![]() |
|
[Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +--- Wątek: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa (/showthread.php?tid=398) |
RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Seraphina Prewett - 16.11.2022 - Jest taki dość niewielki sklep z artykułami plastycznymi w Carkitt Market, praktycznie na samym końcu całego centrum, właścicielka często przebywa tam ze swoim kugucharem. Nie mają tam najniższych cen, ale kiedy ma czegoś ostatnie sztuki, które długo nie schodzą, sprzedaje je po obniżce, ma na to nawet specjalne pudełko. – Lubiła zachodzić do rozmaitych sklepów, dlatego bardzo dobrze orientowała się w centrum magicznego świata, wiedząc, gdzie idzie zjeść dobrego kurczaka, gdzie można wybrać dobrą parę butów do tańca albo gdzie, jak widać, można było znaleźć dobrą przecenę na artykuły papiernicze. Może Mavelle i Patrick skorzystają z okazji. - Chciałabym je kiedyś obejrzeć, szkice znaczy się... Albo może pouczyć się, jak rysować. – Mrugnęła jeszcze do panny Bones, zaraz też jedną z dłoni składając na sercu, unosząc drugą jakby w ramach przysięgi. – Obiecuję na mojego ulubionego abraksana stojącego na zewnątrz, że nikt rysunków nie wyrzuci. – Pomijała to, że w takich chwilach może i sama by stanęła za barem, ciekawa całego procesu rysowania i nie mając nic przeciwko temu, aby przyrządzić parę drinków. - Mam nadzieję, że dni mijają jednak ciekawiej niż tylko na miotłach. – Stwierdziła radośnie, na żart z hazardem mogąc tylko się zaśmiać i zapytać, czy zna dokładnie miejsca, gdzie to się dzieje, bo może powinna wpaść. Spojrzała jeszcze na Stewarda, który wydawał się podchwycić zaproszenia na taniec, więc wieczór na szczęście nie miał skończyć się zbyt szybko. - Gin zdecydowanie, dziękuję. Jedzenie…coś wytrawnego, pod względem żadnego ze składników nie będę wybredna. – Sama również odłożyła swój pusty już kieliszek, wcześniej ziewając lekko, tak jakby rozmowa, którą ją wyciszała, była nudna, co jednak nie było problemem. Problemem były jednak fakty, że bodźce dookoła bez zmiany miejsca zaczynały powoli ją męczyć. - Polecam się dalej w kwestii zawstydzania. – Chociaż stwierdzenie to padło w stronę Patricka, który skomentował kwestię zawstydzania wcześniej, a teraz zdążył się już ulotnić, blask fleszy i odgłos aparatu odciągnęły skutecznie wzrok Seraphiny w stronę osoby, która zdjęcie postanowiła im zrobić. Z uśmiechem posłała lekkiego całusa w stronę Daisy, mając nadzieję, że i to mogło znaleźć się na zdjęciu, odwracając się już na nowo w stronę swojego obecnego towarzystwa. Parsknęła jednak głośno, bo na ostatnią licytację został wystawiony….Erik Longbottom. - Tysiąc galeonów. – Niemal się zadławiła swoją śliną, gdy wypowiadała te słowa, czując, że o Erika nastąpi dość spora walka i że pójdą za to bajońskie sumy i nie mogąc nie czuć rozbawienia z tej perspektywy. Musiała potem pogratulować Brennie wybitnego pomysłu. Ale zamierzała licytować do najbardziej absurdalnie wysokiej ceny i wygrać kolację. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Elliott Malfoy - 16.11.2022 Uśmiechnął się delikatnie do Percy'ego, być może odrobinę przepraszająco za wyrwanie się z przedstawieniem jego żony, a swojej siostry, ale bardziej odpowiadając na zmartwione spojrzenie, które od niego otrzymał. Miał w nawyku kontrolować przebieg większości rozmów, nawet jeżeli nie bardzo bezpośrednio to podprogowe bądź przez użycie odpowiednich sformułowań i nawet jeżeli była to umiejętność ważna przede wszystkim w jego życiu zawodowym to były momenty, gdy ta niespodziewanie przenikała w bardziej prywatne meandry konwersacji. - Miło Cię widzieć - odparł