Rodolphus musiał za pomocą transmutacji zamaskować obrażenia na jego twarzy, a Alex bał się, że jak wykrzywi się za mocno, to zaklęcie osłabnie, zresztą: wciąż był obolały – pogarda w jego spojrzeniu mieszała się ze szczerą ciekawością. Z uprzejmym zainteresowaniem wysłuchał zarzutów na temat wycierania sobie gęby nazwiskiem Dolohova. Ostatnio rzeczywiście musiał ją często wycierać, choć nie dlatego, że pocił się z wrażenia na widok wymuskanej buźki Dolohova: ostatnio częściej niż potem ociekał bowiem krwią. Na przestrzeni ostatniego tygodnia zdołał się wpakować w dwie bójki, a dzisiaj przyszedł się prosić o kolejną. Wytrzeć, to mógłbym sobie co najwyżej dupę tym twoim ostatnim pseudonaukowym artykułem o “anam cara”. Spodziewałem się czegoś lepszego, chociażby uwzględnienia multidyscyplinarnego spojrzenia na sprawę aurowidzów oraz niciowidzów… Naprawdę wolisz pisywać ogólnikowe horoskopy dla zdesperowanych fanek niż pracować naukowo? Po co chce tam wejść? Och, ochoczo pospieszył z wyjaśnieniem. Eden niepotrzebnie się za nim wstawiała, Alexander zamierzał być szczery. Czy miał jakieś inne wyjście? Był jasnowidzem, tak samo jak Dolohov, większość swojego życia spędzał w otoczeniu jasnowidzów: ludzie nieposiadający trzeciego oka nie czuli się do końca komfortowo będąc świadkami pofragmentowanych rozmów osób mających dar prekognicji, bo część dyskusji zawsze toczyła się w ich głowach, a czasem tylko w przestrzeni wyobraźni. To nie był przerażony ochroniarz w przydużej marynarce: naraziłby się na śmieszność próbując wcisnąć Vakelowi mu kit, bo nawet mało utalentowany jasnowidz zazwyczaj nie miał problemu z interpretacją intencji rozmówcy. – Chciałem tylko zrobić niespodziankę bratu mojej żony. – Moja żona. Dwa słowa, rzucone jakby mimochodem – niedbałe jak wzruszenie ramion – a jednak tak wymowne, tak szokujące w jego ustach. Czy Loretta w ogóle powiedziała o ich ślubie rodzinie? Wątpił. Czy powiedziała Vakelowi? Może. Z tego, co wiedział, ta dwójka utrzymywała przyjazne stosunki. Nawet inwektywy mieli podobne. Dolohova zagwizdał na niego jak na psa – och, to była ulubiona obelga Loretty, zaraz obok “tchórz” i “zdrajca” – a Alex przyjął to z protekcjonalnym uśmiechem i zadziwiającą cierpliwością: przecież nie był na tyle głupi, by publicznie obrażać Vakela Dolohova. Gdyby zaczął toczyć nagle pianę z ust, niczym wściekły pies, ten wyciągnąłby w jego stronę te swoje pająkowate palce, pachnące płynem do dezynfekcji, i uśpiłby go, z kliniczną precyzją naciskając tłok z trucizną… To jest, po prostu przywołałby ochroniarzy i kazałby wyrzucić go z przyjęcia. Zresztą, Alexander – jakkolwiek dziki by nie był – nie potrafił już wykrzesać z siebie tej wściekłości, która niegdyś napędzała jego poczynania. Nie był groźnym psem szarpiącym łańcuch, był wygłodniałym kundlem ze zmierzwioną sierścią, który gryzł tylko w ostateczności, na co dzień woląc po prostu unikać ludzi. Och, Vakel był od niego lepszy, nieskończenie lepszy, i na pewno nie musiał wysłuchiwać obelg na temat swojego pochodzenia: miał charyzmę, odpowiednią prezencję, nieposzlakowaną reputację, głośną karierę naukową, wierną żonę, i potrafił rozmawiać z Lorettą, potrafił odkryć