Secrets of London
[Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa (/showthread.php?tid=398)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Heather Wood - 15.11.2022

Może i Cameron czuł się nieswojo, jednak zupełnie nie dawał po sobie tego poznać, przynajmniej Heather nie czuła tego wcale. Zachował się niczym salonowy wyjadacz, idealna osoba w odpowiednim miejscu. Przynajmniej tak się pannie Wood wydawało. Jak do tej pory bawiła się z nim tutaj wyśmienicie. - Uważam, że to wcale źle o nas nie świadczy Cami.- Uniosła w górę kieliszek z szampanem, w gest toastu, aby ponownie napić się z Lupinem. W końcu trwał bal, trzeba było się bawić, a na trzeźwo - niby można było, tylko po co? Tym bardziej, że trunki, które proponowali Longbottomowie były naprawdę bardzo smaczne, aż żal nie pić, jeszcze by się zmarnowały, a tego chyba gospodarze również by nie chcieli.

- Mówisz, że nudne z nich buły? Są starsi, to pewnie przez to.- Przynajmniej tak się jej wydawało. - Myślisz, że my za kilka lat też nie będziemy tacy dzicy? Nie chciałabym stracić tej naszej spontaniczności, na samą myśl o tym, że mogę stać się taka przewidywalna i spokojna robi mi się niedobrze.- Heather bała się, że straci tę dzikość, którą w sobie miała, bała się również, że spotka to jej dwójkę najbliższych przyjaciół, co oni wtedy będą robić w wolnym czasie? Spotykać się, żeby pić herbatki? Na samą myśl mina jej zrzedła, postanowiła przestać rozmyślać o takich nieprzyjemnych sprawach. - Bura na obiedzie rodzinnym, to brzmi strasznie!- Jakby ona sama nie dostawał, co chwilę ochrzanu od swojej matki.

- Jakie nudy, dobrze, że Cię ze sobą wyciągnęłam.[/b]- Podziwiała trochę Camerona za ścieżkę zawodową, którą wybrał. Ona sama zapewne by się zanudziła na śmierć, gdyby miała czytać regulaminy i inne takie rzeczy. Bardzo szybko traciła zainteresowanie, potrzebowała, aby wokół niej ciągle coś się działo. Nie znosiła stagnacji. - Mieliście ostatnio jakieś ciekawe przypadki?- Tak właściwie, to zastanawiała się, z czym mierzy się jej przyjaciel.

- Tak, wybaczyłaby mi, czuje, że mogłaby mi porządnie uprzykrzyć życie, ona tylko wygląda na takie niewiniątko. Zresztą sam wiesz jak to jest, te niby sympatyczne są najgorsze, gdy przychodzi co do czego.- Od zawsze twierdziła, że osoby, które były miłe dla wszystkich udawały, niemożliwe jest lubić każdego! Nie ma nawet takiej opcji.

Tamta kobieta nadal nie odpuszczała, Heather robiła się coraz bardziej niezadowolona. Zależało jej na tym, aby wygrać tę licytację. Cameron mógł dostrzec, że robi się nerwowa - a to nie wróżyło niczego dobrego. - Twoja szefowa?- Powtórzyła jeszcze po chłopaku, teraz to dopiero miała zamiar jej pokazać. Zupełnie nie obchodziło jej to, że Lupin był niżej w hierarchii zawodowej od niej. To tylko spowodowało, że panna Wood chciała pokazać, kto tutaj rządzi. - Odpuścić sobie, teraz? Chyba zwariowałeś.- Rzekła jeszcze do przyjaciela, no przecież ją znał, wiedział, że nie ma szans, aby zrezygnowała, kiedy Heather chciała coś zdobyć - zawsze jej się to udawało. Tym razem nie mogło być inaczej, licytowała się z nią jeszcze chwilę, aż wygrała licytację. - Mamy tooooo!- Krzyknęła może zbyt głośno, ale jej to nie obchodziło, odwróciła się jeszcze do Florence i pokazała jej dyskretnie środkowy palec zadowolona ze swojej wygranej. Zapomniała o tym, że Lupin chwilę wcześniej wspomniał jej o tym, że tamta kobieta była jego szefową. - Teraz możemy się bawić Cameron! - Zupełnie się uspokoiła, uwielbiała wygrywać.

- Z Tobą to bym się mogła uczyć całą noc!- Odpowiedziała Cameronowi, kiedy zbliżył się do jej ucha odwróciła głowę w jego kierunku. Uwielbiała te ich gry, widać było, że czują się w swoim towarzystwie bardzo dobrze i nie wyznaczali żadnych granic. - Oczywiście, jeśli tylko byłbyś w stanie mi w odpowiedni sposób wyłożyć materiał- Mrugnęła do niego porozumiewawczo. - Kurde, licytują jej brata! Myślisz, że o tym wiedział?- Sądziła, że jest jakieś prawdopodobieństwo, że wcale Brenna nie powiedziała o tym Erikowi, Heather spojrzała na gwiazdę wieczoru - w tym wypadku chodziło jej Longbottoma, żeby zobaczyć jego minę. - Nie wygląda, jakby wiedział, co myślisz?- Była ciekawa opinii przyjaciela.




RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Erik Longbottom - 15.11.2022

Zamrugał parokrotnie, gdy uderzył go błysk fleszy z aparatu jednej z dziennikarek, które miały za zadanie relacjonować to wydarzenia. Myśl o sierocińcu i małych pieskach, pomyślał, starając utwierdzić się w przekonaniu, że ich starania, a także cierpienia będą warte wyniku. W końcu nie robili tego dla siebie. Przynajmniej nie w dużej mierze. Owszem, licytacja była okazją do przypomnienia o znaczeniu nazwiska rodowego w towarzystwie, jednak chodziło przede wszystkim o szerzenie pomocy innym i przekonanie innych rodzin do tego samego.