krótko w kierunku Bulstrode'a na niego rownież spoglądając - i poznać narzeczoną. - dodał czysto grzecznościowo, chociaż trudno było w tych neutralnych słowach wyłapać cokolwiek innego poza faktycznym przekazem. Elliott pozostawał bardzo na uboczu, co nie było w jego naturze, ale zdawał sobie sprawę, że tak będzie lepiej. Niespełna pare dni temu stracił żonę i nie mógł zachowywać się nazbyt entuzjastycznie. Głównie dlatego, gdy pomiędzy licytującymi pojawiła się prasa zdążył się odsunąć albo wmieszać w tłum, aby nie być sfotografowanym w momentach, w których nie chciał być; przez to nie angażował się też w rozmowę z wieloma uczestnikami oglądając licytacje, przysłuchując się wykrzykiwanym cenom i ich zatwierdzeniom. Nie znalazł w przedmiotach niczego, co byłoby odpowiednie dla niego, a bardziej kobiecej biżuterii nie chciał licytować bo to również byłoby nieodpowiednie w jego aktualnej sytuacji. Jeszcze kto by pomyślał, że pozbył się żony, bo posiadał nową wybrankę. Wzdrygnął się odrobinę na tę myśl - ledwo zauważalnie - bo nawet jeżeli pierwsza część była prawdziwa, tak ta druga byłaby dość irytującą plotką i chciał jej uniknąć za wszelką cenę. W tłumie zauważał znajome twarze, Eden z mężem, którzy wydawali się żywo o czymś rozmawiać, a ta pierwsza nawet pomachała w stronę Eunice, sporo osób pracujących na codzień w Brygadzie Uderzeniowej czy tez po prostu Departamencie Przestrzegania Prawa - oczywiście, w końcu to do nich pierwszych Longbottomowie wystosowali zaproszenia. Słysząc listę kolejnych przedmiotów do licytacji przestąpił z jednej na drugą nogę, czego zazwyczaj nie robił, głównie dlatego że w wypowiedzi Brenny padło imię Erika i to w bardzo interesującej sentencji. Malfoy zwrócił głowę ku scenie, uważnie przyglądając się rozwojowi sytuacji. Większość osób, która częściej chętnie losowała fanty ucichła nagle, chyba tak samo zaskoczona jak szepczący coś do ucha swojej siostry Longbottom. Nie był w stanie stwierdzić jak czuł się w tej sytuacji, poza tym, że po usłyszeniu ceny wywoławczej nie mógł powstrzymać się od delikatnego wykrzywienia warg, ni to w prześmiewczości, ni goryczy, ni zadowoleniu - trudno było stwierdzić, chociaż tak naprawdę Elliott chciał po prostu parsknąć pod nosem i też to zrobił, gdy usłyszał cenę podbitą przez Seraphinę Prewett. Nie patrząc na nikogo ze swoich towarzyszy zmarszczył delikatnie brwi i uniósł dłoń, aby zwrócić na siebie uwagę. - Tysiąc i jeden galeon. - jego słowa wybrzmiały na tyle głośno w pomieszczeniu, że gest podniesienia ręki mógł wydawać się teraz zbędny. Elliott miał doświadczenie w przemawianiu do sali pełnej ludzi, których uwagę chciał zwrócić, więc nawet jeżeli jego serce zabiło na chwilę mocniej, popędzane ekscytacją związana z rywalizacją to wciąż pozostawał niewzruszony. Rozbawiło go, że Prewett podbiła cenę od razu tak wysoko, więc sam żartobliwie potraktował tę sytuację chcąc zobaczyć kto inny będzie zdeterminawy, aby wybrać się z Erikiem na kolację, miał zamiar podbić cenę odpowiednio wysoko, jeżeli będzie już znał zainteresowanie tłumu, więc pozostawał skupiony na licytacji. Zdawał sobie sprawę, że aby wyjść z Longbottomem do restauracji mógłby go po prostu zapytać, ale tak było zabawniej, będzie licytował do samego końca. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Theseus Fletcher - 16.11.2022 Kilka kieliszków szampana później rozmawiało im się może nie zgrabniej, ale na pewno luźniej. Nie chciał zrobić z siebie jakiegoś pijaka, więc zachował umiar. Zresztą, nie miał zbyt mocnej głowy i nikomu raczej nie chciałby tego pokazywać. - To tak jakby Brenna dobrała nas perfekcyjnie. – dokończył za nią z uśmiechem. Wracając myślami do Zeneidy zerknął przed siebie, za siebie i na boki, aby ja zlokalizować. Przy okazji zauważył kogoś, kogo mógł się nie spodziewać, a jednak był zaskoczony. Geraldine wyglądała jak… jak nie ona. To nie tak, że nie pasowało mu jak biegała po kolana w błocie albo nurkowała za dziwnymi stworzeniami w zachwaszczonym i zamszonym stawie. Po prostu wyglądała inaczej i nie mógł od niej na chwilę oderwać wzroku. Zorientowawszy się w porę, że pora na to, aby się odezwał, zwrócił całą uwagę na swoją partnerkę. - Kojarzę ją skądś, ale… właściwie to nieważne. Pewnie to pierwszy i ostatni raz jak się widzimy. – wymsknęło mu się jego bycie prostolinijnym. Taka była prawda. Pewnie była jakąś bogatą siksą ta cała Zeneida. Wnosił po wyniosłości. - Próbowałaś może mu się odcisnąć? – zadał na pozór niewinne pytanie. Nie wiedział jaka zażyłość była między Norą a Alastorem. – Wiesz, jakieś wysmarowanie miotły… - gównem, chciał dodać, ale powstrzymał się w porę. - …masłem. – Tak. Masłem. Totalnie. Masłem go w tę miotłę. A masła powinna mieć pod dostatkiem, w końcu prowadzi cukiernię. - Prawdę powiedziawszy, to jeszcze bym coś przez przypadek wygrał i musiał się zadłużyć. – odparł przechylając kieliszek, tym razem rozsądnie. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Eden Lestrange - 16.11.2022 W tym momencie wymiana zdań państwa Lestrange miała tyle samo sensu, co rozmowa ślepego z głuchym o kolorach. Jedno gadało swoje, drugie swoje, ale żeby się zrozumieć, to już ciężej. Prawdę powiedziawszy przez dłuższy czas tak właśnie wyglądało ich małżeństwo; mieli tak odmienne spojrzenie na świat, tak różne piramidy wartości, że po prostu nie mogli się dogadać. Na szczęście tym razem sprawa była błahym nieporozumieniem, więc raczej nie zapowiadało się na bitwę o to, kto pierwszy dopadnie pióra, by podpisać papiery rozwodowe. - Ahaaa - wydała z siebie przeciągły dźwięk oświecenia, który przyszedł raczej później niż wcześniej, ale liczyło się, że w ogóle się pojawił. Jakoś zapomniała na chwilę, że Percy chodził o lasce. Może po prostu miała inną drabinę wartości, może priorytetem były dla niej inne laski. Może to chwilowe przyćmienie. Kto wie? W każdym razie to nie o drewnie pomyślała w pierwszej kolejności. - Wybacz, nie wiem, co się dziś ze mną dzieje. Może nie powinnam pić - pomyślała na głos, patrząc na trzymany przez siebie kieliszek. Podumała nad nim kilka sekund, jednak finalnie go nie odstawiła. - Swoją drogą, ty masz wybitny talent do nieintencjonalnego przypominania mi o moich niepowodzeniach i słabościach, wiesz? - Oświadczyła z wyrzutem, kiedy wspomniał o jej incydencie z nogą. Popatrzyła na męża znad uniesionych brwi, jedną ręką wciąż trzymając wysoko lampkę wina, drugą opartą na wskroś na piersi jako wsparcie dla pierwszej. Całokształtem wyglądała przy tym tak, jakby zaraz miała rozpocząć kolejną kłótnię. - A może intencjonalnego? - Uniosła brew, drążąc dalej. Klątwa rzucona przez brata dalej była cierniem w boku Eden, nadal nie mogła przeboleć, że dała się mu wrobić jak dziecko. Wolała udawać, że do niczego nie doszło, ale Williamowi zawsze udawało się palnąć coś takiego, co przypominało jej od ręki. - Część pewnie ma to głęboko w poważaniu, a ci, co się zorientowali, z grzeczności udają głupich i ślepych - odparła bez większego przejęcia na teorię męża o schorzeniu Blacka, a następnie upiła sporawy łyk z kieliszka. Osobiście wiedziała, co dolega Perseuszowi, niemniej nie odkrywała kart tylko dla chwalenia się nimi. O tym z Williamem plotkowali w zaciszu swojego domu, w przerwach od wypominania sobie nawzajem wad i mankamentów osobowości. Oraz