w niej pokłady jakiejś wewnętrznej magii, do której Alexander nigdy nie miał dostępu. Ale czy chciał mieć? Tak, był zazdrosny, chociaż nie było w nim zawiści, która kazałaby źle życzyć Vakelowi. Nie chciał mieć jego życia. Chciał odzyskać swoje. Wolał być kundlem niż wydelikaconym salonowym pieskiem, choć przypuszczał, że właśnie w taki sposób był postrzegany przez ludzi, którzy widzieli, jak ugania się za Lorettą. Wcześniej bez emocji przyglądał się, jak Dolohov odstawia swą pantomimę z klepaniem się po nodze, jakby wzywał psa. Nie tak, pomyślał Alex, nie dlatego latam za Lorettą. Ciekawe, czy Dolohov słyszał o swoim rodaku, Pawlowie. Ten to znał się na psach. Wykształcał w nich programowane odruchy: tak jak Alex wykształcił w sobie odruch kochania Loretty, kiedy walił po kablach heroinę. Moja żona. Dwa słowa, rzucone jak tłusty ochłap dla wygłodniałej sfory psów, które zaraz pochwycą go, i zaczną wyrywać sobie nawzajem stare mięso z pysków. Mówiąc to, nie ściszył głosu. Dobrze wiedział, o czym najchętniej plotkowano na salonach. Niech gadają, pomyślał Alexander. Jego reputacji nie dało się zepsuć już bardziej. Plotka rzucona w eter salonu była jak ochłap rzucony dla psów. Co mu bowiem zostało? Może rzeczywiście chciał sprowadzić wszystkich do swojego poziomu. Może chciał pokazać Vakelowi, że na niego nawet nie trzeba gwizdać, by ten posłuchał komendy. Żałosny cel, ale jaki zabawny. – …A teraz pozwól Eden wyświadczyć sobie przysługę, i ocalić od kryzysu wizerunkowego, bo, widzisz, głosy w mojej schizofrenicznej głowie zaczynają ujadać coraz to wścieklej. Pozdrowię od ciebie Lorettę. Żałuje, że nie może dzisiaj być tu z nami, zachorowała. – Poddał się pod naporem wwiercającego się w jego czaszkę spojrzenia Eden, i ujął ją za łokieć, żeby nie zgubić kobiety w nadchodzącej właśnie, większej grupie gości: zamierzał uciec, i wcale się tego nie wstydził. – Na raka sromu. – wymruczał pod nosem, bardziej do siebie, niż do kogokolwiek innego, szybko ciągnąc Lestrange w stronę ogrodów, jak najdalej od reszty towarzystwa. RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Perseus Black - 01.06.2024 Przy drinkach z Laurentem, potem wychodzimy do ogrodu
Zdziwienie ściągnęło jego brwi. Od kiedy Rodolphus nie pił alkoholu? Od zawsze, idioto, syknął złośliwy głos w jego głowie, a Perseus poczuł, jak pąsowieją mu policzki, gdy zdał sobie sprawę z popełnionej przez siebie gafy. Nigdy przecież nie widział młodego Lestrange'a pod wpływem, choć okazje, w jakich się spotykały, idealnie ku temu sprzyjały. — Och... Rzeczywiście, przepraszam — bąknął zmieszany — Z tych emocji nie pamiętam nawet, jak się nazywam... Nie skłamał; ilość bodźców, z jakimi musiał mierzyć się tego popołudnia, była ogromna, a przecież przyjęcie dopiero się zaczęło. Do tego już wydarzył się pewien incydent, który próbował uparcie ignorować, ale kiedy zobaczył, jak Laurent blednie i podtrzymuje się sylwetki Rodolphusa, wreszcie zmusił się do spojrzenia w tamtą stronę. Jeden z ochroniarzy właśnie wyprowadził Bulstrode'a i Rosiera z sali bankietowej; Perseus widział tylko ich plecy znikające w otwartych drzwiach tarasowych prowadzących do ogrodu i westchnął tylko ciężko