![]() |
|
[21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki (/showthread.php?tid=6052) |
RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Brenna Longbottom - 17.06.2026 W otoczeniu Brenny było kilka osób, które na ich widok razem mrugały z zaskoczeniem albo z niezadowoleniem, z Mav, Millie i Heather na czele, chociaż prawdopodobnie nie były jedyne. Ale w jego otoczeniu też na pewno było kilka osób reagujących podobnie, i na czele tego antyfanklubu stał bez wątpienia wysyłający jej wycinanki Stanley Andrew Borgin. Cóż, przynajmniej Victoria zdawała się po prostu wzruszać na to ramionami: a Cynthia… Cynthia chyba jeszcze nie zdecydowała, sądząc po Ekstazie Merlina. – To na pewno, inaczej ludzie ciągle wpadaliby w dziury między światami, ale Polana… nigdy nie wróciła do normy. Czy te warunki na pewno minęły? – mruknęła, ale zaraz postanowiła po prostu skupić się na dobrym jedzeniu. Dziś i tak nie zdoła zdziałać niczego w sprawie Limbo czy Samhain: w ogóle nie była pewna, czy zdoła zdziałać cokolwiek, ale niech ją diabli, jeżeli przynajmniej nie spróbuje. – Uważaj, bo wezmę sobie twoje słowa do serca, złapię za te cukierki zabierające strach i naprawdę spróbuję urządzić sobie wycieczkę. W każdym razie zawartość talerza znikła dość szybko, i bo Bren była głodna, i bo porcje nie były jakoś olbrzymie. Doskonale, będzie miejsce na deser: poprosiła o trifle, skoro i tak mieli się podzielić. – Nie – oświadczyła Brenna zdecydowanie, celując w niego łyżeczką. – Bo w zamian dostajesz część mojego, więc to jest równorzędna wymiana, na której zyskują obie strony. I hej, bardzo grzecznie mówię o dowolnej czekoladzie. Najlepiej takiej nieśpiewającej – stwierdziła, uśmiechając się lekko, zanim sięgnęła po herbatę. Ta… no cóż, herbata jak herbata: chociaż miała wrażenie że Bertie sprowadził skądś jeden z tych lepszych rodzajów. Ciekawe czy tylko na dziś na stałe menu? Choć gdyby to było tylko na dzisiaj, zapewne niezbyt by się to opłacało. – W sumie kto się wybiera? Spodziewają się ataków czarnoksiężników, skoro ciągną ze sobą aż aurorów? RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Christopher Rosier - 17.06.2026 Na twarzy Christophera pojawił się wyraz czystej zgrozy i omal nie zakrztusił się ostatnim kawałkiem swojej zapiekanki. Nie chodziło o to, że tak przerażało go małżeństwo, choć wciąż sama idea zdawała się mu odrobinę abstrakcyjna: ale małżeństwo z Cressidą? (Co zabawne, zapewne umiałaby być dobrą żoną, poza tym okazjonalnymi napadami zazdrości, bo gdyby dostała to, czego pragnęłaby, byłaby całkiem zadowolona z życia: ale Chris zwyczajnie był baaaardzo uprzedzony. – Nawet tak nie żartuj. Mam wielką nadzieję, że jeśli położyć kiedyś ręce na czymś takim, nie ja będę jej pierwszym wyborem – stwierdził. – Gdybyś kiedyś zobaczyła mnie w jego towarzystwie wiedz, że padłem ofiarą okrutnego zaklęcia albo końskiej dawki amortencji i trzeba natychmiast ratować mnie z jej szponów. Otrząsnął się, ale potem uśmiechnął z pewnym zadowoleniem, kiedy na stół trafiły talerze. Wyglądały naprawdę dobrze, a dla Chrisa aspekty estetyczne miały niewiele mniejsze znaczenie niż te ze smakiem. – Pamiętam, że ktoś wysłał stos walentynek jednej dziewczynie z roku, ale każda ją potem głośno obrażała – stwierdził, odnośnie tych walentynek i kawałów z wyjcami. Nie zrobił tego, ale… po prawdzie wtedy bardzo go to rozbawiło. Teraz miał dość autorefleksji, żeby cieszyć się, że nijak tego rozbawienia nie okazał, w przeciwieństwie do niektórych kolegów. Musiał przyznać, że to było coś paskudnego. Ostatnie dwa dni Zakochanych… jeden spędził na randce, z której niewiele wyszło, drugi we Francji i nawet nie myślał wtedy o dacie, zbyt skupiony na innych rzeczach. Po prawdzie i o jednych, i o drugich Walentynkach z lat 1970 i 1971 pamiętał teraz jakoś dużo gorzej niż o tych z Hogwartu: może dlatego, że tamte były hałaśliwe i obfitujące w małe wydarzenia, na które jako nastolatek po prostu zwracał uwagę. – Rozumiem, że ostateczny test zaliczony pozytywnie? Jaka ocena, pani profesor? – zapytał po chwili. Obserwował ją, kiedy zaczęła jeść trifle, ale sądząc po jej minie, deser spełniał oczekiwania. Rosier więc też sięgnął po łyżeczkę, najpierw spróbował lodów – smaczne, ale tu poprzeczka stała wysoko, bo na Pokątnej była lodziarnia z cudownymi lodami i chyba z setką smaków, którą jako dzieciak Chris uwielbiał. Potem samej tarty, i z pewnym zadowoleniem kiwnął głową. W porządku, Bott radził sobie z daniem głównym, ale przy deserach był… no ogółem był czarodziejem, jak oni wszyscy, ale tu naprawdę genialnym czarodziejem. RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Victoria Lestrange - 17.06.