Zauważył, że Cedricowi udało się wylicytować pierścionek i w myślach zanotował sobie, aby mu pogratulować przy najbliższej okazji. Zarówno wygranej licytacji, jak i tego, co wiązało się z przedmiotem, który kupił. Tak, ta druga okazja była zdecydowanie bardziej istotna. Z zadowoleniem obserwował proces wystawiania na sprzedaż kolejnych przedmiotów. Na razie rywalizacja była dosyć wyrównana. Nikt nie postawił sobie za cel, aby wyjść samemu ze wszystkimi rzeczami, które oferowali. Każdy namierzył coś, co najbardziej przypadało mu do gustu. Tak jak powinno być.

Uśmiechnął się szeroko, gdy Brenna postanowiła wygłosić przemowę końcową odnośnie do ostatniego przedmiotu. Jego zdaniem była to doskonała okazja do pokazania, że radzi sobie z zagadywaniem tłumu równie dobrze, jak on, a może nawet i lepiej. Wprawdzie nie miał zielonego pojęcia, skąd wytrzasnęła pieniądze na oferowany obiad, ale nie miał zamiaru się sprzeczać. Bądź co bądź w ten sposób wspierali lokalną ekonomię, a mając na uwadze to, jak się sprawy miały w ostatnim czasie, dobrze było wspierać działalność czarodziejów w magicznej dzielnicy Londynu. Był całkiem zadowolony z tego, że wpadła na taki ciekawy pomysł. Tylko że wtedy usłyszał, że z ust panny Longbottom padło słowo „brat” i na moment się zawiesił, jakby nie połączył ze sobą jeszcze kropek w głowie.

Nie mógł powstrzymać się od cichego parsknięcia śmiechem, gdy usłyszał cenę wywoławczą za spotkanie z nim. Przygryzł dolną wargę, starając się ukryć tę reakcję przed gośćmi i zerknął kątem oka na siostrę. Niezły żart, naprawdę. Przeszłaś samą siebie, zdawała się mówić jego mina, jednak wtedy dostrzegł w jej minie coś, czego ujrzeć się nie spodziewał. Niezachwianą pewność siebie. I w tym momencie pobladł, gdy uświadomił sobie, że to, co uznał za bardzo słabą próbę dowcipu, było w gruncie rzeczy wypowiedziane na poważnie. Przed całym tłumem ludzi. Ta dziewczyna kupczyła własnym bratem. Kupczyła nim. Wprawdzie robiła to w słusznej sprawie, ale... ale... Ale przecież nawet dla niej musiały istnieć jakieś granice, prawda?! To nie był Błędny Rycerz, to było jak wepchnięcie prosto pod Hogwart Ekspres.

Przez jedną piękną chwilę sądził, że się bardzo dobrze zgrywa. Przecież nie zrobiłaby mu niczego takiego bez żadnego przygotowania. Ta licytacja stała się w ostatnich tygodniach jej obsesją. Nie odważyłaby się wprowadzić do tego planu elementu, którego stabilności nie byłaby pewna. A co jak co, ale pozostanie na scenie w takiej sytuacji, było mocno wątpliwe, biorąc pod uwagę okoliczności. Nie tak ją wychowywali. Gdzie ona przyswoiła takie zachowania? Eden? Nora? Erik zaczął przeglądać w głowie listę kontaktów siostry, ewidentnie szukając kogoś, na kogo mógłby zrzucić winę.

A mimo to nie ruszył się z miejsca. Chyba był w zbyt dużym szoku, a może to resztki godności, z których go jeszcze nie odarła młodsza siostra, nakazywały mu stać, niczym marmurowy posąg, dopóki ten występ nie dobiegnie końca. Wziął głęboki oddech i uśmiechnął się krzywo, modląc się w duchu, aby nie zrobiono mu w tej chwili kolejnego zdjęcia. Zmniejszył dzielący go z Brenną dystans o parę kroków, tak że teraz stali naprawdę blisko siebie i nachylił się nad nią.

Co ty wyprawiasz? — syknął przez zaciśnięte zęby, starając się udawać, że wszystko było w absolutnym porządku. Chciała mu w mówić, że przecież taki był plan i wszystko szło zgodnie z pierwotnymi założeniami całej uroczystości? Szkoda tylko, że nie został uprzedzony o tym, że to on miał być gwiazdą wieczoru. — Nie umawialiśmy się na coś takiego! Słowem nie pisnęłaś, że to zrobisz. Jak ty w ogóle to sobie wyobrażasz... Merlin cię chyba opuścił, wiesz?

Poczuł, że zapiekły go uszy. Miał ochotę rzucić to wszystko i uciec na balkon. Albo do swojego pokoju. Albo do swojego biurka w Ministerstwie Magii. Eh, gdyby nie to cholerne poczucie obowiązku. Pokręcił głową, robiąc dobrą minę do złej gry, wlepiając wzrok w bliżej nieokreślony punkt ponad głowami zebranych na sali gości. Wykorzystała go. Za dobrze go znała i dokładnie wiedziała, czego nie zrobi. Nie miał w zwyczaju uciekać, a wartości wbijane mu do głowy od maleńkości sprawiały, że jego własne ciało odmawiało mu posłuszeństwa. Musiał wytrwać do końca.

Rozważyłaś w ogóle, czy ktokolwiek będzie zainteresowany tą... Ofertą? — mruknął, uśmiechając się do tłumu. Na razie nie widział lasu rąk i emocjonalnych okrzyków sugerujących, że faktycznie jest towarem, na który warto wydać swoje pieniądze. Cóż, może to był właśnie ten czas, gdy Brenna zorientuje się, że wbrew pozorom nie jest aż tak wielkim celebrytą, za jakiego go uważała?

Oh, jak bardzo mógł się mylić. Teraz jednak wszystko było w rękach ich gości. Może chociaż jego własna matka się nad nim zlituje i go wylicytuje. Za parę miesięcy dzień dziecka, mogą powiedzieć, że to z tej okazji. Na Merlina, jaki to będzie wstyd, jeśli następne parę minut przeminie w całkowitej ciszy.




RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Atreus Bulstrode - 15.11.2022

Jeśli Atreus posiadał jakąś wadę zaletę, to nie lubił przegrywać. Bez reszty więc poświęcał się raczej wyłowieniu z tłumu młodego, dziewczęcego głosu, który przekrzykiwał się z Florence, niż przysłuchiwaniu się osobom, z którymi uwikłana w rozmowę zdawała się Elaine. Stał obok niej dzielnie, popijał z kieliszka, jednak jego spojrzenie wyraźnie wodziło po ludziach znajdujących się dookoła, starając przebić przez nich, aż wreszcie padł na sylwetkę zwieńczoną burzą rudych włosów. Przez moment przyglądał się jej, próbując odszukać w pamięci do kogo właściwie należała jej twarz, aż wreszcie udało mu się połączyć kropki i odnaleźć w niej niedoszłą gwiazdę quidditcha, na której tak okropnie wszyscy się zawiedli, a która z braku laku skończyła w BUMie. Całe swoje odkrycie skomentował chwilowym uniesieniem brwi i ponownym zamoczeniem ust w zawartości ściskanego kieliszka. Pozostawał w stanie umiarkowanego zainteresowania, zwyczajnie nie spodziewając się, że dziewucha będzie tak dzielnie parła do przodu, trwoniąc definitywnie nie swój majątek. Rodzice musieli być dumni.
Jeśli ktoś wierzył w to, że ludzkie oczy mogły nieznacznie choćby zmieniać kolor, w zależności od targających właścicielem emocji, to mógłby stwierdzić, że te Bulstrode'a pociemniały. Powoli, w miarę tego jak coraz dobitniej trafiała do niego świadomość, że... przegrał? Czy Florence do końca postradała zmysły, że dała się przebić takiej smarkuli? A może się potknęła, stojąc w miejscu i przewróciła, nie mogąc podbić dalej ceny. Albo po prostu poświęcając całą uwagę temu, kto właściwie podbija, zapomniał posłać siostrze kolejny, dyskretny znak, by kontynuowała licytację? Ostatnia opcja wydawała się najbardziej prawdopodobna, jednak gorzkie uczucie przegranej zbyt gwałtownie rozlewało się na języku i uderzało do głowy. Wszystko natomiast sięgnęło zenitu, gdy rudowłosa zaskrzeczała radośnie i wystawiła środkowy palec w kierunku jego siostry.
Nawet nie wypił do końca zawartości kieliszka, odwracając się w kierunku stojącego nieopodal kubika i odstawiając go, nagle nad wyraz świadomy faktu, że jeśli ten o moment dłużej pozostanie w jego ręce, najpewniej przestanie stanowić jedną całość. Jeśli Elaine poświęcała mu chociaż odrobinę uwagi, mogła domyślić się, że coś jest nie tak. Nagle poważny, ze ściągniętą twarzą, wyraźnie zafiksowany na jednej myśli, która obijała mu się po głowie. W pewnym momencie wreszcie odwrócił na moment głowę, spojrzeniem przeskakując znowu po zebranych przy licytacji gościach. W końcu też podniósł rękę, dotykając na moment jej pleców, chcąc zwrócić jej uwagę, ale przede wszystkim też pokierować.
- Właśnie sobie przypomniałem, że bardzo chciałem cię komuś przedstawić - powiedział, uśmiechając się do niej grzecznie, w sposób wyćwiczony przez wszystkich, którzy musieli bywać w towarzystwie i sprawiać jakiekolwiek pozory. Następnie uśmiech ten pokierował w stronę Malfoya i reszty - Mam nadzieję, że wybaczą mi państwo, że porwę swoją narzeczoną - kiwnął głową i pociągnął za sobą Elaine, nie dając jej zbytnio szans na jakiekolwiek zaoponowanie.
Potrzebował ruszyć się z miejsca. Pretekstu, by poszukać osoby, która właśnie chodziła mu po głowie, jako jakiekolwiek rozwiązanie tejże nieprzyjemnej sytuacji. To jednak, czego na prawdę potrzebował w tym momencie, to zapalić. Czuł, jak nikotynowy głód nagle ssie go we wnętrznościach, podsycony gniewem i rozczarowaniem. Zwalczał go jednak, ostrożnie i pobieżnie, chcąc ukierunkować swoją uwagę w tę właściwszą stronę. Rozglądał się czujnie, szukając źródła wcześniejszych błysków fleszy.
Wreszcie ją znalazł. Pod ścianą, ściskającą w dłoniach aparat, ukierunkowany na Faye i jej męża. Nie dziwił się. Pani Longbottom miała wielu fanów, którzy zabiliby za odpowiednie zdjęcie. Skierował więc kroki właśnie w stronę Adelarda i jego żony.
- Faye - powiedział, ożywiając ton swojego głosu, wplatając w niego ciepłe nuty - Jak dobrze cię widzieć. Ciebie też, Adelardzie - kiwnął mu głową. Ciężko ich było nazwać czymkolwiek ponad znajomymi, czy kolegami z pracy, ale przecież nie mógł go tak po prostu zignorować, prawda? - Chciałbym wam przedstawić moją narzeczoną. Nie jestem pewien czy się znacie, ale jeśli tak nie jest, z radością zmienię ten stan. Elaine Delacour. A to Faye i Adelard Longbottom. Musiałaś słyszeć o Faye - ma nieziemski głos i nie raz dawała koncert życia na deskach teatru Selwynów. Z jej mężem natomiast, pracujemy razem z biurze aurorów - oplótł ją dłonią w pasie, przyciągając do siebie nieznacznie.
- Jak podoba wam się bal? Zlicytowaliście może coś ciekawego? - zapytał, ciągnąc rozmowę dalej. Elaine mogła wyczuć w jego dotyku pewną sztywność i napięcie. Charakterystyczna dla niego nonszalancja uleciała gdzieś, kryjąc po kątach i pobrzmiewając zaledwie w jego głosie, jako fragment przedstawienia. Potrzebował tej drobnej rozmówki. Małej sceny do rozegrania, by móc zaoferować pełnowartościowy produkt blondynce, która czekała z obiektywem na odpowiednią okazję. W tym wszystkim zapomniał nawet o miotle, którą przecież do niedawna nawet bardzo chciał zalicytować. Teraz jednak nie znajdował miejsca na to w swojej głowie. Cierpliwie czekał aż Faye i Adelard skończą odpowiadać na jego uprzejme zaczepki. Dopiero wtedy zdał się nieco zafrasować.
- Przepraszam was, ale... zdaje się że zapodziałem gdzieś kieliszek, albo z jakiegoś powodu kelner ominął mnie wcześniej szerokim łukiem. Mam nadzieję, że nie macie mi za złe tego, że na moment was zostawię, ale macie Elaine, będziecie mieć chwilę, by lepiej się poznać, prawda? - dopiero teraz zwrócił na nią wzrok. Co prawda zaledwie na parę uderzeń serca, ale było to i tak o wiele więcej niż wcześniejsze przelotne spojrzenia będące raczej dziełem przypadku i przystankiem w poszukiwaniu czegoś o wiele ważniejszego w otoczeniu. Na chwilę z jego oczu wyjrzał gniew, ten sam który cały czas zalewał go falami, a który zaraz ponownie schował się pod warstwami determinacji i resztek samokontroli, które sprawiały że nie podszedł do Wood i nie połamał jej tego palucha.
Cofnął się, podchodząc do jednego ze strategicznie ustawionych kubików, gdzie do dyspozycji gości jakiś bardziej leniwy kelner ustawił tacę z napojami. Kiedy zgarnął z niej jakiś kieliszek, niby przypadkiem zboczył z kursu, podchodząc do Daisy i starając się wykrzesać z siebie resztki swobody i nonszalancji.
- Czarująca, prawda? - zapytał, wskazując głową w kierunku z którego przyszedł, mając oczywiście na myśli Faye. - Powiedz mi... - ściszył głos, niby to naturalnie, jak w konwersacji z zaufaną osobą - Chciałabyś ją poznać? Porozmawiać dłużej niż pięć minut? - delikatny uśmiech zatańczył w kącikach jego ust, będący chyba jedyną prawdziwą emocją w całym tym jego pokazie. Uśmiech ten jasno sugerował, że nie była to bezinteresowna oferta, a propozycja układu.