w odpowiedzi na ten ambaras. A potem położył dłoń na plecach zmartwionego Prewetta (sam rzucał mu przy tym pełne troski spojrzenia) i zaprowadził go w stronę ukrytego w półmroku baru. — Cokolwiek ten hultaj Bulstrode wyczynia, obawiam się, że na trzeźwo tego nie zniosę — oświadczył Perseus, a w jego głosie nie wybrzmiała ani jedna nuta złości, po czym poprosił barmana o dwa drinki - dla siebie i Laurenta - zastrzegając przy tym, że mają być wolne od wszelkich urozmaiceń. Do tego, pamiętając o słabościach selkie, poprosił, by ten dla jego towarzysza był nieco słabszy. W oczekiwaniu uśmiechnął się do Laurenta konspiracyjnie i pochylił się w jego stronę, jakby chciał zdradzić mu największy sekret — Słyszałeś, co zrobił na Lammas? Podobno złamał świeczkę o bardzo charakterystycznym kształcie na twarzy Philipa Notta — mówił cicho, szeptem niemalże, by nikt poza Prewettem nie chłonął jego słów; niepotrzebnie zresztą, bo nikogo obok nich nie było — Nie wiem, o co poszło i nie popieram przemocy, jednakże w tym przypadku... W tym przypadku pozwolę sobie na odrobinę hipokryzji. Zwłaszcza po tym, jak potraktował moją drogą kuzynkę, Lorettę. Z wdzięcznością chwycił gotowy napitek z blatu i uniósł do góry szklankę wznosząc toast. Upił łyk, może dwa - i tak zamierzał sączyć drinka powoli. Vespera by mu nie wybaczyła, gdyby szybko stał się niedysponowany. Ba, gdyby w ogóle doprowadził się do takiego stanu. — Sprawdzimy, czy nie potrzebują uzdrowiciela? — zaproponował wreszcie z pobłażliwym rozbawieniem; cokolwiek wydarzyło się pomiędzy Atreusem, a Christopherem, najwidoczniej wcale nie rozgniewało Perseusa — Wprawdzie na co dzień leczę umysły, ale w razie potrzeby umiem też udzielić pierwszej pomocy ciału... Umiał poruszać się bez laski, choć był w tym odrobinę niezgrabny, a trzymany w dłoniach drink niebezpiecznie kołysał się w szkle, jednak nie tylko udało mu się przejść przez całą salę bankietową i nie uronić ani kropli, lecz także zejść po schodach na zewnątrz i poruszać się po miękkiej trawie. Przystanął wreszcie nieopodal kolorowych namiotów i z pewnej odległości obserwował poczynania obu panów. Wyglądało jednak na to, że najgorsze za nimi, choć nie mógł dosłyszeć o czym rozmawiają. — Cokolwiek między nimi zaszło, nie jesteś w żaden sposób zobowiązany do rozładowania napięcia — zwrócił się do Laurenta, a potem znów upił drinka. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=1kdk7ko.png[/inny avek] RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Geraldine Greengrass-Yaxley - 01.06.2024 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/25a00cc4ea42fa20c836961fb2748ac8/73d888c07df5dfde-db/s500x750/5d8ee362c4a85c28e66fd10e1eb4e3ef867c4777.pnj[/inny avek] zeszliśmy z parkietu