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=pNjQXjv.png[/inny avek] Małżeństwo to było coś, z czym pogodziła się już dawno temu. Rodzina tłukła jej od dziecka, że to pewnego rodzaju powinność, że przedłużenie linii czystej krwi czarodziejów, bla bla. Aż do momentu zaręczyn z Saurielem nie zastanawiała się nad tym, czy w ogóle tego chce, małżeństwa czy rodziny – bo zwyczajnie nie miała powodu się nad tym zastanawiać. Były oczekiwania i tyle, ale w obliczu wiedzy, że tamto małżeństwo będzie bezdzietne, nic dziwnego, że się zastanawiać zaczęła: bo po co to wszystko, skoro część jest niemożliwa do spełnienia? Czy ona w ogóle tego chce, czy będzie jej czegoś brakowało. A teraz? Teraz wiedziała, że chciałaby kiedyś założyć rodzinę, ale to „kiedyś”, nie oznaczało „teraz, zaraz, już”, nie spieszyło jej się, ale to też nie tak, że musiała sobie znaleźć bogatego męża, żeby podreperować rodzinny budżet, więc nie było w niej żadnej desperacji, a zwyczajnie chyba po prostu gotowość na to, co przyniesie los (oraz pewnego rodzaju zniechęcenie, biorąc pod uwagę ostatnie niepowodzenia, ale starała się jakoś temu nie poddawać). – Miałam na myśli, że wtedy byłbyś wyborem oczywistym. Teraz to nie wiem co by jej przyszlo do głowy – pewnie wolałaby sobie znaleźć innego bogatego z dobrego domu, ale cholera wiedziała prawdę mówiąc. Cressida była w pewnym sensie bardzo nieobliczalna. A pod innymi wręcz do bólu przewidywalna. Nie żeby Victoria ją znała jakoś dobrze, bezpośrednią interakcję miały tylko jedną i była jaka była, czyli nie za dobra. – Ale dobrze, gdybyś potrzebował ratunku, to będę gotowa – zaśmiała się cicho, nim skryła się za filiżanką z herbatą. – Biedna dziewczyna – mruknęła pod nosem i westchnęła, bo to był okrutny żart, po którym dziewczę możliwe że przez tydzień nie chciało wychodzić z dormitorium. – O tak, zaliczony. To jest przepyszne! – była bliska do tego, by zapiszczeć z zachwytu, na szczęście chyba fizycznie nie była zdolna do wydawania z siebie takich dźwięków, bo jej wizerunek zdystansowanej i powściągliwej mógłby bardzo szybko runąć, jakby ją postawić przed słodyczami. Zignorowała nawet nazwanie jej panią profesor. – Co prawda nie ma chyba takiego połączenia, które przebiłby czekoladę z truskawkami, ale to jest… mmm – wymruczała, zatykając sobie buzię kawałkiem biszkoptu. – A twój? – zapytała po chwili, gdy już przełknęła. RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Atreus Bulstrode - 17.06.2026 z Brenną
Gdyby mieli się przerzucać ilością osób z bliskiego otoczenia, które mogłyby być niezadowolone z ich związku, to Atreus pewnie by wygrał. Longbottomowie jakby nie patrzeć, i to jeszcze przed opublikowaniem artykułu w Proroku Codziennym, nie cieszyli się przesadnie dobrą opinią w kręgach jego znajomych. Nie kryli się przecież z tym, że każdy był dla nich równy, a biorąc pod uwagę że przyjaciele Atreusa wywodzili się w czystokrwistych, konserwatywnych rodzin to cóż… pododawać to sobie można było samemu. — Nawet nie jestem pewien jak to wszystko tam wygląda aktualnie. W lecie próbowaliśmy tam być z Laurentem i paroma innymi osobami, ale nas nie wpuścili. Bardzo starają się pilnować tego, kto ma tam dostęp — wzruszył ramionami. To, co aktualnie miało miejsce na Polanie, bardziej wyglądało mu na konsekwencje tego, że warunki zostały spełnione i w tamtym konkretnym momencie wywróciły wszystko do góry nogami, a nie że wciąż działały. — Tylko jeśli weźmiesz mnie ze sobą — uśmiechnął się przelotnie, zabierając się za kończenie swojej zupy. — A jeśli pozwolę ci zachować cały twój? Co wtedy — zapytał, sięgając po swojego grzańca. Upił parę łyków, ale już pierwszy wystarczył by stwierdzić z ulgą, że było to doświadczenie lepsze niż lura podawana w Dziurawym Kotle. Smak był wyważony, pełny, a do tego po ciele rozchodziło się przyjemne ciepło. Takie, które sprawiało wrażenie na moment ustępującego zimna. Przyjemnie. Na to uczucie Atreus wyraźnie się uśmiechnął i odetchnął. — Anthony, Jonathan, z tego co słyszałem to zabierają jeszcze Elliotta Malfoya? Jakiegoś prawnika też, Delacoura? No i Roberta Croucha. Z tego co się orientuję to dołożyli do tego dziewczynę od Dolohovów jako tłumaczkę i jakiegoś Kelly'ego. Nie kojarzę go, ale z jego bratem byłem w Egipcie. Mam nadzieję, że nie będzie tak samo durny jak on. Co do czarnoksiężników to nie wiem. Myślę, że to standardowa obsada, bo oprócz mnie ma tam być jeszcze jakiś brygadzista, ale nie wiem kogo ostatecznie dał Bones. Mam też nadzieję, że czarnoksiężnicy sobie darują w razie czego, bo chciałem pozwiedzać. RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Prudence Fenwick - 18.06.2026 Zaskakujące było to, że niektóre decyzje mogły zostać podjęte pod wpływem chwili, a dotyczyły właściwie całego, przyszłego życia. Czasem wystarczył tylko odpowiedni moment, odpowiednie słowa, żeby wszystko w końcu okazywało się proste i właściwe. Czy spodziewałaby się po sobie tego, że będzie osobą, która wyjdzie za mąż ledwie chwilę po oświadczynach? Nie. Zwłaszcza, że jedne miała już za sobą i zdecydowanie nie spieszyło jej się z tym, aby stać się żoną. Widać wiele zależało od osoby, która znajdowała