innych, bardziej przyziemnych rzeczy. - Wiem, że bardzo chciałbyś na to jedną uniwersalną odpowiedź, ale obawiam się, kochanie, że to zależy od osoby - wyznała z wyraźnym bólem w oczach, kiedy zapytał o licytowanie sukienek z piórami. Znała Williama na tyle, żeby wiedzieć, że chciał poznać jednoznaczny powód kryjący się za takim postępowaniem. Niemniej, kiedy w grę wchodziły zasoby ludzkie, wszystko stawało się ambiwalentne. - Podług rachunku prawdopodobieństwa najlepszą odpowiedzią będzie jednak, że obydwa. Ciężko w to uwierzyć, ale niektórzy lubią przypominać papugi w miejscach publicznych. - Uniosła wysoko brwi, zmarszczyła czoło, po czym dopiła do końca wino z takim wyrazem twarzy, jakby chciała skrzętnie ukryć w napoju swoje zażenowanie. Nie, żeby była jakąś ikoną stylu, ale nieporęczne ubrania uważała za stratę czasu. I brak rozsądku. Ciągle czekała na coś godnego wydania swoich ciężko zarobionych (przez kogoś innego) pieniędzy, aż wreszcie dotarli do punktu kulminacyjnego wieczoru. Gdy usłyszała imię Longbottoma jako jednego z fantów do licytacji, zaniosła się serdecznym śmiechem, nagle współczując mu roli. Chyba była to dla niego niespodzianka, bo spostrzegła, jak nerwowo szepce na ucho Brenny. Bogaci ludzie byli nie znośni, a kobiety już zwłaszcza. Naprawdę nie wiedziała, kto był aż tak ogromnym fanem Erika lub był aż tak zdesperowany. Nie miała nic do Longbottoma, co to, to nie, a jeśli już to ciepły sentyment i słabość. Niemniej uważała to za smutne, że istnieli ludzie, którzy musieli się bić o możliwość wyjścia na kolację z mężczyzną, zamiast po prostu być na nią zaproszonym. No ale cóż, żeby do tego dojść, trzeba reprezentować sobą coś więcej niż tylko bogactwo, a oprócz pieniędzy mieć jakąś osobowość. - Przy mnie możesz mówić, co chcesz - oświadczyła mężowi, obejmując go w pasie jedną ręką. - Och, ktoś tu się chyba zakochał - dodała cicho, kiedy panna Prewett podbiła cenę do tysiąca galeonów. Parsknęła pod nosem, będąc przekonana, że na pewno już to wygrała, bo tylko głupi przebiłby to szaleństwo. Po czym dosłownie zdębiała, kiedy zauważyła, że do cyrku dołącza się jej rodzony brat. - Tak, ktoś tu się definitywnie zakochał - mruknęła pod nosem, prostując się. Zaśmiała się cicho, lecz histerycznie, słysząc, że podbił cenę jedynie o jeden galeon. Spojrzała na męża, chcąc złapać z nim kontakt wzrokowy. Wtedy spojrzała przepraszająco, zaciskając usta w wąską kreskę, jakby próbowała się głupio nie śmiać. - Jakby co, to nie bierz tego do siebie. Na żadną kolację nie pójdę, tylko trochę podokuczam - oświadczyła enigmatycznie Willowi, po czym podniosła wolną, odzianą w prześwitującą rękawiczkę rękę i spojrzała prosto na Brennę Longbottom. - Tysiąc i dwa galeony. - podbiła stawkę donośnym głosem, po czym uśmiechnęła się do brata bliźniaka jak najszerzej potrafiła. Tak, miała go zamiar przebijać przez najbliższe kilka godzin, jeśli trzeba. Eden miała okropne poczucie humoru. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Mavelle Bones - 16.11.2022 Jestem bardzo nudnym aurorem – ledwo to wypowiedział, a oberwał lekkiego, w miarę dyskretnego kuksańca w bok. Ot, najwyraźniej znak, że nie ma jeżdżenia po sobie, opcjonalnie znak, iż sama Mavelle za takowego bynajmniej go nie uważała. Nudny, ale wymyślił, też coś. - Widzisz, kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie – zażartowała również, zaśmiawszy się najpierw cicho z wyraźnym rozbawieniem. No, tak to już bywało, niezależnie od tego, czy orężem był wspomniany miecz czy jedynie dowcip. Dopiła swój szampan, po czym odstawiła kieliszek na tackę przechodzącego obok kelnera. Skinęła lekko