Yaxley miała nieco inne podejście do tematu tych plotek, ale ona w przeciwieństwie do Erika nie przejmowała się tym, co o niej mówili ludzie. Nie obchodziło jej to z kim ją łączyli, co sugerowali, wręcz uważała, że lepiej iż plotkują o takich rzeczach, niż o tym, że jej wyimaginowany brat stał się ostatnio nieznośny, a ona nie umie sobie z nim poradzić. Lepiej, że gadali o niej i nieistniejących relacjach romantycznych. - Możesz mieć rację, zapomniałam o tej części, dobrze, że mi przypomniałeś, bo to będzie moment, w którym będę musiała się schować. - Od zawsze na samą myśl o podobnych zabawach czuła przechodzący po plecach dreszcz zażenowania. Może dla młodych panien było to całkiem zabawne, ale dla takich widzianych w towarzystwie jako stare panny bywało to do dosyć upokarzające, gdy na siłę wyciągali je przed szereg. - Czy ja wiem, czy takie znowu całkiem spokojne, ktoś się chyba tam potłukł. - Tak naprawdę ominęła ją cała zabawa na sabacie, chociaż chętnie dołączyłaby do jakiejkolwiek bójki, ale miała wtedy do spełnienia inne obowiązki - bycie reprezentantem swojej rodziny często ograniczało dobrą zabawę. Zaczęła się do tego przyzwyczajać. - Nie szukam dzisiaj kłopotów, mam ich ostatnio, aż nadto. - Nie zamierzała doprowadzać do zupełnie niepotrzebnych zaczepek, bo naprawdę zbyt wiele się działo w jej życiu. Przyszła na ten ślub trochę po to, żeby odetchnąć od trapiących ją problemów. Geraldine spoglądała dyskretnie na tańczące pary, było wiele znajomych twarzy, każdą z nich witała uśmiechem. Dobrze było ich wszystkich zobaczyć w jednym miejscu. Erik nie najgorzej prowadził w tańcu, przemierzali parkiet tak, że nic im nie umykało. Dostrzegli więc i Atreusa zamienionego w kapibarę, tyle, że nie miała pojęcia o tym, że to on, bo nie widziała momentu przemiany. - Coraz dziwniejsze zwierzęta wybierają, wiem jednak, że Perseus ma sentyment do tych gryzoni, może to jego sprawka? - Prosił ją kiedyś o to, żeby mu złapała parkę, nie miała pojęcia dlaczego je tak lubi, ale cóż, każdy miał jakieś swoje odchyły. Ledwie minęła chwila, gdy na ich oczach odczarowano kapibarę, którą okazał się być brat Florence, a ten wdał się w bójkę. Geraldine szukała wzrokiem przyjaciółki, w nosie miała Atreusa, ale chciała zobaczyć, czy z nią wszystko w porządku. Miały przesrane ze swoimi braćmi, tymi wyimaginowanymi, czy też mniej, później musiały świecić za nich oczami, miała nadzieję, że Flo nie będzie tego za bardzo przeżywać i będzie się na spokojnie dalej bawić na weselu, chociaż znając ją to na pewno przejmie się tym, co się wydarzyło. - Strasznie żałosne, że też nie potrafią się powstrzymać nawet podczas takiego dnia. - Może dla nich to nic wielkiego, jednak trochę psuli ślub, który dla kogoś miał być wyjątkowy (to, że nie pierwszy to już inna sprawa). Dała się Erikowi wyprowadzić z parkietu. Pociągnęła go jednak w stronę stolika z alkoholem, jeszcze dzisiaj nie piła, może alkohol spowoduje, że będzie patrzeć mniej krytycznie na to, co się działo. Sięgnęła po jednego z kolorowych drinków i upiła z niego niewielki łyk. - Całkiem smaczny, polecam. - Zachęciła Erika również do spróbowania jednego z dostępnych alkoholi. !weselnedrinki RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Pan Losu - 01.06.2024 Kilka łyków słodkiego trunku i jedno mrugnięcie później uświadamiasz sobie, że… co ty tu w ogóle robisz? I kim jest ten fagas w garniaku i pannica w białej sukni? To jakiś ślub, jak nic, tylko kim są nowożeńcy? Nie potrafisz sobie przypomnieć szczegółów o pannie i panu młodych. RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Laurent Prewett - 01.06.