się obok. Miała ogromny sentyment do Benjy'ego od momentu w którym się poznali, dopiero jednak po latach uświadomiła sobie, czym właściwie było to uczucie, które się w niej tliło. Lepiej późno, niż wcale. Nie żałowała tych lat, które przyszło im spędzić z dala od siebie, nie żałowała też tej spontanicznej decyzji, którą podjęli. W końcu wszystko wydawało się być właściwe. Nie było to dla niej typowe, bo zazwyczaj analizowała wszystko godzinami, rozpisywała sobie za i przeciw, starała się podejmować jak najbardziej racjonalne decyzje, jednak czasem i ona pozwalała sercu decydować. Ludzie byli więc niewiadomą, nie trzeba było wcale szukać daleko aby dostrzec jak bardzo ten czynnik może namieszać, przez nich bardzo trudno było przewidzieć to, co może się wydarzyć. Rozumiała jednak tych, a przynajmniej starała się ich rozumieć, którzy nie do końca potrafili odpuścić i dać się ponieść, ona już nie była jedną z tych osób, a wszystko dzięki mężczyźnie, który znajdował się tuż obok niej. - Oczywiście, że nie pisnę nawet słówkiem, najważniejsze, że ja wiem, Twoja reputacja jest przy mnie bezpieczna. - Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jaką sławą cieszył się jej mąż. Był znany z tego, że nie do końca potrafił panować nad swoimi emocjami, bardzo szybko podejmował decyzje, niczego się nie bał, co bardzo różniło się od jej podejścia do życia. Musieli znaleźć jakiś sposób na to, aby znaleźć wspólną drogę i chyba wychodziło im to nie najgorzej, ona pozwalała sobie na te drobne, spontaniczne decyzje, a on czasem zastanowił się dwa razy zanim coś zrobił, wyglądało to więc całkiem nieźle. W końcu usiedli przy stoliku, co okazało się być dużo szybsze, niż jej się wydawało. Nie musieli czekać w kolejce, bo miejsce znalazło się w mig. - Fakt, nie świadczyłoby to o nas najlepiej. - Udało im się jednak co do tego dogadać, więc jedna, żółta fasolka nie miała zrujnować fundamentów ich małżeństwa. Przetrwali już tyle, że to naprawdę byłoby ujmą na ich honorze, żadna żółta, czy tam zielona fasolka nie mogła im szczególnie zaszkodzić. - Nie chciałam Cię straszyć, ale nigdy nie wiadomo… - Wzruszyła jedynie ramionami, bo kto w ogóle mógł wiedzieć, co autor dań zamierzał dzisiaj pokazać. Był znany ze swoich niekonwencjonalnych pomysłów, można więc było się spodziewać tego, że czymś zamierza zaskoczyć klientów. - Ostrożność nie jest czymś, co wydaje Ci się bliskie, widać te żółte fasolki naprawdę były dla Ciebie dość traumatyczne. - Rzadko kiedy był ostrożny, raczej nie przejmował się konsekwencjami, podejmował szybkie decyzje, które mogły kończyć się różnie, widać decydowanie o tym, co trafi do jego ust mogło okazać się nieco większym wyzwaniem. Nie, żeby ją to dziwiło, bo przecież sama miała różne odczucia związane z autorskimi fasolkami Botta. - Powinieneś z nimi porozmawiać o tym, że nie powinno się plotkować, być może nie mają tej świadomości. - Na szczęście to właśnie Benjy został oddelegowany do kontaktów z pajęczakami, być może zdoła ich jeszcze czegoś nauczyć, kiedy chciał potrafił być bardzo, ale to bardzo przekonujący. - Pewnie wiele, kolejnych praktycznych aspektów jeszcze przed nami, będziemy je odkrywać przez całe życie. - Uśmiechnęła się na samą myśl o tym, że był to dopiero ich początek. Mieli przed sobą wiele lat, podczas których będą mogli poznawać wszystkie aspekty bycia małżeństwem. - ależ oczywiście, doceniam, mam nadzieję, iż uda nam się przeprowadzić wiele badań. - Całkiem miłe było mieć u swojego boku kogoś, kto chciał jej w tym wszystkim towarzyszyć i w sumie nie uważał tego jej analitycznego podejścia za coś dziwnego. Złożyli więc zamówienie - tak jak zadecydowali, wzięli po jednym zestawie z każdej opcji, aby sprawdzić wszystko, co miał do zaoferowania Bertie Bott. Ciekawość mogła zostać więc zaspokojona. - Pewnie nie będziemy długo czekać, mam wrażenie, że to jeden z takich dni, kiedy wszystko musi być być idealne, a w idealnym świecie nikomu nie chce się długo czekać na posiłek. - Zapewne właścicielowi zależało na tym, aby jak najlepiej się pokazać, co było całkiem logiczne. Dzięki temu dość szybko będą mogli dokonać analizy porównawczej i stąd wyjść, co też wpisywało się jako pozytyw. Prudence niby nie przeszkadzali ludzie, jednak miejsce było dość mocno zatłoczone i w sumie to pewnie z czasem zacznie się tu czuć nieswojo. RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Benjy Fenwick - 18.06.2026 Pokręciłem głową z tym szczególnym, odrobinę autoironicznym rozbawieniem, kiedy zapewniła mnie, że moja reputacja pozostawała przy niej bezpieczna. Była to jedna z tych deklaracji, które brzmiały szlachetnie tylko do momentu, aż człowiek przypomniał sobie, ile kompromitujących informacji posiadała druga strona, Prudence znała mnie zdecydowanie zbyt dobrze, pamiętała rzeczy, które wolałbym pozostawić pogrzebane w przeszłości, od szkolnych pomysłów po na wpół dorosłe katastrofy, których liczba