głową, wsłuchując się we wskazówki Seraphiny. O ile sam sklep jako tako majaczył jej w pamięci – w końcu robiła swego czasu rozeznanie, co, gdzie i za ile, zanim znalazła ten „swój” – to nie bardzo zdawała sobie sprawę z takich okazji. - Dziękuję za wskazówkę, widzę, że trzeba będzie tam zaglądnąć – uznała, notując to zresztą sobie w pamięci. Zerknęła uważniej na Seraphinę, gdy ta wspomniała o oglądaniu szkiców. Bądź… nauce. - Och, nie jestem pewna, czy potrafiłabym czegoś nauczyć – przyznała uczciwie – Co do samego pokazania szkiców… Oczywiście chętnie pokażę, gdy tylko nadarzy się odpowiednia sposobność – obiecała. Inna sprawa, czy kobietom uda się tak dopasować, żeby usiąść razem na dłuższą chwilę; z tym mogło być, niestety, różnie. - Jeśli chodzi o jedzenie, to polecam coś, czego nie spodziewacie się tu znaleźć – wtrąciła, choć podejrzewała, że dla Seraphiny to może nie być dostatecznie odpowiednie, jak na tego typu wydarzenie – Jeśli nikt jeszcze nie dostrzegł i nie zjadł wszystkiego, to powinny być muffinki a’la pizza. Są naprawdę prze-py-szne i jestem pewna, ze jeszcze wam będzie mało – wyrzuciła z siebie, gestykulacją podkreślając, jak bardzo wspaniałe są te przekąski. W materii alkoholu jedynie pokręciła głową – nie chciała Patricka zbytnio obciążać, zresztą „obrabowała” zaraz kolejnego przechodzącego obok kelnera z kieliszka. Tak, trunku z pewnością jej nie braknie, nie trzeba było nosić. Gdy okazało się, że Erik został wystawiony na licytację, zrobiła wielkie oczy i z niedowierzaniem przez chwilę przenosiła spojrzenie pomiędzy kuzynostwem. Co? Nie bardzo wierzyła własnym uszom, aż musiała się napić. I… zakrztusiła się, gdy Seraphina rzuciła swoją kwotę, co oczywiście zaowocowało rozkaszleniem się. Tysiąc galeonów, na brodę Merlina! 352/2143
RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Daisy Lockhart - 16.11.2022 Daisy przesuwała okiem obiektywu po Faye Longbottom, jednocześnie wsłuchując się w słowa wypowiadane ze sceny przez Brennę Longbottom. Musiała robić zdjęcia osobom, które wygrywały poszczególne licytacje. I pewnie tylko dlatego, zamiast robić piętnaste zdjęcie Faye, zainteresowała się pokazującą środkowy palec Heather Wood.
Zacmokała zadowolona z ujęcia, na którym doskonale udało jej się uwiecznić ten moment. W myślach już zastanawiała się nad odpowiednim tytułem dla tej farsy. A potem zamarła, gdy usłyszała o licytowaniu kolacji z Erikiem Longbottomem i pojęła, że bogaci, czystokrwiści czarodzieje naprawdę gotowi byli wydać jednorazowo równowartość fortuny za tę (najwidoczniej) niekłamaną przyjemność. - Że też on się w ogóle na to zgodził – wymamrotała pod nosem. Bo tak naprawdę było w tej licytacji coś takiego, co w jakiś sposób ją zmroziło. A Daisy niewiele rzeczy naprawdę mroziło. Wiedziała tylko, że gdyby na licytację wystawiono kolację z Faye, wbiegałaby w tym momencie na scenę by wydrapać Brennie oczy z wściekłości. Zaraz, musiała dobrze zapamiętać kto licytował Erika Longbottoma. Właścicielka kasyna nawet ją nie zaskoczyła. Elliot Malfoy może trochę bardziej – głównie ze względu na to, że nie spodziewała się go (tak szybko po śmierci żony) zobaczyć na czymś tak wystawnym jak bal. Eunice? I jej mąż? Siostra Malfoya? Właścicielka tej nowej piekarni? Daisy przeszło przez myśl, że tu rozgrywały się jakieś dziwaczne gry, które jej w jakiś sposób umykały. Albo bogaci czarodzieje byli, po prostu, zdrowo pokurwieni. Na Atreusa zwróciła uwagę dopiero w chwili, w której ten się do niej odezwał. Podniosła głowę i spojrzała na niego z uwagą a potem kiwnęła głową. O tak, Faye była nawet więcej niż fascynująca. Była doskonała. - Jestem dziennikarką „Czarownicy” i „Proroka Codziennego” – pokazała mu wiszącą na smyczy akredytację. – Pewnie, że chciałabym z nią porozmawiać. Czytelnicy byliby zachwyceni, gdyby udało mi się przeprowadzić z nią, choćby malutki, wywiad – wyrzuciła z siebie, uśmiechając się szeroko. Ciągle jednak, bardziej z dziennikarskiego musu niż faktycznego zaaferowania, interesowała się licytacją kolacji z Erikiem Longbottomem. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Astoria Trelawney - 16.11.2022 Po sesji ploteczek, wypiciu kieliszka alkoholu stanęła pod ścianą, obserwując licytację. Przedmioty chociaż piękne, niektóre idealnie trafiające w jej gusta były właściwie tylko kolejnymi rzeczami. Materialnym bytem zbyt mocno docenianym przez niektórych. Suknie były śliczne, ale gdzie by je założyła? Szkoda było takich kreacji wyłącznie dla wnętrza szafy, obrazu do salonu, gdzie przewijało się zbyt mało gości mogących go podziwiać. Oczywiście chciała wesprzeć akcję charytatywną, ale nie potrzebowała w zamian żadnego przedmiotu. Był to jeden z tych nieświadomych sposobów podświadomości do podbudowania swojego ego i przekonania, że jest się jednak dobrym i lepszym. Nie chcesz niczego w zamian, czyniąc coś dobrego. Faktem jednak było, że czarnowłosa nie wierzyła w aż tak szczere dobro. Każdy dobry uczynek w jej mniemaniu był okraszony egoistyczną potrzebą poprawienia mniemania o samym sobie. Stojąc pod ścianą i obserwując całe to zamieszanie z licytacjami, zauważyła znajomą twarz w tłumie, uśmiechnęła się delikatnie na widok Florence . Do tej pory nie szukała kontaktu z innymi oprócz swojego kuzynostwa. To nie tak, że Astoria nie lubiła ludzi, może nie potrafiła tego okazać, jak należy, włączała obronną postawę mruka. Prawda jest jednak taka, że często męczyła się w większym gronie i czuła nieco niezręcznie przy obcych, dlatego zakładała maskę zimnej i elegantki. Fakt faktem niewiele osób tolerowało ją samą, a to przez wzgląd na nieszablonową opinię jej rodziny. Wszelkie odchylenia od normy były tu chlebem powszednim i nawet ona swoje za uszami miała. Były jednak osoby, które budziły jej sympatię i w jakiś sposób potrafiły wzbudzić zaufanie Podeszła z delikatnym, może nieco niepewnym uśmiechem do Florence i towarzyszącej jej kobiety. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Nora Figg - 16.11.2022 Eleonora dzisiaj wyjątkowo wykazywała chęć do wlewania w siebie trunków wysokoprocentowych. Po prostu wszystko się skumulowało, właściwie nie wszystko, a jedna rzecz, ale wydawało jej się, że zasługuje na lekkie otumanienie. Dlatego też piła. Damie niby nie wypada, jednak jakoś specjalnie się tym nie przejmowała, bo do damy to jej było daleko. Podczas rozmowy z Theseusem wypiła jakieś trzy kieliszki szampana, który sprawił, że rozmowa faktycznie szła jakby lżej. Ona w przeciwieństwie do swojego towarzysza nie przejmowała się tym, że może ją wziąć za pijaczkę, ewentualnie za jakąś desperatkę... - Brenna to w ogóle jest perfekcyjna, wszystko robi perfekcyjnie, nas dobrała perfekcyjnie...- Matka zawsze jej powtarzała, że powinna być taka jak Longbottomówna, cóż mimo, że się z nią przyjaźniła, gdzieś coś poszło nie tak. Jak widać stała tutaj przed obcym mężczyzną, wlewając w siebie szampana i nie robiła tego tylko dlatego, że był za darmo. - Nie bądź taki pewien tych pierwszych i ostatnich razów, jak widzisz mogą okazywać się wcale nie ostatnimi i atakować znienacka w najmniej oczekiwanym momencie.- Powiedziała do Fletchera sięgając przy okazji po kolejny kieliszek szampana. - Co Ty, ja nie jestem z takich.