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=BBl9HB4.png[/inny avek] Ogród Mógł zareagować bardziej emocjonalnie. Otworzyć te emocje - jak Perseus. Lecz nie. Przepraszające spojrzenie było wszystkim, co miał do zaoferowania Rodolphusowi, bo jego własna reakcja tylko podbudowała w nim jakże banalne i proste przypomnienie, że przecież na nazwisko miał Prewett. Mógł się wyprostować i co najwyżej okazać, że niektórzy nie byli warci tego, żeby ich dotykać, ale przecież to też nie wpasowywało się w jego obecny stan. Więc po prostu było nic. Odebrał przekaz bardzo dobrze, prześlizgnął się przez jego głowę. Ludzie są męczący. Nie sądził, że kiedyś przejdzie do myśli tego, że... jest zmęczony ludźmi. Że kiedyś będzie w punkcie, w którym będzie się tych ludzi bał i będzie trzymał ich na dystans. Każdy był wart kochania - nie każdy jednak wart był poznawania, żeby się o tym przekonać albo odbić od ściany. Laurent się nieco uniósł w tym dumą. Zawsze chodził wyprostowany, ale ta kropla goryczki już miała wyraz małej frustracji przy budowanym niepokoju tego, że Atreus został wyniesiony z tego miejsca i działo się z nim bogowie jedni wiedzą co. O co w ogóle poszło mu z Rosierem? - Jakie ładne słowo. - W ramach lepszego nastroju nawet by się zaśmiał z tego żarciku... albo stwierdzenia? Z tego jednego słówka, jakże eleganckiego określenia Atreusa. Docenił bardzo zadbanie o to, żeby drink był bez żadnych dziwnych wstawek i że był lżejszy. Jeden z wielu dramatów jego życia - lubił alkohol, uwielbiał wino, kolorowe drinki, a wystarczył jeden, żeby już był pijany. Nachylił się nieco do swojego towarzysza, kiedy ten zrobił taką charakterystyczną minę i kiedy usłyszał, co usłyszał, to włoski mu na skórze dęba stanęły. - Według plotek moja kuzynka wychodzi za mąż, a Thoran Yaxley i Komnata Tajemnic staje się najnowszym hitem powieści... - Mruknął dość cicho, ale zaraz podniósł głowę na Perseusa. Czy on... było tutaj tyle ludzi. Na pewno o wiele mu bliższych niż ktoś, kogo ledwo poznał. Mimo to stał tutaj i wyglądało to tak, jakby chciał się znaleźć wszędzie, tylko nie stojąc wśród tłumu, gdzie co rusz ktoś podchodził składać mu gratulacje. - Może po prostu Philip ustala nową modę - święto bez jego bójki to święto stracone? - Zażartował lekko, bo przecież nie powie Perseusowi, że dobrze wie, za co Nott oberwał. I teraz mógł powiedzieć, że go to stresowało... bo tak było. Ale czuł też satysfakcję. Czy była jakaś księżniczka, która nie lubiła, kiedy sobie za nią obijano mordy? No nie było. Proste. - Ach tak... - Zabrzmiało to o wiele bardziej filuternie niż zamierzał, kiedy posłał mu powłóczyste spojrzenie, ale zaraz zamieniło się to w rozbawiony uśmiech, który i zniknął, gdy skierowali się do ogrodu, a Laurent wypił pierwsze trzy łyki zdecydowanie za szybko. Więc dzięki Perseusowi, że pomyślał o lżejszym drinku. Wyciągnął proponująco ramię do Perseusa widząc, jak niepewnie już idzie w pewnej chwili. - Na szczęście obejdzie się bez interwencji pana młodego... mojej chyba też. - Przez moment spoglądał zmartwionym wzrokiem na kuzyna, ale wszystko wydawało się w porządku. Panowie się uspokoili i popalali razem papierosa. - Mam nadzieję, że nie masz mu tego za złe? - Nie