była wystarczająca, by zapełnić kilka tomów biograficznych wspominek. Pruey z pewnością zapamiętała znacznie więcej żenujących historii z moim udziałem niż większość ludzi w tym kraju - te poza granicami Wielkiej Brytanii, popełnione w moim dorosłym życiu na szczęście pozostawały poza zasięgiem mojej żony - w pewnym sensie żyłem więc w ciągłej zależności od jej dobrej woli. Za dużo razy widziała mnie w różnych stanach skupienia i braku skupienia. - To balso szlachetne s twojej stlony. - Odparłem, chociaż miałem niepokojące wrażenie, że zgromadziła już wystarczająco dużo kompromitujących informacji, żeby szantażować mnie do końca życia, używając do tego wachlarza wymiennych anegdot, których wolałbym nie słyszeć spomiędzy jej różowych ust, nigdy, przenigdy. Gdyby się tak nad tym głębiej zastanowić, tak naprawdę zresztą nie byłem do końca przekonany, czy kiedykolwiek posiadałem reputację, którą dałoby się skutecznie chronić. Przez lata dorobiłem się raczej kolekcji sprzecznych opinii niż jednego spójnego wizerunku - dla jednych byłem człowiekiem, który zawsze znajdzie wyjście z problemu, dla innych tym, który najpierw wejdzie w problem po pas, a dopiero potem zacznie zastanawiać się nad drogą odwrotu. Chwilowo jednak udawało mi się utrzymywać pozory kogoś, kto miał prawdopodobnie więcej niż jedno życie, temu nie dało się zaprzeczyć, zwłaszcza w obliczu wszystkich ostatnich wydarzeń. Przetrwaliśmy rzeczy, których nie życzyłbym większości ludzi, lata nieporozumień, rozłąki, uporu, własnej głupoty, a później wojny, pożary, popożarowe klątwy i całą masę innych problemów, na tle tego wszystkiego kolorowa fasolka wyglądała wyjątkowo niegroźnie - właśnie dlatego scenariusz, przy którym nasze małżeństwo miałoby zachwiać się w posadach pod naporem presji związanej z wymianą wszystkich żółtych fasolek na zielone trochę mnie bawiła. Właściwie im dłużej o tym myślałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że nasz związek powinnien nie tylko bez większego wysiłku przeżyć nawet całą paczkę tych przeklętych słodyczy, lecz także się po niej wzmocnić. - Niektóle legendy powinny umsześ, zanim zdąszą się nalodziś. - Uśmiechnąłem się krzywo pod nosem i oparłem plecy wygodniej o krzesło, na ile było to możliwe, oczywiście, przyglądając się jej przez moment ponad stołem, zanim przeniosłem spojrzenie na otaczających nas ludzi. Gdyby ktoś dzisiaj postawił przede mną miskę fasolek wszystkich smaków i kazał zjeść garść bez patrzenia, prawdopodobnie najpierw sporządziłbym testament - byłem przecież odpowiedzialnym dorosłym, żonatym mężczyzną, nie to, co kiedyś. Przesunąłem wzrokiem po sali - goście wyglądali jednak na zadowolonych i nikt nie próbował desperacko pozbyć się zawartości ust, co uznałem za dobry znak. Mimo słów nie wyglądałem na szczególnie zmartwionego, w rzeczywistości coraz bardziej ciekawiło mnie, co właściwie pojawi się na naszych talerzach. Nie byłem smakoszem, nigdy nie należałem do ludzi planujących życie wokół kolejnych restauracyjnych odkryć, ale skoro już tu trafiliśmy, chciałem zobaczyć, czy Bott rzeczywiście zasłużył na swoją reputację. Parsknąłem cicho na temat plotkujących pająków, im dłużej mieszkałem z Prudence, tym mniej absurdalne wydawały mi się podobne rozmowy - w końcu już kiedyś zdarzało nam się snuć różne abstrakcyjne scenariusze - jeszcze kilka lat wcześniej pewnie spojrzałbym na rozmówcę z wyraźnym niepokojem, teraz sam rozważałem logistyczne aspekty funkcjonowania tajnej pajęczej sieci informacyjnej. - Nie wiem, ile to da. To balso tludna glupa negocjacyjna. Nie słuchają algumentów, ignolują glanice własności plywatnej i legulalnie pojawiają się w miejscach, do któlych nikt ich nie zaplaszał. - Zerknąłem na nią z rozbawieniem, nie mogąc ukryć, iż brzmiało to co najmniej znajomo i równie ironicznie w moich ustach. - Im dłuszej o tym myślę, tym balsiej pszypominają niektólych ludzi, któlych kiedyś spotkałem. - Dodałem wymownie, nie mogąc się przecież dodatkowo nie pogrążyć. Chociaż mogłem uczciwie przyznać, że gdyby pająki naprawdę plotkowały i byłbym tematem ich rozmów, mógłbym być raczej dumny niż oburzony, oznaczałoby to bowiem, że osiągnąłem poziom rozpoznawalności wykraczający poza gatunek ludzki, a to byłoby już całkiem imponujące osiągnięcie jak na człowieka, który większość dorosłego życia spędził, próbując nie zwracać na siebie nadmiernej uwagi. - Och, nie mam co do tego szadnych wątpliwości. - Odparłem, spojrzawszy na nią znacząco - lubiłem słuchać, jak analizowała świat, nawet jeśli czasami prowadziło to do wniosków, których sam nigdy bym nie sformułował - podejrzewałem, że przez najbliższe kilkadziesiąt lat będę nieświadomie uczestniczył w rozmaitych projektach badawczych, to było dziwne uczucie, przez lata żyłem raczej z dnia na dzień, nie wybiegając myślami szczególnie daleko w przyszłość, teraz coraz częściej łapałem się na tym, że robiłem dokładnie odwrotnie. Wyobrażałem