- Nora i jakakolwiek zemsta... Zapewne sama by sobie zrobiła przy okazji krzywdę. Zresztą nawet przez myśl by jej nie przeszło coś takiego, miała zbyt dobre serduszko. Musiała oddalić od siebie te wszystkie myśli, choć miała gdzieś tam z tyłu głowy, że może powinna porozmawiać z Alastorem, z drugiej jednak strony przecież to nie miało najmniejszego sensu. Z rozmyślań wyrwał ją głos Brenny, dopiero wtedy sobie przypomniała o co prosiła ją przyjaciółka. - Ja pierdole, zapomniałam, musimy iść bliżej...- Pociągnęła za sobą za prawą rękę Thesesusa (o ile się dał) w kierunku miejsca, gdzie była licytacja, w drugiej wolnej dłoni dzierżyła silnie kieliszek z szampanem. - Obiecałam Brennie...- Nie śledziła na bieżąco licytacji, trochę się zagubiła. Ci wszyscy ludzie rzucali tymi liczbami jak z karabinu, a nie chciała, żeby Erik został na lodzie, czy coś. - TYYYYSJION PIEŃSET za Erika.- Krzyknęła, choć pewnie będzie musiała zastawić cukiernię, aby się kiedykolwiek z tego wypłacić, tylko nie Brenna miała jej chyba oddać kasę. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Fernah Slughorn - 17.11.2022 – Życzy sobie pani…? – głos kelnera sprawił, że oderwała wzrok od tabunu ludzi i licytowanych przedmiotów. Wróciła spojrzeniem do zebranych gości i pierwszym kogo zauważyła, był Cameron Lupin z Heather Wood. Heather znała z Hogwartu, była od niej o rok młodsza, ale wspólnie grały w Quidditcha. Camerona znała zdecydowanie lepiej, bo nie dość, że poznali się w Hogwarcie, to byli również stażystami na tym samym oddziale w św. Mungu. Kogo tam mamy jeszcze, spytała samą siebie i powędrowała wzrokiem dalej. Z początku przebiegła po Florence wzrokiem, ale nie rozpoznała jej. Dopiero trzech gości dalej, wróciła spojrzeniem i zdała sobie sprawę, czemu tak się stało. Florence Bulstrode miała rozpuszczone włosy! Nieco zdziwiona otaksowała ją ciekawsko i pomyślała, że zdecydowanie lepiej wygląda, kiedy kasztanowa kaskada włosów, spływa frywolnie po jej ramionach. Adelard Longbottom również gdzieś jej tam mignął, chyba nawet z narzeczoną lub żoną, nigdy nie pamiętała. Dalej musiała przeskakiwać spojrzeniem od jednej osoby do drugiej przez dłuższą chwilę, nim rozpoznała Cedrica w towarzystwie dwóch kobiet. Jedna z nich była chyba jego siostrą, a druga… Menodora! Nie widziały się szmat czasu i nawet chciała jej zamachać, ale niefortunnie stała, bo nieco za nią, więc raczej by nie zauważyła swojej starej przyjaciółki. Trudno, może innym razem. Na sam koniec, jakby los chciał jej zaserwować nieco gorzką wisienkę na torcie, zauważyła Ashling Greyback. Stała podobnie jak ona, pod ścianą i raczej bez towarzystwa. Fernah westchnęła, mimowolnie przygryzając pobliźnione wargi, bo wspomnienia momentalnie ją zalały. Ashling nie raz przepraszała za to, co się wydarzyło, a Paprotka nie raz zapewniała, że nic się nie stało i że każdy uzdrowiciel prędzej czy później oberwie od swojego pacjenta. Niestety w głębi serca czuła żal ni to do panny Greyback, ni to do kogokolwiek innego. Może nawet bardziej obwiniała siebie, że nie była dość ostrożna? Dywagowała w myślach dłuższą chwilę, wpatrując się w jasnowłosą kobietę. Ta musiała chyba wyczuć, że ktoś jej się przygląda lub po prostu chciała się rozejrzeć, bo ich spojrzenia się spotkały. Panna Slughorn natychmiast się uśmiechnęła i uniosła kieliszek, kiwając głową na powitanie. Jednak nie poczyniła żadnego dalszego kroku, nie wiedząc, czy Ashling w ogóle życzy sobie towarzystwa. RE: [Bal Longbottomów, 18.03.1972] Posiadłość rodziny Longbottomów, sesja zbiorowa - Dora Crawford - 17.11.2022 Dora przysłuchiwała się temu, jak Cecylka musztruje Cedrika i chyba nawet było jej go trochę żal. Tak zwana jednak solidarność sprawiała, że nie zamierzała