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Elaine Delacour - 15.11.2022

Uśmiech Perseusa dodał Delacour otuchy. Miło było dostrzec twarze, które mimo dość przelotnej znajomości, są jej przychylni. Zarówno z panem Blackiem jak i jego małżonką łączyły ją zainteresowania uzdrowicielskie. Wprawdzie widziała ich dziś w strojach niepopularnych na szpitalnych korytarzach, ale kto na bal przychodzi w kitlu?

- Jestem tu dziś raczej w charakterze obserwatora oraz moralnego wsparcia. Licytacją zajmuje się mój… - Urwała wpół zdania, kiedy ułożona na plecach dłoń wywołała w niej niespodziewany dreszcz. Zwróciła się twarzą do Bulstrode’a. - Atreusie - uśmiechnęła się szerzej na znajomą twarz. - Pozwól, że ci przedstawię Perseusa Blacka, magipsychiatrę z Lecznicy Dusz, który w całej swej skromności nie dodał, że poznaliśmy się, bo zdecydował się mi pomóc podczas zamieszek w Londynie. - Nie było to tajemnicą i nie miała potrzeby udawać, że było inaczej. Posłała czarodziejowi ciepły uśmiech i przeniosła wzrok na aspirującą uzdrowicielkę. - Eunice Black, małżonka Perseusa, stażystka w Szpitalu św. Munga na moim wydziale. Z Elliotem Malfoyem już się znacie. - Nie było powodu, by przedstawiać sobie znające się nawzajem osoby. - A to Atreus Bulstrode, auror, mój narzeczony. - Słowo narzeczony z zadziwiającą łatwością przeszło jej przez gardło. Nie przypuszczała, że z taką lekkością przyjdzie jej zmiana nastawienia do zaistniałego stanu rzeczy.

Gdy na scenie pojawiły się kolejne prezentowane na aukcji przedmioty, wsłuchiwała się w licytację bez większego zainteresowania. Chałtura była daleka od jej preferencji spędzania wolnego czasu, nawet jeśli filantropia i pomoc potrzebującym stały na szczycie jej aspiracji. Z jej metodami nie każdy mógłby się zgodzić, zapewne nie wśród osób obecnych na przyjęciu. W pierwszej chwili nie zwróciła uwagi na zastanawiające zachowanie Atreusa i wzrok sięgający ku scenie oraz licytującym kolejne przedmioty. To znów ta dłoń, której bliskości podczas dzisiejszego wieczoru się nie spodziewała, zmusiła czarownicę do zwrócenia się ku narzeczonemu z kłębiącym się wyraźnie w spojrzeniu zdziwieniem.

- W porządku. Do zobaczenia, udanych licytacji - zgodziła się z Bulstrode, a następnie pożegnała z rozmówcami, by pełna nieświadomości dać się poprowadzić w głąb sali. Mimo iż miała świadomość ekscentrycznych pomysłów Atreusa, tak zupełnie nie spodziewała się zastanych na ich drodze osób.
Uderzyła ją nagła fala ciepła, ogarniająca całe ciało w zdenerwowaniu. Czerwień wpłynęła na kobiece policzki, dając świadectwo targającym nią emocjom, dla postronnych mogąc oznaczać zwykłe zagubienie, dla osób jej bliskich będąc jasną oznaką wstydu.