sobie kolejne miesiące, lata, miejsca, które moglibyśmy odwiedzić, rzeczy, które moglibyśmy zrobić razem, nie dlatego, że miałem pewność, iż wszystko pójdzie zgodnie z planem, po prostu po raz pierwszy od dawna chciałem, żeby tak było. Po złożeniu zamówienia odłożyłem menu na bok i oparłem dłonie na blacie stołu. Wokół nas panował gwar rozmów, ale jeszcze nie był męczący, obsługa sprawnie przemieszczała się między stolikami, a z kuchni co chwilę dochodziły nowe dźwięki. Słuchając jej przewidywań dotyczących czasu oczekiwania, skinąłem lekko głową, jeśli istniał dzień, w którym właściciel nowej restauracji chciał zrobić idealne pierwsze wrażenie, to właśnie dzisiaj. Podejrzewałem zresztą, że połowa obecnych tutaj ludzi przyszła bardziej z ciekawości niż z głodu, jeśli więc kazano by im czekać zbyt długo, istniała zdecydowanie zbyt duża szansa, iż zaczną oni analizować każdy szczegół wystroju, a to nigdy nie kończyło się dobrze dla gospodarzy. - Tesz tak myślę. Pielwsze wlaszenie tludno później naplawiś. - Pokiwałem głową, opierając dłonie na blacie. Liczyłem na to, iż nasze zamówienia szybko opuszczą kuchnię, szczególnie że dotychczas wszystko wychodziło całkiem gładko, w najgorszym przypadku mieliśmy jednak całkiem sporo innego materiału badawczego pod postacią otaczających nas ludzi - mogliśmy wrócić do rozważań sprzed wejścia do restauracji, z pewnością nie brakowało nam przykładów na oba typy zachowań. RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Prudence Fenwick - 18.06.2026 Prudence być może posiadała bardzo wiele informacji, które mogłyby okazać się gwoździem do trumny dla reputacji jej męża, jednak nie zamierzała się nimi z nikim dzielić. To nie tak, że nie chciała z nich korzystać, może tylko jednak bardziej na swój pożytek, a nie kogoś innego. Bywały takie momenty, kiedy bardzo solidne argumenty do negocjacji mogły jej się przydać. To nie zmieniało jednak faktu, że nie miała zamiaru się nimi z nikim dzielić. Jakoś tak wyszło, że przez lata znajomości zdążyła nazbierać ich naprawdę sporo, mniej lub bardziej kontrowersyjnych. Jej głowa niestety lub stety nie pozwalała jej zapomnieć dosłownie niczego, no - może poza tą tajemniczą nocą w Wieży Astronomicznej, kiedy się razem upili, ale to był tylko wyjątek, który potwierdzał regułę. - Wiadomo, bo przecież mam takie szlachetne serce. - Mrugnęła jeszcze do niego, co wcale nie wróżyło niczego dobrego. Prue doskonale wiedziała, kiedy sięgać po jakie argumenty, a że pamiętała wszystko - to miała ich naprawdę wiele i nigdy nie obawiała się z nich korzystać. Oczywiście, że chodziło tylko i wyłącznie o te starcia między nimi, mimo tego, że stali się mężem i żoną to nie przestali się ze sobą ścierać, nadal potrafili całkiem zwinnie grać w te swoje gry, które od wielu lat sprawiały im wcale nie małą rozrywkę. Lubili udowodniać sobie swoje racje, być może teraz wyglądało to nieco łagodniej, jednak nadal się działo. Ich dotychczasowa droga nie należała do tych najprostszych, ale dzięki temu wydawało jej się, że mało co tak naprawdę ma szansę ich dotknąć. Zbyt wiele przeżyli, zbyt wiele działo się w ich życiu, aby teraz musieli się czymkolwiek przejmować. W końcu zaznali spokoju, zrozumieli co jest właściwie i nic nie mogło tego zmienić, no, a na pewno nie miała tego zmienić jedna zielona, czy żółta fasolka o nie do końca przyjemnym smaku. - To prawda. - Zgodziła się z nim jeszcze, kiedyś pewnie robiłaby wszystko, aby mieć inne zdanie, nawet jeśli myślała podobnie, tylko po to, aby nie dawać mu tego poczucia satysfakcji, ale teraz już nie musiała tego robić, mogła być z nim zgodna kiedy tylko jej się to podobało, było to całkiem miłą odmianą, nie musieli ciągle ze sobą walczyć, wręcz przeciwnie teraz mogli walczyć razem z całym światem. Abstrakcyjne scenariusze były ich domeną, jak nie pająki, to nietoperze, żaby - nie wątpiła w to, że był to dopiero początek, bardzo łatwo przychodziło im gdybanie na temat rzeczy, które dla postronnych mogły nie mieć większego sensu. Oni umieli rozmawiać o tym godzinami, zresztą od zawsze tak było, już nawet na początku, kiedy zbliżyli się do siebie w Hogwarcie i ze sobą zaprzyjaźnili, najwyraźniej niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniały. - Są aż tak problematyczne? - Uniosła brew, wydawało jej się, że Benjy radził sobie z nimi całkiem nieźle, a teraz gdy o tym wspomniał, to wyglądało to trochę gorzej. - Myślałam, że znalazłeś na nie jakiś sposób. - Wydawało się Prue, że zaczęli całkiem nieźle ze sobą współpracować, czyżby było to mylnym wrażeniem? Niemożliwe, jej mężowi nikt nie potrafił odmówić, potrafił samą swoją posturą wzbudzać szacunek, czyżby pająki chciały ryzykować kompletną rzezią? Powinny zastanowić się nad swoim zachowaniem, bo przecież Benjy nie należał do osób szczególnie cierpliwych. - Jeśli udało Ci się poradzić z tymi ludźmi, to pewnie i z pająkami nie będzie kłopotu. - Zdecydowanie