wyglądał na takiego i nie brzmiał, ale wolał się upewnić. - Przepraszam, ale w zamieszaniu chyba umknęła mi odpowiedź... - Obrócił się do Perseusa. - Znasz Edga? - Nie zapytał wcześniej o to aż tak bezpośrednio, ale w zasadzie - czemu nie... RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Florence Bulstrode - 01.06.2024 Parkiet, z Morpheusem. Florence lubiła Morpheusa, a gdyby powiedział, że musząc się żenić pomyślałby o niej, pewnie roześmiałaby się i powiedziała, że jeżeli potrzebowałaby męża, też najpierw rozważałaby jego kandydaturę – bo prawdopodobnie dogadaliby się, a przecież najbliższy jej mężczyzna od zawsze kochał inną. Ale i dotąd nie potrzebowała małżeństwa z rozsądku, a nie sądziłaby, że Longbottom mógłby ją prawdziwie pokochać: zdawał się jej człowiekiem, który potrzebuje pasji i ognia, kogoś, kto prawdziwie go zafascynuje, a Florence Bulstrode nie była płomieniem. Była wodą, która umiała może i niepostrzeżenie drążyć skałę, lecz jawiła się raczej jako chłód i spokój, nie tak fascynujące jak ogień, spalający i dający ciepło zarazem czy powietrze, niezbędne do oddychania, a przynoszące ze sobą huragany. Znała jednak te momenty, gdy w głowie rozbrzmiewały cudze głosy i przesuwały się obrazy, uśmiechnęła się więc tylko, gdy Morpheus najwyraźniej doświadczył drobnej wizji. – Trudno mi tu wyrokować, choć i trudno mi uwierzyć w prawdziwą miłość i wierność, gdy cztery miesiące temu był mężem innej – powiedziała dyplomatycznie, bo ostatecznie nie chciała obrażać państwa młodych na ich własnym weselu, gdy żadne z nich nie wyrządziło jej osobistej krzywdy i nic nie wiedziała o jego dawnych podbojach. Ale i popisałaby się nie pasującą do niej zupełnie naiwnością, zakładając z góry, że będą razem przez całe lata, w wiecznej miłości, gdy sytuacja obojga zdawała się odrobinę skomplikowana. – Życzę im oczywiście jak najlepiej – dodała, i to nawet szczerze, bo czemu miałaby życzyć mu źle? Za słabo też znała Rookwoodów, aby móc odpowiedzieć, że tu kwestią godną zakładów byłoby chyba to, który z nich w razie jakiegoś wyskoku dopadnie Blacka jako pierwszy… O ile nie zwróciła większej uwagi na kapibarę, bo byli nieco dalej, o tyle gdy zaczęła się bójka, odwróciła głowę w tamtą stronę i słysząc uwagę o Atreusie, zmyliła krok, potykając się na parkiecie. Zwolniła, na moment gubiąc rytm, i całe szczęście, że i Morpheus zwolnił taniec, bo mogłaby – o wstydzie – przewrócić się na środku parkietu. Przez ułamek sekundy chciała natychmiast ruszyć w tamtą stronę, by zażegnać bójkę, ale ochroniarz zareagował szybko, a ona po chwili wewnętrznego miotania się uznała, że jeżeli ruszy za nimi, tylko zwróci na to większą uwagę. – Nie mam pojęcia, kim jest ta dziewczyna – wykrztusiła. Atreus nie zdawał się jej nigdy kimś chętnym do bicia się o kobiety, a raczej inaczej: był chętny do różnych bójek, zapewne dziewczyna też mogłaby być pretekstem do takiej, ale nie sądziła, by jakaś może poza własną narzeczoną, Elaine, mogła sprawić, że pójdzie uderzyć kogoś na początkach eleganckiego wesela. Blade policzki zaczerwieniły się i zapiekły ją nieco ze wstydu, bo chociaż ani przez moment nie wstydziła się za brata na Lammas (sama go nie