- Bardzo… bardzo miło mi poznać - zdołała z siebie wyrzucić zduszonym głosem o wyschniętym gardle, gdy jej wzrok spoczął na Faye i Adelardzie. Od dwóch lat unikała tego konkretnego Longbottoma, niezadowolona z podjętych przez siebie niegdyś życiowych decyzji. Jego widok przypomniał Elaine o niezdecydowaniu i braku odwagi, jakie popchnęły ją wtedy do zerwania kontaktu z mężczyzną, którego w tamtych dniach w obrębie własnego serca nazywała nieśmiało miłością życia, a co dziś zmuszało do plucia sobie brodę, do skrywania żalu, jakiego nie śmiała przed nikim odsłonić.

Pospiesznie uciekła wzrokiem od Adelarda, czując, że przelotne spojrzenie wybrzmiewa w jej wykonaniu jak uporczywe gapienie. Przeniosła wzrok na jego małżonkę, od razu wyłapując w brzuchu uścisk zdenerwowania. Kobieta była nieco od niej niższa, ale olśniewająco piękna. Zamknięte w piersi serce Delacour zabiło mocno, głos utknął w gardle, a w głowie zaczęły gromadzić się niechciane myśli.

- Miałam przyjemność widzieć cię na deskach teatru. Niesamowity talent - zdołała zmusić się do uśmiechu, gdy zwracając się do Faye, starała się wybrzmieć neutralnie. Czy jej zdenerwowanie zostanie uznane za nieśmiałość wobec obecności wielkiej gwiazdy? Taką miała nadzieję. - Bardzo i miło, móc poznać się osobiście - dodała jeszcze dla umocnienia wiarygodności. Choć wprawdzie rzadko bywała w miejscach uznawanych za kulturalne, całe swoje dorosłe życie poświęcając pracy, rzeczywiście widziała ją kiedyś w przybytku Selwynów, wtedy jeszcze nie zwracając tak wielkiej uwagi na początkującą śpiewaczkę. Dopiero gdy natknęła się na jej zdjęcie w towarzystwie Longbottoma na łamach gazety w kolumnie towarzyskiej, poczuła nieopisaną zazdrość. Nie dla jej talentu, urody czy sławy, a dla zainteresowania mężczyzny, u którego boku mogła się dziś pojawić.

- Adelardzie, dobrze cię widzieć. Od naszego ostatniego spotkania minęły całe wieki - zdecydowała się wreszcie przenieść wzrok na Longbottoma, odważnie sięgając ciemnych oczu, w których niegdyś uwielbiała tonąć bez opamiętania. Całe wieki było mocnym nadużyciem dla dwóch lat rozłąki. W odczuciu Delacour czas ten dłużył się w nieskończoność, nie było innego sposobu, jak rzucić się w wir pracy, byleby nie myśleć, byleby nie żałować.

Po raz pierwszy od dawna zaczęła ubolewać, że przez właściwości krwi nie jest w stanie doświadczyć alkoholowego otępienia. W tak krępującej sytuacji byłoby jak znalazł. Z zaskoczeniem natomiast przyjęła słowa Atreusa o opuszczeniu ich towarzystwa. Nie potrafiła zachować powagi czy neutralności wzroku; w trakcie tej krótkiej chwili posłała wymowne spojrzenie ”Dlaczego znowu mi to robisz?!” i zaraz schowała się za własnym kieliszkiem, upijając łyk szampana.

- Zdradzisz mi proszę rąbek tajemnicy? - zwróciła się ponownie do Faye, nie chcąc tkwić w krępującej dla siebie ciszy. - W jakim akompaniamencie będzie można cię wkrótce usłyszeć?




RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Florence Bulstrode - 15.11.2022

Florence prawdopodobnie przejęłaby się gestem Heather, gdyby była jakieś dziesięć lat młodsza. Odpuściła głównie dlatego, że Atreus faktycznie zapomniał dać sygnał, by licytować dalej, a ona pomyślała, że może chodziło o to, co słyszała od jednej ze znajomych - że na licytację przekazano także jeszcze jedną suknię.
Tak naprawdę Heather nie była świadoma, że to nie jej powinna pokazywać takie gestem... a nawet Flo nie przeczuwała, jak bardzo młodszy brat właśnie wściekł się o to, co uznał za porażkę i jak szybko zacznie planować zemstę. Zauważyła za to, że Cameron przyszedł na bal, chociaż na poniedziałek miał wykuć kilka nowych formuł... Hm, chyba trzeba będzie zrobić mu drobny teścik. Praktyczny i teoretyczny.
- Och, a więc to ty byłaś tym małym złodziejem? - spytała Alice zamiast reagować na Heather, z rozbawieniem wypisanym na twarzy. - Uwierzysz, że matka miała pretensje, że was nie upilnowałam? Trochę się pokłóciłyśmy. Chyba nie mogła zrozumieć, że nie mogłam jednocześnie wyciągać dzieciaka z boksu i strzec tortu.
Cóż, jej matka pochodziła z rodu Prewettów, nie zawsze była najbardziej odpowiedzialnym rodzicem. Szybko też chyba przywykła, że może zostawiać braci pod opieką Florence, która od nieustannej obserwacji ich przyszłości dostawała regularnie koszmarnej migreny. A skoro braci, to dlaczego nie całą, małą hałastrę na przyjęciu...
- To nie dla mnie. Jestem pewna, że nie będzie mi do twarzy w piórach... A ta wydaje mi się bardziej pasować do pani, która ma ją nosić - stwierdziła, kiedy kolejna suknia pojawiła się na scenie. Uniosła rękę, sygnalizując, że daje cenę wywoławczą. Jeżeli Atreus się nie zgodzi na tę podmianę, trudno, sama da ją kuzynce, najwyżej potem przez tydzień nie będzie robić zakupów do domu, aż któryś z braci odkryje, że kuchnia świeci pustkami i wyłoży pieniądze. - Hm... okazało się, że dwóch klątw nie powinno się mieszać. W ich efekcie dostała pacjenta porośniętego wypustkami. Nie dało się tego po prostu rozproszyć, musiałam każdą osobno usuwać przy pomocy transmutacji, a potem jeszcze stosować eliksiry - odparła po chwili namysłu, co do tego, czy faktycznie coś takiego się przydarzyło.
Gdy zerkała na kuzynkę, dostrzegła też Astorię - uniosła rękę, tym razem nie w licytacji, a machając znajomej twarzy, jeśli ta chciała do nich podejść.


RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Giovanni Urquart - 15.11.2022

— A to o wiele bardziej przydatna umiejętność — stwierdził. Jakby miał być w lesie sam, to by zginął. Ze swoich podróży wyniósł bagaż doświadczenia, ale jego przetrwanie zawsze zależało od innych ludzi. Nie podróżował samotnie po dżungli czy przez pustynię. Nawet gdy musiał odbyć pieszą wędrówkę — nigdy bez towarzystwa. Pierwszy lepszy dziki pies mógłby go zagryźć z zaskoczenia, nie wspominając o bardziej niebezpiecznym stworzeniu.

— Zycie tego ode mnie wymaga, cóż mogę zrobić.

— Szalony? Już nie mogę się doczekać. Może po aukcji udamy się w jakieś ustronne miejsce?

Co prawda powinien skupić się na przyjęciu i otaczających go ludziach, konwersacja o prezencie urodzinowym mogła poczekać... ale był tak bardzo ciekawy! Poza tym aktualnie nie było w otoczeniu nikogo innego, z kim pragnąłby bardziej porozmawiać niż z Geraldine.

Giovanni nie naciskał na zegar, posłał Eunice przyjazny uśmiech, gdy wycofał się z walki. Waza za to była jego.

— No to prezent dla mamy z głowy.

Na moment rozgrzał się znowu na widok starego wisiorka, ale połączenie Blacków, Gauntów i symbolu węża nie wchodziło w jego estetykę, tym bardziej nie miał zamiaru obdarowywać nim kogokolwiek. Ale gdyby nikt nie był zainteresowany, Giovanni zalicytuje goblińską biżuterię. Posiadała dużą wartość, a pieniądze idą na dobry cel. Szkoda przegapić takiej okazji.

Z napięciem czekał aż Brenna ogłosi finałowego fanta. Roześmiał się słysząc o kolacji z Erikiem.

— A to niespodzianka! Co ty na to, Ger? Na ile byś wyceniła kolację z kolegą?

Urquartowi bardzo podobał się pomysł. Przekazywanie na licytację drogocennych obiektów było szlachetne, ale przekazywanie swojego wolnego czasu zyskiwało więcej w jego oczach. Najprawdopodobniej Erik będzie rozchwytywanym towarem, ale gdyby jakimś cudem tak się nie stało, Giovani zalicytowałby kolację z kolegą z Zakonu.




RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Geraldine Greengrass-Yaxley - 15.11.2022

- Tak myślisz?- Zastanowiła się przez moment. - Mnie się wydaje, że punkt widzenia, zależy w tym wypadku od punktu siedzenia.- Może i Geraldine była niezależna, potrafiła sobie radzić sama w najdzikszych miejscach na świecie jednak czasem, jak każdy człowiek potrzebowała przebywać między ludźmi, co nie zawsze w jej przypadku było takie proste. Starała się jak mogła, aczkolwiek rozmowy z innymi nie zawsze szły po jej myśli. Miewała małe problemy z trzymaniem ogólnie przyjętych norm. Zresztą nie bez powodu Yaxleyowie byli znani raczej jako ci szorstcy i gruboskórni.

- Szkoda, że to nasze życie nie jest prostsze, chociaż co tam moje przy Twoim...- Bardzo dobrze wiedziała z jakimi problemami mierzy się jej przyjaciel. Znała jego towarzysza Jonathana, nie do końca ptrafiłą sobie nawet wyobrazić jak to jest dzielić swoje ciało z jeszcze jedną osobą, żeby to z jedną, nie zdążyła jeszcze z nim porozmawiać na temat tej sytuacji, kiedy poznała kolejną osobę mieszkającą w jego ciele. Nie było to chyba jednak odpowiednie miejsce, by poruszać tematy jak te. - Bardzo chętnie! Nie mogę się doczekać, aż Ci o wszystkim opowiem, chociaż nie wiem, czy od razu po aukcji, bo pewnie będą tańce! Mam nadzieję, że mi nie odmówisz chociaż jednego...- Może i nawet miała ochotę tego wieczora potuptać nóżką.

Obserwowała z uwagą, jak przyjaciel angażuje się w aukcję. Szło mu całkiem nieźle - przynajmniej w jej opinii, a na licytacji nie znała się wcale, więc pewnie każdy wyglądał jej na doświadczonego. Wtedy pojawiło się coś, co zainteresowało i ją. - Sto galeonów za miotłę!- Dołączyła się do licytacji. Wydawało jej się, że taki prezent mógłby się spodobać Theseusowi, a dawno nie kupiła mu nic ładnego.

- Hmm, na ile?- Przeniosła spojrzenie na Erika. - Całkiem przystojny z niego okaz, do tego dobrze ułożony, no idealny partner na randkę, z pięćset galeonów bym chyba dała...- Powiedziała nie do końca przekonana, zdecydowanie wolała wydawać pieniądze na jakieś unikatowe artefakty, a jeszcze lepiej było, kiedy po prostu je znajdowała i sobie przywłaszczała.




RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Cameron Lupin - 15.11.2022

Uderzył lekko kieliszkiem o szkło swojej towarzyszki. Co jak co, ale w pierwszym rzędzie bawili się wyśmienicie i to pewnie dużo lepiej niż lwia część zaproszonych przez Longbottomów gości.

A myślisz, że oni byli dzicy? — spojrzał z powątpiewaniem na gospodarzy przyjęcia. Tak jak jeszcze był w stanie uwierzyć w to, że Brenna w czasach szkolnych potrafiła nieco ostrzej zaszaleć, tak co do jej brata miał spore wątpliwości. Trudno było mu go sobie wyobrazić w prawdziwym klubie nocnym w dzielnicy mugolskiej. Po prostu nie ten... styl. — Oni od dzieciaka biorą udział w takich bankietach, a my od dzieciaka robimy z siebie kompletnych pojebów. Naprawdę sądzisz, że tak łatwo z tego wyrosnąć?