sprawiały mniej problemów, więc doświadczenie Benjy'ego na pewno pomoże mu sobie z nimi poradzić. - W ostateczności, zawsze można sięgnąć po bardziej brutalne środki, czyż nie? - Wtedy nie na pewno załapią o co chodzi w tych całych negocjacjach. Uśmiechnęła się słysząc jego słowa. Nie negował tego, tak po prostu się z tym zgadzał, to było naprawdę pokrzepiające. Miała świadomość, że jej podejście do życia mogło powodować pytania, a on po prostu to wszedł, bez żadnego zawahania. Nie narzekał na te jej eksperymenty, mimo, że sam miał zupełnie inne podejście do życia, po prostu zaakceptował to, że w między czasie prowadziła kilka, mniej lub bardziej istotnych projektów badawczych, wszystko w końcu mogło być doświadczeniem. Pewnie rezultatów niektórych z nich mieli się dowiedzieć dopiero pod koniec ich wspólnej wędrówki, jednak kto by się tym właściwie przejmował. Udało im się złożyć zamówienie, teraz pozostawało czekać na to, aż potrawy pojawią się na stole, zakładała jednak, że nie zajmie to zbyt wiele czasu, miała ku temu swoje przemyślenia, o których zresztą wspomniała. - Tak, bardzo trudno jest je naprawić, zostaje naprawdę na lata. - Nie mogła się powstrzymać przed tym komentarzem, całkiem zabawne, bo od razu skojarzyło jej się to z jej mężem i tym, że trudno było jej się pogodzić z tym, że w pewnym momencie ich relacja zaczęła się komplikować. Pierwsze wrażenie było bowiem naprawdę fantastyczne, i jak się okazało prawdziwe, bo przecież to wszystko, co działo się pomiędzy było tylko i wyłącznie grą i walką ze swoimi uczuciami. Jak zakładali - tak też się stało. Nie musieli czekać długo, minęło ledwie kilka minut, a pierwsze danie zostało dostarczone do ich stolika, to znaczy dania - całkiem aromatyczne zupy, które mieli teraz spróbować. RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Benjy Fenwick - 18.06.2026 Pokręciłem lekko głową, kiedy wróciliśmy do tematu bliskiego zwyczajowemu przebiegowi naszych dawnych potyczek, jeszcze kilka lat wcześniej prawdopodobnie wykorzystałbym jej słowa jako punkt wyjścia do kolejnej dyskusji tylko po to, żeby sprawdzić, czy uda mi się wyciągnąć ją na intelektualny pojedynek, teraz nie widziałem już takiej potrzeby - nie dlatego, że przestałem lubić się z nią spierać, nigdy nie miałem przestać, po prostu odkryłem, że znacznie przyjemniej było stać po tej samej stronie. Była w tym pewna przewrotna logika - jak zawsze - nadal potrafiliśmy sobie dokuczać, nadal lubiliśmy udowadniać swoje racje, ale różnica polegała na tym, że nie musieliśmy już wygrywać kosztem drugiej osoby. Oparłem się wygodniej o krzesło i przyglądałem jej się przez chwilę z miną człowieka, który doskonale wiedział, że właśnie patrzył na osobę posiadającą niebezpieczną ilość kompromitujących informacji, nie miałem co do tego żadnych złudzeń, po latach znałem już ten ton głosu i sposób patrzenia w moją stronę, nie były groźne same w sobie, gdyż Pruey nie była tak zwyczajnie brutalna, groźne było natomiast to, co zazwyczaj kryło się za nimi - Prudence pamiętała zdecydowanie za dużo rzeczy, w związku ze swoją przypadłością i charakterem, wyraźnie nie respektując tego, iż niektóre wspomnienia człowiek powinien móc zostawić za sobą, zakopać gdzieś głęboko i liczyć, że świat o nich zapomni. To oznaczało, że naprawdę siedziałem naprzeciwko wyjątkowo niebezpiecznego przeciwnika. Niestety moja żona posiadała wewnętrzne zasoby archiwizacyjne godne ministerialnej biblioteki i wyjątkowo selektywne podejście do tego, kiedy należało przywoływać konkretne wydarzenia, przez lata zdążyłem się przekonać, że jej pamięć funkcjonowała jak perfekcyjnie skatalogowana kartoteka, w którym każda moja kompromitacja, każde nieprzemyślane zdanie i każdy wyjątkowo głupi pomysł posiadały własną teczkę oraz starannie przypisane odnośniki. Słysząc jej uwagę o szlachetnym sercu, uniosłem brew. - Tak, właśnie to mnie najbalsiej uspokaja. - Nie mogło obyć się bez dalszego podtrzymania ironii, skoro już się do niej posunęliśmy. - Nigdy nie wiadomo, kiedy to szlachetne selse uzna, sze dla wyszszego dobla naleszy pszypomnieś pewne wydaszenia spszed dziesięciu lat, ale pszeciesz… Jak inaczej miałbym doceniś twoją codzienną dobloś, lasja? - Nie brzmiałem na szczególnie przejętego, prawda była bowiem taka, że przez lata nauczyłem się żyć ze świadomością, że Pruey posiadała amunicję wystarczającą do wygrywania wielu naszych sporów, nadal jednak uważałem, że część jej satysfakcji wynikała nie z używania tych argumentów, ale z samej świadomości ich posiadania, a gdy wytrącałem jej je z ręki poprzez samodzielne przywoływanie tychże kompromitujących sytuacji - cóż - mieliśmy wyrównane siły. Potrafiliśmy godzinami bronić stanowisk, w które sami nie do końca wierzyliśmy, tylko dlatego, że żadne z nas nie chciało odpuścić jako pierwsze. Lubiłem zresztą te nasze słowne przepychanki, były znajome, stanowiły część krajobrazu naszej relacji od tak