powstrzymała, nawet jeżeli wiedziała, że powinni to załatwić dyskretniej), to jednak niemożliwe, aby tutaj poszedł bić kolejnego człowieka, który złamał Laurentowi serce, prawda? I to jednak było wesele Blacków, mógł chociaż wyciągnąć go do ogrodu! A Florence reputacja rodziny nie była przecież obojętna. – Atreus… – zawahała się, bo nie mogła ani go usprawiedliwiać, ani nie chciała pozostawić tego tak bez komentarza. – Nie wiem, o co poszło – przyznała w końcu. – Na jego usprawiedliwienie mogę powiedzieć jedynie tyle, że gdy ostatnio wdał się w bójkę z Philipem Nottem, to sama chętnie złamałabym mu nos, a nigdy na nikogo nie podniosłam ręki. Może tym razem też miał jakiś powód. Ale na pewno nie dość dobry, by urządzać takie przedstawienie tutaj. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=YRkzpGi.jpeg[/inny avek] RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Septima Ollivander - 01.06.2024 Sala bankietowa, przechodzenie na parkiet
Nie miała pojęcia jakim cudem udało jej się otrząsnąć z trocin żenady oraz oparów alkoholowego upodlenia poprzedniej nocy. Nie była przecież zaprawioną bojowniczką parkietowo-imprezową i jakkolwiek by się wczoraj nie zachowywała, nie leżało to w jej naturze, a co za tym idzie, nie leżało to również na plakietce jej systemu moralno etycznego. Poszatkowane akapity wspomnień ubiegłego wieczoru, przeciskały się przez spuchnięty umysł w losowej kolejności, tworząc szyfrowaną układankę godną Enigmy. Tym właśnie się biedaczka zajęła, wciśnięta w róg powozu pędzącego na ślub Blacków — kontemplacją żenuły, oraz zwalczaniem kacowych symptomów, które pomimo konsultacji ze znalezionym przypadkowo tygodnikiem "Czarownica", jakoś nie chciały jej opuścić. Wysiadając z powozu (unikając przy tym wyjątkowo usilnie kontaktu wzrokowego z Morpheusem), pokręciła głową odrzucając od siebie niechciane myśli, zacieśniając aurę wołającą o uwolnienie, o przyjemny dzień w towarzystwie Leviego. W posiadłości bez działających luster. Chociaż w powłóczystej czerni i zaczesanych do tyłu włosach, było jej nadzwyczajnie dobrze. — Ucichło już po burzy? — zapytała półszeptem, mętnym spojrzeniem infiltrując głównie arystokratyczną gawiedź, w towarzystwie której przyszło jej się dziś znaleźć. Nie minęło wiele czasu od zerwanych zaręczyn Leviego z Sarą, ale Ollivanderówna skłamałaby przyznając, że nie wiedziała jak pewne trybiki wyższych sfer działały — zaczynało się od wspomnianej właśnie burzy, brutalnego sztormu z zeusowymi błyskawicami ciskanymi w granitowe niebo. Kończyło się czerwcowym niebem z puchatymi obłokami. Bo kolejny, świeższy, ciekawszy skandal, zawsze nadchodził. — Jasne, czemu nie — wzruszyła ramionami z uśmiechem tak lekkim, że trudno byłoby dostrzec nieszczerość tego grymasu pod dopracowywaną latami do perfekcji maską. Dużo wczoraj tańczyła, zapewne za dużo, o czym dawały jej znać obolałe, patykowate łydki bez grama uformowanych mięśni — ale może najpierw coś wolnego? — zaproponowała nieśmiało, kierując się na parkiet. — OTWIERAM ZAKŁADY O TO JAK DŁUGO POTRWA TO MAŁŻEŃSTWO Dobiegło ich uszom na odchodne, ale Timmy tym razem nie miała odwagi się roześmiać. Obserwowała za to dociekliwie reakcję przyjaciela. |