odezwać się nawet słowem, nie mówiąc o tym, że Ceci brzmiała, jakby nie było to jej pierwsze rodeo z bratem, więc musiała wiedzieć co robi. - Jeśli chcesz, to jak to wszystko się już skończy to mogę wam zapakować ciasta na wynos, żebyście mieli na drogę, albo żeby mógł spróbować w domu - uśmiechnęła się do panny Lupin. Była absolutnie przekonana, że to co zostanie z bankietu, starczyłoby na najbliższy miesiąc dla pięcioosobowej rodziny. Nikt więc nie powinien narzekać, jeśli zniknie parę dodatkowych kawałków ciast, tortów, ciasteczek... czy butelek alkoholu. Jeśli Cecylka powiedziałaby chociaż pół słowa, to też by dostała na wynos. - Ja? Ja raczej tylko patrzę - uśmiechnęła się leciutko, może jakby lekko zakłopotana pytaniem. Nie miała wątpliwości co do tego, że nie posiadała tylu galeonów, żeby próbować się przekrzykiwać ze wszystkimi tymi osobami, które zebrały się by licytować wystawione przez Longbottomów fanty. Z drugiej jednak strony, Dora nie widziała zbytnio niczego przydatnego. Bo na co niby była jej sukienka z piórami abraskanów, albo antyczna waza, albo kolacja z Erikiem? - Ale będę trzymać kciuki za was, jeśli będziecie licytować - rzuciła jeszcze, z o wiele większym zapałem, zatrzymując się z nimi gdzieś na dole. I faktycznie, tak jak mówiła - kiedy Cedric zaczął licytować wspomniany pierścionek, zacisnęła mocno palce, unosząc piąstki i dając mu znać, że jest gotowa i teraz na pewno nikt go nie przebije. Jego wygraną natomiast przyjęła z szerokim uśmiechem, raz klaszcząc w dłonie. Niedługo po tym zaczęła się licytacja finałowych przedmiotów, a na końcu, tym samiusieńkim, była właśnie kolacja z Erikiem. Zgadywała, że skoro została wystawiona jako ostatnia rzecz na liście, była swoistą wisienką na torcie, reakcja tłumu jednak, przeszła najśmielsze oczekiwania. A przynajmniej te jej, które i tak nie były wygórowane. Na dźwięk tysiąca galeonów, aż zakręciło jej się w głowie i rozdziawiła głupio buzie. 1000 galeonów??? Kto posiadał takie pieniądze, żeby móc wydać je tak lekką ręką? I tylko po to, żeby zjeść kolację z oficerem BUMu. Nie rozumiała, o co było to całe zamieszanie, bo przecież Erik sprawiał wrażenie, jakby miał się zgodzić na kolację z każdym, o ile tylko ten miałby odwagę podejść i zapytać. Ona sama nie raz jadła razem z nim, kiedy ten siedział w posiadłości i nie uważała tego za wydarzenie, które mogłoby zmienić jej życie. Ale może zabierała się do tego od złej strony...? Nieco skołowana rozejrzała się dookoła, w poszukiwaniu czegoś, co nie było kieliszkiem szampana. Potrzebowała chyba wody, bo z kolejnymi kwotami robiło jej się coraz cieplej. W tym wszystkim jej rozbiegane spojrzenie przetoczyło się po tłumie i zatrzymało nagle na znajomej twarzy. Zmrużyła oczy, zamrugała parę razy, a potem jej buzia rozjaśniła się nagle w szerokim uśmiechu. Przeprosiła pospiesznie Cecylkę i Cedrica, a potem przepchała się przez ludzi. - Fernah! - rzuciła podekscytowana, kiedy znalazła się blisko dziewczyny, wyraźnie mile zaskoczona nieoczekiwanym spotkaniem. W sumie niby mogła się spodziewać, że zobaczy dawną przyjaciółkę właśnie na balu, bo przecież jakby nie patrzeć, jej mama nosiła nazwisko Longbottom. - Tak dawno cię nie widziałam!! - zaszczebiotała radośnie, wciąż jednak na tyle przyzwoita, by zdusić radosny ton do akceptowanych frekwencji, tak by nie przeszkadzać ludziom dookoła. - Ile to już lat. O wiele za wiele, przysięgam. Przepraszam, że wcześniej cię nie znalazłam. Cedric przyszedł z kitlu, prosto z Munga i musiałyśmy się tym zająć z Cecylką - wyjaśniła, jakby z żalem, że tyle zajęła im ta cała operacja. - Jak się bawisz? przyszłaś sama czy z kimś? |