Miał nadzieję, że Ruda nie odbierze jego słów za obrazę. Może użył nieco dosadnego słownictwa, jednak starał się przekazać główną myśl. Może i pewne aspekty ich charakteru ulegną transformacji wraz z biegiem lat, tak na pewno nie zostawią wszystkiego za sobą, zamykając się w jakiejś zimnej, pozbawionej emocji skorupie. Jeśli dalej męczyłyby ją wątpliwości, to Cameron zamierzał pomóc jej się ich wyzbyć przy najbliższym barze. Niech alkohol Longbottomów na coś się przyda.

A żebyś wiedziała. Moja matka już któryś rok suszy mi głowę, że nie chcę cały czas jeść sałatek i potrzebuję mięcha na talerzu. Jeszcze trochę i mnie zaciągnie do Munga, żeby sprawdzić, czy mnie nie podmienili — mruknął, robiąc co w jego mocy, aby rozbudzić w dziewczynie jak największe pokłady dobrego humoru. Nawet jeśli oznaczało to, że miał stać się tymczasowym obiektem żartów.

Uśmiechnął się słabo pod nosem. Chociaż w towarzystwie Heather i Charliego dosyć szybko dopasowywał kroki do ich szalonego tańca, tak w pracy starał się nieco ograniczać. Rozumiał jednak, że nie każdy był stworzony do takiej pracy. Ruda na pewno trafiła tam, gdzie powinna. Najpierw zabójcza kariera w quidditchu, a teraz zaczynała kariera w BUM. Aktywna robota, w terenie, pełno ludzi, dużo wydarzeń. Bardzo w jej stylu.

Podobno przyjęli parę dni temu na oddział gościówę, która oberwała zaklęciem galaretowatych placów. Nie chciało odpuścić. Ponoć próbowali użyć Szkiele-Wzro, ale coś nie szło, więc chcieli dodać do receptury czegoś ekstra, ale nie było mnie dzisiaj w szpitalu, więc nie wiem, co z tego wyszło — rzucił, przypominając sobie jedną z plotek, która gruchnęła w kanciapie stażystów. Ciężko było stwierdzić, czy była to prawda, czy tylko wymysł jakiegoś palanta o zbyt wybujałej wyobraźni, ale brzmiało to nieco prawdopodobnie.

Chłopak zapadł się głębiej w krzesło, gdy zobaczył, jak jego partnerka pokazuje środkowy palec jego szefowej. Ukrył twarz w dłoniach, jednak nie mógł się zmusić do tego, aby zasłonić oczy, toteż musiał obserwować to przedstawienie. Florence nie miała pojęcia, co zrobiła, nieświadomie angażując się w spór z Heather.

Dobra robota! — wymamrotał, wykrzesując z siebie delikatny uśmiech i ściskając rękę dziewczyny. Tak na wszelki wypadek, gdyby przy następnym fancie również doszło do jakiejś niespodziewanej rywalizacji z inną przedstawicielką płci pięknej.

Odgarnął kosmyk włosów dziewczyny za ucho, aby ponownie się do niej nachylić.

Dwoje to za mało, potrzebujemy naszego trio. — Przecież nie mógł pozwolić, aby Charliego ominęły takie rozrywki. Może czasy szkolne mieli już za sobą, ale zawsze należało szukać okazji do tego, aby pogłębiać swoją wiedzę i zdobywać nowe umiejętności. Dzięki temu człowiek lepiej funkcjonował w tym świecie.

Zamrugał nieco zdziwiony. Był tak zajęty ich osobistą konwersacją, że praktycznie przestał zwracać uwagę na to, co się dzieje na scenie. Młoda Longbottomówna sprzedawała nieco starszego Longbottoma? Cameron zerknął na tylne rzędy, jak gdyby chciał sprawdzić, czy inni goście są równie wstrząśnięci tymi wieściami, jak i on, jednak zachowywali się dosyć... Normalnie. Ech, ta elita.

Wygląda, jakby chciał stąd spierdolić — stwierdził, podzielając opinię Heather. — Nie wiedziałem, że oni handlują żywym towarem. A mój brat mówił, że to taka dobra rodzina...




RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Patrick Steward - 16.11.2022

Jeśli chodziło o Patricka to rysował właściwie ciągle. Nie były to jednak prace, które nadawałyby się na wystawę do galerii sztuki lub na sprzedaż. Najczęściej wykonywał pośpieszne szkice piórem na kawałkach pergaminu (rzadko miał więcej czasu na wyciągnięcie farb), rozrysowując to, co widziały jego oczy. Czasem uwieczniał na nich nieświadomych niczego ludzi, częściej jednak skupiał swoje zainteresowania na przedstawieniu ulicy, pojedynczego budynku lub fragmentu wnętrza. Rysował w pośpiechu, dzięki temu procesowi zbierając myśli, analizując i przygotowując się do działania.
Ale czy się wstydził swoich prac? Nie. Zalegały na jego biurku w pracy, rysunki zostawiał kelnerkom w barze, wciskał je przypadkowym ludziom, którzy przykuli jego uwagę na tyle by ich uchwycił, czasem podrzucał znajomym. Przypominały rozwiązane zagadki, ale tylko on sam wiedział, że w istocie, do pewnego momentu naprawdę nimi były.
- Jestem bardzo nudnym aurorem – odpowiedział lekko. – A gdybym kiedyś trafił do twojego kasyna i byłby tam bar, po godzinie pewnie zostawiłbym ci jakiś szkic. Ale jeśli barman lub sprzątaczka wyrzuciliby go do śmietnika to nie byłbym tym urażony.
Na słowa o własnej przystojności, potwierdzone przez obydwie kobiety, zareagował krzywym uśmiechem.
- Chciałem was zawstydzić a tu obie zawstydziłyście mnie – zażartował. Chyba dostrzegł wzrok Seraphine, bo sam również zaczął rozglądać się za jedzeniem (a w jego przypadku również za alkoholem). – Mogę coś przynieść – zaoferował, dopijając swojego szampana.
Pusty kieliszek oddał pierwszemu kelnerowi, który mu się napatoczył.
- Gin z dubbonetem? Rieslieng? – zapytał, spoglądając na Seraphine. Potem przeniósł wzrok na Mavelle, czekając na jakieś jej życzenie. – Przy okazji mogę sprawdzić cóż ciekawego Longbottomowie przygotowali do zjedzenia – choć pewnie tu panna Bones znała już menu na pamięć.
Poczekał na ich odpowiedzi, a potem odszedł do stołu z jedzeniem i alkoholem. Dzięki temu uniknął uwiecznienia na fotografii panny Lockhart. Nie zamierzał tam pozostawać zbyt długo.



RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - William Lestrange - 16.11.2022

Założył, że chwilowe zdezorientowanie żony wiązało się z niespodziewanym okazaniem czułości. Poniekąd przyniosło mu to dużo satysfakcji, ale postanowił tego w żaden sposób nie okazywać, liczyło się teraz szczęście Eden. Poza tym, to też nie tak, że nie obchodziły go czułe gesty, fakt nie myślał o nich zbyt wiele, ale był trochę jak niegłodna osoba na uczcie - wciąż mógł delektować się tym, pod czym uginały się stoły, ale gdyby nie znalazł się w takowej sytuacji nawet by o tym nie myślał, bo nie burczałoby mu w brzuchu. 
Zamrugał zaskoczony.
- Twoja siostra? A co ma Twoja... - zaczął, ale zaraz usłyszał dalszą część wypowiedzi. Nie mógł powstrzymać się przed krótkim parsknięciem, ale nie chcąc blondynki urazić zakrył usta wcześniej zaciskając wargi - Skąd pomysł, że nazwałbym twoja siostrę 'laską'? Nie, że nią nie jest, chyba jest. - zmarszczył brwi i zaczął zastanawiać się nad definicją określenia 'laska' jeżeli o kobiecą aparycję i urodę chodziło. Eden i Eunice były podobne, ale William musiał przyznać, że w tej pierwszej pociągał go każdy idealnie doprecyzowany detal. Nie, dlatego że był płytki, wręcz odwrotnie. Dbanie o szczegóły było sporą częścią osobowości Eden, co tez objawiało się w prezentacji kobiety.
- Miałem na myśli tą drewnianą, wiesz, tą na której podpiera prawą, a nie lewą rękę. Taka laska dla chorej osoby, co utyka. Taka, w której miałaś różdżkę jak jeszcze używałaś swojej. - wytłumaczył to najlepiej jak potrafił, ale spojrzenie ciemnoniebieskich oczu wciąż miało w sobie cień powątpiewania, nie dlatego że wątpił w rozgranietość małżonki, a raczej w swoją umiejetność wysławiania się i ubierania myśli w słowa. Zaraz wrócił spojrzeniem do Perseusa - Zresztą. Zastanawia mnie ile on chce jeszcze wszystkim mówić, że ma kontuzje czy co to tam było? Na każdym jednym obiedzie u twoich rodziców utykał, a z upływem czasu chodzi coraz gorzej, ciężej. Nie widziałem samej nogi, więc nie chce rzucać nieprawdziwymi informacjami, ale zastanawia mnie czemu nikt się jeszcze nie zorientował. Może nikogo to po prostu nie obchodzi. Trochę przykre, ale jakie prawdziwe. Ludzie interesują się tylko sobą. - złapał sobie szampana od przechodzącego kelnera, dwa kieliszki z przyzwyczajenia, ale zaraz spojrzał na Eden, która wciąż sączyła czerwone wino. Zmieszał się trochę i spojrzał to na kieliszki to na kobietę - Wypije obydwa, już trudno. - przyznał bez większego przejęcia.To tylko szampan.
- Nie jest jakieś wspaniałe, przyzwoite, fakt, ale wole inne czerwone wino. Napije się czegoś innego. - wzruszył ramionami, bo już zmajstrował sobie nowy napitek.
- Zrozumiałem, chyba. Tak myślę, ale dziękuję za wytłumaczenie. Em, właściwie to jak to działa z takim kupowaniem kreacji. To po to, aby dobrze się zaprezentować przed innymi? Czy bardziej chodzi o to, że tobie się tak podoba, więc tak wybierasz? Czy jedno i drugie? To jest faktyczne pytanie, wiem, że brzmi niesamowicie infantylnie, nic na to nie poradzę. - dodał, niby żartobliwie, ale trochę pod nosem wychylając pierwszy kieliszek szampana. W domu raczej nie pijał, ale gdy wyjeżdżał na konferencje to nie wylewał za kołnierz. Przy obiadach rodzinnych u Malfoyów zazwyczaj się powstrzymywał, bo Pan Ojciec Eden nawet dla niego wydawał się dziwnie stresujący momentami. Sama jego obecność była dziwnie drażniąca, jakby miało się na plecach coś swędzącego i nie dało się tego dosięgnąć przez całe dwie godziny.
Licytacje szły szybko do przodu, William przysłuchiwał się niektórym, ale ostatnia na pewno przykuła jego uwagę. Spojrzenie jego oczu skupiło się mimowolnie na scenie oraz Longbottomach
- Oh, to tak można? Że kogoś się wylicytuje? Dobrze, że na stałe nikomu go nie sprzedają, byłby trudny do przechowania, jest dość wysoki. - wypalił trochę bez przefiltrowania myśli - W sensie. Nie, nie wiem czemu pomyślałem, że trzeba by go było gdzieś przechowywać, nie mam nic na swoją obronę, to była myśl, której nie powinienem był wypowiedzieć na głos. - przyznał samokrytycznie i aż uniósł brwi.