dawna, że trudno byłoby mi sobie wyobrazić ich brak. Przez krótką chwilę przypomniałem sobie szkolne wieczory, bibliotekę, błonia i te wszystkie rozmowy, które ciągnęły się znacznie dłużej, niż powinny, wtedy jeszcze nie rozumiałem, dlaczego tak bardzo ich potrzebowałem, dzisiaj odpowiedź wydawała się boleśnie oczywista. Temat pająków natomiast okazał się znacznie bardziej skomplikowany, niż mogłoby się wydawać, westchnąłem teatralnie i spojrzałem na niewielki pakunek ze słodyczami, który stanowił materialny dowód moich cierpień. - Pluey, znalazłem sposób. - Zaprzeczyłem praktycznie od razu, gdyż nie zamierzałem przyjmować sugestii, jakobym nie starał się doprowadzić do rozejmu, którego potrzebowaliśmy do spokojnej koegzystencji w domu. - Ploblem polega na tym, sze one lówniesz znalazły sposób. - Oparłem łokieć o blat, lekko pochylając się w jej stronę. - To nie są negocjacje kończone ostatecznym zwycięstwem któlejkolwiek stlony, wiesz, to laszej długotlwały ploces dyplomatyczny. Ja wynoszę je za dszwi, one wlasają po kilku dniach i udają, sze nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy. Albo wysyłają kuzyna. - Pokręciłem głową, no, zdecydowanie nie miały pamięci mojej żony, nie miały także licznego wachlarza jej innych zalet, jako ambitnego rozmówcy - nie dyskutowało się z nimi aż tak dobrze, właściwie to zupełnie bez polotu i odrobinę nazbyt schizofrenicznie, poza tym miały całkiem obrzydliwie owłosione nogi - ona widziała świat w sposób, którego większość ludzi i nieludzi nigdy nie próbowała zrozumieć. Analizowała. Obserwowała. Łączyła ze sobą rzeczy pozornie niezwiązane… I najwyraźniej obecnie nie miała nic przeciwko bardziej alternatywnemu podejściu niż w przeszłości, właściwie, nie powinno było mnie to dziwić. - Czyszbyś miała na myśli masową ekstelminasję? - Wcale nie potrzebowałem tej odpowiedzi. - Balso szlachetnie s twojej stlony… - Nie mogłem darować sobie tego komentarza. Przez chwilę przyglądałem się jej uśmiechowi i pomyślałem, że nadal nie do końca przywykłem do tego, jak łatwo przychodziło nam obecnie funkcjonowanie obok siebie. Nie musiałem tłumaczyć jej swoich dziwactw, ona nie musiała tłumaczyć swoich, po prostu przyjmowaliśmy je jako część całości. Było coś dziwnie satysfakcjonującego w świadomości, że po wszystkich błędach, które popełniliśmy, po wszystkich latach uporu, złości i niepotrzebnych gier, wróciliśmy do miejsca, od którego wszystko się zaczęło - do tej pierwszej, prostej prawdy o tym, że zwyczajnie lubiliśmy być obok siebie. - Fakt. - Przytaknąłem, zadziwiająco z nią zgodny, jak na mnie, ale w końcu nie było, co się dziwić. - Niektóle pielwsze wlaszenia zostają s człowiekiem na balso długo. Czasem nawet wtedy, kiedy lobi wszystko, szeby je zagłuszyś. - Kącik moich ust drgnął lekko. Jak i ona, nie potrzebowałem mówić nic więcej - nie chodziło już wyłącznie o Bertiego i jego otwarcie, chociaż było ono całkiem istotne, skoro postanowiliśmy wziąć w nim udział, nie unikając tłumu - oboje wiedzieliśmy, jak długo próbowaliśmy przekonać samych siebie, że między nami chodziło o coś innego niż po prawdzie. Nie musieliśmy jednak rozwijać tego tematu, bo dokładnie wtedy przy stoliku pojawiła się obsługa z pierwszym daniem - instynktownie wyprostowałem się nieco na krześle i spojrzałem na stawiane przed nami talerze, a aromat uderzył mnie niemal natychmiast - zupa wyglądała znacznie lepiej, niż spodziewałem się po restauracji należącej do człowieka, którego najbardziej znanym osiągnięciem były fasolki o podejrzanych smakach. Przez moment przyglądałem się jednak zawartości miseczki z podejrzliwością godną doświadczonego łamacza klątw, co było niezaprzeczalnie zasługą wcześniejszych słów mojej małżonki o tym, iż jeszcze mogliśmy się drogi zaskoczyć. - Dobsze. - Oznajmiłem w końcu, sięgając po łyżkę, przy czym zerknąłem na Prudence, starając się brzmieć całkiem poważnie. - Dla posządku odnotujmy, sze na ten moment zupa nie śmielsi moklym psem ani popsutym jajcem. To chyba dobly omen. - Mimo przesadnej ostrożności w optymistycznych założeniach, uśmiechnąłem się pod nosem i nachyliłem się nad talerzem, gotów rozpocząć nasz wyjątkowo ważny eksperyment badawczy. - Nadszedł moment plawdy… - Po tych słowach nabrałem pierwszą łyżkę, gotów sprawdzić, czy „Zaklęta Łyżeczka” rzeczywiście zasługiwała na cały ten tłum gromadzący się przed wejściem. RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - Christopher Rosier - 19.06.2026 – Nie jestem pewien czy pomyślałaby o podaniu amortencji komuś, z kim się spotyka – stwierdził Chris z pewnym zastanowieniem. – Wydaje mi się, że… wierzy, że taka osoba jest w jej uścisku. Nie do końca słusznie, bo Rosier wiedział o przynajmniej dwóch wcześniejszych związkach Cressidy, co do których miała pewnie nadzieję, że skończą się na ołtarzu, i każdy skończył się katastrofą. Trochę dlatego, że zdawała się mieć konkretny typ, ale pewnie w dużej mierze ze względu na chorobliwą zazdrość: była przecież ładna, miała dobre nazwisko i nawet jej napady szału nie zrujnowały do końca reputacji panny. Gdyby tak nie szalała albo obniżyła wymagania, może miałaby już męża. W każdym razie mylił się, czy nie, miał myśl, że Cressida podałaby komuś amortencję albo wybierając ofiarę z zemsty, albo sięgając po kogoś, kto od początku zdawał się nieosiągalny i niezainteresowany jej osobą… – Co innego z zemsty. Ale nie ma co niej rozmawiać – zreflektował się, bo roztrząsanie tematu swojej byłej na randce nie należało do najlepszych pomysłów na świecie, czy ją zachwalasz, czy na nią narzekasz. Pozwolił sobie na to głównie dlatego, że nie tak dawno Victoria sama była świadkiem szaleńczych wybryków panny Avery. – Dobrze, będziesz moją rycerską w lśniącej zbroi – zażartował. – Chociaż do roli księcia w opałach pewnie powinienem sprawić sobie odpowiedni płaszcz w purpurze i jeszcze zapuścić włosy. Zazwyczaj spuszczano je z wieży i tym podobne. Chociaż gdyby faktycznie miał być „damą w opałach” pewnie jego miłość własna trochę by jednak ucierpiała. Nie skomentował, chociaż odnotował sobie, że najwyraźniej połączenie czekolady i truskawek miało u niej szczególne względu, więc gdyby postanowił na przykład kupić jej czekoladę, warto poszukać takiej truskawkowej. To był niby drobiazg, ale zawsze przywiązywał wagę do szczegółów, jakby przenosiło się to z jego pracy także na inne dziedziny życia. Bo w końcu czasem drobiazgi decydowały o tym, czy projekt był udany. – Obiad mi smakował, ale muszę przyznać, że deser jest lepszy niż ten, który ostatnio jadłem w Zorzy – stwierdził, przesuwając nieco ku niej swój talerz, aby mogła też spróbować tarty. – Lody są niezłe, ale samo ciasto to poezja. Ciekawe, skąd wziął jabłka, bo w Dolinie chyba w tym roku zbiory są średnie. Może jego sad ocalał. RE: [21.10.1972] Wielkie otwarcie Zaklętej Łyżeczki - The Edge - 20.06.2026 Ciężko było zachować w tej sytuacji twarz bez wyrazu. Oczywiście, że to nie jej zadał pytanie, tylko właścicielce cukierniczego imperium, ale też nie po to rozwaliła sobie zęby na ciastkach, żeby ją teraz zamiast próchnicy zabijała teraz magiczna heroina. Dziewczyna wyglądała więc na obrażoną i taką w istocie była, ale bardziej niż na otoczenie to na siebie. Dureń. Ależ gorzko to brzmiało. Nie powinna tak o nim myśleć, ale pomyślała. W sumie to tylko dlatego, że się czegoś nie domyślił. No bo głupi przecież nie był, ani się nie zachowywał jak dziecko, po prostu… nie za dobrze radził sobie z gierkami. Albo… no w gruncie rzeczy to miał masę powodów, aby być sobą. Niestety ciężko się było tej frustracji tak po prostu pozbyć i działo się tak właśnie dlatego, że Zenek durniem nie był. Wręcz przeciwnie – był kimś prawdziwym i z pasją w świecie pełnym durniów. Fakt, iż nie zastała go w tym Rejwachu z jakąś cizią tłumaczyła sobie wyłącznie kaprysem losu. Dla niektórych czarownic był pewnie zbyt skromny i zbyt ubogi, kiedy można było na przekór rozsądkowi wzdychać do tak majętnych kawalerów jak Erik Longbottom czy Laurent Prewett, ale to były laski, które nie szukały chłopaka, tylko kogoś kto wyrwie je z ich dotychczasowego życia. Zenek był kimś osiągalnym i stabilnym, a jednocześnie tak bardzo wyjątkowym. Lubiła czytać książki i Zenek zdecydowanie był bohaterem dobrej książki – takiej napisanej ze smakiem i z wyczuciem, przez kogoś kto wiedział jak opisać przystojną twarz. Wcale nie musiała odwracać się w jego stronę i patrzeć na jego buzię coby się domyślić jak wiele osób musiało fantazjować o zamianie miejsca z tymi cholernymi klawiszami. Żeby się na nich spojrzał z taką głęboką zadumą, a te długie smukłe palce naciskały… Zaraz, faktycznie tak było, czy po prostu była na niego napalona? Ostatecznie odwróciła spojrzenie w jego kierunku i zmierzyła go nim badawczo. – No, Lewis. To też przyjaciel Zenka – przyznała, po czym wróciła do wpatrywania się w Norkę. Żenujące próby zamówienia czegoś pozostawiła za sobą. Udało się, więc bez komentarza. Mogli płynąć dalej. – Oni mi tam dali jakieś gotowe rzeczy do wyboru, gdybym miała wybierać całkowicie sama, to bym pewnie wymyśliła coś głupiego, jak kosmonauta albo kierowca bombowca. – Odparła. – Ale… hm… – Ale co? Źle zaczęła zdanie. Język od razu zaczął jej się plątać. – W sumie to ty zainspirowałaś mnie do tego, żeby odbudować znajomości z ludźmi, których znałam w przeszłości. Więc nie mogło być Lewisa przed tobą. – To powiedziawszy, nie straciła czerwieni zdobiącej policzki, za to zyskała tę zdobiącą szyję. Sposób na rozładowanie nazbieranego napięcia był oczywisty – instynktownie położyła dłoń na miejscu, gdzie powinna znajdować się kieszeń z papierosami. Nie było jej tam, no tak. Nie miała na sobie spodni. Wsadziła więc ręce do kieszeni bluzy i zaczęła grzebać, dyskretnie rozglądając się po sali. – Czy tu można palić? [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ZSHmIee.png[/inny avek] |